Polskie Forum Astronautyczne

Wolne tematy => Off-topic => SARS-CoV-2 (Covid-19) => Wątek zaczęty przez: Orionid w Kwiecień 13, 2020, 12:32

Tytuł: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 13, 2020, 12:32
Filozof z UAM o pandemii koronawirusa: Nie wiemy czy płyniemy na Titanicu, czy lecimy Tupolewem
11.04.2020  Błażej Dąbkowski

- Od miesiąca istnieje w zasadzie tylko jedna choroba, ta wywołana koronawirusem. Liczą się tylko ci, którzy z jego powodu umierają, a jeśli ktoś ma udar, czy zawał, śmierć staje się nieważna i nie ma ona żadnego znaczenia politycznego - tłumaczy w rozmowie z "Głosem" prof. Roman Kubicki, filozof i etyk z UAM.

Podziela pan opinię, że świat, który znamy kończy się lub już się skończył?

Prof. Roman Kubicki: To zależy, jakie byłyby wyróżniki świata, które miałby się skończyć. Musimy bowiem patrzeć na niego z różnych perspektyw. Jeśli na przykład miałoby chodzić o dużą mobilność społeczeństwa, powinniśmy zastanowić się czy ulegnie ona stałemu zmniejszeniu. Jest chyba jeszcze za wcześnie, by pokusić się o tego rodzaju prognozowanie, dlatego, że cały czas znajdujemy się w czasie pandemii, nie wiedząc, jaka pojawi się sytuacja finalna i kiedy koronawirus odpuści. Rzeczywiście istnieje jednak obiegowe przeświadczenie, że choroba, która sparaliżowała świat, musi na niego wpłynąć. Zapewne pojawi się recesja gospodarcza, ale nie wiemy czy będzie ona trwała pół roku, rok, a może dziesięć lat.

W historii ludzkości epidemie stanowiły już punkt zwrotny.

Przypomina mi się "czarna śmierć" z połowy XIV wieku, która sparaliżowała całą ówczesną Europę, uśmiercając około 50 procent populacji. Historycy kultury coraz częściej wyrażają przekonanie, że tamta pandemia i zbiorowa śmierć, przygotowała nasz kontynent na zmianę kulturowego paradygmatu, czyli zakończenie średniowiecza i otwarcie się na kulturę antyczną – renesans. Trzeba pamiętać, że średniowiecze cechowała kultura śmierci, a główną zasadą funkcjonującą w tamtych czasach było "memento mori". Kiedy giną miliony ludzi, stała się ona wręcz śmieszna, więc w trakcie epidemii nikt na nią nie zwracał już uwagi. Kilkadziesiąt lat po jej zakończeniu mieliśmy już do czynienia z epoką odrodzenia.

Czy zatem koronawirus w podobny sposób "przemieli" ludzkość i zmieni świat?

Świat tworzą różne społeczeństwa o różnych tradycjach. To w pełni zsekularyzowana Francja, czy Niemcy, to bardzo katolicka Polska i Włochy. Jak na pandemię zareagują tak różne grupy? To mogą być zupełnie inne reakcje.

Olga Tokarczuk podsumowała nasz świat dość zwięźle: Za dużo, za szybko, za głośno.

Tu trzeba wrócić do różnych perspektyw, o których wspomniałem. Z tej naszej, polskiej, najbardziej widoczny jest kryzys Unii Europejskiej, ponieważ wraca myślenie o państwie narodowym. Jeśli pandemia się skończy eurosceptycy podniosą głowy, zmobilizują się. Ale to nie jedyny możliwy scenariusz – sam liczę na to, że jako społeczeństwo zachowamy się odwrotnie i "przeprosimy się" z ideami europejskimi. Trudno dziś jednak przewidzieć, która opcja zdominuje polską wyobraźnię. Niedawno Donald Tusk stwierdził, że Europy musi być teraz więcej, ale odnoszę wrażenie, że te słowa pojawiły się trochę za późno. Najpewniej nasza noblistka ma rację, my tylko nadal nie wiemy co to oznacza.

Dlaczego dziś wszyscy tak bardzo boją się koronawirusa? W dwudziestoleciu międzywojennym "hiszpanka" uśmierciła około 200 tysięcy Polaków. W tym czasie życie toczyło się w zasadzie normalnie, szkoły funkcjonowały, podobnie, jak kina czy kawiarnie.

W trakcie dziesięcioleci zmieniło się nasze myślenie o życiu i śmierci. Ta ostatnia stała się bardziej nieobecna w naszym życiu, pojawiła się zarazem także chęć ucieczki przed nią. Nasza kultura zaczęła się charakteryzować większą niezgodą na śmierć, aniżeli ta z międzywojnia. Musimy też pamiętać, że śmierć wtedy mniej kosztowała, nie kryły się za nią świadczenia społeczne, a dziś otoczona jest ona wianuszkiem zobowiązań. Nieco później, podczas II wojny światowej, kiedy ginął żołnierz amerykański wiązało się to z kosztami, natomiast śmierć żołnierza radzieckiego – nie. Dziś z kolei nie ma przyzwolenia na sytuacje tragiczne, które kiedyś były naturalną częścią społecznego krajobrazu. Obecnie dzieciom "nie wolno" umierać, przed laty było "wolno". Warto też zauważyć, że obecna epidemia wspierana jest przez media, które przez 24 godziny na dobę eksploatują ten temat, a w latach 20. XX wieku funkcjonowała jedynie prasa i radio. Media te w polskim realu bardzo ograniczony zasięg. Teraz to obrazy zmieniają nasze postrzeganie rzeczywistości.

Współczesnemu człowiekowi w ostatnich latach względnej stabilizacji mogło się wydawać, że jest wręcz nieśmiertelny, że będzie wiecznie młody i zdrowy.

Pojawiło się w nas przeświadczenie o mocy, o tym, że być człowiekiem to znaczy "coś". Warto jednak zauważyć, że w filozofii i kulturze współczesnej od kilkunastu lat rozwija się nurt posthumanistyczny, który ostrzega przed zadufaniem człowieka i podkreśla, że jest on tylko częścią świata, który wcześniej czy później mu o tym przypomni. Doczekaliśmy w XXI wieku takiej sytuacji, w której mamy samochody hybrydowe, pociągi pędzące z zawrotną prędkością, no i nagle pojawia się koronawirus, wobec którego jesteśmy bezradni.

Czy wyciągniemy z tego, co w tej chwili przechodzimy jakąś lekcję? Kiedy spotyka nas coś złego, a po jakimś czasie wracamy do stanu wyjściowego, zaczyna działać w nas mechanizm wyparcia.

Pamięć rzeczywiście lubi działać w nas bardzo selektywnie. Pamiętamy to, co nam się opłaca, co możemy wykorzystać. Obecna sytuacja dla osób starszych stanie się częścią ważnego doświadczenia, natomiast młodsi potraktują to jako epizod, który szybko zostanie zawłaszczony przez niepamięć.

Włoski filozof Giorgio Agambeni stwierdził, że obecny stan służy w dużej mierze politykom, którzy poprzez wprowadzenie zakazów i nakazów mogą wykorzystać go – intensyfikując naszą panikę i stan wzmożenia – do zdobycia jeszcze większej władzy w przyszłości.

Czasy pandemii sprzyjają silnej władzy, bo uderzają w kulturę demokratyczną, która lubuje się w dyskusjach, sporach, wahaniach. Społeczeństwo daje się wtedy "zagonić" do pewnych rozwiązań, jak spędzanie całych dni w domach. Nie sądzę jednak, by jakakolwiek władza była zachwycona epidemią, gdyż sama jest ona częścią społeczeństwa. W Polsce mamy już jednego zakażonego ministra, a w Anglii — premiera. Z kolei prezydent Duda na początku epidemii w Polsce umiłował sobie robienie gospodarskich wizyt, ale dość szybko się one skończyły, bo nagle się okazało się, że jest to niebezpieczne. Koronawirus kąsa więc ostro wszystkich, także polityków. Oczywiście może pojawić się pytanie, czy po ustaniu epidemii wprowadzone środki dyscyplinujące zostaną utrzymane. Stara maksyma mówi bowiem, że władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje w sposób absolutny.

Nie boi się pan, że w końcu dojdzie do sytuacji, w której wszystko wymknie się spod kontroli, a w społeczeństwie uruchomią się najgorsze atawizmy?

Człowiek jest ludzki tylko w ludzkich warunkach, jak mówił Gustaw Herling-Grudziński. To, do czego jesteśmy zdolni, już wiemy. Jeśli więc słyszę, że z powodu epidemii został zamknięty posterunek policji w mieście powiatowym, nikt mi nie powie, że to nie wpłynie na bezpieczeństwo mieszkańców. Kiedy miliony ludzi stracą pracę, skończą im się oszczędności i głód zajrzy im w oczy, mogą przypomnieć o sobie najgorsze instynkty. Jest się czego bać, dlatego mam nadzieję, że państwo nad tym zapanuje. Jeśli tak się nie stanie, możliwa jest totalna destrukcja.

Nawet jeśli tak się nie stanie, mogą nas czekać czasy hiperkapitalizmu, gdzie pracownik stanie się niewolnikiem pracodawcy. Obawia się tego między innymi znana kanadyjska dziennikarka i pisarka Naomi Klein, autorka książki "Doktryna szoku: jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne".

Od lat mamy już do czynienia z hiperkapitalizmem. Czy może on być jeszcze bardziej liberalny? Jeszcze bardziej zimny i bezwzględny? Oczywiście, zawsze może być gorzej, ale wróciłbym tutaj do przykładu z dżumą. Teoretycznie epidemia z XIV w. powinna się była przysłużyć ureligijnieniu Europejczyków, a w rzeczywistości stało się zupełnie odwrotnie.

Coraz więcej osób snuje apokaliptyczne wizje naszej przyszłości. Widzi pan gdzieś światełko w tunelu?

Póki funkcjonuje handel i półki sklepowe nie są puste, póki jest energia elektryczna, gaz, nie jest jeszcze tak źle, by pytać o światełko w tunelu. Nadal nie możemy mieć pewność, w jakim kierunku to wszystko pójdzie i jakie rozmiary przyjmie ta katastrofa. Nie wiemy czy płyniemy na Titanicu, czy też może lecimy Tupolewem, a może się przecież równie dobrze okazać, że wyjdziemy z tego poobijani, ale w miarę cali. Wierzę, że właśnie tak będzie. Życie zawsze okazywało się mocniejsze od śmierci. Dlaczego teraz miałoby być inaczej? Proszę zauważyć, że od miesiąca istnieje w zasadzie tylko jedna choroba, ta wywołana koronawirusem. Liczą się tylko ci, którzy z jego powodu umierają, a jeśli ktoś ma udar, czy zawał, śmierć staje się nieważna i nie ma ona żadnego znaczenia politycznego. A przecież to nie jest prawda, że jeśli zagościł u nas wirus, inne choroby przestały być aktywne. Koronawirus odwrócił nam cały system wartości, bo przecież niedawno mówiło się nam, że mamy jak najczęściej wychodzić z domu, korzystać z transportu publicznego, a teraz nie mamy chodzić, biegać i powinniśmy przeprosić się z naszymi samochodami. To co było czarne stało się białe, a to co było białe, stało się czarne.

https://plus.gloswielkopolski.pl/filozof-z-uam-o-pandemii-koronawirusa-nie-wiemy-czy-plyniemy-na-titanicu-czy-lecimy-tupolewem/ar/c1-14908008
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 15, 2020, 12:29
Rząd z innej planety
12 KWIETNIA 2020 [Polityka] Misiowie puszyści MARCINA CELIŃSKIEGO BLOG O WARTOŚCIACH, PRZESZŁOŚCI I PRZYSZŁOŚCI

Na kryzys gospodarczy mądrze można reagować dwojako: pokrywać straty z wypracowanych oszczędności (jak Niemcy, którzy właśnie wydają nadwyżki budżetowe z lat ubiegłych) lub zaciskając pasa, korygując wydatki, przekierowując strumień finansowy na cele antykryzysowe.

Trzecim sposobem jest udawanie, że nic się nie dzieje. Czyli działania skromne i finansowane z pompowania długu – emisji obligacji, które via banki komercyjne skupi bank narodowy, stając się dumnym właścicielem tracących z czasem na wartości papierów dłużnych. Taką ścieżkę wybrał rząd Morawieckiego.

Zrozumiałe, chyba już nawet dla największych fanów PiS, że ścieżka niemiecka w Polsce jest niemożliwa z tego prostego powodu, że nadwyżek okresu prosperity nie ma. Tak za sprawą programów socjalnych, jak – o czym często zapominamy – za sprawą lekkiej ręki w wydawaniu środków publicznych na większe i mniejsze zachcianki rządzących.

Już 10 lat temu (czyli za poprzedniej ekipy) poziom wydatków „sztywnych” czy regulowanych prawem ponadbudżetowym sięgnął bardzo wysokiego poziomu 70 proc. – oznaczało to, że państwo mogło dysponować swobodnie (np. proinwestycyjnie, prorozwojowo lub – w razie kryzysu – na walkę z nim) maksymalnie 30 proc. budżetu. Za rządów PiS ten wskaźnik przekroczył 80 proc.! Z jednej strony brak więc środków, które można przekierować na walkę z kryzysem, z drugiej – 80 proc. budżetu czasu prosperity szybko może okazać się 100 czy 120 proc. budżetu czasu kryzysu. To prosta matematyka.

Rząd działa tak, jakby zasady matematyczne nas nie dotyczyły. Podobnie jak z samą epidemią, która miała jeszcze na początku marca nas nie dotyczyć, uwierzy w zagrożenie kryzysem, gdy wszyscy już go odczujemy i nie da się na antenie TVP dalej twierdzić, że go nie ma.

Rządzący zapewne liczą na cud, podtrzymując wszystkie programy socjalne w niezmienionej formie, finansując telewizję zamiast służby zdrowia, wycofując się z zakupu nowych limuzyn dopiero pod presją medialną, chyba tylko dlatego, że nawet prorządowe (notabene hojnie) media zaczęły zwracać uwagę, że coś tu jest nie tak. Kryzys nie przeszkadza ministrowi Dworczykowi projektować podwyżek dla urzędników administracji rządowej, ministrowi Sasinowi organizować pocztowych „wyborów”. Jakby żyli na innej planecie.

W tym czasie Polacy szyją maseczki dla lekarzy, zrzucają się na respiratory, kupują przedpłatowo usługi w branżach wyłączonych z działalności, organizują samopomoc sąsiedzką.

Wiara, że trzymiesięcznym zwolnieniem z ZUS czy zasiłkami postojowymi przejdziemy przez kryzys, jest złudna. Zamknięcie sieci handlowych, punktów usługowych przekłada się wprost na stopniowe zamykanie produkcji. To powoduje spadek dochodów i samoograniczanie konsumpcji. Koło się zamyka: nie produkujemy, nie sprzedajemy, nie zarabiamy, nie wydajemy. Tego się nie da zmienić nocną legislacją jak zasad wyborów.

Ten rząd czy następny musi mieć strategię walki z kryzysem gospodarczym i środki niezbędne do tej walki. Nie ucieknie od cięć wydatków stałych. Począwszy od najprostszych i minimalnych – typu wprowadzenie kryterium dochodowego w programach socjalnych (500 plus czy 13. emerytura), rezygnacja z nieustannego dotowania górnictwa, zamrożenie mrzonkowych programów inwestycyjnych (CPK, przekop Mierzei) – sama likwidacja kosztów zarządów tych nieistniejących w praktyce tworów pozwoli kupić wiele respiratorów.

Konieczna jest zmiana filozofii na pomocową. Repatriacja nie powinna polegać na dojeniu Polaków przez LOT, produkcja płynu odkażającego nie powinna być hitem komercyjnym Orlenu, a maseczki sposobem na poprawę kondycji finansowej Poczty Polskiej. To także konieczność ograniczenia rozbudowanej ponad wszelką miarę administracji – z rekordową liczbą ministrów, wiceministrów i „pełnomocników ds. dziwnych i ciekawych”. Trudno, niech „szwagry” i „córki leśniczego” się obrażają. Sprawne i racjonalnie zbudowane centrum rządowe to niezbędny warunek skutecznej walki z kryzysem.

Opisane wyżej działania są dosyć oczywiste – choć jak się wydaje, nie dla tego rządu, który brnie w tanią propagandę, uznając, że to jedyny sposób na przetrwanie. Być może jest to sposób na przetrwanie tego rządu (raczej na krótką, nie na długą metę), lecz nie jest to pomysł na przetrwanie przez Polaków epidemii, kryzysu i nieuchronnej dekoniunktury.


https://marcincelinski.blog.polityka.pl/2020/04/12/rzad-z-innej-planety/?nocheck=1
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 16, 2020, 00:39
Covid-19, wirus chorej wyobraźni
Edwin Bendyk  11.04.2020

Koronawirus działa w chytry sposób. Bezpośrednio jest śmiertelnie niebezpieczny dla zakażonych. Przez swoich sojuszników – użytecznych idiotów pozbawionych wyobraźni – rozkłada całe społeczeństwa.

Spektakularnym pokazem tej drugiej strategii stały się obchody smoleńskiej rocznicy, kiedy Jarosław Kaczyński ze świtą, nie przestrzegając nałożonych przez własny rząd reguł, pognał pod pomnik na pl. Piłsudskiego. Uczestnikom tej budzącej zgrozę ceremonii życzę zdrowia, na rozum i wyobraźnię już byt późno.

Arcypolskie warcholstwo

Tak głośne niegdyś hasło solidarnego państwa ustąpiło przed rzeczywistością – arcypolską figurą warcholstwa, nihilizmu i pogardy. W tym samym czasie w Wielkiej Brytanii minister Robert Jenrick musi się tłumaczyć, że wbrew zakazom pojechał przed świętami odwiedzić rodziców. Bo niezależnie od powodów jego decyzji władza ma świecić przykładem.

Więc świeci, również w Polsce, stając się największym sojusznikiem patogenu. Działania zarówno oficjalnych przedstawicieli władzy (w świcie Kaczyńskiego był i premier, i wicepremier), jak i sprawującego władzę bez konstytucyjnego mandatu (mowa o Prezesie) – niszczą substancję podczas epidemii najważniejszą: zaufanie i solidarność polegające na przekonaniu, że wobec powszechnego zagrożenia dźwigamy ten sam los.

Erozja zaufania

Tylko w oparciu o takie przekonanie można oczekiwać społecznej dyscypliny niezbędnej, by przetrwać czas kryzysu. Z badań Krystyny Skarżyńskiej i Konrada Maja przeprowadzonych jeszcze przed 10 kwietnia wynikało, że 82,4 proc. Polaków akceptowało reguły reżimu epidemicznego, 82,3 proc. deklarowało, że się do nich stosuje.

Ciekawe jednak, że 63,7 proc. badanych twierdziło, że rząd „nie podaje społeczeństwu pełnych informacji o skali zagrożeń koronawirusem”. Brak zaufania w tej sprawie żywi aż 43,5 proc. wyborców PiS. To kluczowa informacja, bo pokazuje, jak cienka więź łączy obecną władzę ze społeczeństwem. Ciekaw jestem wyników podobnych badań przeprowadzonych po 10 kwietnia.

Kurs na katastrofę

W każdym razie sygnał z pl. Piłsudskiego potwierdza inne komunikaty, jakie od ponad tygodnia płyną z ośrodka władzy majstrującej przy terminie wyborów prezydenckich: bierzemy kurs na katastrofę, społeczna wyobraźnia rządzących zablokowała się niczym zepsute steru samolotu. Czy lądowanie może ułatwić tarcza 2.0?

Wiele jest zachwytów nad tym programem, bo w końcu, jak pisze z uznaniem ekonomista Marcin Piątkowski, skala interwencji odpowiada działaniom, jakie podejmują inne rozwinięte kraje. Piątkowski to dobry ekonomista, więc pewno wie, co mówi, ale należy zwrócić uwagę na dwa zasadnicze problemy.

Ryzyko etatyzacji

Pierwszy wykłada Alert Gospodarczy zespołu ekspertów OEES pod kierownictwem Jerzego Hausnera. Obszerna analiza zwraca szczególną uwagę na rolę Polskiego Funduszu Rozwoju w Tarczy, który staje się superagendą państwa, wyłączoną jednak spod mechanizmów kontroli, jakie istnieją nad konstytucyjnymi instytucjami (resort finansów) i bankami poddanymi odpowiednim regulacjom. Konsekwencje mogą być bardzo groźne:


Finansowaniem takiej płynności powinien jednak zajmować się BGK, bank państwowy. Emisja długu z gwarancjami SP na pokrycie kosztów programu płynnościowego powinna być oparta na przejrzystych rynkowych zasadach. Wejście firm do programu, jak też wyjście z niego z wykorzystaniem subwencji, nie może następować w oparciu o niejasne, dyskrecjonalne kryteria.

Inwestycyjne zaangażowanie się PFR w średnie i duże firmy pociąga za sobą ryzyko trwałego wzrostu etatyzacji gospodarki.


Autorzy raportu neutralnym, choć stanowczym językiem wysyłają jasny komunikat polityczny: pod osłoną tarczy antykryzysowej szykowany jest instrument skoku na kontrolę nad przedsiębiorstwami prywatnymi. Oczywiście, nie musi być wykorzystany. Niejasność jednak wspomnianych reguł umożliwi nawet jeśli nie jawną, to pośrednią kontrolę.

Twórcza destrukcja

Pozostaje drugi problem, o wymiarze strategicznym. Tarcza koncentruje się na wsparciu przedsiębiorstw i pośrednio miejsc pracy. To dobra filozofia na czasy kryzysu koniunkturalnego, kiedy stawką jest utrzymanie firm „przy życiu” do czasu powrotu koniunktury.

Rzecz w tym, że doświadczamy głębokiego kryzysu strukturalnego. Powrotu do takiej struktury gospodarki jak przed kryzysem nie będzie z wielu względów. W takim czasie kluczowe zadanie to wspieranie płynności w obiegu finansowym, utrzymanie sektora publicznego, usług i inwestycji publicznych oraz siły nabywczej konsumentów/obywateli, tak by ochronić ich przed konsekwencjami kreatywnej destrukcji, jaka czeka w nadchodzącym czasie gospodarkę.

Marnowanie zasobów

Pisząc prościej: w takiej sytuacji trzeba ratować ludzi, a nie firmy, bo podtrzymywanie przedsiębiorstw sektorów schyłkowych to marnowanie bezcennych zasobów. Dlatego tak wiele mówi się o rozwiązaniach odwołujących się do powszechnego dochodu gwarantowanego – wdraża taki mechanizm w ograniczonym zakresie Hiszpania, podobne instrumenty zastosowały Hongkong i Korea Południowa.

Obecny kryzys wymaga instrumentów wspomagających jak najbezpieczniejsze przejście do świata, którego jeszcze nie znamy, a nie trwonienia środków na przeczekanie, aż powróci iluzoryczna normalność.


https://antymatrix.blog.polityka.pl/2020/04/11/covid-19-wirus-chorej-wyobrazni/?nocheck=1
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 18, 2020, 06:33
Niesłychane działania PiS mogą podsycać epidemię: głupota czy dywersja?
Stefan Karczmarewicz 10.04.2020 piątek

Kolejne działania i zaniechania obozu rządzącego dotyczące epidemii są potencjalnie bardzo groźne w skutkach. Tytułowe pytanie: co naszymi władcami kieruje, nie wydaje się pozbawione sensu.

Możemy ową lawinę błędów i wypaczeń podzielić na dwie mniejsze: dotyczącą bezpośrednio personelu medycznego oraz ogółu społeczeństwa. Podstawowa wiadomość dotycząca personelu medycznego jest dwojaka:

461 osób zakażonych SARS-CoV-2 to personel medyczny, co stanowi 17 proc. wszystkich zakażonych. Jak się wydaje, Polska dzierży pod tym względem palmę pierwszeństwa – co najmniej w Europie.

na kwarantannach przebywa ponad 4,5 tys. profesjonalistów medycznych – taki komunikat rzecznika Głównego Inspektoratu Sanitarnego przekazała 2 kwietnia stacja TVN24.

Warto sobie uświadomić, jak bardzo ta wiadomość jest katastrofalna. Oznacza, że w wojnie z wirusem, nie bacząc na straty, a dbając przede wszystkim o spełnienie celów propagandowych, Pycha i Szmal naraża zdrowie i życie ogromnej liczby ludzi, pozostawiając ich bez osłony zapewnianej przez fachowców.

Ktoś może w tym momencie uznać, że takie stwierdzenie to wyraz histerii, a co najmniej egzaltacji. Wszakże case fatality z powodu Covid-19 to według niedawno opublikowanej, bardzo ciekawej analizy Rafała Mostowego z Uniwersytetu Jagiellońskiego (https://rmostowy.github.io/covid-19/projections-poland/?fbclid=IwAR3VSh-8Ng8UL1sA9yAmQkK6cI7U32BgybVUVDoJuivX0jJZz78AJwLvL_w) jedynie 1,25 proc. Tylko i aż, ale naród od tego nie wyginie.

Racja, ale następstwem eliminacji dużej części personelu medycznego z aktywności zawodowej będzie wzrost zgonów spowodowanych wszystkimi chorobami, nie tylko Covid-19. Jak to napisał uczestnik jednego z czatów podczas niedawnej audycji radiowej: umrzemy wszyscy nie na wirusa, tylko na wyrostki robaczkowe. To oczywiste uproszczenie świetnie oddaje istotę sprawy. Oczywiście – wzrośnie liczba zgonów nie tylko na ostre choroby chirurgiczne, ale również na zawały serca, udary mózgu, „zwykłe” zapalenia płuc i wiele innych chorób. Bo w obecnej sytuacji coraz gorszy jest dostęp do rutynowej opieki medycznej. Bo nie ma załóg ambulansów, więc nie ma komu pojechać do chorego. Itd.

W Warszawie i okolicach, z powodu braku personelu, przebywającego na kwarantannach lub chorego, zamkniętych jest kilka oddziałów szpitalnych, ale także kilka stacji pogotowia. To musi się przełożyć na większe zagrożenie dla zdrowia i życia w ogólnej populacji.

Jest jeszcze jeden aspekt skutków postępującego niedoboru fachowego personelu. Rzec można – wstydliwy. Nie tylko dla satrapy i jego gromadki, ale dla nas wszystkich, bo skłonni jesteśmy wypierać takie tematy z naszej świadomości. To Domy Opieki Społecznej. Jak jasno wynika z dramatycznego tekstu opublikowanego przez OKO.press, w niektórych DPS-ach zachowanie podstawowych standardów pielęgnacyjnych staje się problemem, a można się spodziewać zwiększenia liczby zgonów wśród pensjonariuszy. Nie mamy bezpośrednich danych na ten temat z Polski, ale doniesienia o losie podopiecznych tego rodzaju placówek w bogatszych od naszego krajach są jednoznacznie przygnębiające.

Że powyższy wywód nie jest jedynie teorią, dowodzą dane z północnych Włoch. Tam przyrost ogólnej śmiertelności (czyli ze wszystkich przyczyn łącznie), jaki nastąpił w pierwszym kwartale 2020 r., wielokrotnie przekracza ten, który wynika wprost z Covid-19. Rachunek jest prosty. Można by się spodziewać, że całkowita liczba zgonów w marcu będzie odpowiadała tej ze stycznia (przed eksplozją epidemii), powiększonej o liczbę zgonów na Covid-19. Niestety, rzeczywistość jest znacznie bardziej okrutna. Faktyczna liczba zgonów w marcu wielokrotnie przekracza tę, która wynikałaby z szacunkowych obliczeń. Co z kolei pokazuje dobitnie, że porażając system opieki medycznej, Covid-19 trafia naprawdę we wszystkich, niezależnie od tego, czy zostali zakażeni, czy też nie.

Mamy dość przerażającą perspektywę, że sytuacja z północnych Włoch powtórzy się i u nas. Wskazuje na to wiele poszlak. Czterema najważniejszymi – szczególnie w ostatnim czasie – wydają się:

brak środków ochrony dla personelu medycznego

ograniczanie dostępu do testów

zbrodnicza niefrasobliwość albo żałosne cwaniactwo wielu pacjentów i ich rodzin

dramatycznie złe zarządzanie na praktycznie każdym poziomie systemu medycznego państwa (a czasem również poza nim)

Brak środków ochrony

Środków ochrony dla personelu medycznego jest o wiele za mało. Minister zdrowia może opowiadać różne anegdotki o niewłaściwym obchodzeniu się ze sprzętem albo o zawyżonym zużyciu czy przeszacowanych zapotrzebowaniach. Może nawet będą prawdziwe, ale pozostaną anegdotkami. Wniosek z napływających, wiarygodnych doniesień medialnych, postów na zamkniętych grupach medycznych, wreszcie ze zwykłej korespondencji i normalnych rozmów – jest oczywisty: środków ochrony jest przerażająco mało, a poza tym nie spełniają standardów jakościowych. To jeden z dwóch najważniejszych punktów, które mogą sprawić, że – jak napisano w popularnym memie – „zagramy z Włochami w finale”.

Żeby było jeszcze pikantniej, ostatnio wojewoda mazowiecki, zwany popularnie – z racji nazwiska i stosunku do swoich oponentów – księciuniem, teoretycznie lekarz (ale nie przywiązywałbym się do tej myśli), zaczął kierować lekarzy z przychodni i pielęgniarki z różnych miejsc do DPS-ów, w których sytuacja rzeczywiście jest dramatyczna, do czego jeszcze wrócimy. Jak wynika z forów internetowych – nie zapewnia przy tym środków ochrony osobistej dla personelu. Bardzo magnackie, zaiste. I wraca tytułowe pytanie: głupota czy dywersja?

Ograniczanie dostępu do testów

To drugi punkt niezawodnego przepisu na klęskę. Testów jest za mało, ale najgorsze, że nie są im poddawani ci, którzy niewątpliwie powinni być zbadani: osoby po kontakcie z Covid-19 i te, które mają niepokojące objawy. A przede wszystkim – personel medyczny.

Niedawne kuriozalne zarządzenie, że test na SARS-CoV-2 można wykonać tylko za zgodą sanepidu albo specjalisty chorób zakaźnych, jest tylko typowym dla PiS przyodzianiem niemocy w szaty cnoty. Do sanepidu nie można się dodzwonić, a jak się ktoś dodzwoni, to zachowania i decyzje niektórych pracowniczek i pracowników tej instytucji świadczą o nieoptymalnym poziomie ich wyszkolenia. A kiedy już stwierdzą: „odezwiemy się w sprawie testu”, to nie należy zbyt żarliwie w taką obietnicę wierzyć. Specjalistów chorób zakaźnych jest bardzo mało. Nie mają też obowiązku być w całodobowej, permanentnej gotowości. Dostęp do nich, zwłaszcza w sprawach pilnych, jest niesłychanie trudny.

Poza tym testów naprawdę nie ma. Pan minister i jego wiceministrowie opowiadają, jakie sukcesy odnoszą na tej niwie. Przedstawiają jednak liczby wykonanych testów, a nie stopień zaspokojenia zapotrzebowania. Oczywiście – zapotrzebowanie, rzecz względna. Wystarczyłoby jednak, żeby strażnicy naszej pomyślności podali liczbę wykonanych testów w przeliczeniu na milion mieszkańców, a następnie wartości tego samego wskaźnika dla innych krajów europejskich. Oj, nie byłoby powodów do mruczenia…

Ostatnio zadeklarowano pełny, nieograniczony dostęp do testów dla personelu medycznego. Słuszne to wielce. Hura. Tyle że równie dobrze można by zadekretować natychmiastowy powrót do równowagi ekologicznej w przyrodzie albo ustąpienie zaburzeń osobowości u myśliwych. Nie da się, prawda? Premier i jego minister mają nadzieję, że ciemny lud to kupi (nie jest powiedziane, że nie), a słynne paski informacyjne skutecznie przykryją stan faktyczny.

Zbrodnicza bezmyślność tolerowana przez państwo

Dwie historie, bardzo krótkie. Dziecko przyprowadzone przez dziadka do szpitala dziecięcego z powodu wysokiej gorączki i kaszlu. Dziadek nie powiedział, że w domu została mama dziecka, która właśnie niedawno powróciła z Hiszpanii, a teraz czeka na wymaz, bo gorączkuje i kaszle, chociaż bez dramatycznych objawów. Dlaczego nie powiedział? Żeby nie odesłali do innego szpitala. Rezultat: kilkanaście osób spośród personelu szpitala wyeliminowanych z pracy. Zamknięty jeden oddział, SOR praktycznie też.

Wezwanie do duszności. Kaszel? Nie. Na miejscu okazało się, że i kaszel, i gorączka, i kontakt z osobą chorą na Covid-19… Dlaczego zatajono te informacje, wzywając pomoc? Z obawy, że ambulans nie przyjedzie. Po dwóch dniach przychodzi dodatni wynik testu. A potem dodatnie wyniki w zespole ratowniczym. Zamknięta cała stacja pogotowia, kilkanaście osób, kilka zespołów.

Nie rozumiem, dlaczego rząd, słusznie wprowadzając represje za nieprzestrzeganie kwarantanny (nie mylić z „socjalnym dystansem”), jednocześnie nie wprowadził równie dotkliwych kar za świadome wprowadzanie w błąd personelu medycznego. Jak już napisałem, ale powtórzę – jeżeli skutkiem takiego zatajenia prawdy jest czasowa eliminacja personelu z wykonywania obowiązków i/lub zamknięcie jednostek opieki medycznej, to ostateczny rezultat przekłada się na zmniejszenie bezpieczeństwa (czy też zwiększenie zagrożenia) ludzi na danym terenie.

Bo wyeliminowany ambulans nie pojedzie nie tylko do kolejnego chorego z dusznością, ale również do ofiary wypadku drogowego. Po prostu go nie będzie tam, gdzie być powinien.

Dlatego 30 tys. zł nie jest zbyt surową karą ani za złamanie kwarantanny, ani za okłamywanie służb medycznych. Że ktoś nie ma tyle? Ależ jest rozwiązanie – można by to odpracować w DPS-ach lub szpitalach, stosując prosty przelicznik: każda przepracowana godzina zmniejszyłaby należność na poczet kary o stawkę godzinową pracownika, którego pracę się wykonuje. A za każdą nieobecną lub pozornie tylko przepracowaną godzinę powinno się dokładać kolejną. Myślę, że po pierwszych kilku wyrokach poszanowanie dla reguł wzajemnego bezpieczeństwa bardzo wzrośnie.

Tak przy okazji – nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego fryzjerka nieprzestrzegająca zarządzeń o izolacji dostaje karę, a dwóch reżyserów gromadzi ludzi na swoich planach zdjęciowych, kontynuuje zdjęcia i nie ląduje w pace. Albo jeszcze lepiej – w DPS-ach, jako pomoce salowych lub sanitariuszy.

Zarządzanie modo PiS – czas rozpanoszonych miernot

Na koniec najsmakowitsze. Zarządzanie w czasach zarazy. Dotyczące zarówno profesjonalistów medycznych, jak i tych, którzy są lub mogą zostać pacjentami. Jego jakość na wszystkich szczeblach waha się między wątpliwą a skandaliczną. Wynika to zarówno z deficytów mentalnych, jak i moralnych, które jasno widać u decydentów. Przykłady? Proszę bardzo.

Zakaz wypowiedzi dla personelu medycznego o rzeczywistym stanie zaopatrzenia w środki ochrony – utrudnia organizowanie obywatelskiej pomocy.

Wyrzucanie z pracy tych, którzy dyrekcjom nie pasują. Przykłady: Nowy Targ, warszawski Meditrans, szpital uniwersytecki w Krakowie. Wyrzucenie dobrego, chociaż pyskatego pracownika podczas wielkiej akcji ratowniczej powinno skończyć się natychmiastowym wywaleniem dyrektora jednostki medycznej na zbitą twarz. Tymczasem dyrektorzy o mentalności wykidajłów czują się najwyraźniej bezkarnie. Jasne, bo są swoi. Minister ich nie ruszy.

Stosowanie nielegalnej kwarantanny, czyli zmuszanie personelu do wielodniowej pracy. Pod pozorem kwarantanny właśnie. Bez godziwych warunków do odpoczynku przez siedem dni, bez środków ochrony, bez testów. Na przykład w Bytomiu, chociaż tamtejszy dyrektor teraz wypiera się swojej decyzji, jak może.

Uprawnienia ministra do ręcznego sterowania zarządzaniem szpitalami. Zgodnie z najnowszą specustawą minister będzie mógł (podaję za portalem Zarządzanie w ochronie zdrowia) zawiesić w pełnieniu obowiązków dyrektora szpitala i wyznaczyć na jego miejsce wskazanego przez siebie pełnomocnika. Nie sądzę, żeby pierwszą decyzją było usunięcie paru zadufanych miernot, szkodzących i podległemu im personelowi, i pacjentom. Raczej zaczną odchodzić ci, którzy mówią, jak jest.

Brak wprowadzenia powszechnego obowiązku pracy zmianowej we wszystkich szpitalach. Model pracy w dwóch-trzech zespołach, zmieniających się co tydzień i niekontaktujących się ze sobą, zaczyna być stosowany w niektórych szpitalach. A powinien być po prostu normą. W ten sposób chroni się personel tak, aby w razie zakażenia części zespołu pozostała mogła pracować, zapewniając funkcjonowanie oddziału.

Opóźnianie przez rząd dostawy sprzętu zakupionego przez WOŚP.  To powinniśmy wszystkim kacykom Pychy i Szmalu zapamiętać na długo. Obrzydliwa polityczna gierka rządu i prezydenta, mająca jeden oczywisty cel – zdyskontować politycznie dla siebie wysiłek, jaki wykonała Wielka Orkiestra, czyli ogromna większość z nas. Trzeba być naprawdę żałosnym nieudacznikiem, żeby uciekać się do takich chwytów w takich chwilach.

Rozmyślna dezorganizacja systemu testowania. Wojewoda małopolski w ramach „optymalizacji systemu” wypowiedział umowy trzem instytucjom zajmującym się pobieraniem wymazów na terenie województwa. Z zamiarem przekazania tego zadania wojsku i terytorialsom. Powiało Bareją. I grozą.

Brak zabezpieczeń dla pracowników ośrodków pomocy społecznej. Wspomniany już w tym tekście wojewoda mazowiecki wyraził rozczarowanie postawą pracowników socjalnych, którzy odmówili pracy bez zabezpieczeń (po szczegóły pozwalam sobie odesłać Państwa do materiału w OKO.press). Podał w wątpliwość ich kwalifikacje zawodowe i etyczne. Uważa, że brak zabezpieczeń nie powinien być przeszkodą. Zaprezentował typową dla swojej formacji postawę lorda Farquada: „Wielu z was zginie, ale jestem gotowy na to poświęcenie”. Przodka księcia wojewody Sienkiewicz opisał jako gardzącego ludźmi zdrajcę. Ja miałem zaszczyt poznać kogoś o tym samym nazwisku, ale będącego dżentelmenem i świetnym lekarzem. Czyli to nie klątwa rodu. Dar obrażania, kogo się da, to szczególna łaska zesłana księciu przez los.

Tygodniowe vacatio legis wobec obowiązku zasłaniania twarzy w miejscach publicznych, czyli komitywa Mateuszka i długopisu z wirusem. Tak, to najśmieszniejsze zarządzenie Mateuszka. Mateuszek uważa, że przez tydzień wirus weźmie sobie wolne. Bo niby dlaczego nie? Argument, że ludzie muszą mieć czas zaopatrzyć się w maski, jest chybiony, bo zarządzenie nie wymaga profesjonalnych osłon. A nieprofesjonalnych – jak chociażby chustki czy szaliki – jest w społeczeństwie dużo. Musimy się zdecydować – albo osłony na twarz to humbug (tłumaczenie dla młodzieży: bullshit) i należy o nich zapomnieć, albo działają – i wtedy należy zacząć je stosować natychmiast, a nie po tygodniu. W ogóle,władza sprawia wrażenie, że ma z wirusem sekretną umowę. Do kościoła bydlę nie wejdzie – zwłaszcza podczas dawania na tacę. Uprzejmie weźmie tydzień wolnego, żeby obowiązek noszenia osłon na twarz mógł się uprawomocnić. Podczas smoleńskiej uroczystości poczeka skromnie z boczku, żeby nikogo na nieprzyjemność nie narazić. Pierwsza Dama prowadzi lekcję online, ale z klasą, w której jest jednocześnie 30 uczniów? Spokojnie, wirus obiecał, że podopiecznych kapłanki kaganka oświaty nie tknie.

Listonosze niekoniecznie dożyją do wyborów. Emeryci też nie muszą. Martwimy się wyborami korespondencyjnymi, co jest bezcelowe, bo nienawidzący ludzi starzec już zdefiniował, kto je wygra. Powinniśmy natomiast – zupełnie niezależnie od wyborów – martwić się listonoszami. Pracują bez żadnej ochrony, większość z nich nie ma ani maseczek, ani rękawiczek. Ludzie, z którymi się stykają, mogą być dla nich źródłem zakażenia. Tak samo jak listy i pieniądze, które wożą. Oni z kolei mogą zakażać emerytów. W połowie kwietnia może się okazać, że kart do głosowania nie ma komu ani do kogo wozić. Co zlikwiduje problem czekających nas, nieanonimowych, niekontrolowanych, specyficznie obliczanych wyborów.

Podsumowanie: odpowiedź na tytułowe pytanie pozostaje nierozstrzygnięta. W pokłady morderczej niekiedy głupoty możemy łatwo uwierzyć. W tej drużynie liczy się lojalność wobec wodza. Nic poza tym. No, może jeszcze poparcie Tadeo Borgii i Ordo Iuris. Teraz to już naprawdę wszystkie istotne punkty.

Z drugiej strony można sobie wyobrazić taki tok myślenia: przeprowadźmy te parawybory, a potem natychmiast wprowadźmy stan wyjątkowy, uzasadniając go epidemią, która naprawdę się rozszaleje, bo bardzo się o to staramy. W ten sposób zdusimy protesty, które niewątpliwie po wyborach nastąpią. Po to zrobiliśmy właśnie potężne zakupy sprzętu dla policji, mającego służyć do rozganiania protestów. Wszak system medyczny nie musi być dofinansowany, ale ochrona jedynie słusznej władzy jest warta każdych pieniędzy.


https://lekarski.blog.polityka.pl/2020/04/10/covid-19-w-polsce-nie-tylko-wybory-nieslychane-dzialania-pis-moga-podsycac-epidemie-glupota-czy-dywersja/?nocheck=1
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 19, 2020, 06:29
Horror z Drzewicy może się powtórzyć. Domy pomocy wołają o pomoc
MATYLDA WITKOWSKA, BEATA DOBRZYŃSKA, DAMIAN CIEŚLAK, JP 18 kwietnia

Kilkudziesięciu ciężko chorych zarażonych koronawirusem i jedna lub dwie pielęgniarki do ich obsługi. Tak przez ponad tydzień wyglądała sytuacja Domu Pomocy Społecznej w Drzewicy. Personel wysyłany na pomoc odmawiał lub uciekał na L4. Podobnie było w innych DPS-ach na świecie i w Polsce. I może się zdarzyć w kolejnych.

Dramat w Domu Pomocy Społecznej w Drzewicy w powiecie opoczyńskim zaczął się dokładnie dwa tygodnie temu. W piątek, 3 kwietnia, władze DPS-u zaniepokoiły się objawami wykazywanymi przez niektórych pacjentów. Wyglądały dokładnie jak objawy choroby COVID-19, czyli ataku koronawirusa.

Okazało się to prawdą. Przez weekend przebadano 131 próbek, u 64 osób stwierdzono koronawirusa. Zaraziło się 37 mieszkańców domu i 25 osób z personelu. To około połowy podopiecznych i pracowników DPS-u. Do niedzieli dwóch podopiecznych zakażonych wirusem zmarło. Później, w Wielkanoc, zmarła kolejna ofiara.

Ponad 20 zakażonych członków personelu zgodnie z decyzją sanepidu opuściło placówkę, przechodząc na zwolnienia lekarskie i kwarantanny domowe. Potem dołączyli do nich kolejni. W ten sposób z 80 pacjentami zostało pięć pracownic, w tym jedna pielęgniarka. Normalnie samych pielęgniarek jest sześć.

Informacja o przeciążeniu jedynej pielęgniarki pozostałej w drzewickim DPS-ie dotarła nawet do dr Grażyny Wójcik, prezes Polskiego Towarzystwa Pielęgniarskiego. W wielu wywiadach zwracała uwagę na stan przepracowanej kobiety. - Przykładem może być pielęgniarka z DPS Drzewica, która po 55 godzinach zamknięcia w ośrodku i nieprzerwanej pracy, w stanie skrajnego wyczerpania, po konsultacji lekarskiej otrzymała L4 i została decyzją lekarza skierowana do miejsca kwarantanny - mówiła w wywiadzie dla portalu Ofeminin, podkreślając, że po takich przeżyciach kobieta będzie potrzebować wsparcia psychologa lub terapii.

Trudne poszukiwania

Starostwo powiatowe w Opocznie szybko zaczęło poszukiwania pielęgniarek, które mogłyby wesprzeć drzewicki Dom Pomocy Społecznej. Ale nie było to proste. Najbliższy szpital w Opocznie sam był mocno dotknięty ko-ronawirusem. Wiele oddziałów było wyłączonych, pielęgniarki były na zwolnieniach lekarskich lub na kwarantannie.

Starostwo wytypowało jednak pięć pielęgniarek i wystąpiło do wojewody Tobiasza Bocheńskiego o wydanie im nakazu pracy w drzewickim DPS-ie. Takie nakazy można wydać w celu skutecznego zwalczania epidemii, ale nie można ich wydać każdemu. Wyłączone są np. osoby po 60. roku życia, matki opiekujące się dziećmi, kobiety w ciąży czy niepełnosprawni.

- Dostaliśmy informację, że żadna z pielęgniarek nie zakwalifikowała się do nakazu - mówi Maria Chomicz, wicestarosta opoczyńska.

Urzędnicy wybrali sześć kolejnych pań. Trzy z nich natychmiast poszły na zwolnienie lekarskie. Na podjęcie pracy w drzewickim DPS-ie zgodziły się jedynie trzy. Ale jedna musiała jeszcze dokończyć kwarantannę. W ten sposób z 11 wytypowanych pań w połowie ubiegłego tygodnia do pracy w DPS-ie stawiły się... dwie.

Ukarane za odpowiedzialność

Pielęgniarki, które zgodziły się pójść tam, gdzie były potrzebne, nie wiedziały, na co się decydują. Tymczasem za swoją odpowiedzialność zapłaciły wysoką cenę. Według początkowych założeń podopiecznymi w DPS-ie miało opiekować się sześć pielęgniarek, pracujących w 12 godzinnych dyżurach.

Pielęgniarki zakładały, że mogą nie wracać po nich do domu, żeby nie narażać na zakażenie rodzin. Ale nie myślały, że będą pracować non-stop, opiekując się we dwie prawie 70 pensjonariuszy z których dwie trzecie było zakażonych koronawirusem. Gdy z kwarantanny powróciła trzecia pielęgniarka, sytuacja poprawiła się, ale tylko trochę.

Po sześciu dniach takiej harówki ich mężowie napisali list, który wysłali m.in. do premiera, prezydenta, wojewody, starostwa, burmistrza i Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych. Błagali w nim o pomoc dla swoich żon.

W rozmowach telefonicznych kobiety skarżyły się mężom, że nie mają nawet czasu skorzystać z toalety czy napić się wody. Płakały do słuchawek. „Podstawowe potrzeby fizjologiczne takie jak jedzenie czy toaleta są dla nich niezwykle utrudnione, a chwila przerwy to raptem kilka minut w ciągu całej doby.(...) Nasze żony są na skraju wytrzymałości” - napisali mężowie.

Wicestarosta Maria Chomicz odniosła się do problemów pielęgniarek ze zrozumieniem. Ale nie potrafiła pomóc.

- Kobietom jest bardzo ciężko, tym bardziej, że nie znały wcześniej ani pacjentów, ani specyfiki pracy w DPS-ie. - mówiła. - Rozumiemy ich lęk, strach, niezgodę wewnętrzną i niezrozumienie, dlaczego właśnie je to spotkało. Ale co z tego, skoro nie stworzymy sobie pielęgniarki, która jeszcze chce pracować z zakażonymi. - mówi. Jak podkreślała nie da się zmusić kogoś do pracy, a dodatkowa zapłata nie pomaga.

Poseł poszedł do chorych

Ale byli i tacy, którzy ruszyli na pomoc. Już po kilku dniach epidemii Sanepid wyraził zgodę na powrót do pracy personelu. Podobne rozwiązania stosowano już z sukcesem w innych DPS-ach. Dyrektor domu w Drzewicy Agnieszka Brola obdzwoniła wiec swój personel prosząc o dobrowolny powrót do pracy tych, którzy czują się na siłach. Zdecydowało się 10 osób, w tym dyrekcja i księgowe. Sześć osób było zdrowych, cztery zakażone opiekunki za zgodą sanepidu skierowano do pracy z chorymi.

W wielkanocny poniedziałek do ekipy DPS-u dołączył jako wolontariusz opoczyński poseł Robert Telus (PiS). Przez trzy dni karmił podopiecznych, zaprowadzał do łazienki, przebierał i pocieszał. Okazywał cierpliwość i serce. - Niech pan mi powie, kiedy to wszystko się skończy? - pytała go za każdym razem jedna z leżących staruszek. Nie potrafił odpowiedzieć, ale starał się pocieszyć.

Poseł Telus przyznaje, że bał się zakażenia. Obawy miała też jego rodzina. 13-letnia córka płakała, gdy wchodził do DPS-u. Ale później przysłała SMS-a z informacją, że rozumie jego decyzję. Sam poseł chciał pomóc potrzebującym, ale chciał też zachęcić innych do pomocy. - U wielu ludzi jest iskra w sercu i chcą pomagać - mówi. Swój pobyt nazwał najlepszymi rekolekcjami w życiu. Za kilka dni będzie wiedzieć, czy uniknął zakażenia.

Nie był jedyny. Razem z nim najgorsze dni w Drzewicy spędziło dziesięciu pracowników DPS-u, w tym kierownictwo i dwie księgowe. Dobrowolnie zostały też cztery zakażone pracownice, które nie miały objawów i zdecydowały się zająć zakażonymi. Jako wolontariusze pracowało też dwóch terytorialsów ( wykonywali czynności porządkowe) i wicedyrektor Centrum Edukacji i Rozwoju w Opocznie Sebastian Katana. Gotowi byli kolejni kandydaci, w tym dwie zakonnice i pielęgniarka.

Nocna ewakuacja DPS-u

Nie zdążyli jednak dotrzeć. W środę wieczorem zapadła decyzja o ewakuacji DPS-u. Do rozwiezienia było 60 osób, w z tego 38 zakażonych. Ewakuacja trwała całą noc i zakończyła się w czwartek o 6 rano. 22 zdrowych pacjentów zostało zabranych do szpitala w Bełchatowie, 18 pacjentów zakażonych trafiło na oddział zakaźny szpitala w Tomaszowie Maz., a kolejnych 20 zakażonych do szpitala do Radomska. Wcześniej 17 pacjentów z Drzewicy, których stan się pogarszał trafiło do szpitala w Zgierzu.

W czwartek rozpoczęła się dekontaminacja placówki w Drzewicy. Dokładną dezynfekcją zajmują się żołnierze 5. Tarnogórskiego Pułku Chemicznego. Po odkażeniu w placówce rozpoczną się porządki, tak aby mogli do niego wrócić zdrowi podopieczni i personel.

Domy pomocy padają

Horror w Drzewicy nie był ani pierwszym ani ostatnim w czasie pandemii koronawirusa SARS-CoV-2. O tym, że pensjonariusze domów pomocy społecznej najbardziej cierpią z powodu koronawirusa donosiły już media z Hiszpanii. Dziennik „El Pais” już w drugiej połowie marca apelował, że część personelu zwolniła się z powodu zakażenia koronawi-rusem, a pozostali są przepracowani. Chorych nie chciano przyjmować do szpitali, wielu zmarło bez wykonania testów.

W kilku domach hiszpańskie wojsko wydelegowane do dezynfekcji budynków znalazło zmarłych pensjonariuszy nadal leżących w łóżkach. Sprawą zajęła się prokuratura.

Podobnie było w innych krajach. Według szacunków naukowców związanych z London School of Economics w krajach takich jak Włochy, Francja, Hiszpania czy Belgia około połowy zgonów miało miejsce w różnych domach opieki.

Identycznie dzieje się w polskich domach pomocy. Dramatyczna sytuacja jest na Mazowszu przy granicy z regionem łódzkim. Koronawirus spustoszył tam już kilka DPS-ów, m.in. w Niedabylu, Starym Goździe i w Tomczycach. W tym ostatnim DPS-ie na początku kwietnia sanepid nałożył kwarantannę na 88 pensjonariuszy i 30 pracowników, po tym jak okazało się, że koronawirusem zakażona jest jedna pielęgniarka. Testy potwierdziły wirusa u 69 osób - pracowników i podopiecznych placówki. Od tej pory personel placówki błagał o pomoc - przede wszystkim o ewakuację chorych, pomoc kadrową i dostarczenie środków ochrony osobistej. Część osób poddanych kwarantannie gorączkowała. W końcu do placówki dotarła lekarka, która stwierdziła, że dyrektor DPS Marek Beresiński wymaga hospitalizacji. Przysłano po niego karetkę z Warszawy.

Mazowsze również zmaga się z brakiem personelu. Od nakazów pracy wydanych przez wojewodę Konstantego Radziwiłła lekarze i pielęgniarki masowo się odwołują.

Czy sytuacja się nie powtórzy w innych miejscach regionu? To możliwe, bo wirus pustoszy często domy opieki leżące w pobliżu. W regionie łódzkim jest 66 DPS-ów wraz z filiami mieszczą się w 71 miejscowościach. Jest w nich 6,2 tys. miejsc. Na razie sygnałów o kolejnych ogniskach choroby nie ma. Prewencyjnie przebadano cały DPS w Niemojowicach w powiecie opoczyńskim. Koronawirusa nie stwierdzono.

Ale wiele domów, zwłaszcza prywatnych, już teraz zmaga się z brakiem personelu. Tak jest m.in. w Centrum Opieki „Nasz dom” w Łodzi, gdzie w ostatnich dniach kilka osób poinformowało już kierownictwo, że rezygnują z pracy w ośrodku. Zgodnie z wytycznymi służb sanitarnych aby powstrzymać rozwój epidemii personel nie powinien pracować w kilku miejscach na raz.

Dzielne zakonnice

Ale z kraju płyną też dobre wieści. W DPS-ie w Bochni w Małopolsce sytuacja była podobna jak w Drzewicy. Gdy koronawirusem zaraziło się 30 podopiecznych i 15 pracowników, chorymi nie miał się kto zaopiekować. Starosta bocheński też zaczął szukać pomocy. Ale nie był w stanie zapewnić pielęgniarek i opiekunek. Telefon od płaczącego starosty bocheńskiego Adama Korty odebrały w Wielki Piątek siostry dominikanki z Broniszewic w Wielkopolsce, które na co dzień opiekują się niepełnosprawnymi chłopcami. Skrzyknęły się z siostrami z innych klasztorów i w siódemkę ruszyły na ratunek do Bochni. To zachęciło innych do działania. Dołączył ksiądz kapelan, a internauci poruszeni odwagą zakonnic zebrali dla DPS-u kilkadziesiąt tysięcy złotych.


https://dzienniklodzki.pl/horror-z-drzewicy-moze-sie-powtorzyc-domy-pomocy-wolaja-o-pomoc/ar/c1-14924588
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 21, 2020, 20:58
Grzegorz W. Kołodko: Potem, czyli świat po pandemii (1)
Grzegorz Kołodko  Aktualizacja: 13.04.2020, 17:32 Publikacja: 13.04.2020

(https://www.rp.pl/apps/pbcsi.dll/storyimage/RP/20200413/EKO/304059955/AR/0/AR-304059955.jpg?imageversion=Artykul&lastModified=)

Trzeba uważać na skok na kasę populistów, którzy zechcą wyrwać jak najwięcej pod hasłem ochrony tych w potrzebie. Jeszcze bardziej trzeba uważać na zachłanność zamożnych.

Jak będzie wyglądał świat po pandemii? Najłatwiej nie zadawać sobie takich pytań, bo obecnie nie sposób satysfakcjonująco na nie odpowiedzieć. Niebywała od wieków pandemia w najlepsze, a raczej w najgorsze, trwa, zaś zakres, głębia i długotrwałość wynikających z niej nieuniknionych kryzysów gospodarczego, społecznego i politycznego są ex ante nie do oszacowania. To, co dziś wydawać się może wizjonerstwem, jutro okazać się może brakiem wyobraźni.

DEFICYT WYOBRAŹNI

Najtrudniej dostrzec to, czego nie widać. Aby rozglądać się w miarę sensownie, potrzebna jest nam nie tylko wiedza, lecz także wyobraźnia. Nie ta oderwana od realiów życia, nie fantazjowanie czy uleganie iluzjom, ale wyobraźnia rodząca się wskutek krytycznej obserwacji faktów oraz wnikliwej interpretacji zachodzących zjawisk i procesów. A dzieje się dużo. Niestety, do innych nierównowag, które targają stosunkami społecznymi we wszystkich możliwych przekrojach, dochodzi jeszcze deficyt wyobraźni. Tym bardziej warto ją ćwiczyć.

Troszcząc się o zabicie koronawirusa, zanim on nas pozabija, nie można zapominać o ryzyku, jakie towarzyszy nam na innych polach. Czasami jest ono daleko stąd, ale w epoce globalizacji już prawie nic nie jest daleko, a na pewno już nie tak daleko, aby się tym nie przejmować.

Kreśląc wizje postpandemicznej przyszłości, trzeba przeto brać pod uwagę wiele okoliczności z nią niezwiązanych, ale ważnych z innych powodów. Szczególnie interesujące w odniesieniu do przyszłości jest to, co nie jest oczywiste, co zdarzyć się może, ale nie musi.

I tak, niebagatelne implikacje może mieć wciąż niezażegnany konflikt w Hongkongu. Gdy jego mieszkańcy uwierzą, że zarazy tam już nie ma, znowu nasilą się uliczne demonstracje. Jeśli będą eskalować, mogą doprowadzić do stanu, którego Pekin nie będzie tolerować, i zechce użyć siły w celu przywrócenia porządku. Następstwa takiej kolei rzeczy dla relacji Chiny–Zachód byłyby fatalne. Politycznie motywowane sankcje ekonomiczne spowodowałyby w światowej gospodarce większe perturbacje niż dotychczasowa wojna handlowa.

Jeśli Izrael – obojętnie, z amerykańskim przyzwoleniem czy bez – zbombarduje irańskie instalacje nuklearne, na co ochotę mają nie od dziś jastrzębie z Tel Awiwu, to Iran odpowie zablokowaniem cieśniny Ormuz. Wtedy ropa naftowa będzie nie po 25 dolarów za baryłkę, do której to niskiej ceny doprowadziły gospodarcze frykcje wywołane pandemią, ale być może po 125 dolarów. I tak źle, i tak niedobrze, bo to dla kogoś za tanio, dla kogoś innego zbyt drogo.

Jeśli nie tylko Turcja – nie radząc sobie z blisko 4 mln uchodźców, głównie z Syrii – szeroko otworzy dla nich granice z Unią Europejską, ale uczynią to też oba reżimy w Libii – i ten w Trypolisie, i ten generała Haftara – i nie będą powstrzymywać wzmagającej się fali migrantów z subsaharyjskiej Afryki, to w Europie nie da się utrzymać spokoju społecznego. Jeśli zaś przeciwdziałając tej fali, użyto by siły, to będzie pora zaprzestać mówienia o europejskich wartościach. Tym bardziej trzeba z jednej strony szukać pragmatycznego rozwiązania konfliktów na Bliskim Wschodzie i w północnej Afryce, a z drugiej pomóc jej w rozwoju, również finansowym, aby osłabiać presję na emigrację.

Jeśli nie zapanuje się nad ponowną eskalacją napięć między Indiami i Pakistanem w sprawie Kaszmiru i dojdzie do użycia broni atomowej, którą oba kraje posiadają, to zdestabilizowana zostanie cała światowa scena polityczna z silnymi, niekorzystnymi konsekwencjami dla gospodarek również daleko poza subkontynentem indyjskim.

Jeśli trwał będzie niekontrolowany wyrąb lasów tropikalnych – od Borneo po Kongo, od Rwandy do Ekwadoru – a prezydent Bolsonaro nie przeciwstawi się wypalaniu tysięcy hektarów Amazonii, to każdy kolejny rok będzie jeszcze bardziej gorący, niż to i tak już przesądzają inne czynniki. Nasilać to będzie ocieplanie klimatu, co ani chybi odbije się negatywnie na politycznym klimacie, z jego zwrotnym ujemnym wpływem na gospodarowanie.

RECESJA I WZROST CZY DEPRESJA?

Prawie nigdy nie jest tak, że wszystkie dobre albo wszystkie złe okoliczności zbiegają się w czasie. Wykluczając przeto koincydencję chociażby tylko tych regionalnych kryzysów, abstrahować od ryzyka ich wybuchu nie można. Więcej: skoro są wyobrażalne i możliwe, trzeba ich zaistnieniu zapobiec. Od tego właśnie jest polityka, która w każdym z tych przypadków, pomimo że odnosi się do spraw regionalnych, musi być koordynowana w skali ponadnarodowej, wręcz globalnej, bo wywiera wpływ na to, co dzieje się w skali globalnej.

Sytuacja jest dynamiczna jak rzadko kiedy. Przede wszystkim nie wiemy, jakie będą rezultaty pandemii dla ludzi. Zachorują tylko miliony czy dziesiątki milionów? Odejdą z tego padołu ziemskiego tylko setki tysięcy czy miliony? W sprawach bardziej przyziemnych: nie wiemy, jak mocno pozrywane już są łańcuchy zaopatrzeniowo-produkcyjne. Nie wiemy, jak dalece i na jak długo zahamowane zostało świadczenie rozmaitych usług. Nie wiemy, jak duże, gdzie skierowane i w jakiej sekwencji czasowej oraz jak skuteczne z punktu widzenia podtrzymywania aktywności gospodarczej będą pakiety interwencyjne uruchamiane przez coraz to więcej rządów i organizacji międzynarodowych.

Wiemy już natomiast, że będzie recesja. Bynajmniej nie wszędzie, ale z pewnością w największych wysoko rozwiniętych gospodarkach – w USA i Japonii, w Korei Południowej, Unii Europejskiej, w Kanadzie i Australii. W Polsce też.

Jest wciąż nadzieja, że recesja nie dotknie wielu spośród krajów uboższych, bo szczęśliwie koronawirus dociera do nich, przynajmniej do niektórych, zwłaszcza w biednej Afryce, na mniejszą skalę. Są one jednak w warunkach globalizacji zintegrowane poprzez handel i kooperację oraz transfery kapitału z krajami bogatymi i teraz te ostatnie będą je ciągnąć w dół.

Jeśli jednak zaraza i tam się rozpanoszy, to ich gospodarki ucierpią relatywnie mniej niż w wyrafinowanych krajach bogatych, natomiast od strony ludzkiej byłby to kataklizm ze względu na niedorozwój systemu ochrony zdrowia. Wystarczy wspomnieć, że w liczącym ponad 230 mln mieszkańców Pakistanie wydatki zdrowotne na osobę są 200-krotnie mniejsze niż w USA.

Chiny i Indie wytwarzają około 26 proc. światowego produktu brutto (licząc według parytetu siły nabywczej). Od tych dwóch najludniejszych krajów świata zależy ponad jedna trzecia zmian globalnej dynamiki gospodarczej i dlatego bieg spraw tamże ma ogromne znaczenie.

Wydaje się, że Chiny w 2020 roku mogą uciec przed spadkiem produkcji, ale i to stoi pod wielkim znakiem zapytania. Nic dziwnego zatem, że podczas gdy jedni zapowiadają recesję, inni przewidują w tym samym czasie wzrost. Indie, miast do niedawna oczekiwanego wzrostu PKB o ponad 6 proc., odnotują spadek produkcji, nie uda się im bowiem wyjść obronną ręką z totalnej blokady 1,3-miliardowej ludności na kilka tygodni i – w ślad za tym – zamrożenia gospodarki opierającej się głównie na małych firmach i usługach, które tworzą aż 62 proc. PKB.

Nie wiemy, jakimi koleinami potoczy się sytuacja w Afryce i Ameryce Łacińskiej wraz z Karaibami, przy czym ich gospodarcza kondycja odciska nieco mniejsze piętno na losach świata, ponieważ wytwarzają odpowiednio tylko 4 i 7,5 proc. produkcji globu.

Nie wiemy, czy światowa recesja wyniesie 2, 12 czy 20 proc., czy produkcja spadać będzie przez pół roku, a potem gospodarki odbiją i powróci wzrost, czy może spadki odnotowywane będą przez rok albo półtora. Recesja może nie trwać długo, ale długo może potrwać depresja, czyli przeciągający się okres produkcji na dokuczliwie obniżonym poziomie z towarzyszącym mu masowym bezrobociem. Nie wiemy, o ile dziesiątków milionów – bo dziesiątki ich będą – ono się zwiększy.

GDZIE ZNALEŹĆ WOREK Z PIENIĘDZMI

Nie wiemy, jak wzrośnie dług publiczny wskutek dodatkowych wydatków państwowych i obniżonych wpływów podatkowych wywołanych spowolnieniem gospodarczym i jakie następstwa przyniesie to dla rynków finansowych. Zanim się one uspokoją – a tylko podczas pierwszych 25 dni marca Dow Jones zanotował pięć największych dziennych spadków i pięć największych wzrostów w swojej 135-letniej historii – będą jeszcze nieraz ciskać się w jedną albo drugą stronę, denerwując spekulantów rynkowych, ale też – co gorsza – destabilizując oczekiwania podmiotów gospodarczych, z negatywnym tego wpływem na realną sferę gospodarki.

Nerwowo także zachowywać będą się kursy wymienne walut. Nie ulega wątpliwości, że skala niezrównoważenia finansów publicznych wielu państw zasadniczo się pogłębi. Nikt rozsądny nie protestuje już przeciwko śmiałym, niekiedy radykalnym, deficytom budżetowym; poza ekstremistami zamilkli nawet monetarystyczni doktrynerzy i neoliberalni dogmatycy.

To będzie miało konsekwencje również dla ekonomicznej doktryny i politycznej praktyki. W ekonomii postpandemicznego świata wyciszy się dogmat o imperatywie równoważenia budżetu państwa. Upadnie dogmat o uniwersalnej niedopuszczalności finansowania deficytu budżetowego przez niezależny od państwa bank centralny. Rewidowane będą poglądy co do możliwości i w określonych warunkach zasadności monetyzacji deficytu poprzez ekspansję monetarną, w istocie poprzez tzw. drukowanie pieniądza. Do tej pory sięgały do tego niektóre banki centralne, w tym amerykański Fed, teraz przestaje to być tabu na całym świecie.

Nieco może przyspieszyć inflacja, acz nie musi. W ostatnich latach nie była wielką bolączką, ale będzie to akceptowalny koszt, który warto ponieść w celu obrony zatrudnienia i produkcji, czyli, koniec końców, poziomu konsumpcji i standardu życia ludności.

Relatywnie wyższa inflacja będzie akceptowana jako jeden ze sposobów finansowania kosztów obsługi długu publicznego. Ujemne realnie stopy procentowe banków centralnych – ta anatema monetarnej ortodoksji – przez kilka lat będą normą, podobnie jak normą mogą być ujemne rentowności obligacji skarbowych niektórych państw.

Najtrudniejsze będzie odzwyczajanie się od nagminnego zadłużania. Tym, aby proceder ten trwał – a sprzyja mu rozpętana w ostatnich dekadach finansyzacja gospodarki, której podstawą jest handel rozmaitymi formami długów – szczególnie zainteresowana jest międzynarodowa finansjera i powiązane z nią sfery polityki i mediów.

Wielka zaraza w XIV wieku nie wywołała takiego spustoszenia gospodarczego (ludzkie było dużo większe) jak obecna, bo kredyt odgrywał marginesową rolę, a życie zamierało bardziej niż gospodarka. Współcześnie, kto nie ma długów, wychodzi z pandemii w miarę obronną ręką, kto długi ma, temu załamuje się funkcjonowanie firmy i gospodarstwa domowego. Bez instytucji kredytu żyć nie sposób, a o działalności gospodarczej mowy być nie może, ale można i trzeba w przyszłości ograniczyć jego skalę. To się przyda nawet w zdrowych czasach.

W praktyce Unii Europejskiej zawieszone zostanie obowiązywanie limitu 60 proc. długu publicznego i 3 proc. deficytu budżetowego w stosunku do PKB. Przez kilka następnych lat nie będzie miała zastosowania klauzula o tzw. nadmiernym deficycie budżetowym. Z biegiem czasu rządy sięgać też będą po podwyższanie podatków, tym razem także bezpośrednich, obciążających lepiej uposażone warstwy ludności. Zwiększyć będzie się musiała skala ich progresji.

Oczywiście trzeba uważać, aby uchronić się przed skokiem na kasę lewicowych i prawicowych populistów, którzy będą chcieli z kasy państwowej wyrwać – już chcą – jak najwięcej pod hasłem ochrony tych w potrzebie, nawet jeśli oni potrafią sami dać sobie radę. Jeszcze bardziej trzeba uważać na zachłanność zamożniejszych warstw i na ich wpływowe lobby, zorganizowane dużo lepiej niż pracownicy i konsumenci. Już widać, jakie naciski wywierają na władze organizacje określające się ładnie jako pracodawcy (nie zyskobiorcy), jakby zatrudnianie najemnej siły roboczej było z ich strony działalnością charytatywną, a nie opłacalnym interesem.

W USA Izba Reprezentantów przejściowo blokowała prawie 2-bilionowy, licząc w dolarach, największy w dziejach pakiet interwencyjny, gdyż według pierwotnych propozycji Białego Domu gros publicznych środków trafiłoby do firm zupełnie nieźle sobie radzących.

Z drugiej strony, zanim pakiet został definitywnie uchwalony i wszedł w życie, pojawiły się głosy, że powinien być co najmniej pięciokrotnie większy. To nonsens, gdyż wówczas sięgałby połowy amerykańskiego PKB.

EKONOMIA I POLITYKA

Niewątpliwie hojność prezydenta Trumpa, który kilka tygodni wcześniej mówił o zagrożeniu pandemią jako o „manipulacji demokratów", sprzyjać ma jego reelekcji. Logika polityczna jest taka, że skoro w każdym kolejnym miesiącu do czasu wyborów sytuacja gospodarcza będzie się pogarszała, to wynikające stąd straty polityczne trzeba kompensować na wszystkie możliwe sposoby, transferów publicznych pieniędzy bynajmniej nie wyłączając. Oczywiście na powierzchni zjawisk zawsze i wszędzie deklarowana będzie troska o ludzkie losy, nawet jeśli tak naprawdę są one na dalszym planie.

Podobną szczodrość okaże w Polsce rząd Prawa i Sprawiedliwości, aby zapewnić ponowny wybór prezydenta Dudy po nieodzownym z oczywistych względów przesunięciu terminu wyborów. Jego kontrkandydatom wydaje się – słusznie – że podczas następnych kilku miesięcy sytuacja gospodarcza będzie się pogarszać. Pogarszać się zatem będą i polityczne nastroje skutkujące narastającym niezadowoleniem ze sprawujących władzę, w tym ubiegającego się o reelekcję prezydenta. Wspomagać to będzie relatywne notowania opozycji, w tym kontrkandydatów na prezydenta. Relatywne, bo w wielkościach absolutnych i oni będą tracić, gdyż zainteresowanie udziałem w wyborach będzie topnieć w obliczu nijakości programowej wszystkich w zasadzie partii i kandydatów.

Odpowiedzią władzy będzie wydawanie publicznych środków lżejszą ręką, a naciski na to zarówno licznych aktywistów głoszących zatroskanie o ludzkie losy, jak i nielicznych bogaczy zatroskanych o losy swoje, będą ogromne. Władza będzie im ulegać. Warto sobie uświadomić, jak kosztowne są okresy przedwyborcze: i te wcześniej ustalone, i te w wielu krajach wydłużane w związku z kwarantannami i radykalnym ograniczaniem poruszania się ludności.

Im później wybory się odbędą, tym kosztowniejsze to będzie dla finansów publicznych. Trochę pieniędzy zostanie przy tej okazji roztrwonionych pod pięknymi, oczywiście, hasłami – i tymi humanistycznymi, i tymi probiznesowymi. Jak dużo, tego nikt nie umie oszacować, ale pokłócić się o to potrafi wielu. Już się kłócą.

Z kreowanego przez fiskusa i banki centralne worka pieniędzy wyleją się cztery ich strumienie, których dokładnie nie potrafimy rozróżnić. Po pierwsze, uzasadniony humanitarnie i społecznie strumień środków chroniących ludzkie zdrowie i życie oraz osłaniających standard życia osób najmocniej dotkniętych kryzysem i nieradzących sobie z nim bez pomocy państwa.

Po drugie, uzasadnione ekonomicznie nakłady ratujące finansową płynność w gospodarce i stymulujące aktywność produkcyjno-usługową i inwestycyjną oraz zatrudnienie poprzez rozmaite ulgi i dotacje podtrzymujące podaż i popyt.

Po trzecie, środki wydarte przez populistów oderwanych od twardych realiów gospodarczych i transferowane do uboższych grup ludności w większej mierze, niż jest to obiektywnie konieczne.

I po czwarte, strumienie wymuszone na władzy przez silne lobby tej części biznesu, dla której każda okazja – bez skrupułów – jest dobra, aby zarobić cudzym kosztem.

Wzajemne relacje tych strumieni są dynamiczne i elastyczne, różne w różnych krajach. O ile warto wspierać politykę dotyczącą kreowania strumienia pierwszego i drugiego, o tyle trzeba się przeciwstawiać wyciekaniu trzeciego i czwartego. Tocząca się wokół tego walka polityczna będzie niezwykle brutalna.
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 21, 2020, 20:58
Grzegorz W. Kołodko: Potem, czyli świat po pandemii (2)

ZANIM BĘDZIE LEPIEJ

Fundamentalne pytania, które i tak trzeba byłoby stawiać, a które kryzys sprowokowany pandemią koronawirusa jedynie uwypukla, dotyczą kształtowania się relacji państwa i rynku, demokracji i centralizmu, multilateralizmu i unilateralizmu, roli organizacji międzynarodowych, a nade wszystko dylematu: sterowana polityka światowa i globalizacja inkluzywna czy nieszczęsne zderzenie cywilizacji.

Coraz częściej słychać, że świat po pandemii już nigdy nie będzie taki, jaki był jeszcze niedawno, gdy żegnaliśmy rok 2019. Otóż nieprawda, może on się ostać dość podobny, gdyż grupy interesu w sferze polityki i gospodarki, które na dotychczasowej rzeczywistości najwięcej korzystały, niekiedy wręcz na niej żerując – a to w systemie neoliberalizmu, a to w skorumpowanym kapitalizmie państwowym – czynić będą wszystko, aby wrócić do status quo ante. Łatwe to nie będzie, więc miejmy nadzieję, że im się nie uda, a już na pewno nie w pełni, bo szkoda byłoby wracać do konfliktującego nieładu, jaki zapanował na świecie. Co wtedy?

Wpierw przedłużał się będzie, jak to określam, Jeszcze Większy Kryzys, JWK – okres konfliktów i sprzeczności, chaosu i anarchizacji globalizacji, wynikający z nakładania się megatrendów charakterystycznych dla współczesnego świata, zwłaszcza narastających nierówności dochodowych i majątkowych, nierównowagi demograficznej i niekontrolowanej wędrówki ludów, dewastacji środowiska naturalnego i przegrzewania klimatu oraz napięć politycznych związanych z ewolucją światowego układu sił.

Mimo to globalizacja jest nieodwracalna, przede wszystkim ze względu na atrakcyjność handlu i pożytek z łańcuchów dostaw, a także wpływ obecnej fazy rewolucji technologicznej na coraz to głębsze umiędzynarodowienie produkcji i usług. Nie można też nie dostrzegać tu olbrzymiego znaczenia podlegającej globalizacji kultury, która bynajmniej nie musi być jej amerykanizacją.

Pytanie zatem, w którą to wszystko pójdzie stronę. Otóż może się pogłębiać syndrom niekompletności globalizacji, co przejawia się w niespójności zaawansowanej globalizacji ekonomicznej i nienadążającej za nią globalizacji politycznej. Już od kilku lat, kiedy to uwyraźnia się nowy nacjonalizm, dają o sobie znać tendencje do protekcjonizmu i chęć do rozluźniania zewnętrznych powiązań gospodarczych. Teraz przez czas jakiś mogą one bardziej się wzmacniać i przeradzać wręcz w zapędy izolacjonistyczne i autarkiczne. To wszystko z jednej strony popychać może wiele krajów do orientacji nie tyle na globalizację, ile na regionalizację, z drugiej natomiast może osłabiać procesy regionalnych integracji.

Zasadniczo w przyszłości gra toczyć się będzie o ułożenie na nowo – tak w układach narodowych, jak i ponadnarodowych, gdzie coraz większe znaczenie powinny mieć mechanizmy koordynacji polityki w ramach G20 – relacji państwa i sektora prywatnego, polityki i rynku, regulacji i nadzoru, wolności i spontaniczności. W tym znaczeniu zaiste świat już nie będzie taki, jak był. Już nie jest.

Wskutek wielkiego kryzysu lat 1929–1933 rozwinęły się nie tylko faszyzm i nazizm, militaryzm i stalinizm, ale wyłonił się też twórczy Nowy Ład, co pokazuje, że z katastrofalnej zapaści gospodarczej mogą wyłonić się tak rzeczy złe, jak i dobre. Późniejsza druga wojna światowa skutkowała podziałem świata na dwa wielkie przeciwstawne bloki ideowopolityczno-gospodarcze. W cieniu ich konfrontacji tkwiła masa biednej ludności w krajach tzw. Trzeciego Świata.

Dziś sytuacja jest inna, bo ten onegdajszy Trzeci Świat to już ponad 85 proc. ludzkości, które wytwarza ponad 60 proc. światowej produkcji. Nie da się dalej wpychać ich w wykreowaną przez neoliberalizm kategorię „wschodzących rynków", bo stają się one w coraz większej mierze emancypującymi się gospodarkami. Tym razem – w odróżnieniu od sytuacji sprzed kilkudziesięciu lat – będą one miały dużo więcej do powiedzenia, współkształtując postpandemiczny nowy ład.

Geoekonomia nieustannie splatać się będzie z geopolityką, a pojawiające się na tych obszarach współzależności i sprzężenia zwrotne muszą być wnikliwie obserwowane. Tkwić tam bowiem będą wielkie niebezpieczeństwa, gdyż w obliczu braku jednoznacznego, klarownego globalnego przywództwa o prymat w takim niestabilnym świecie rywalizować będą rosnące w siłę Chiny i relatywnie słabnące Stany Zjednoczone.

KRĘTE ŚCIEŻKI PRZYSZŁOŚCI

W przyszłości błądzić będziemy niejedną drogą. Poza mało prawdopodobnym powrotem do przeszłości druga ścieżka to kapitalizm ograniczonej demokracji. W takim przypadku trzeba bardzo uważać, aby pozornie przejściowe ograniczenia w ruchu ludzi i informacji, towarów i kapitału – także intelektualnego – nie stawały się permanentne.

Trzecia ścieżka to rozprzestrzenianie się chinizmu – monopartyjnego systemu, w którym wszak rządzi merytokracja, z pluralizmem własnościowym w gospodarce i elastycznym systemem synergii potęgi niewidzialnej ręki rynku i bynajmniej niesłabej widzialnej ręki państwa. To nie jest oferta dla krajów wysoko rozwiniętych, ale stawać się może coraz bardziej nęcąca dla krajów na dorobku.

Czwarta ścieżka – najlepsza – to inkluzywna globalizacja opierająca się na współpracy społecznych gospodarek rynkowych, ku którym w postpandemicznym świecie powinno ewoluować jak najwięcej krajów. Funkcjonowanie gospodarek opierać się musi w rosnącej mierze na nowym pragmatyzmie, zważając przy tym na imperatyw umiaru oraz dbając o potrójnie – ekonomicznie, społecznie i ekologicznie – dynamicznie zrównoważony rozwój.

Wtedy też więcej będzie harmonii, empatii i tolerancji, mniej zaś wyzysku, niesprawiedliwości i wrogości. Przyszłość wędrować będzie kombinacją tych czterech ścieżek; żadna z nich nie weźmie góry i żadna nie stanie się uniwersalna. Ich heterogeniczny układ będzie płynny i konfliktogenny.

W postpandemicznym świecie relatywna siła poszczególnych państw i regionów zmieni się na korzyść gospodarek emancypujących się. I to jest dobra wiadomość, zmniejszyć się bowiem mogą konfliktogenne nierówności dochodowe.

Wzrosnąć musi rola niektórych organizacji międzynarodowych, zwłaszcza Światowej Organizacji Handlu (WTO), Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO) oraz Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Gruntownie przeformułowana zostanie ONZ i jej agendy w kierunku poszerzania ich prerogatyw oraz rosnącej roli emancypujących się gospodarek.

Dobra wiadomość to też ta, że w tym wędrującym świecie cały czas dzieje się wiele korzystnego, choćby w sferze stałej poprawy jakości kapitału ludzkiego i postępu naukowo-technologicznego. Zaraza przejściowo zamknęła miliardy ludzi w domach, ale dzięki dynamicznemu rozwojowi platform internetowych miliony nie muszą dojeżdżać „do pracy", bo okazuje się, że mogą wykonywać swe zadania zdalnie.

To z jednej strony może fundamentalnie zmienić sposób pracy, z drugiej zaś radykalnie skrócić dzienny, kilkunastogodzinny czas zajęć, na który składają się też dojazdy. Mniejsze korki, mniejszy tłok w środkach komunikacji publicznej, więcej godzin każdego dnia na cieszenie się życiem.

To wszystko nie niweluje niedostatków kapitału politycznego, ale stwarza szanse na poprawę sytuacji nawet wtedy, gdy wciąż szaleje zgubna pandemia. Tym bardziej trzeba uważać, aby na innych frontach nie popełniać błędów. Cała sztuka w tym, aby zawczasu wiedzieć, co jest błędem.

Zamknięty w Nowej Iwicznej, 29 marca 2020 r.


Grzegorz W. Kołodko, profesor ekonomii, wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego, najczęściej na świecie cytowany polski ekonomista, członek Europejskiej Akademii Nauki, Sztuki i Literatury, czterokrotnie wicepremier i minister finansów w latach 1994–1997 i 2002–2003.[/size]

https://www.rp.pl/Koronawirus-SARS-CoV-2/304059955-Grzegorz-W-Kolodko-Potem-czyli-swiat-po-pandemii.html
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 26, 2020, 19:19
Chomsky: We're facing another massive and colossal failure of neoliberal capitalism
April 26 2020 EFE/Cristina Magdaleno

Interview with the philosopher and linguist, who says that governments are being "the problem and not the solution" in the face of the coronavirus crisis

(https://atalayar.com/sites/default/files/styles/foto_/public/noticias/Atalayar_Noah%20Chomsky.jpg?itok=ca283qfB)
AFP/HEULER ANDREY  -   American linguist and political activist Noam Chomsky

For the philosopher and linguist Noam Chosky, the first great lesson of the current pandemic is that we are facing "another massive and colossal failure of the neoliberal version of capitalism", which in the case of the United States is aggravated by the nature of the "sociopathic buffoons who manage the government" led by Donald Trump. From his home in Tucson, Arizona, and far from his office at the Massachusetts Institute of Technology (MIT), from where he changed the field of linguistics forever, Chomsky reviews in an interview with Efe the consequences of a virus that makes it clear that governments are being "the problem and not the solution".

(https://atalayar.com/sites/default/files/inline-images/Atalayar_El%20presidente%20de%20EEUU%2C%20Donald%20Trump.jpg)
AFP/MANDEL NGAN - U.S. President Donald Trump answers reporters' questions during the daily coronavirus briefing

What positive lessons can we learn from the pandemic?

The first lesson is that we are facing another massive and colossal failure of the neoliberal version of capitalism. If we don't learn that, the next time something like this happens it's going to be worse. This is obvious after what happened after the SARS epidemic in 2003. Scientists knew there would be other pandemics coming, probably of the coronavirus variety. It would have been possible to prepare at that point and deal with it as we do with the flu. But it hasn't been done.

The pharmaceutical companies had resources and are superrich, but they don't do it because the markets say there is no profit in preparing for a catastrophe around the corner. And then comes the neoliberal hammer. Governments can't do anything. They are being the problem and not the solution.

The United States is a catastrophe because of the game they're playing in Washington. They know how to blame everyone except themselves, even though they are responsible. We are now the epicenter, in a country that is so dysfunctional that it cannot even provide information about the infection to the World Health Organization (WHO).

What do you think about the management of the Trump Administration?

The way this has developed is surreal. By February the pandemic was already causing damage, everyone in the United States recognized it. Just in February, Trump presents a budget that is worth looking at. Cuts at the Center for Disease Control and Prevention and other health-related places. He made cuts in the midst of a pandemic and increased funding for the fossil energy industries, military spending, the famous wall...

All this tells you something about the nature of the sociopathic buffoons who run the government and that the country is suffering. Now they're desperately looking for someone to blame. They blame China, the WHO... and what they've done to the WHO is really criminal. Stop funding it? What does that mean? The WHO works all over the world, mainly in poor countries, on issues of diarrhea, motherhood... So, what are they saying? "Okay, let's kill a lot of people in the south because maybe that will help us with our electoral perspectives." That's a world of sociopaths.

Trump began by denying the crisis, even saying it was a Democratic hoax... Can this be the first time Trump has been beaten by the facts?

Trump is probably the most confident man who ever existed. He is capable of holding a poster that says "I love you, I am your savior, trust me because I work day and night for you" and with the other hand stabbing you in the back. This is how he relates to his voters, who love him no matter what he does. And he gets help from a media phenomenon made up of Fox News, Rush Limbaugh, Breitbart... who are the only media that Republicans watch.

If Trump says one day "it's just a flu, forget about it," they'll say yes, it's a flu and it should be forgotten. If the next day he says it's a terrible pandemic and that he was the first one to notice it, they'll shout it in unison and say he's the best person ever.

At the same time, he watches Fox News himself in the mornings and decides what he's supposed to say. It's an amazing phenomenon. Rupert Murdoch, Limbaugh and the sociopaths in the White House are leading the country to destruction.


(https://atalayar.com/sites/default/files/inline-images/Atalayar_Hospital%20de%20campa%C3%B1a%20de%20EEUU.jpg)
AP/SPENCER PLATT - Airport John F. Kennedy (JFK)

Can this pandemic change the way we relate to nature?

That depends on the young people. It depends on how the world's population reacts. This could lead us to highly authoritarian and repressive states that expand the neoliberal handbook even more than now. Remember: the capitalist class doesn't give in. They are asking for more funding for fossil fuels, they are destroying regulations that offer some protection... In the midst of the pandemic in the U.S., regulations that restricted the emission of mercury and other pollutants have been removed... That means killing more American children, destroying the environment. They don't stop. And if there's no counterforce, it's the world we'll have left.

How does the map of power look in geopolitical terms after the pandemic?

What is happening internationally is quite shocking. There is this thing they call the European Union. We hear the word "union". Okay, look at Germany, which is managing the crisis very well... In Italy the crisis is severe... Are they getting help from Germany? Fortunately, they are receiving help, but from a "superpower" like Cuba, which is sending doctors. Or China, which is sending material and aid. But they don't receive assistance from the rich countries of the European Union. That says something...

The only country that has demonstrated genuine internationalism has been Cuba, which has always been under economic strangulation by the United States and by some miracle has survived to continue showing the world what internationalism is. But you can't say this in the US because what you have to do is blame them for human rights violations. In fact, the worst violations of human rights take place in the southeast of Cuba, in a place called Guantánamo which the United States took at gunpoint and refuses to give back.

An educated and obedient person is supposed to blame China, invoke the "yellow danger" and say that the Chinese are coming to destroy us, we are wonderful.

There is a call for progressive internationalism with the coalition started by Bernie Sanders in the United States or Varoufakis in Europe. They bring progressive elements to counter the reactionary movement that has been forged from the White House (...) by the hand of brutal states in the Middle East, Israel (...) or with people like Orban or Salvini, whose enjoyment in life is to make sure that people who desperately flee Africa drown in the Mediterranean.

You put all that international "reactionism" on one side and the question is... will it be countered? And I only see hope in what Bernie Sanders has built.

Who has lost...

It's commonly said that Sanders' campaign was a failure. But that's a total mistake. It was a huge success. Sanders has managed to change the scope of discussion and politics and very important things that couldn't be mentioned a couple of years ago are now at the center of discussion, like the Green New Deal, which is essential for survival.

He hasn't been financed by the rich, he hasn't had media support... The party machine has had to manipulate to prevent him from winning the nomination. Just as in the UK the right wing of the Labour Party has destroyed Corbyn, who was democratizing the party in a way they couldn't support.

They were even prepared to lose the election. We've seen a lot of that in America, but the movement remains. It is popular. It's growing, they're new... There are comparable movements in Europe, they can really make a difference.


(https://atalayar.com/sites/default/files/inline-images/Atalayar_Bernie%20Sanders_0.jpg)
REUTERS/MIKE SEGAR - Bernie Sanders

What do you think will happen with the globalization as we know it?

There is nothing wrong with globalization. It's good to go to Spain for a trip, for example. The question is what form of globalization. The one that has developed has been under neoliberalism. It' s the one they have designed. It has enriched the richest people and there is an enormous power in the hands of corporations and monopolies. It has also led to a very fragile form of economy, based on a business model of efficiency, doing things at the lowest possible cost. That reasoning causes hospitals to not have certain things because they are not efficient, for example.

Now the fragile system built is collapsing because it cannot deal with something that has gone wrong. When you design a fragile system and centralize manufacturing and production only in a place like China... Look at Apple. It makes huge profits, few of which stay in China or Taiwan. Most of its business goes to where they've probably put an office of the size of my studio, in Ireland, to pay little tax in a tax heaven.

How can they hide money in tax heavens? Is that part of the natural law? No. In fact, in the United States, until Reagan, it was illegal. So was stock trading. (...) Were they necessary? Reagan legalized it.

Everything has been designed, they are decisions... that have consequences that we have seen over the years and one of the reasons why you find what has been misnamed "populism". A lot of people were angry, resentful and hated the government in a justified way. That was fertile ground for demagogues who could say: I am your savior and immigrants this and that.

Do you think that, after the pandemic, the United States will be closer to a free and universal health care?

It's very interesting to see that discussion. Sanders' programs, for example, universal health care, free university fees... They criticize him on the whole spectrum -ideologically-. The most interesting criticisms come from the left. The more liberal columnists of the New York Times, CNN and all of them... They say they're good ideas, but not for Americans.

Universal health care is everywhere. All over Europe in one form or another. In poor countries like Brazil, Mexico... What about free university education? Everywhere... Finland, Germany, Mexico... everywhere. So, what the critics on the left are saying is that America is a society so backward that it can't catch up with the rest of the world. And it tells you a lot about nature and culture and society.


https://atalayar.com/en/content/chomsky-were-facing-another-massive-and-colossal-failure-neoliberal-capitalism
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 27, 2020, 13:12
Global coronavirus death toll could be 60% higher than reported
John Burn-Murdoch, Valentina Romei and Chris Giles in London 26 04. 2020

Mortality statistics show 122,000 deaths in excess of normal levels across 14 countries analysed by the FT

The death toll from coronavirus may be almost 60 per cent higher than reported in official counts, according to an FT analysis of overall fatalities during the pandemic in 14 countries.

Mortality statistics show 122,000 deaths in excess of normal levels across these locations, considerably higher than the 77,000 official Covid-19 deaths reported for the same places and time periods.

If the same level of under-reporting observed in these countries was happening worldwide, the global Covid-19 death toll would rise from the current official total of 201,000 to as high as 318,000.

To calculate excess deaths, the FT has compared deaths from all causes in the weeks of a location’s outbreak in March and April 2020 to the average for the same period between 2015 and 2019. The total of 122,000 amounts to a 50 per cent rise in overall mortality relative to the historical average for the locations studied.

In all the countries analysed except Denmark, excess deaths far outnumbered the official coronavirus death tolls. The accuracy of official death statistics from the virus is limited by how effectively a country is testing people to confirm cases. Some countries, including China, have retrospectively revised up their death tolls from the disease.


(https://www.ft.com/__origami/service/image/v2/images/raw/https%3A%2F%2Fd6c748xw2pzm8.cloudfront.net%2Fprod%2Ff5300450-87d5-11ea-909b-f348a3cf33a9-fullwidth.png?fit=scale-down&quality=highest&source=next&width=1260)

According to the FT analysis, overall deaths rose 60 per cent in Belgium, 51 per cent in Spain, 42 per cent in the Netherlands and 34 per cent in France during the pandemic compared with the same period in previous years.

Some of these deaths may be the result of causes other than Covid-19, as people avoid hospitals for other ailments. But excess mortality has risen most steeply in places suffering the worst Covid-19 outbreaks, suggesting most of these deaths are directly related to the virus rather than simply side-effects of lockdowns.

David Spiegelhalter, professor of the public understanding of risk at Cambridge university, said the daily counts in the UK, for instance, were “far too low” because they only accounted for hospital deaths.

“The only unbiased comparison you can make between different countries is by looking at all cause mortality . . . There are so many questions about the rise we’ve seen in death that have not got Covid on the death certificate, yet you feel are inevitably linked in some way to this epidemic.”

The extra deaths are most pronounced in urban areas with the worst virus outbreaks, and have completely overwhelmed reporting mechanisms in some. This is especially worrying for many emerging economies, where total excess mortality is orders of magnitude higher than official coronavirus fatalities.

In Ecuador’s Guayas province, just 245 official Covid-related deaths were reported between March 1 and April 15, but data on total deaths show that about 10,200 more people died during this period than in a typical year — an increase of 350 per cent.


(https://www.ft.com/__origami/service/image/v2/images/raw/https%3A%2F%2Fd6c748xw2pzm8.cloudfront.net%2Fprod%2F14588c80-87d6-11ea-820d-a5e2c70426fb-fullwidth.png?fit=scale-down&quality=highest&source=next&width=1260)

In the northern Italian region of Lombardy, the heart of Europe’s worst outbreak, there are more than 13,000 excess deaths in the official statistics for the nearly 1,700 municipalities for which data is available. This is an uptick of 155 per cent on the historical average and far higher than the 4,348 reported Covid deaths in the region.

The region surrounding the Italian city of Bergamo registered the worst increase internationally with a 464 per cent rise in deaths above normal levels, followed by New York City with a 200 per cent increase, and Madrid, Spain, with a 161 per cent increase.

In the Indonesian capital Jakarta, data on burials shows an increase of 1,400 relative to the historical average during the same period — 15 times the official figure of 90 Covid deaths for the same period.


(https://www.ft.com/__origami/service/image/v2/images/raw/https%3A%2F%2Fd1e00ek4ebabms.cloudfront.net%2Fproduction%2F753389db-c428-4dd9-a8be-28df2bbafa8c.jpg?fit=scale-down&source=next&width=700)
A funeral worker watches as the body of an unidentified person who died of unknown causes is placed into a niche at the Girona Cemetery, Spain © Felipe Dana/AP

The challenge is not confined to the developing world. In England and Wales, the number of fatalities in the week ending April 10 was the highest this century. The figure was 76 per cent higher than the average for the same week in the past five years, and the number of excess deaths was 58 per cent higher than the total number of reported Covid-deaths for the same period.

“If we want to . . . [understand] the ways different countries have responded to the surging pandemic and how [it] has affected the health of the population, the best way is to count excess deaths,” said David Leon, professor of epidemiology at the London School of Hygiene & Tropical Medicine.


(https://www.ft.com/__origami/service/image/v2/images/raw/https%3A%2F%2Fd1e00ek4ebabms.cloudfront.net%2Fproduction%2F6a258220-0397-4a03-8078-c157e8ba20d7.jpg?fit=scale-down&source=next&width=700)
Father Bruno Lefèvre Pontalis walks behind pall bearers carrying a coffin past empty pews in the nave of Saint-François-Xavier church during the funeral service of a coronavirus victim during lockdown in Paris, France © Nathan Laine/Bloomberg

Experts have warned of serious under-reporting of Covid-19 cases in residential facilities for the elderly, who are particularly vulnerable to the virus. “Very few countries appear to be testing people in care homes, staff and residents, systematically,” said Adelina Comas-Herrera, research fellow at the Care Policy and Evaluation Centre of the London School of Economics.

Even the much higher numbers of deaths in the pandemic suggested by excess mortality statistics are likely to be conservative, as lockdowns mean that “mortality from numerous conditions such as traffic accidents and occupational injuries possibly went down”, said Markéta Pechholdová, assistant professor of demography at the University of Economics, Prague.


https://www.ft.com/content/6bd88b7d-3386-4543-b2e9-0d5c6fac846c
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 27, 2020, 15:03
Jak wykorzystać dane w walce z koronawirusem?
07 Kwietnia 2020, 11:36 Polityka Zdrowotna kontakt@politykazdrowotna.com

Koronawirus dla wielu osób stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo, ale duża część zarażonych przechodzi go bezobjawowo. Dostępne dane na temat śmiertelności pokazują, że choroba stanowi największe ryzyko dla osób starszych i chorych na inne choroby. Jak wykorzystać dane dotyczące koronawirusa piszą eksperci Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Różny wiek osób zarażonych koronawirusem jest jednym ze źródeł dużej różnicy w śmiertelności między krajami. Z tego powodu duże znaczenie dla śmiertelności może mieć częstość kontaktów osób młodszych i starszych. Jednak w każdym kraju sposób rozprzestrzeniania się wirusa jest zapewne inny, dlatego konieczne jest możliwie szybkie zbieranie i analizowanie danych dla Polski. Bez szczegółowych danych trudno będzie wskazać najbardziej zagrożonych oraz najefektywniejsze środki zaradcze. Skala pandemii i jej społeczne konsekwencje wymagają wieloobszarowych badań – nie tylko epidemiologów, lecz także m.in. ekonomistów, socjologów i specjalistów od big data. Szeroki dostęp do danych pozwoli na lepsze poznanie mechanizmów przenoszenia wirusa i dokonanie postępów w walce z epidemią, także w obszarze gospodarczym.
 
Obecnie testy na koronawirusa wykonywane są przede wszystkim u osób z objawami, co zniekształca informacje na temat tego, w których grupach ryzyko zarażenia jest najwyższe. Jest to dobrze widoczne przy porównaniu danych z Korei i Włoch. W ciężko dotkniętych pandemią Włoszech testy wykonywane są przede wszystkim na osobach, które mają objawy. W efekcie powstaje złudne wrażenie, że najwięcej zachorowań jest wśród osób w wieku 70-79 lat. W Korei program testów jest znacznie szerszy i pokazuje zupełnie inny obraz – najwięcej osób z wynikiem pozytywnym jest wśród osób w wieku 20-29 lat, przy czym należy mieć na uwadze, że może to być wynik nielosowego doboru próby (wynikająca z testowania przede wszystkim tych osób, dla których spełnione są przesłanki takie jak objawy lub kontakt z osobą zarażoną).

 
(https://www.politykazdrowotna.com/media/cache/inside_article_image/uploads/images/9cff565d0e070b494ccf792455338b94.png)
Wykres. Zakażeni koronawirusem w podziale na grupy wiekowe
Źródło: Andreas Backhaus, Coronavirus: Why it’s so deadly in Italy,
http://medium.com/@andreasbackhausab/coronavirus-why-its-so-deadly-in-italy-c4200a15a7bf

 
Zidentyfikowanie osób szczególnie podatnych na zakażenie jest istotne, ponieważ wiele z nich przechodzi chorobę bezobjawowo, a jednocześnie zaraża osoby szczególnie zagrożone, przede wszystkim te w podeszłym wieku. Już teraz pojawiają się hipotezy, że większa śmiertelność we Włoszech wynika ze znacznie częstszych kontaktów osób młodych, ze starszymi, w wyniku czego wirus dotarł do osób najbardziej zagrożonych.* Jednak w każdym kraju sposób rozprzestrzeniania się wirusa może być inny, dlatego konieczne jest możliwie szybkie zbierania i analizowanie danych dla Polski. Bez szczegółowych danych trudno będzie wskazać najbardziej zagrożonych oraz najefektywniejsze środki zaradcze.

Analizy nie należy ograniczać do samego problemu zarażania, ponieważ równie ważny jest cały kontekst ekonomiczno-społeczny. Wiedząc więcej o rozprzestrzenianiu się wirusa, można myśleć o innowacjach organizacyjnych, które ułatwią funkcjonowanie służby zdrowia, edukacji, administracji i firm, przy jednoczesnym minimalizowaniu ryzyka zakażeń. Wymaga to badań nie tylko epidemiologów, lecz także m.in. ekonomistów, socjologów czy specjalistów od big data. Nie wiemy, jak długo potrwa pandemia i czy nie będzie nawrotów, dlatego też istotne jest jak najwcześniejsze umożliwienie publicznym i prywatnym ośrodkom analitycznym rozpoczęcia prac nad rozwiązaniami organizacyjnymi mogącymi skuteczniej chronić przed wirusem nie tylko w okresie blokady (lockdownu), lecz także po nim.
 
Punktem wyjścia może być upublicznienie i codzienne aktualizowanie przez Ministerstwo Zdrowia zanonimizowanych indywidualnych danych o testowanych osobach (zarówno wyników pozytywnych, jak i negatywnych). Dane te powinny być uzupełnione o podstawowe, łatwo dostępne dane socjoekonomiczne, na przykład:
 
- wiek

- zawód

- praca w systemie ochrony zdrowia

- powód robienia testu

- kontakt z osobą zarażoną

- powiat, w którym dana osoba mieszka
 
Niestety obecnie dane udostępniane przez Ministerstwo Zdrowia są – w porównaniu z tymi upublicznianymi przez rządy wielu innych krajów UE – mocno ograniczone, a kiedy liczba zachorowań zaczęła rosnąć, zaprzestano nawet raportowania przypadków w rozbiciu na powiaty, ograniczając się do szczebla wojewódzkiego. Tymczasem rząd nie powinien zmierzać w kierunku ograniczania ogólnodostępnych danych dotyczących testów i zachorowań, lecz dążyć do poszerzania ich zakresu (po odpowiedniej anonimizacji). Przykład Korei Południowej pokazuje, że zastosowanie podejścia opartego o dane mogłoby pozwolić na odejście od modelu ogólnokrajowej blokady ograniczającej swobodę mieszkańców. Udostępnienie szerszych danych potencjalnie otworzyłoby drogę do odkryć, których w tej chwili nie da się przewidzieć (serendypność).
 
Wraz z budowaniem mocy przerobowej laboratoriów warto rozważyć przeprowadzanie odpowiednio dopracowanych testów serologicznych (na obecność przeciwciał) na losowych, reprezentatywnych grupach mieszkańców. Choć w tej chwili liczba zarażonych najpewniej jest na tyle mała, że w losowej grupie nie będzie takich osób, warto przygotować się na taką ewentualność w sytuacji przedłużającej się pandemii. Punktem wyjścia mogłyby być już istniejące regularne badania GUS (np. BAEL), które łatwo też skalować na całą UE.
 
Takie podejście miałoby kilka zalet:

- już istniejące schematy losowania dające reprezentatywne próbki;

- kompatybilność z wcześniejszymi badaniami, ułatwiająca wnioskowanie o zachowaniu poszczególnych grup społecznych;

- badanie to jest robione także w innych krajach UE, więc możliwe byłoby jego

- skalowanie

Podobne kroki mogłyby też podjąć inne kraje członkowskie, co pozwoliłoby na przeprowadzanie analiz w oparciu o porównywalne bazy danych w skali całej Unii Europejskiej.

 
Autorzy:
dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista FOR, Marcin Zieliński, ekonomista FOR
 
* https://voxeu.org/article/intergenerational-ties-and-case-fatality-rates

https://www.politykazdrowotna.com/56979,jak-wykorzystac-dane-w-walce-z-koronawirusem
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Kwiecień 28, 2020, 13:58
Schäuble will dem Schutz des Lebens nicht alles unterordnen
26.04.2020, 06:47 Uhr

(https://www.tagesspiegel.de/images/themenpaket-70-jahre-grundgesetz/25774244/1-format6001.jpg?inIsFirst=true)
Wolfgang Schäuble (CDU), BundestagspräsidentFOTO: DPA/KAY NIETFELD

Im Interview spricht Wolfgang Schäuble über die Suche nach dem richtigen Maß in der Corona-Krise und über das, was nach der Pandemie anders sein wird. ROBERT BIRNBAUM GEORG ISMAR

Herr Schäuble, in der Corona-Politik gibt es Vorsichtige und Lockermacher – zu welcher Gruppe würden Sie sich zählen?

Ich glaube nicht, dass es unter den Verantwortlichen diese zwei strikt gegensätzlichen Fraktionen wirklich gibt. Wir wissen schließlich alle nicht so genau, wie es mit der Pandemie weitergeht. Auch die Wissenschaftler haben in Diskussionen über die letzten Wochen ihre Meinung weiterentwickelt. Ich teile deshalb die Meinung der Allermeisten: Wir müssen die verschiedenen Gesichtspunkte klug abwägen.

Die meisten Virologen plädieren allerdings klar für einen weiteren strikten Lockdown!

Wir dürfen nicht allein den Virologen die Entscheidungen überlassen, sondern müssen auch die gewaltigen ökonomischen, sozialen, psychologischen und sonstigen Auswirkungen abwägen. Zwei Jahre lang einfach alles stillzulegen, auch das hätte fürchterliche Folgen.

Sie sagen mit Recht: „auch“. Die Kanzlerin findet manche Lockerungen „zu forsch“?

Man muss vorsichtig Schritt für Schritt vorgehen und bereit sein, zu lernen. Manche sagen, wenn's zu viel war, muss man Lockerungen wieder zurücknehmen. Das Zurücknehmen würde aber viel schwieriger.

Weil Hoffnungen enttäuscht würden und die Leute nicht mehr mitmachen?

Der Philosoph Alexis de Tocqueville hat das Problem in seiner Schrift über die Demokratie in Amerika schon erkannt: Die kritische Phase kommt immer dann, wenn man den Druck ein bisschen lockert. Der Weg hinaus wird viel schwieriger als der schnelle Weg am Anfang der Krise, als noch alle dafür waren, kräftig durchzugreifen. Aber jetzt kommt es auf das richtige Maß für den Weg hinaus an. Das zu finden, ist irrsinnig schwierig. Diese Kunst müssen die Verantwortlichen jetzt schaffen. Und daran muss sich der Bundestag in öffentlicher Debatte beteiligen.

Sie hätten also keine Sorgen vor „Öffnungsdiskussionsorgien“?

Da muss ich die Kanzlerin in Schutz nehmen. Dieser Begriff ist aus einer internen CDU-Beratung nach draußen getragen worden. Sie hat das anders gemeint, als es ihr manche jetzt unterstellen.

Dass Angela Merkel die Demokratie abschaffen wolle, ist nun wirklich unsinnig. Sie sagt: Wir müssen den ersten Schritt sehr vorsichtig gehen. Das befürworten im Grunde alle, die Virologen genauso wie Armin Laschet und Markus Söder. Aber wir können eben auch nicht sagen: Wir machen alles zu und lassen es dabei. Diesen Abwägungsprozess müssen wir deutlicher machen.

Lässt eine Naturkatastrophe wie dieses Virus denn überhaupt so eine klassische politische Abwägung zu, oder tappen nicht in Wahrheit alle im Dunkeln?

Die Virologen wissen noch nicht genug darüber, wie sich das Virus verhält. Wie es sich ausbreitet, ob Menschen nach einer Infektion immun sind – es gibt noch viele offene Fragen. Wir alle wissen nicht, was unser Handeln für Auswirkungen hat, aber die Politik muss trotzdem handeln.

Auch die Wissenschaftler sagen: Die Politik muss entscheiden, wir können nur fachlichen Rat geben. Und es gibt eben nie eine absolut richtige Entscheidung. Es gibt nur die vernünftige Erörterung aller Gesichtspunkte, eingeschlossen die wissenschaftlichen Erkenntnisse, und dann muss entschieden werden.

Woher kommen die Kriterien dafür?

Man tastet sich da ran. Lieber vorsichtig - denn der Weg zurück würde fürchterlich. Aber wenn ich höre, alles andere habe vor dem Schutz von Leben zurückzutreten, dann muss ich sagen: Das ist in dieser Absolutheit nicht richtig. Grundrechte beschränken sich gegenseitig. Wenn es überhaupt einen absoluten Wert in unserem Grundgesetz gibt, dann ist das die Würde des Menschen. Die ist unantastbar. Aber sie schließt nicht aus, dass wir sterben müssen.

Man muss in Kauf nehmen, dass Menschen an Corona sterben?

Der Staat muss für alle die bestmögliche gesundheitliche Versorgung gewährleisten. Aber Menschen werden weiter auch an Corona sterben. Sehen Sie: Mit allen Vorbelastungen und bei meinem Alter bin ich Hochrisikogruppe. Meine Angst ist aber begrenzt. Wir sterben alle. Und ich finde, Jüngere haben eigentlich ein viel größeres Risiko als ich. Mein natürliches Lebensende ist nämlich ein bisschen näher.

Also entscheiden – auf das Risiko hin, das Falsche zu tun?

Mir gefallen gerade die Erklärungen derjenigen sehr gut, die wie Jens Spahn vorige Woche in der Regierungsbefragung sagen: Wir werden alle miteinander noch viel zu lernen haben, und wir werden vielleicht in einigen Wochen feststellen, dass wir manches besser anders gemacht hätten.

Und trotzdem: Wenn wir monatelang beraten und nichts tun, das wäre das Allerschlechteste. Wenn man das klar macht und diesen Prozess auch öffentlich deutlicher kommuniziert, dann haben wir eine Chance, dass die Bürger ihn selbst auf längere Zeit hin akzeptieren.

Fürchten Sie nicht einen Kipppunkt, an dem die Leute sagen: Jetzt reicht‘s?

Es wird schwieriger, je länger es dauert. Die Regierung hat zu Recht gesagt: Wir können den Kampf alleine nicht gewinnen. Ihr müsst schon alle mitmachen. Alle machen nie mit, ein paar muss man kontrollieren. Aber wenn sich die Menschen weiterhin verstanden fühlen und nachvollziehen können, warum das alles notwendig ist, dann habe ich die Hoffnung, dass wir das bewältigen. Vielleicht gibt es sogar ein neues Vertrauen in Politik. Krisen haben immer auch Chancen.

Hätten wir nicht vieles von vornherein verhindern können, wenn die Regierung den eigenen Pandemieplan von 2012 ernst genommen hätte?

Die korrekte Antwort ist: Nach dem Grundgesetz ist Katastrophenschutz Sache der Länder. Der Bund ist nur für Zivilschutz zuständig, also im Krieg. Wenn Sie früher mal Innenminister waren, dann wissen Sie, was Sie damals für einen Höllenärger mit den Ländern bekommen hätten, wenn bloß das Technische Hilfswerk ein paar zusätzliche Zuständigkeiten hätte haben wollen. Aber die wirkliche Antwort ist: Wir haben doch alle miteinander gehofft, dass es schon nicht so schlimm kommen wird.

Ist diese Zuständigkeitsverteilung nicht gerade jetzt ein großes Problem? Jedes Land schreibt vor, was ihm passt.

Bisher haben es die Regierungschefs von Bund und Ländern gemeinsam gut geregelt. Natürlich spielt immer das Menschliche mit. Jeder will sich profilieren, und jeder steht unter dem Druck seiner Bürger. Aber jedes Land hat eben auch seine eigenen Gegebenheiten. Die ersten Kontaktbegrenzungen hat der Oberbürgermeister von Freiburg verordnet.

Einen Tag vorher hatte Frankreich alle Geschäfte geschlossen und gleich sind die Leute zum Einkaufen über den Rhein gekommen. Die Kanzlerin wollte keine Grenzkontrollen, zu Recht. Ich habe auch großen Respekt für NRW-Ministerpräsident Laschet, der die Grenzen zu den Niederlanden und zu Belgien nie zu gemacht hat. Aber bei uns im Südwesten blieb in der konkreten Lage nichts anderes übrig.

Der Flickenteppich stört Sie gar nicht?

Es gibt schon mal Übertreibungen. Dass Sie mit einem Berliner Kennzeichen in Mecklenburg-Vorpommern Probleme kriegen oder die Polizei von Schleswig-Holstein Hamburger Radfahrer abweist – ja wo sind wir denn! Die Kultusministerkonferenz ist ja stets ein besonders innovativer Teil unseres föderalen Systems.

Ich musste lernen, dass die Ferien heilig sind und dass es vollkommen ausgeschlossen ist, Abiturprüfungen ein Vierteljahr später abzulegen. Aber in den zentralen Fragen waren die Lösungen bisher immer einmütig.

Einmütig hat bisher auch der Bundestag Riesensummen zur Stützung der Wirtschaft gebilligt. Wie lange geht das überhaupt?

Ich bin nicht mehr Finanzminister und erteile meinem Nachfolger keine Ratschläge. Man spürt jedoch im Moment ein verbreitetes Gefühl, wir könnten jedes Problem mit unbegrenzten staatlichen Mitteln lösen, und die Wirtschaft kriegen wir hinterher wieder mit einem Konjunkturprogramm in Gang.

Der Staat kann aber nicht auf Dauer den Umsatz ersetzen. Wir werden mit den klassischen Mitteln umso weniger anfangen können, je länger die Krise dauert. Wir werden strukturelle Veränderungen von Wirtschaft, Gesellschaft und Politik erleben. Ich hoffe, dass wir das als Chance nutzen, um manche Übertreibungen besser zu bekämpfen.

Woran denken Sie?

Noch immer ist nicht nur die Pandemie das größte Problem, sondern der Klimawandel, der Verlust an Artenvielfalt, all die Schäden, die wir Menschen und vor allem wir Europäer durch Übermaß der Natur antun. Hoffentlich werden uns nicht wieder nur Abwrackprämien einfallen, die es der Industrie ermöglichen, weiter zu machen wie bisher.


(https://www.tagesspiegel.de/images/corona-spd-abgeordnete-in-haeuslicher-quarantaene/25770742/1-format3001.jpg?inIsFirst=false)
Gelichtete Reihen: Das Plenum des Bundestages in Zeiten der Corona-Krise.FOTO: SONJA WURTSCHEID/DPA

Bisher galt VW als systemrelevant – plötzlich entdecken wir, dass es Alten- und Krankenpfleger sind, Verkäuferinnen und Erntehelfer ...

Das ist ja auch gut so. Über die letzten Jahrzehnte ist der Abstand zwischen den gut Verdienenden und den Menschen mit kleinen Löhnen größer geworden. Warum sollte das bei steigendem Wohlstand eigentlich unvermeidlich sein? Warum kann man das nicht anders machen? Es würden wohl viele Preise für Verbraucher höher werden müssen, aber das muss man dann in Kauf nehmen.

Aber liefe das nicht auf Staatsinterventionismus hinaus?

Das kann keine Regierung verordnen, sonst landen wir bei Nordkorea oder in einer Erziehungsdiktatur. Aber man muss es bedenken. Wir haben vor Jahren alle mitgemacht, Finanzmärkte zu deregulieren. Es kam die Finanzkrise, und wir stellten fest: Wir haben es übertrieben. Solche Entwicklungen zu korrigieren, ist doch kein Fehler.

Genauso müssen wir jetzt das Verhältnis von Staat, Wirtschaft und Gesellschaft neu justieren. Ich bin überhaupt nicht dafür, das marktwirtschaftliche Prinzip des Wettbewerbs abzuschaffen. Aber zur sozialen Marktwirtschaft gehört auch, dass wir in dieser Lage über stärkere Ausgleichs- und Begrenzungsmechanismen sprechen müssen.

Auch, wenn es um die Globalisierung geht und unsere Abhängigkeit von Billig-Lieferketten?

Wir haben wahrscheinlich diese Art der Globalisierung übertrieben. Sie ist ja auch unfair. Erntehelfer aus Osteuropa waren bisher Leute, die Arbeiten machten, die wir nicht machen wollten, zu Löhnen, die wir nie akzeptiert hätten. Jetzt müssen sie uns zeigen, wie man Spargel überhaupt sticht. Die Corona-Krise zeigt uns zugleich, wie wichtig es ist, nicht nur auf uns selbst zu starren. Wir sind weltweit alle so vernetzt, dass wir gar nicht anders können als zusammenarbeiten.

Würden Sie eine Prognose wagen, was nach der Pandemie anders sein wird?

Ein Großteil der Menschen wird wieder etwas mehr Vorratshaltung betreiben. Die Wirtschaft wird etwas Abstand nehmen von zu eng getakteten Lieferketten. Aber das sind kleinteilige Fragen. Das Größere ist: Wie kommen wir jetzt zu einem nachhaltigeren und, um mit Ludwig Erhard zu sprechen, maßvolleren Leben in Wirtschaft und Gesellschaft? Wie können wir die Unterschiede in der Welt so abbauen, dass sie erträglich sind?

Zuletzt: Was fehlt Ihnen selbst im Moment am meisten?

Ich hab's unendlich viel besser als viele Landsleute. Ich halte mich natürlich an alle Regeln, fahre zum Beispiel nur mit einer anderen Person Handbike. Nicht mehr mit anderen Menschen zusammenzukommen - das ist schwer. Sogar die Bundestagsabgeordneten haben plötzlich fast Sehnsucht nach Plenarsitzungen. Im Saal sind sie so präsent wie selten, natürlich mit dem gebotenen Abstand. Und daheim: Meine Frau muss es jetzt dauernd mit mir allein aushalten. Wir haben über Ostern eine Videokonferenz mit allen Kindern und Enkeln gemacht. Das ersetzt das persönliche Treffen natürlich nicht. Deshalb bin ich durchaus für behutsame Lockerungen - aber nicht so, dass die Situation außer Kontrolle gerät. Ob es dazu kommt, wissen wir erst hinterher. Deshalb ist Vorsicht weiter richtig und wichtig.


https://www.tagesspiegel.de/politik/bundestagspraesident-zur-corona-krise-schaeuble-will-dem-schutz-des-lebens-nicht-alles-unterordnen/25770466.html
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 04, 2020, 06:17
Naukowcy z Wrocławia: Tak koronawirusa nie pokonamy
MARCIN KRUK 26 kwietnia

(https://d-pt.ppstatic.pl/k/r/1/c5/23/5ea59927938e2_p.jpg?1587993200)
Wojciech Wojtkielewicz

Zwalczanie epidemii w obecny sposób to za mało. Tak zarazy się nie zahamuje - przestrzegają wrocławscy naukowcy, którzy założyli międzynarodowy projekt badawczy. Zniesienie ograniczeń w kontaktach osobistych, zbyt mała liczba badań osób łagodnie przechodzących zakażenie koronawirusem i zbyt wolne sprawdzanie kontaktów osób chorych sprawiają, że epidemia może trwać jeszcze długo. Koronawirus na Dolnym Śląsku nie nasili się gwałtownie, ale też nie wyhamuje.

Koronawirus zmniejszył kontakty niezwiązane z pracą pomiędzy Dolnoślązakami aż o 60 – 80 procent. To jednak za mało, żeby pokonać wirusa. Grupa MOCOS, złożona z wrocławskich naukowców, stworzyła model matematyczny, który symuluje ludzkie zachowania. Dzięki temu obliczyła, w jakim miejscu epidemii jesteśmy.

Okazuje się, że wciąż jest wiele do zrobienia. Epidemie kończą się, gdy przez dwa tygodnie nie ma nowych zachorowań. Z opracowania naukowców wynika, że nadal kluczowe jest ograniczenie kontaktów. Równie ważne są badania jak największej liczby osób łagodnie przechodzących COVID-19. Tylko sprawne wykrywanie pozwoli szybko reagować i zapobiegać rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Zdaniem naukowców, obecnie wykrywalność ta jest niższa niż 50 procent, co sprawia, że epidemii nie uda się prędko opanować. Czynnikiem pozwalającym na wygaszanie pandemii będzie też szybsza weryfikacja historii kontaktów zakażonych osób.

Z opracowania grupy MOCOS wynika, że na Dolnym Śląsku rozwój epidemii teraz wyhamował, ale naukowcy przestrzegają, że zniesienie ograniczenia kontaktów spowoduje wzrost liczby zakażonych.

Model matematyczny wrocławskich naukowców „karmi się” danymi dotyczącymi mobilności od Apple’a i Google'a, z danych z urzędu statystycznego, z Państwowego Zakładu Higieny i naukowych analiz dotyczących postępu choroby. - Jeżeli poziom redukcji kontaktów i wykrywalność łagodnych przypadków nie zmienią się, to epidemia pozostanie w stanie wzrostu – przekonują naukowcy w swoim reporcie.

Wpływ na szybsze zakończenie epidemii będzie miało zwiększenie liczby wykrywanych chorych z lekkimi objawami do 50 procent. Za tym musi pójść sprawne weryfikowanie kontaktów zakażonych ludzi i testowanie także tych osób.

Naukowcy z grupy MOCOS wzywają administrację do usprawnienia procedur, dzięki czemu możliwe będzie właśnie szybkie wyszukiwanie kontaktów osób zakażonych oraz testowanie ludzi z łagodnymi objawami, niezależnie od ich historii kontaktów z chorymi.

– Epidemię uznaje się za skończoną, gdy przez co najmniej dwa tygodnie będzie dokładnie zero nowych przypadków zachorowań. Jak długo to potrwa, zależy od nas. Przy silnych ograniczeniach kontaktów, szerzej dostępnych testach i skutecznym śledzeniu kontaktów zajmie to kilka miesięcy i będzie dużo kosztować. Im mniej środków z trzech wymienionych powyżej zastosujemy, tym dłużej będzie to trwało i kosztowało dużo więcej. Jeśli nie zrobimy nic lub tylko trochę, to nigdy się nie skończy, a koszt będzie astronomiczny – podsumowuje założyciel grupy MOCOS, profesor Tyll Krüger.


https://gazetawroclawska.pl/naukowcy-z-wroclawia-tak-koronawirusa-nie-pokonamy/ar/c1-14938488
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 04, 2020, 07:15
Genetyk dr Michał Kaszuba: Koronawirus może towarzyszyć ludzkości już zawsze
Błażej Dąbkowski 3 maja

(https://d-pt.ppstatic.pl/k/r/1/2f/de/5ea96c5400240_p.jpg?1588528820)

- W przyszłości, dzięki technologii cyfrowej, być może będziemy wykorzystywać nasze telefony, by badać przyczyny infekcji. Nie trzeba będzie wtedy zapychać tysiącami próbek laboratoriów o ograniczonej przepustowości - mówi dr Michał Kaszuba, genetyk i prezes poznańskiej firmy GenXone. Waldemar Wylegalski

https://gloswielkopolski.pl/genetyk-dr-michal-kaszuba-koronawirus-moze-towarzyszyc-ludzkosci-juz-zawsze/ar/c1-14944122
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 05, 2020, 19:26
Koronawirus. Czy pandemia zakończy świat, jaki znaliśmy do tej pory. Prof. Marcin Król: Pojawi się olbrzymia liczba ludzi zbędnych
Anita Czupryn 22 marca

(https://d-pt.ppstatic.pl/k/r/1/87/77/5e723564263fc_p.jpg?1585300221)
Prof. Marcin Król: Śmierć dziś wydaje się czymś na granicy wstydu Piotr Smolinski

To będą ludzie, którzy nie będą mieli pracy. Ci ludzie zbędni są niesłychanie podatni na niewiadome zdarzenia. Nie umiemy przewidzieć ich zachowań. Mogą być bunty o takim charakterze, że zbiją szybę w sklepie. Ale mogą być też bunty o charakterze politycznym – mówi prof. Marcin Król.

Jak Pan patrzy na to wszystko, co się dzieje w Polsce, na świecie? Można porównać pandemię koronawirusa do czegoś, co już się zdarzyło, czy to raczej rzecz bez precedensu?

Historia zna wiele tego rodzaju zdarzeń, które były być może nieporównanie bardziej dramatyczne. Nie mówię o hiszpance, bo o niej mówią wszyscy, ale były przecież kolejne fale dżumy i cholery. Cholera z 1831 roku; w Berlinie umiera około 100 tysięcy ludzi. W jednym mieście! Między innymi Georg Wilhelm Friedrich Hegel. Tyle, że nie jest pewne, czy umarł na cholerę, czy umarł po prostu, bo był stary. A wcześniej zdarzały się przecież epidemie, których skali nie umiemy historycznie ocenić, bo nie mamy aż takich danych, ale w czasie ich trwania wymierało 40 procent ludności. Na razie pandemia koronawirusa tej skali nie sięga i chyba nie sięgnie przy dzisiejszych postępach. Wtedy było to wynikiem sposobu leczenia i straszliwie złego odżywiania. Ludzie biedni, którzy umierali masowo, odżywiali się strasznie i byli zwyczajnie mniej odporni.

Zapowiedzi Angeli Merkel, która ostrzegała niedawno, że 70 procent ludności Niemiec zarazi się koronawirusem jak więc należy traktować?

To jest oczywiście tragedia i nie ma co w kółko tego powtarzać; wszyscy to wiemy. Ale może warto uczynić kilka uwag nietypowych. Po pierwsze mamy sytuację – nie chcę tego łączyć z pandemią; wolałbym nawet mówić mniej o samej pandemii, co więcej o tym, co wokół niej – że jakiś rodzaj kryzysu wisiał nad nami. Nie chcę mówić, że to pandemia, że znak Boży, czy coś takiego, bo tego rodzaju rozważania to są głupstwa. Pan Bóg nie jest taki, żeby nas karał w ten sposób, jeżeli ktoś wierzy w Pana Boga. Natomiast oznaki kryzysu były. Ten zupełnie horrendalny wzrost i związany z tym utylitaryzm, czyli dążenie do przyjemności, jakie sobie zafundowaliśmy, jako filozofię - od co najmniej II wojny światowej. Ze zrozumiałych powodów oczywiście i można je wytłumaczyć, a jednocześnie to było szaleńcze. I teraz taki przykład. Rok temu kupowałem samochód. Nic wielkiego, chciałem wydać 80 tysięcy złotych, może ciut więcej, może ciut mniej. Jak mam wybierać między Peugeotem a Kią? Skąd mam wiedzieć, który z samochodów jest lepszy? Pokierowałem się najbardziej idiotyczną zasadą – wybrałem auto, którego serwis jest najbliżej mnie.

Peugeota?

Kię, bo to jej serwis jest dwadzieścia parę kilometrów ode mnie. Ale generalnie chodzi mi o to, że doszliśmy do momentu, który można nazwać konsumpcyjnym rozpasaniem, choć ja wolę to nazywać utylitarnym dążeniem do przyjemności. I tu odwołuję się i w czasach trudnych polecam wszystkim lekturę – można ją znaleźć w formacie pdf w internecie – wspaniały esej Freuda pt. „Kultura jako źródło cierpień”. Freud w tym eseju pokazuje, że rzeczywiście wszyscy dążymy do przyjemności. Taka jest nasza natura. A ponieważ wszyscy tak bardzo dążymy do przyjemności, to najpierw musimy uniknąć cierpienia. W związku z tym autor wymienia dziesięć strategii, w jaki sposób unikamy cierpienia, nigdy nie dochodząc tak naprawdę, jego zdaniem, do przyjemności. Tylko całe życie spędzamy na unikaniu cierpienia. To jest, moim zdaniem, niesłychanie mądre, bo pokazuje, że w istocie zaczęliśmy unikać tego cierpienia. Śmierć dziś wydaje się czymś na granicy wstydu; nie mówi się o niej w ogóle. Nawet o chorobach specjalnie nie chcemy mówić. Nie rozmawiamy o nich. To oczywiście nie jest konieczne i nawet może jest rozsądne, że o nich nie rozmawiamy, ale w ogóle nie mówimy o swoich cierpieniach. Wszystko oczywiście zależy jeszcze od kultury – bardziej na południu Europy na przykład mówi się jeszcze o miłosnych cierpieniach. Pamiętam mój przyjaciel, Serb płakał kiedyś, jak go żona rzuciła. W Polsce nigdy mi się nie zdarzyło, żeby mi mężczyzna płakał na ramieniu.

Ale to nie znaczy, że mężczyźni nie przeżywają tego, gdy rozpada im się małżeństwo. Niektórzy płaczą wewnętrznie.

No tak. Ale dążymy do uniknięcia cierpienia. Czyli uniknięcia kłopotów wszelkiego rodzaju.

Interesuje mnie, jak zmieni nas sytuacja, w której teraz jesteśmy? W jaki sposób ta pandemia zmieni świat?

Na sto procent zmieni świat i to w sposób zasadniczy. I co najmniej z dwóch podstawowych powodów.

Jakich?

Pierwszy – jeszcze chwilę to potrwa, bo na razie ludzie szaleją, kupują i ten mechanizm jest dla mnie całkowicie zrozumiały. Sam poczułem się jak idiota, gdy kupiłem papier toaletowy, bo pomyślałem, że jak inni wykupią, to ja nie będę miał, rozumie pani.

Rozumiem.

Tak się napędza tę idiotyczną zabawę. Ale wracając do meritum, to koronawirus nas zmieni pod względem stosunku do idei wzrostu w gospodarce i miary PKB jako głównego wskaźnika potęgi gospodarki i jeszcze w bardzo wielu innych rzeczach. Gospodarcze załamanie będzie i dziś to już jest pewne. Już w tej chwili się żartuje, że będzie 2 procent a nie 3,8 wzrost PKB. Nie jestem ekonomistą, ale kryzys jest oczywisty. Wiedzą też o tym Amerykanie. Wczoraj znowu Dov Jones spadł poniżej 7 procent, kiedy zamykała się giełda.

O tym, że kryzys jest nieunikniony też mówią wszyscy. Ale co w związku z tym? Można się spodziewać fali niepokojów społecznych?

Można. Oczywiście.

Czy koronawirus zacznie wywracać rządy?

Naturalnie, że tak. Tak będzie. Okaże się, kiedy, okaże się jak i okaże się, w jakim stopniu. Podobno rząd włoski deklaruje, ja nie umiem tego sprawdzić, ale przy całym nieszczęściu Włoch od strony choroby, rząd szalenie zajmuje się tym, jak stanąć na nogi gospodarczo. Tak twierdzi premier, choć, jak mówię, nie mam jak tego sprawdzić. Natomiast to jest myślenie prawidłowe. Z kolei w Polsce, w moim przekonaniu, wszystko skupiło się w tej chwili (może powoli to się zmieni) na walce z koronawirusem. Bez liczenia się z konsekwencjami gospodarczymi, które za tydzień będą widoczne, bo ludzie zostaną bez pieniędzy.

Już zostali. Nie zarabiają ci, co są na śmieciówkach, umowach zleceniach, którzy mają jednoosobowe firmy, prowadzą eventy i tak dalej. Bez pracy zostali artyści.

No tak. Moja córka, która redaguje magazyn literacki dwutygodnik.com opowiedziała mi o ludziach, którzy żyli z tego, że organizowali festiwale. Dostawali 30-40 tysięcy złotych za zorganizowanie jednego festiwalu i na jakiś czas starczało im na życie. Koleżanka córki miała na wiosnę przygotować trzy festiwale i wszystko zostało odwołane. Nie zarobi ani złotówki. Takich ludzi z różnych powodów będzie coraz więcej. Ci już są. Za chwilę kolejni będą zwalniani.

Puby, restauracje – wszyscy pracujący w tych miejscach już liczą straty.

Nawiasem mówiąc, za tydzień chcieliśmy pojechać do Kazimierza. Pobyt zarezerwowany, na szczęście nie zapłacony, ale bardzo się wahamy. Jeśli będą zamknięte wszystkie restauracje i nawet na wynos nie będzie, to jechać tam byłoby absurdem.

Popatrzmy na to, co robi rząd Wielkiej Brytanii. Z jednej strony jest krytykowanej, za to właśnie, że niewiele robi, ale z drugiej – ekonomicznie Wielka Brytania wygra. Nic nie zamknięto, wszystko funkcjonuje. Chociaż ostatnio mowa o jakichś decyzjach tego typu. Ale największą obawą jest, aby ludzie na kanwie paniki, nie poszli w anarchię.

To jest bardzo prawdopodobne. Być może nie w ciągu najbliższych dwóch-trzech tygodni, ale jak to rozsądnie wszyscy przewidują, ile można wysiedzieć w domu, prawda? Ja mogę siedzieć. Mam spory dom na wsi, 10 hektarów, las, psy; mogę siedzieć i 6 miesięcy. Dzisiaj to jest luksus. Ale nie każdy ma taki luksus. Gdybym mieszkał w bloku, to bym oszalał. I to bardzo szybko, przy moim charakterze. Wie pani, Florian Znaniecki, wielki polski socjolog, wprowadził kategorię ludzi zbędnych. To się odnosiło do czegoś innego wtedy, ale jest to kategoria, której warto dziś używać. To bardzo ważne. Pojawi się olbrzymia liczba ludzi zbędnych. To znaczy takich ludzi, którzy nie będą mieli pracy; nie będą wiedzieli, co ze sobą zrobić. Nie każdy przecież czyta przez cały dzień. Telewizję też można oglądać przez jakiś czas, no i trzeba mieć Netflix czy inną platformę, bo cały czas oglądać informacje o wirusie, to…

… też można zwariować.

Właśnie. Ci ludzie zbędni są niesłychanie podatni na niewiadome zdarzenia. To znaczy nie umiemy przewidzieć ich zachowań. Powtarzam po Znanieckim; to był wielki socjolog. Najpierw mogą być bunty o takim charakterze, że zbiją szybę w sklepie. Ale mogą być też bunty o charakterze politycznym. Nie mówię o sytuacji w Polsce, bo tym razem nie warto marudzić o PiS-ie. Taka sytuacja może się pojawić na przykład we Włoszech – Włosi są bardzo skłonni do takich akcji. A już na pewno we Francji. Francuzi, jak pani wie, ubóstwiają révolution. Tam jest bez przerwy coś – ostatnio żółte kamizelki. Oni są gotowi zrobić awanturę przy najbliższej możliwej okazji i zrobią. Na sto procent. To będzie dopiero pierwszy krok do przemian politycznych i gospodarczych, o których w tej chwili nie umiemy nic powiedzieć. To będzie katastrofa polityczna.

Czy jako społeczeństwo, wyjdziemy z pandemii z jakąś traumą? I na czym ona może polegać? Dziś widać, że na ulicy człowiek unika człowieka, zachowujemy dystans, niemalże odskakujemy od siebie. Każdy na każdego patrzy jak na potencjalnego zarażonego.

To jest i niedobre, i dobre. Ten kij ma dwa końce, to oczywiste. Natomiast taka sytuacja nie może potrwać bardzo długo. To jest po prostu niemożliwe. Ludzie nie wytrzymają tej relacji; mówiliśmy o tym; psychologicznie. Coś będą chcieć ze sobą zrobić. Przy dzisiejszych możliwościach porozumiewania się internetowego, jest to bardzo łatwe. Nie daj Boże, nie chcę namawiać, wręcz przeciwnie, uważam, że powinniśmy się bardziej powstrzymywać przed takimi reakcjami, ale one są nieuchronne. Po prostu. Nieuchronne psychologicznie i społecznie. Nie umiemy dokładnie przewidzieć dalszego ciągu. Czy na tym będą upadały współczesne rządy? Moim zdaniem, tak będzie. W konsekwencji rządy będą upadały. To, co zrobił Emmanuel Macron we Francji, wymuszając wybory samorządowe w ostatnią niedzielę, w których parę procent poszło, świadczyło o pewnego rodzaju głupocie. Głupota polega na tym, że można jeszcze zachowywać się tak, jak kiedyś.

A co z wyborami prezydenckimi w Polsce?

Przecież każdy rozsądny człowiek uważa, że trzeba je odłożyć. Niech sobie Duda rządzi nawet jeszcze rok, ale wybory w tej chwili nie mają żadnego sensu. Rządzący mają w ręku doskonałe konstytucyjne narzędzia. Nie muszą nic zmieniać – wystarczy ogłoszenie stanu klęski żywiołowej, a jak pandemia nie minie, to ogłoszenie stanu wyjątkowego. Myślę, że to rozsądne rozwiązanie. Stan klęski żywiołowej zawiera w sobie – sprawdziłem to – słowo pandemia, wśród przyczyn, dla których się ten stan ogłasza. Więc wystarczy po prostu jeden ruch.

Dlaczego nie chcą go wykonać?

Przypuszczam, że to zrobią. Jeszcze zwlekają. Tylko lepiej by było, żeby najpierw ogłosili stan klęski żywiołowej, a dopiero potem stan wyjątkowy, jeżeli będzie trzeba. Stan klęski żywiołowej można ogłosić na 6 miesięcy. A w połączeniu ze stanem wyjątkowym – w sumie można na rok odłożyć wybory.

Chciałam tu jeszcze zwrócić uwagę na to, że sytuacja, jaka panuje w tej chwili, pokazuje coś jeszcze. Pamięta Pan, Panie Profesorze wysyp tych różnych dziwnych grup jak tak zwani antyszczepionkowcy czy - zupełne kuriozum - płaskoziemcy. Teraz o antyszczepionkowcach mówi się, że dostali chorobę w wersji demo, ponieważ na Covid-19 nie ma szczepionki. Na własne oczy więc mogą, możemy wszyscy zobaczyć dziś, jak wygląda świat bez szczepionki.

No tak, to jest bardzo ważna nauka. My czasami w swoim zadufaniu myślimy, że niedługo wszystko będziemy umieli wyleczyć. To teraz mamy pokaz, że nie umiemy. Na razie. Oczywiście, prędzej czy później znajdzie się jakaś szczepionka, ale to raczej później niż prędzej. Ale jest drugi aspekt tego, z czego też mało zdajemy sobie sprawę. To znaczy – mówi się ciągle o inflacji. Sądzę, że nam nie grozi inflacja. Grozi nam galopująca inflacja. To jeszcze chwilę potrwa, ale zapewniam, że inflacja będzie galopująca. Nieuchronnie. Dlatego, że przy takich wstrząsach społecznych, to jest zawsze wynik działania części podmiotów gospodarczych. Ja już nie mówię o hiperinflacji, jaka była po I wojnie światowej; w Niemczech zwłaszcza, ale w Polsce też. Trwała przez kilka lat; nosiło się w worku pieniądze, żeby kupić chleb. To są rzeczy, które zmieniają społeczeństwa. To znaczy, radykalnie zmieniają strukturę społeczną – jedni ludzie straszliwie tracą, jak na przykład przedsiębiorcy w niektórych branżach. I mówię tu o średnich, nawet małych przedsiębiorstwach. A inni ludzie, którzy sprytnie wymyślili jakiś produkt, który akurat teraz będzie przydatny…

… na przykład papierowa maseczka antypyłowa za, bagatela, 25 złotych. Sprzedawał je dwa dni temu mój sklepik osiedlowy. I poszły na pniu.

No i widzi pani – ten, kto je produkuje i jeśli one jeszcze się sprzedają - jest już co najmniej półmilionerem. W ten sposób następuje wymiana elit gospodarczych. Takie sytuacje powodują wymianę elit społecznych. I to ma konsekwencje szalone. Przecież inflacja po I wojnie światowej – mimo że, jak mówię, jeszcze nam do takiej daleko na razie, choć też prawdę mówiąc, nikt tego nie wie, jak szybko to może pójść – zmieniła świat. I była jedną z przyczyn narodzin nazizmu. Nie sądzę, że historia miałaby się powtórzyć.

A mówi się, że historia lubi się powtarzać.

Ja uważam, że nie bardzo. To mechanizmy – one się powtarzają. Hiperinflacja jest rzeczą horrendalną. Zawsze opowiadam studentom historię obrazującą, na czym ona polega. Jej autorem jest Tomasz Mann. Był rok 1919. Tok po wojnie. Mann wyszedł z domu, żeby kupić sobie cygara. Na rogu była trafika – sklep tytoniowy. Cygara były po dwa miliony czterysta. Uznał, że to trochę drogo, więc przeszedł przez ulicę, do drugiej trafiki. Tam cygara były po dwa sześćset. Wobec tego wrócił do pierwszego sklepu, żeby kupić te po dwa czterysta. Ale wtedy w nim cygara były już po dwa siedemset.

(Śmiech).

Na tym polega hiperinflacja. Ludzie dawnej zamożności wyprzedają pierścionki, mieszkania, domy. Nawiasem mówiąc, dostaję już teraz na swój komórkowy telefon ogłoszenia – to jest klasyczne nowe zachowanie dzisiaj – które brzmi: „Każde mieszkanie w siedem dni kupimy”. To są ci nowi ludzie, którzy dziś inwestują w mieszkania. Każde kupią, bo warto. W tej chwili, jak ktoś ma pieniądze, to tylko kupować ziemię, mieszkania, nie trzymać pieniędzy w banku, bo to nic nie da, a będzie nawet odwrotnie. Zmierzam do konkluzji – to jest kolosalna przemiana społeczna. Ledwieśmy przeżyli przemiany społeczne po 1989 roku, a tu nadchodzi kolejna, olbrzymia przemiana społeczna, w której jedni zostaną finansowo zmarginalizowani, a drudzy – tym razem nie ludzie zbędni, ale ludzie nowi – przejmą kontrolę nad gospodarką. Żadne zabiegi państwa tego nie pohamują całkowicie. Może trochę, ale nie ma cudów.

A co z ludźmi zbędnymi? Przy okazji, rozmawiałam wczoraj z przyjacielem na temat kwarantanny i tego, że tak wiele ludzi z rekomendacji rządzących nie poszło do pracy. Powiedział, trochę sarkastycznie, a trochę żartobliwie, że w gruncie rzeczy ten moment, kiedy wszyscy siedzą w domach, na kwarantannie, pokazuje, jak bardzo ich praca jest niepotrzebna. No, bo mogą nie pracować i widzimy, że świat się nie wali. Więc może to lepiej, że siedzą w domu, bo może mogą być tam bardziej pożyteczni? Za to najbardziej pożyteczni teraz prócz służby zdrowia są panie w Biedronce, czy innych spożywczakach.

Oczywiście, że jest w tym trochę racji! W szczególności, kiedy dotyczy administracji, która jest rozbudowana w sposób monstrualny. Zresztą raz Donald Tusk, w rozmowie ze mną, przyznawał się już do tego, że jedną porażkę poniósł, to znaczy nie dał rady biurokracji. Administracja za jego premierowania tylko się zwiększyła. Ale teraz zwiększyła się jeszcze znaczniej. Oczywiście, że zmniejszenie administracji do jednej czwartej na pewno jest zdrowe. Ale z drugiej strony, słyszę rozpacz ludzi z moich okolic. To rozpacz pań z jednym, czy dwójką dzieci, które pracowały w lokalnej szwalni. Albo drukarni. Zarówno szwalnia, jak i drukarnia teraz stanęły. A jak można się domyślić, wiele z tych pań pracowało na czarno. No, bo to jest normalne w mniejszych okolicach; w małych miastach nie ma specjalnego nadzoru, wszyscy machają ręką. I te kobiety nie mają nic. Żadnego ZUS-u, nic. No, chyba, że na dziecko. A zatem nie tylko artyści są biedni. Zgoda, artyści są biedni. Ale biedne są także miliony ludzi, ci zatrudnieni w miejscach, które są teraz zbędne. To potrwa jakiś czas.

To wszystko, o czym Pan mówi, pokazuje, że świat, jaki znamy, na naszych oczach pęka i się rozpada. Parę miesięcy wcześniej rozmawialiśmy o problemach klimatycznych. O tym, że nie uchronimy Ziemi przed katastrofą. A teraz okazuje się, że koniec świata przynosi wirus.

Dlatego nie można nigdy przewidywać, kiedy co się zdarzy. Zachodzą okoliczności, które przyspieszają pewne procesy. Te procesy już się zaczęły i o nich już mówiliśmy. Natomiast faktem jest, że one ulegają teraz radykalnemu przyspieszeniu. Na to nie ma, moim zdaniem, żadnego wyjścia i żadnej rozsądnej odpowiedzi. Można oczywiście na bieżąco trochę o ludzi zadbać. Pilnować, żeby zatrudnienie minimalne było, skasować przedsiębiorcom ZUS na parę miesięcy – wprowadzić różne kroki, które chwilowo będą nieco pomagały ludziom, którzy są bez środków materialnych. Ale tylko tyle. Nikt w tej chwili nie zmieni gospodarki, bo nie jest to niczyim celem i nikt do tego nie ma głowy.

Ma Pan pomysł na to, jak żyć w czasach koronawirusa?

Trzeba więcej myśleć o sprawach duchowych. Wiem, że to jest nie takie proste, ale to jest jednak ważne. Nikt nie mówił w XIV czy XV wieku, że człowiek ma dążyć do szczęścia. Mówiło się, że pobyt na ziemi to jest padół łez.

I jeszcze trzeba było się umartwiać.

Właśnie. No, więc może dziś nie aż tak, ale trzeba zdać sobie sprawę z tego, że żyjemy w świecie, który nie jest koniecznie nam przyjazny. I w tym świecie będziemy musieli żyć. Warto z tego wyciągnąć wnioski; pomyśleć o sensie życia a wierzący – o sensie Boga. Może to trochę głupie rady, aby bardziej zająć się życiem duchowym, ale tak jest. Warto też zająć się stosunkami wzajemnymi, między ludźmi. Nawet miłość wymaga, żeby się o nią troszczyć i starać. Teraz ludzie siedzą z dziećmi w blokach, w małych mieszkaniach. Potrzebują ze sobą utrzymywać dobre stosunki. I odnaleźć w nich radość. Innymi słowy, trzeba skupić się na swojej postawie wobec świata i zastanowić się, co my robimy na tej ziemi. Nie bać się, nie roznosić fałszywych wiadomości, nie pisać, że psy i koty roznoszą koronawirusa – co mnie doprowadza do szału, bo to jest nieprawda. Zamiast zajmować się sensacjami, lepiej zająć się trochę sobą. Na ogół nie mamy na to czasu, a teraz – jest na to czas. Pomyślmy o sobie.


https://polskatimes.pl/koronawirus-czy-pandemia-zakonczy-swiat-jaki-znalismy-do-tej-pory-prof-marcin-krol-pojawi-sie-olbrzymia-liczba-ludzi-zbednych/ar/c1-14865479
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 10, 2020, 03:48
Wirus i mit silnego państwa
8 MAJA 2020 EDWIN BENDYK

Wraz z pandemią wróciły państwowe granice, na ulicach pojawiły się patrole kontrolujące respektowanie reżimu epidemicznego. Jesteśmy na wojnie – zawołał dziarsko prezydent Francji Emmanuel Macron. Nie, to nie wojna.

Rządy państw dotkniętych pandemią z równą gorliwością „zamrażały” swoje społeczeństwa, jak wcześniej bagatelizowały ostrzeżenia epidemiologów. Zanim Macron ogłosił, że Francja jest na wojnie, beztrosko przesunął ministrę zdrowia Agnés Buzyn na inny odcinek – miała ratować partię rządzącą w walce o stanowisko mera Paryża.

Centralizacja zaniedbań

Podczas wojny nie zmienia się dowódców, zwłaszcza odpowiedzialnych za najważniejszy odcinek frontu, ale logika polityki wygrała z niejasną jeszcze logiką epidemii. Gdy ta już pokazała swoje zęby, za wcześniejsze błędy i zaniedbania rachunek musieli zapłacić zwykli ludzie.

Podobnie stało się w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych – najbogatsze i najsprawniejsze państwa świata pokazały, że coś w nich szwankuje. Zaskoczyły Niemcy, które po powolnym rozruchu ze względu na konieczność uzgodnień w ramach systemu federalnego potem już pojechały jak mercedes.

Powrót państwa

Od razu pojawiły się komentarze, że pandemia oznacza koniec globalizacji w dotychczasowym wydaniu i powrót państwa narodowego, z narodowymi egoizmami włącznie. I to państwa o silnej centralnej władzy zdolnej przesuwać bataliony lekarzy na najbardziej zagrożone odcinki, zamawiać antonowy pełne maseczek z Chin i zamykać lasy przed obywatelami.

Słabość mitu silnego państwa w kontekście pandemii jeszcze w marcu obnażył prof. Jan Zielonka (https://www.socialeurope.eu/has-the-coronavirus-brought-back-the-nation-state). Pokazał, że epidemia to nie wojna wymagająca odpowiedzi w postaci koncentracji przemocy, tylko zagrożenie, na które najlepszą odpowiedzią jest mobilizacja wszystkich zasobów na różnych poziomach organizacji.

Siła lokalności

Potrzebna jest więc współpraca międzynarodowa, by przyspieszyć pracę nad szczepionką i lepiej rozpoznać charakter samego zagrożenia w oparciu o zgromadzoną lokalnie wiedzę. Potrzebne jest zarządzanie na poziomie rządów, prawdziwa codzienna walka odbywa się jednak na poziomie lokalnym: w miastach, gminach i regionach.

States have indeed closed national borders, but this was a rather symbolic step as the most vital borders are around cities or regions where we observe concentrated outbreaks. I doubt whether before the epidemic any Italian minister had ever visited places such as Codogno or Vo, which are the epicentres of infections. Yet within these small communities, not in Rome, the real battle against the virus is being fought.

Uwagi Zielonki nabierają szczególnej mocy teraz, gdy próbujemy wychodzić ze stanu zamrożenia. Okazuje się, że o wiele łatwiej wprowadzać z pozycji rządu centralnego reżim nadzwyczajny, niż z niego bezpiecznie wychodzić. Bez zaangażowania władz lokalnych zrobić tego nie sposób.

Bunt miast i gmin

We Francji Emmanuel Macron zmienił więc wojenną retorykę i intensywnie rozmawia z merami, by powierzyć im znaczną część odpowiedzialności nie tylko za wdrażanie rządowych decyzji, ale i wypracowywanie lokalnych rozwiązań.

W Ukrainie, która od rewolucji w 2014 r. decentralizuje się, prasa pisze wręcz o „otamańszczyźnie” i buncie miast przeciwko nieudolnemu rządowi. Mer Czerkas nie respektuje decyzji władzy centralnej, a w tej niesubordynacji poparł go mer Lwowa.

W Polsce także widać wyraźnie, że samorządowcy muszą walczyć na dwóch frontach: z pandemią i decyzjami władz centralnych, jak choćby rzuconym z fantazją zezwoleniem na otwieranie żłobków i przedszkoli oraz chaosem politycznym kreowanym przez Jarosława Kaczyńskiego w związku z wyborami prezydenckimi.

Wielkie skalowanie

Jakie wnioski z tych różnych obserwacji? Pandemia ujawniła, że mit silnego państwa rozumianego jako hierarchiczna, scentralizowana struktura – nie ma podstaw. Rzeczywistość jest zbyt złożona i odpowiedzią na nią musi być równie złożony, policentryczny system koordynacji społecznych działań.

Neil Brenner, współczesny badacz miast, pokazuje w swych pracach, że dziś koordynacja ta i efektywne rządzenie nie ma nic wspólnego z kierowaniem z pozycji hierarchicznych. Władza rozumiana jako zdolność rozwiązywania realnych problemów polega na zdolności posługiwania się różnymi skalami procesów, jakie oddziałują na rzeczywistość w konkretnym miejscu.

Tak więc na to, co dzieje się w Warszawie lub Ostrowie Wielkopolskim, wpływ ma prezydent miasta, sam wirus, ale także dysponenci kapitału, który pracuje w lokalnych przedsięwzięciach, decyzje rządu centralnego i agend międzynarodowych, w końcu autonomiczne decyzje mieszkańców także funkcjonujących w sieciach o różnych skalach, w zależności od tego, czy występują w roli pracownika, konsumenta, czy obywatela.

Gdy rządzić się nie da

Jak piszę w książce „W Polsce, czyli wszędzie”, to świat, w którym rządzić już się nie da, można jedynie współrządzić, jeśli chce się rzeczywiście efektywnie sprawować władzę. Nie rozumie tego nie tylko Jarosław Kaczyński. Jan Zielonka nie ma wątpliwości, że wyzwolona przez epidemię pokusa restauracji silnego scentralizowanego państwa szybko nie minie – wbrew jej anachronizmowi:

States may be tempted to retain hard borders after the end of this pandemic scare, but it is hard to see any good in such a move.

Burmistrzowie, łączcie się!

Burmistrzowie jednak nie próżnują. Włodarze miast zrzeszonych w globalnej sieci C40 (https://www.c40.org/other/covid-task-force) ogłosili zasady pokryzysowej rekonstrukcji swoich ośrodków. Zdają sobie sprawę, że powrót do starej „normalności” jest już niemożliwy. Odpowiedzią na kryzys musi być budowa sprawiedliwszych, odpornych i zrównoważonych miast w zgodzie z celami polityki klimatycznej.

To silny głos rozsądku i nadziei w czasach, kiedy bardzo brakuje dobrych wiadomości.

https://antymatrix.blog.polityka.pl/2020/05/08/wirus-i-mit-silnego-panstwa/?nocheck=1
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 12, 2020, 06:18
Wirus groźny nie tylko dla zdrowia. "Świat przed i po pandemii"
Data 27.03.2020 Autor Grzegorz Szymanowski

Koronawirus jest groźny nie tylko dla zdrowia, ale i dla liberalnego społeczeństwa. W czasach pandemii ustawiane są zwrotnice dla świata po koronie.

(https://www.dw.com/image/52650409_303.jpg)
KI und Gesichtserkennung (Imago Images/H. Lucas)

Martin Voss ma w tych dniach ręce pełne roboty. Socjolog kieruje - w tych dniach zdalnie - pracami ośrodka badań nad katastrofami przy Wolnym Uniwersytecie Berlińskim. W czasach koronakryzysu doradza organizacjom pomocowym, oferuje seminaria informacyjne w sieci. Specjalistyczna wiedza naukowców jest w tych dniach bardzo na czasie. Do tego stopnia, że Voss nawet reaktywuje byłych współpracowników. - Wolałbym tego jednak uniknąć - zapewnia.

Zagrożenie wirusem, radykalne ograniczenia życia codziennego (https://www.dw.com/pl/koronawirus-%C5%BCycie-przenosi-si%C4%99-do-internetu/a-52818923), problemy ekonomiczne - wszystko to sprawia, że koronakryzys jest największą katastrofą w Niemczech od czasów II wojny światowej. Martin Voss zwraca uwagę na jeszcze inny aspekt tej katastrofy - na to jak bardzo ta nadzwyczajna sytuacja zmieni społeczeństwa. - W przyszłości będziemy wyraźnie rozróżniać między czasem przed i po koronie - twierdzi socjolog.

Coraz silniejsza presja

Rozruchy, przemoc, sytuacje braków ważnych towarów czy usług - to niektóre z posępnych scenariuszy katastroficznych. To, że jak dotąd w Niemczech do nich nie doszło, napawa naukowca umiarkowanym optymizmem. - Wkraczamy z silnymi więziami społecznymi w ten kryzys - uważa. Jednak z czasem presja będzie rosnąć, reakcje staną się bardziej emocjonalne - przewiduje Voss. Na przykład wtedy, gdy reglamentowane będą leki i niektóre osoby ich nie otrzymają. - Wielu z tych, którzy zawsze czuli się traktowani niesprawiedliwie, będą odczuwać to jeszcze mocniej. Inni, którzy uważali, że są zabezpieczeni na każdą ewentualność, mogą doznać uczucia całkowitej klęski - tłumaczy. Jednocześnie przewiduje, że dojdzie do głębokich wstrząsów - i w konsekwencji do reorientacji w zakresie społecznych norm i wartości.

Tymi przemianami zajmują się dziś eksperci na całym świecie. "Katastrofy przyspieszają procesy historyczne" - pisze na przykład izraelski historyk Yuval Noah Harari. W USA pisarka Naomi Klein ostrzega przed "koronakapitalizmem", który może ograniczyć świadczenia socjalne. A w Unii Europejskiej bułgarski politolog Iwan Krastew spodziewa się wzmocnienia roli państw narodowych w relacjach z Brukselą.

Wzorce rodem z Chin

Jeszcze kilka tygodni temu odwoływanie imprez masowych takich jak mecze piłkarskie czy targi, zakaz opuszczania domów czy kontaktów socjalnych było w Europie nie do pomyślenia. Szczególnie w Niemczech, w których lekcja wynikająca z przerażających doświadczeń z totalitaryzmami XX wieku wpłynęła na kształt liberalnego oblicza tego kraju. Jednak wraz z pogłębianiem się kryzysu zachodnie rządy coraz bardziej sięgają po wzorce z Chin. Chińskie władze wprowadziły tam dwa miesiące temu zakaz opuszczania domów dla całej prowincji Hubei, liczącej prawie 60 mln mieszkańców. Sukcesy w opanowaniu epidemii sprawiły, że wzrosła presja w kierunku zastosowania podobnych radykalnych rozwiązań także w liberalnych społeczeństwach.

Rządy zaciągają cugle

Czy tryb kryzysowy zagraża demokratycznym pryncypiom? - Wiele zależy od tego, jak długo potrwa ten kryzys i ograniczenia praw podstawowych - twierdzi Wolfgang Merkel, berliński politolog zajmujący się badaniami nad demokracją i demokratyzacją. Szczególnie dwa możliwe scenariusze napawają go troską. Pierwszy zakłada, że rządom nie uda się opanować epidemii; liczba ofiar ogromnie wzrośnie, a zaufanie obywateli ulegnie erozji (https://www.dw.com/pl/rosyjska-dezinformacja-w-czasach-pandemii-koronawirusa/a-52806410). Drugi opiera się na założeniu, że elity polityczne, rządząc dekretami "niemal w sposób autorytarny", odniosą sukces. - Możliwe, że wtedy wielu powie: po co nam w ogóle parlamenty? - obawia się Merkel.

Realne zagrożenie wynikające z pandemii może ponadto zostać wykorzystane przez niektóre rządy jako pretekst do rozszerzenia obszaru swojej władzy. Tak, jak np. na Węgrzech, gdzie premier Viktor Orban próbuje uzyskać od parlamentu zgodę na rządzenie za pomocą dekretów. W ten sposób może on w pojedynkę zawiesić obowiązujące ustawy i bez końca przedłużać stan nadzwyczajny.


(https://www.dw.com/image/52890494_404.jpg)
Politolog prof. Wolfgang Merkel

Kontrowersyjne traktowanie mobilnych danych

Do kontrowersyjnych metod walki z koronawirusem należy wykorzystywanie mobilnych danych. - Pandemia zastaje nas w epoce digitalizacji - konstatuje socjolog Marin Voss. Na tym polu nie ma innych historycznych doświadczeń. Coraz więcej państw nakazuje przesyłanie danych z telefonów komórkowych do agend rządowych i służb. Specjalne aplikacje umożliwiają kontrolę nad dotrzymywaniem reguł kwarantanny. Także w Niemczech minister zdrowia RFN Jens Spahn planował nowelizację ustawy o epidemiach. Dzięki lokalizacji telefonów komórkowych miano identyfikować zarażonych. Po fali krytyki Spahn wycofał się z tej nowelizacji, przynajmniej na razie. Jeśli liczba zarażonych dalej będzie rosła, może jednak dojść do ponownego rozważenia, czy ważniejsze są swobody obywatelskie czy ochrona zdrowia. Decyzja może wtedy wypaść inaczej.

Martin Voss obserwuje te procesy z niepokojem.

Powrót suwerena

Politolog Wolfgang Merkel niepokoi się z kolei o Europę. To, że tyle państw UE w pojedynkę podjęło decyzję o zamknięciu granic, uważa za symptomatyczne. Jego zdaniem potrzebne jest więcej koordynacji kryzysowej ze strony Brukseli. - Jedną z negatywnych konsekwencji kryzysu będzie kontynuacja dezintegracji Unii Europejskiej, co było widać już w czasie kryzysu migracyjnego w 2015 roku - uważa politolog.

Debaty o znaczeniu praw obywatelskich w czasach kryzysu są trudne. Dopiero z perspektywy będzie można ocenić, jakie działania były skuteczne, a które przyniosły niepożądane, groźne dla demokracji skutki uboczne.

Wolfgang Merkel dlatego wzywa obywateli do czujności - jeśli kryzys zostanie zażegnany, społeczeństwo będzie musiało naciskać na restytucję praw podstawowych. Stan nadzwyczajny uczynił obywateli poddanymi. Gdy się kończy, muszą znowu stać się suwerenem.


https://www.dw.com/pl/wirus-gro%C5%BAny-nie-tylko-dla-zdrowia-%C5%9Bwiat-przed-i-po-pandemii/a-52932945
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 15, 2020, 03:42
„Fala znaczących zmian na kluczowych stanowiskach”. Eksperci o realiach po epidemii
JOANNA HOŁDA, MARIUSZ SAGAN - 13 MAJA 2020

(https://regiony.rp.pl/wp-content/uploads/2020/05/warsaw.jpg)
Fot. Pixabay

Pojawienie się pandemii Covid-19 pokazało i siłę, i słabość miast, a kryzys powinien uświadomić decydentom, jak je chronić przed kolejnymi podobnymi sytuacjami i ośmielić do podejmowania często odważnych i niestandardowych decyzji.

Prezydenci i burmistrzowie powinni też potraktować go jako szansę przyspieszenia procesów reorganizujących dotychczasowe funkcje miast. Pandemia jest „anty-miejska” i nie służy typowo miejskim aktywnościom.

Jednak trudnych i dezorganizujących zjawisk oddziałujących na miasta możemy się spodziewać więcej – nie tylko epidemii, ale też, co bardziej prawdopodobne – efektów zmian klimatycznych (upałów, opadów śniegu, suszy, silnych wiatrów, powodzi itd.) oraz skutków światowej recesji gospodarczej. Czas epidemii dziesiątkujących miasta, to co prawda przeszłość, także dzięki wielkiemu programowi modernizacji metropolii europejskich w XIX wieku, na przykład Paryża. Wydaje się iż to właśnie dziś jest właściwy moment na nowy program dla miast na świecie na miarę rozwiązań i wizjonerstwa G. Haussmana, wybitnego francuskiego urbanisty.

Efekty epidemii

Epidemia ujawniła nie tylko ludzką solidarność i energię, ale też miejską wspólnotę, w którą w ostatnich latach wątpiliśmy, a która ułatwia przetrwanie dzięki pełnemu wachlarzowi pomocy sąsiedzkiej, a co ważniejsze – daje poczucie bezpieczeństwa. Wspólnota to nie tylko szybkie reakcje i decyzje setek obywatelek/li np. o szyciu maseczek i organizowaniu posiłków dla lekarzy (akcje typu #wzywamyposiłki). To troska o „ulubione miejsca” – stąd wezwanie do ich wsparcia, jeśli chce się mieć dokąd wrócić po epidemii. Tak jest właściwie we wszystkich większych polskich miastach. Ma to znaczenie nie tylko ze względu na wsparcie lokalnej przedsiębiorczości, ale także dlatego, że te miejsca – restauracje, knajpy, autorskie sklepy – „robią” miasto. Ta „nowa” wspólnota już pozostanie na dłużej, co ma także szczególne znaczenie bardzo lokalnie – w dzielnicach i osiedlach.

Współdziałanie jest niewątpliwie łatwiejsze w miejscach dobrze zorganizowanych, z dostępem do różnego i szerokiego typu usług (w tym usług publicznych), np. handlu, służby zdrowia, edukacji, kultury i sportu.

Epidemia pokazuje, jak obywatelska była urbanistyka lat 60., 70. i częściowo 80. – i powinna stanowić dziś wzór. Dla zachowania bezpieczeństwa mieszkańców dzielnice powinny być niemal samowystarczalne. Polskie miasta zdecydowanie najlepiej wypadają pod względem lokalnej dostępności kultury, np. istniejące w nich rozwinięte sieci publicznej biblioteki (tak jest w Lublinie, Krakowie czy Łodzi) mają szczególne znaczenie w przypadku luzowania ograniczeń.

Gorzej wypada ogólnodostępna infrastruktura sportowa – w epidemii tego rodzaju obiekty, co prawda, są czasowo wyłączane z użytku, ale w okresie normalnego funkcjonowania powinny jak najszerzej służyć mieszkańcom, choćby ze względów profilaktycznych.

Niestety, nowo projektowane osiedla czy dzielnice najczęściej są wolne od tak szeroko pojmowanych usług – nawet handel jest tam co najwyżej na podstawowym poziomie. XX-wieczna urbanistyka i aktualne doświadczenia pandemii powinny przewartościować myślenie o miastach, które często rozwijają się w sposób niekontrolowany i „rozlewają się”. To, co w przypadku koronawirusa nie jest jeszcze bardzo dolegliwe dla miasta, w sytuacji znacznie poważniejszych kryzysów może okazać się trudną do pokonania przeszkodą.

Klasowe oblicze wirusa

Epidemia pokazała też, niestety, swoje klasowe oblicze. Zachowanie dystansu społecznego i izolacja są znacznie łatwiejsze do przejścia dla osób zamożniejszych, które mogą korzystać ze swoich ogródków, ogrodów, działek, czy letnich domów. Dla większości jednak są to doświadczenia dolegliwe, szczególnie przy czasowym wyłączeniu z korzystania parków, skwerów, czy placów zabaw.

Inną drogą poszedł Londyn, który na czas pandemii właśnie otworzył parki dla swoich mieszkańców –zgodnie z ideą, że przebywanie na świeżym powietrzu jest zdrowe (oczywiście, przy zachowaniu wymaganego dystansu społecznego). Jest to chyba wskazówka dla polskich miast – już nie tylko ze względów ekologicznych i klimatycznych, ale też epidemicznych, powinniśmy zadbać o szeroko dostępną zieloną infrastrukturę.

Epidemia najprawdopodobniej będzie czynnikiem katalizującym dalsze rozlewanie się miast – perspektywa zamieszkania na suburbiach z „bezpiecznym” ogródkiem i pewnym dystansem od sąsiadów staje się jeszcze bardziej kusząca niż przed pandemią. Tym samym realizowane od kilkunastu lat próby rewitalizacji śródmieść wielu miast na świecie i w Polsce oraz udane w wielu przypadkach działania nakierowane na pozyskanie do nich nowych mieszkańców mogą spalić na panewce.

Być może łatwiej będzie jednak zatrzymać mieszkańców w wielofunkcyjnych dzielnicach, co zapobiegać będzie dalszemu drenowaniu mieszkańców i odpływających z nimi podatków do ościennych gmin.

Nasuwa się także kolejne pytanie: co stanie się z mieszkaniami w atrakcyjnych lokalizacjach centrów metropolii zwalnianych przez Airbnb? Czy wrócą do nich mieszkańcy czy też jednak turyści, choć wprawdzie w dłuższej perspektywie? W jaki sposób praca zdalna i prognozowany mniejszy popyt na biura, zlokalizowane głównie w centrach dużych miast, zdefiniują nowe ich oblicze?

A jak pokazała pandemia i o czym świat dyskutuje w ostatnich latach – odmiejscowienie pracy stało się epidemiczną rzeczywistością. Polacy weszli w nią bardzo łatwo. I nie rozważając w tym miejscu zalet i wad takiego rozwiązania, możliwości jego szerokiego zastosowania, czy wreszcie jego specyfiki – odmiejscowienie pracy jest nieodległą przyszłością, również ze względów ekonomicznych (szczególnie w perspektywie konieczności cięcia kosztów przez pracodawców).

Ostatnie lata to szeroka dyskusja o kształcie transportu publicznego w miastach. Pojawiła się też w kontekście Covid-19 – to przecież silne nasycenie kontaktów międzyludzkich i potencjalna droga do rozprzestrzeniania się wirusa. Dziś jednak nikt odpowiedzialny nie zawróci z wcześniej obranej ekologicznej drogi zrównoważonego transportu. To niemałe wyzwanie dla miast, które być może będą musiały zredefiniować transport publiczny. Jednak w wyniku epidemicznych doświadczeń Mediolan zmienia ulice w trasy piesze i rowerowe, natomiast Paryż – myśląc o czasie po epidemii – nie chce już wracać do samochodowej dominanty. Wydaje się, że również polskie miasta powinny wzmocnić politykę dostępnego publicznego transportu (z pełną świadomością, że transport indywidualny w czasie pandemii okazał się dobrym rozwiązaniem) i nadal inwestować w infrastrukturę rowerową. Wydaje się też, że w tym kontekście – ponownie – idea dzielnic samowystarczalnych zyskuje na znaczeniu.

Szanse i wyzwania dla polskich miast

Szukając optymistycznych aspektów pojawienia się wirusa dostrzegamy jednak szanse i wyzwania dla polskich miast. Wygraną grupą profesjonalistów, w naszej opinii, są architekci, urbaniści i projektanci w różnych obszarach, bo czas po epidemii to tworzenie nowych produktów, usług i przeprojektowywanie tego co jest, w duchu projektowania uniwersalnego po kryzysie.

Z pewnością szansą dla miast są mało wcześniej znane usługi, na które popyt wygenerowały nowe ludzkie potrzeby związane z ograniczeniem możliwości wychodzenia z domu czy przemieszczania się. Ich w zdecydowanej większości cyfrowy charakter będzie determinował rozwój nowych modeli biznesowych lokalnych przedsiębiorstw, a być może także nowych sektorów gospodarki i zawodów.

Innymi słowy, te miasta, które nie dostrzegają potrzeby wzmacniania rozwiązań cyfrowych w zarządzaniu miastem i koordynowaniu swoich ekosystemów gospodarczych, czy też budowania relacji z mieszkańcami, będą traciły dystans do czołówki. Koncepcja Smart City, szybko rozwijająca się w większości miast na całym świecie przed pandemią, stanie się normą i czymś oczywistym, tak jak elektryczne oświetlenie na początku XX wieku.

Współczesne samorządy dużych aglomeracji prowadziły przed kryzysem wyrafinowaną, ekspansywną politykę inwestycyjną: w infrastrukturę komunikacyjną i jakości życia (sport, kultura), biznesową, społeczną i rozwiązania smart city. Wydaje się, że pandemia przeorientuje strukturę wydatków dużych miast nie tylko z powodu ostrych ograniczeń budżetowych. Zmienią się same instytucje samorządowe – dzisiejszy kryzys pokazuje, że mogą realizować one większość zadań zdalnie, zaś nieobecności części pracowników wiele miast po prostu nie odczuło.

Ograniczenia finansowe spowodują, iż instytucje miejskie będą stawały się coraz bardziej smukłe i generalnie dużo mniejsze, co wszakże, przy wykorzystaniu narzędzi smart city i sztucznej inteligencji, wcale nie spowoduje ich mniejszej efektywności. I to pomimo presji politycznej na utrzymanie zatrudnienia w lokalnej administracji wszystkich swoich kolegów partyjnych i ich znajomych.

Wprawdzie presja ta będzie bardzo silna w najbliższych latach w związku z recesją w Polsce, ale powinna wygasać sukcesywnie w przyszłości. Generalnie kryzys związany z pandemią powinien być, tak jak to zaczyna mieć miejsce w biznesie, wykorzystany przez decydentów do optymalizacji struktur instytucji oraz spółek miejskich oraz bardziej efektywnej polityki zatrudnieniowej. Do outsourcingu i technologicznego przyspieszenia. Także zdefiniowania na nowo swoich słabych i mocnych stron oraz sektorów biznesów przyszłości.

Z drugiej strony mieszkańcy oczekują już chyba nowego otwarcia w sposobie sprawowania władzy od swoich prezydentów i burmistrzów. Większej otwartości, nie tylko deklarowanej, na nowe i nieoczywiste potrzeby mieszkańców. To z kolei będzie otwierało drogę do nowych przetasowań politycznych i samorządowych. Wydaje się, że w następnych wyborach samorządowych dokona się kolejna, bardzo znacząca fala zmian na kluczowych stanowiskach władz samorządowych, nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie.

Nowe miasto, to także nowa, „ludzka” urbanistyka. Musi powstać więcej przemyślanych projektów urbanistycznych, które niestety były w ostatnich 30 latach rzadkością w polskich metropoliach. I tu wracamy do punktu wyjścia: potrzeb mieszkańców miast. Rozumieją to włodarze Amsterdamu, Kopenhagi, Londynu i zapewne też części miast w Polsce.

Niestety, pandemia, tak jak zmienia już świat, ludzi i biznes, zmieni także miasta. Tymczasem patrząc na dzisiejszą praktykę kryzysowego zarządzania miastami w sytuacji zagrożenia, widzimy prawie wyłącznie bieżące działania operacyjne, choć to właśnie teraz jest najlepszy moment na odważne decyzje strategiczne i ucieczkę do przodu. Między innymi po to, aby być w jak najlepszej pozycji startowej w nowym układzie międzynarodowej konkurencji miast po epidemii. Konkurencji, bardzo trudnej i wyczerpującej, o ograniczone zasoby.


Dr Joanna Hołda – prawnik, wykładowczyni w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie
Dr Mariusz Sagan – adiunkt w Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie Szkoły Głównej Handlowej
https://regiony.rp.pl/dyskusje/25818-fala-znaczacych-zmian-na-kluczowych-stanowiskach-eksperci-o-realiach-po-epidemii
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 17, 2020, 04:34
How Pandemics End
By Gina Kolata Published May 10, 2020 Updated May 14, 2020

An infectious outbreak can conclude in more ways than one, historians say. But for whom does it end, and who gets to decide?

(https://static01.nyt.com/images/2020/05/07/science/00VIRUS-HISTORY1/00VIRUS-HISTORY1-superJumbo.jpg?quality=90&auto=webp)
A Sicilian fresco from 1445. In the previous century, the Black Death killed at least a third of Europe’s population.Credit...Werner Forman/Universal Images Group/Getty Images

When will the Covid-19 pandemic end? And how?

According to historians, pandemics typically have two types of endings: the medical, which occurs when the incidence and death rates plummet, and the social, when the epidemic of fear about the disease wanes.

“When people ask, ‘When will this end?,’ they are asking about the social ending,” said Dr. Jeremy Greene, a historian of medicine at Johns Hopkins.

In other words, an end can occur not because a disease has been vanquished but because people grow tired of panic mode and learn to live with a disease. Allan Brandt, a Harvard historian, said something similar was happening with Covid-19: “As we have seen in the debate about opening the economy, many questions about the so-called end are determined not by medical and public health data but by sociopolitical processes.”

Endings “are very, very messy,” said Dora Vargha, a historian at the University of Exeter. “Looking back, we have a weak narrative. For whom does the epidemic end, and who gets to say?”

In the path of fear

An epidemic of fear can occur even without an epidemic of illness. Dr. Susan Murray, of the Royal College of Surgeons in Dublin, saw that firsthand in 2014 when she was a fellow at a rural hospital in Ireland.

In the preceding months, more than 11,000 people in West Africa had died from Ebola, a terrifying viral disease that was highly infectious and often fatal. The epidemic seemed to be waning, and no cases had occurred in Ireland, but the public fear was palpable.

“On the street and on the wards, people are anxious,” Dr. Murray recalled recently in an article in The New England Journal of Medicine. “Having the wrong color skin is enough to earn you the side-eye from your fellow passengers on the bus or train. Cough once, and you will find them shuffling away from you.”

The Dublin hospital workers were warned to prepare for the worst. They were terrified, and worried that they lacked protective equipment. When a young man arrived in the emergency room from a country with Ebola patients, no one wanted to go near him; nurses hid, and doctors threatened to leave the hospital.

Dr. Murray alone dared treat him, she wrote, but his cancer was so advanced that all she could offer was comfort care. A few days later, tests confirmed that the man did not have Ebola; he died an hour later. Three days afterward, the World Health Organization declared the Ebola epidemic over.

Dr. Murray wrote: “If we are not prepared to fight fear and ignorance as actively and as thoughtfully as we fight any other virus, it is possible that fear can do terrible harm to vulnerable people, even in places that never see a single case of infection during an outbreak. And a fear epidemic can have far worse consequences when complicated by issues of race, privilege, and language.”

Black Death and dark memories


(https://static01.nyt.com/images/2020/05/07/science/00VIRUS-HISTORY2/00VIRUS-HISTORY2-superJumbo.jpg?quality=90&auto=webp)
Disinfecting an autopsy table at a plague hospital in Mukden, China, in 1910, during a wave of pneumonic plague, also caused by the bacteria Yersinia pestis.Credit...Library of Congress/Corbis/VCG, via Getty Images

Bubonic plague has struck several times in the past 2,000 years, killing millions of people and altering the course of history. Each epidemic amplified the fear that came with the next outbreak.

The disease is caused by a strain of bacteria, Yersinia pestis, that lives on fleas that live on rats. But bubonic plague, which became known as the Black Death, also can be passed from infected person to infected person through respiratory droplets, so it cannot be eradicated simply by killing rats.

Historians describe three great waves of plague, said Mary Fissell, a historian at Johns Hopkins: the Plague of Justinian, in the sixth century; the medieval epidemic, in the 14th century; and a pandemic that struck in the late 19th and early 20th centuries.

The medieval pandemic began in 1331 in China. The illness, along with a civil war that was raging at the time, killed half the population of China. From there, the plague moved along trade routes to Europe, North Africa and the Middle East. In the years between 1347 and 1351, it killed at least a third of the European population. Half of the population of Siena, Italy, died.

“It is impossible for the human tongue to recount the awful truth,” wrote the 14th-century chronicler Agnolo di Tura. “Indeed, one who did not see such horribleness can be called blessed.” The infected, he wrote, “swell beneath the armpits and in their groins, and fall over while talking.” The dead were buried in pits, in piles.

In Florence, wrote Giovanni Boccaccio, “No more respect was accorded to dead people than would nowadays be accorded to dead goats.” Some hid in their homes. Others refused to accept the threat. Their way of coping, Boccaccio wrote, was to “drink heavily, enjoy life to the full, go round singing and merrymaking, and gratify all of one’s cravings when the opportunity emerged, and shrug the whole thing off as one enormous joke.”

That pandemic ended, but the plague recurred. One of the worst outbreaks began in China in 1855 and spread worldwide, killing more than 12 million in India alone. Health authorities in Bombay burned whole neighborhoods trying to rid them of the plague. “Nobody knew if it made a difference,” the Yale historian Frank Snowden said.


(https://static01.nyt.com/images/2020/05/07/science/00VIRUS-HISTORY6/00VIRUS-HISTORY6-superJumbo.jpg?quality=90&auto=webp)
Dissecting rats in New Orleans in 1914 for signs that they might be carrying bubonic plague.Credit...Corbis, via Getty Images

It is not clear what made the bubonic plague die down. Some scholars have argued that cold weather killed the disease-carrying fleas, but that would not have interrupted the spread by the respiratory route, Dr. Snowden noted.

Or perhaps it was a change in the rats. By the 19th century, the plague was being carried not by black rats but by brown rats, which are stronger and more vicious and more likely to live apart from humans.

“You certainly wouldn’t want one for a pet,” Dr. Snowden said.

Another hypothesis is that the bacterium evolved to be less deadly. Or maybe actions by humans, such as the burning of villages, helped quell the epidemic.

The plague never really went away. In the United States, infections are endemic among prairie dogs in the Southwest and can be transmitted to people. Dr. Snowden said that one of his friends became infected after a stay at a hotel in New Mexico. The previous occupant of his room had a dog, which had fleas that carried the microbe.

Such cases are rare, and can now be successfully treated with antibiotics, but any report of a case of the plague stirs up fear.

One disease that actually ended


(https://static01.nyt.com/images/2020/05/07/science/00VIRUS-HISTORY4/00VIRUS-HISTORY4-superJumbo.jpg?quality=90&auto=webp)
Edward Jenner, one of the early developers of the smallpox vaccine, inoculating a child from the disease in 1796.Credit...Hulton Archive/Getty Images

Among the diseases to have achieved a medical end is smallpox. But it is exceptional for several reasons: There is an effective vaccine, which gives lifelong protection; the virus, Variola major, has no animal host, so eliminating the disease in humans meant total elimination; and its symptoms are so unusual that infection is obvious, allowing for effective quarantines and contact tracing.

But while it still raged, smallpox was horrific. Epidemic after epidemic swept the world, for at least 3,000 years. Individuals infected with the virus developed a fever, then a rash that turned into pus-filled spots, which became encrusted and fell off, leaving scars. The disease killed three out of 10 of its victims, often after immense suffering.

In 1633, an epidemic among Native Americans “disrupted all the native communities in the northeast and certainly facilitated English settlement in Massachusetts,” said Harvard historian Dr. David S. Jones. William Bradford, leader of the Plymouth colony, wrote an account of the disease in Native Americans, saying the broken pustules would effectively glue a patient’s skin to the mat he lay on, only to be torn off. Bradford wrote: “When they turn them, a whole side will flay off at once as it were, and they will be all of a gore blood, most fearful to behold.”

The last person to contract smallpox naturally was Ali Maow Maalin, a hospital cook in Somalia, in 1977. He recovered, only to die of malaria in 2013.

Forgotten influenzas

The 1918 flu is held up today as the example of the ravages of a pandemic and the value of quarantines and social distancing. Before it ended, the flu killed 50 million to 100 million people worldwide. It preyed on young to middle-aged adults — orphaning children, depriving families of breadwinners, killing troops in the midst of World War I.

In the autumn of 1918, Victor Vaughan, a prominent doctor, was dispatched to Camp Devens near Boston to report on a flu that was raging there. He saw “hundreds of stalwart young men in the uniform of their country, coming into the wards of the hospital in groups of ten or more,” he wrote. “They are placed on the cots until every bed is full, yet others crowd in. Their faces soon wear a bluish cast, a distressing cough brings up blood stained sputum. In the morning the dead bodies are stacked up in the morgue like cord wood.”

The virus, he wrote, “demonstrated the inferiority of human inventions in the destruction of human life.”


(https://static01.nyt.com/images/2020/05/07/science/00VIRUS-HISTORY5/00VIRUS-HISTORY5-superJumbo.jpg?quality=90&auto=webp)
Red Cross volunteers in Piedmont, Calif., making masks in October 1918.Credit...Edward (Doc) Rogers/MediaNews Group/Oakland Tribune, via Getty Images

After sweeping through the world, that flu faded away, evolving into a variant of the more benign flu that comes around every year.

“Maybe it was like a fire that, having burned the available and easily accessible wood, burns down,” Dr. Snowden said.

It ended socially, too. World War I was over; people were ready for a fresh start, a new era, and eager to put the nightmare of disease and war behind them. Until recently, the 1918 flu was largely forgotten.

Other flu pandemics followed, none so bad but all nonetheless sobering. In the Hong Kong flu of 1968, one million people died worldwide, including 100,000 in the United States, mostly people older than 65. That virus still circulates as a seasonal flu, and its initial path of destruction — and the fear that went with it — is rarely recalled.

How will Covid-19 end?

Will that happen with Covid-19?

One possibility, historians say, is that the coronavirus pandemic could end socially before it ends medically. People may grow so tired of the restrictions that they declare the pandemic over, even as the virus continues to smolder in the population and before a vaccine or effective treatment is found.

“I think there is this sort of social psychological issue of exhaustion and frustration,” the Yale historian Naomi Rogers said. “We may be in a moment when people are just saying: ‘That’s enough. I deserve to be able to return to my regular life.’”

It is happening already; in some states, governors have lifted restrictions, allowing hair salons, nail salons and gyms to reopen, in defiance of warnings by public health officials that such steps are premature. As the economic catastrophe wreaked by the lockdowns grows, more and more people may be ready to say “enough.”

“There is this sort of conflict now,” Dr. Rogers said. Public health officials have a medical end in sight, but some members of the public see a social end.

“Who gets to claim the end?” Dr. Rogers said. “If you push back against the notion of its ending, what are you pushing back against? What are you claiming when you say, ‘No, it is not ending.’”

The challenge, Dr. Brandt said, is that there will be no sudden victory. Trying to define the end of the epidemic “will be a long and difficult process.”


https://www.nytimes.com/2020/05/10/health/coronavirus-plague-pandemic-history.html
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 17, 2020, 21:28
Koronabieda w Polsce. "Ludzie się dowiedzą, że w urzędzie pracy nie czeka praca"
MATEUSZ RATAJCZAK , 16 maja 2020

Szukanie pracy będzie jak... szukanie partnera na portalu randkowym. Na pewno na świecie, bo w Polsce urzędy pracy są ostatnim miejscem, w którym szuka się pracy. - Kolejek pod urzędami pracy nie ma, bo to dłuższy proces. Kolejki do ośrodków pomocy społecznej niestety się powoli tworzą - mówi Wirtualnej Polsce prof. Ryszard Szarfenberg z Uniwersytetu Warszawskiego. Takie będą skutki kryzysu.

(https://i.wpimg.pl/1190x/filerepo.grupawp.pl/api/v1/display/embed/057e2cab-1431-4861-84bb-d4c356490210)
Prof. Ryszard Szarfenberg Autor: Karol Serewis ŹRÓDŁO: EASTNEWS

Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: Koronawirus to kryzys gospodarczy. Kryzys gospodarczy oznacza powrót biedy w Polsce?

Prof. Ryszard Szarfenberg: Fala biedy jest nieunikniona, nie mam wątpliwości. Dla naszej rozmowy możemy ją nazwać "koronabiedą", bo będzie wywołana właśnie przez skutki gospodarcze wirusa. I jeżeli miałbym prognozować skalę, to zamiast fali używałbym niestety sformułowania tsunami.

Tsunami?

Tsunami.

Na razie jednak nie widać ani fali, ani tsunami. Prognozy gospodarcze nie są najlepsze, ale kolejek pod urzędami pracy jeszcze nie ma. Kolejek pod ośrodkami pomocy społecznej też nie.

I jest pan w częściowym błędzie. Kolejek pod urzędami pracy nie ma, bo to dłuższy proces. Kolejki do ośrodków pomocy społecznej niestety się powoli tworzą. Mogę tylko zgadywać, że środki do życia straciły osoby, które dorabiały, pracowały w szarej strefie. Zostały bez tej możliwości i bez niczego.

Bezrobocie się dopiero pojawi. Przy takiej skali światowego kryzysu, wywołanego przez koronawirusa, naiwnym jest sądzić, że wzrost liczby osób bez pracy ominie Polskę. Dziś pocieszamy się danymi krótkoterminowymi. Nie widzieliśmy szturmu na urzędy w ostatnim miesiącu, więc zakładamy, że go już nie będzie. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Zwolnienia są rozciągnięte w czasie.

Część firm wysłała pracowników na przymusowy urlop, część na bezpłatny, inni nie są zwolnieni, ale "na gębę" dogadali się, że wypłaty będą mniejsze lub symboliczne. A część jest właśnie na okresie wypowiedzenia. Niektórzy przejadają oszczędności i szukają nowej pracy. Skalę problemu zobaczymy dopiero po wielu miesiącach.

Wtedy, gdy skończą się oszczędności?

Najpierw przyjdzie lipiec i sierpień, gdy skończą się okresy wypowiedzenia u tych osób, które straciły pracę w pierwszych tygodniach koronawirusowego kryzysu. Później przyjdzie moment, gdy oszczędności będą na wykończeniu, a pracy wciąż nie będzie. Liczba etatów w gospodarce już się drastycznie skurczyła. A przecież to dopiero pierwszy moment.

Nie wiemy, ile biznesów wróci do pełni życia. Dla części może już nie być miejsca na rynku. W końcu, czy restauratorowi wciąż będzie się opłacała knajpa w centrum miasta, gdy przyjdzie tylko połowa klientów? To są pytania, na które odpowiedzi biznes właśnie będzie poznawał. A wraz z nimi mogą przyjść kolejne zwolnienia.

Nawet najbardziej optymistyczne scenariusze zakładają wzrost bezrobocia. Jeżeli przyjmiemy, że podskoczy z obecnych 5 do 10 proc. to mówimy o niemal milionie dodatkowych osób bez pracy. Każda liczba w tym wypadku jest dramatem, którego Polska nie pamięta. Od prawie 20 lat się rozwijamy. Najgorsze bezrobocie było w latach 2002-2004 osiągając 20 proc. Dla wielu to bardzo odległa przeszłość.

Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że spod parasola ubezpieczeń wylecieli głównie… młodzi ludzie. Oni stracili pracę. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu to ich zwalniano, a nie oni się zwalniali.

Wiele osób odczuje na własnej skórze kolosalne zubożenie. Jednego miesiąca zarabiali średnią krajową 5 tys. zł brutto na umowie o pracę. Drugiego miesiąca nie mają nic lub w wariancie optymistycznym mają kilkaset złotych zasiłku dla bezrobotnych, o ile w ogóle się na niego załapią.

Wiele gospodarstw domowych spadnie poniżej progu ubóstwa. Przypominam, że minimum egzystencji w Polsce wynosi niewiele ponad 500 zł na jednego członka rodziny. Minimum socjalne jest około dwa razy wyższe. I tak są to pieniądze, które nie zabezpieczają wszystkich podstawowych potrzeb. Najbliższe miesiące pokażą skalę problemu.

I ci ubodzy bezrobotni pójdą do urzędów pracy i…

… i przeżyją szok. Albo nawet kilka. Po pierwsze, że zasiłek dla bezrobotnych nie jest automatyczny. Nie dostaje się pieniędzy od pierwszego dnia, nie dostaje się pieniędzy od chwili rejestracji w urzędzie pracy. Mało tego, w Polsce uprawniona do zasiłku jest mniejszość bezrobotnych. Po drugie, okaże się, że urząd pracy… nie jest miejscem, do którego przychodzi się w poszukiwaniu pracy.

Jak to?

Gdzie by pan zaczął szukać zajęcia dla siebie? Gazety, ogłoszenia, portale z ogłoszeniami, serwisy pracy. Urząd pracy na tej liście jest ostatni, o ile w ogóle się pojawia.

W Polsce panuje silne przeświadczenie o tym, że urząd pracy nie jest miejscem, w którym czeka praca, w szczególności dla osób z wyższym wykształceniem. Tam się idzie dopiero w sytuacji podbramkowej. Ostatecznej, gdy wszystkie inne sposoby zawiodły.

To brzmi smutno.

Też wolałbym inny świat. Ugrzęźliśmy w Polsce w przekonaniu, że bezrobocie nie jest problemem, bo jest na niewielkim poziomie, więc urzędy pracy nie muszą być reformowane. To błąd. To nie powinno być miejsce, które oferuje tylko zasiłek dla bezrobotnych, ale również kompleksowe usługi szkolenia, przeszkalania, zdobywania nowych kwalifikacji. Mało kto pamięta, ale jeszcze kilka lat temu urzędy pracy wspierały się zewnętrznymi agencjami pracy przy poszukiwaniu zatrudnienia dla bezrobotnych. W tym punkcie jesteśmy.

A zamiast być urzędami do wypłacania pieniędzy, powinny być miejscem wielu nowoczesnych usług.

A wolałby pan świat, w którym zasiłek dla bezrobotnych jest wypłacany pierwszego dnia zwolnienia?

A czemu nie? Tracę pracę, dostaję 60-70 proc. poprzedniej płacy i mam pół roku na znalezienie nowego zatrudnienia. To tworzy pewien komfort psychiczny. Sprawia, że ludzie mniej boją się utraty zatrudnienia, a stresów i tak mamy dużo w dzisiejszym świecie.

Nie boją się też wyłudzania i czekania przez sześć miesięcy na pracę.

Kwestią podstawową w normalnych czasach będzie zachęcanie ludzi do tego, żeby tej pracy poszukiwali aktywnie od pierwszego dnia, a nie od ostatniego. Zasiłek powinien być tylko częścią całego pakietu rozwiązań. Urząd pracy powinien oferować dobrej jakości usługi związane z pracą.

To oczywiście też kwestia mentalności. I udowodnili to Finowie, którzy sprawdzili, jak szybko pracy zaczynają szukać ci, którzy mają zapewniony zasiłek bez żadnego wymuszania aktywności i ci, którzy nie mają tej pewności, ale muszą odbywać szkolenia lub szukać zatrudnienia, by dostać pieniądze. Obie grupy zakończyły eksperyment z podobnymi wynikami. Z kolei po szkolenia poszli też ci, którzy w ogóle tego nie musieli robić.

Gdzie Finlandia, gdzie Polska.

Oczywiście, że to dwa różne światy. Bezrobotny nie jest przegranym w kraju, w którym oferowane są mu nowoczesne usługi doradztwa i szukania pracy. Liczę na to, że będą się rozwijały automatyczne platformy, które będą łączyć pracownika z ofertą pracy. Napisanie algorytmów, które uwzględnią doświadczenie, wiedzę i umiejętności poszukującego pracy z wymaganiami oferującego ją, nie jest najbardziej wymagającą czynnością. Prywatne firmy już w tę stronę zmierzają, państwowy system zdaje się być ślepy na te nowinki.

W zasadzie to poszukiwanie pracy mogłoby wyglądać jak szukanie partnera na portalu randkowym. Zakładam na dodatek, że znalezienie drugiej połówki jest zdecydowanie trudniejsze, a jednak znalezienie miłości romantycznej przez internet nie jest niczym nadzwyczajnym.

I niby serwisy z ogłoszeniami o pracę miałby garściami czerpać z serwisów randkowych? Taki odpowiednik Tindera, ale dla pracowników i pracodawców?

To oczywiście tylko przykład. Chodzi jednak o to, że sam proces dopasowania pracownika do potencjalnego pracodawcy można wyraźnie uprościć, zautomatyzować i przyśpieszyć. W końcu sami mówimy, że pracy i pracownika się szuka. Problemem obu stron jest brak kontaktu. Algorytmy i sztuczna inteligencja mogłaby zdecydowanie pomóc.

I tak ma wyglądać rynek pracy za 10, 15, 25 lat?

W krajach rozwiniętych z pewnością będzie tak wyglądał. Są już przykłady rządowych portali z pracą, które właśnie do tego służą. Urzędy pracy wciąż pozostaną, m.in. dla tych, którzy mają słabszą pozycję na rynku pracy.

Na jaki kraj powinniśmy zerkać pod względem wzorów?

Reformy zasiłków i usług rynku pracy są zaawansowane w wielu krajach, w tym w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. W poprzedniej dekadzie oba kraje postawiły na rozbudowanie pakietów szkoleń, ale równocześnie na uporządkowanie kwestii zasiłkowych. W Polsce pod względem wsparcia finansowego dla osób bez pracy jest prawdziwy miszmasz. Część zadań mają na głowie urzędy pracy, część ośrodki pomocy społecznej, nikt nie czuje się odpowiedzialny w pełni. Zachód już sobie z tym poradził.

W kwestii zasiłków w Polsce na razie są tylko obietnice dot. wysokości.

Trudno mi to zrozumieć. Zasiłki dla bezrobotnych można było zwiększyć w pierwszej, drugiej, trzeciej tarczy antykryzysowej. Zaraz pojawi się czwarta, a konkretów brak. Tymczasem pojawiły się argumenty, że podnoszenie zasiłków dla bezrobotnych to zachęcanie do zwalniania.

Tyle samo logiki ma stwierdzenie, że bez urzędów pracy nie będzie bezrobocia. Pracodawca, który musi zwolnić ze względu na wynik finansowy, po prostu to zrobi. Los pracownika, niestety, nie będzie go wiele obchodził. Wysokie zasiłki nie zachęcają do wyrzucania potrzebnych pracowników. Niskie zasiłki nie zniechęcą.

Wydaje mi się, że prawda jest prostsza. Rządzący najpierw postawili na utrzymanie miejsc pracy. W drugiej kolejności będą pracować nad losem tych, którzy tę pracę stracili. Nie jestem zwolennikiem tego rozwiązania, bo pomiędzy jedną a drugą akcją mija czas. A przecież ludzie bez środków do życia go nie mają.

Z drugiej strony w tej chwili widzimy pełen zbiór pomysłów, dla każdego coś innego. Samozatrudnieni mogą liczyć na hojne wsparcie w postaci postojowego i bezzwrotnej pożyczki. Osoby na umowie cywilnoprawnej pożyczki bezzwrotnej nie dostaną, ale 2 tys. zł postojowego już tak. Z kolei etatowcy dostają teraz obniżki płac. Jeszcze mniej dostaną, gdy trafią na bezrobocie. Zaraz niektórym za to na konto wpadnie bon turystyczny, który ma wynosić 1000 zł.

To oczywista niesprawiedliwość. Najłatwiej to pokazać na przykładzie informatyka, który jest jednoosobową działalnością gospodarczą i jego zarobki skurczyły się z 15 do 10 tys. zł. Dostanie pełen pakiet wsparcia. Inny informatyk, nawet jego kolega, który pracował na etacie i go stracił, może liczyć tylko na zasiłek dla bezrobotnych.

To rodzi frustrację.

To przemyślenia na dziś. Słuszne, ale nic z nimi nie da się zrobić. Polski rynek pracy od dawna jest zdominowany przez pomieszanie z poplątaniem. Nikt nie kwestionuje już nawet tego układu. Więc i frustracja szybko minie.

Dochód podstawowy, czyli pieniądze dla każdego to jakieś rozwiązanie?

To temat, który wraca przy okazji każdego kryzysu. Dochód podstawowy to koncepcja, która zakłada bezwarunkowe świadczenie pieniężne wypłacane regularnie przez państwo wszystkim dorosłym obywatelom. Bez kryteriów behawioralnych takich jak podejmowanie pracy lub szukanie pracy, ale również bez kryterium dochodowego. Pieniądze dla każdego. To oczywiście program wart gigantyczne pieniądze, którego szanse na wejście są… niskie.

Dlaczego?

Bo przy dochodzie podstawowym, który miałby w jednym skupiać zabezpieczenie finansowe obywateli, dość szybko pojawiają się kontrowersje. Pierwsza to tworzenie kryteriów odcinających bogatych od świadczenia. Dość łatwo zapytać, dlaczego najbogatsze osoby w Polsce miałyby dostawać co miesiąc tyle samo, co najbiedniejsze osoby w Polsce.

Głównym założeniem tego systemu jest zapewnienie każdemu niezbędnych środków utrzymania. Klasyczna opieka społeczna ma jasne uzasadnienie w motywie wsparcia potrzebujących i ubogich. Jakie zatem uzasadnienie ma dochód podstawowy? To alternatywa dla innych opcji zabezpieczenia obywateli - zasiłków, rent, wsparcia. U niektórych to strategia na rzecz zmniejszania nierówności, bo to rozwiązanie wymaga znacznego zwiększenia redystrybucji poprzez podatki dochodowe.

Koszt takiego rozwiązania, jakich kryteriów byśmy nie przyjęli, jest gigantyczny. A to już sprawia, że pomysł uważny jest za mało realny. Czymś innym jednak jest gwarantowany dochód podstawowy na czas kryzysu. Na przykład na trzy miesiące, pół roku. Koszt nie byłby już tak duży. Jeszcze mniejszy, gdy wprowadza się kryterium dochodowe, co wybrały Stany Zjednoczone Ameryki - każdy obywatel mający dochody do 75 tysięcy dolarów otrzyma świadczenie, by pobudzać spadającą konsumpcję.

To jak w takim razie będzie wyglądać wsparcie dla Polaków za 25 lat? Skoro nie będzie to akurat dochód podstawowy.

Za 25 lat? Wielu chciałoby to wiedzieć. Jestem przekonany, że zostanie z nami program "Rodzina 500+". Oczywiście będzie waloryzowany, kwota się zmieni, może nazwa. Cel jednak się nie zmieni. Im większy problem będzie miała Polska z demografią, tym większy nacisk będzie na finansowanie takich programów.

Wydaje mi się, że pod pewnymi względami jesteśmy w tej chwili na poziomie… Niemiec z lat 90. Tam wtedy pojawił się Kindergeld, czyli odpowiednik polskiej "Rodziny 500+". Po latach Niemcy zmienili jednak podejście i oprócz finansów ważna stała się infrastruktura rodzinna i edukacyjna. Żłobki, przedszkola, szkoły. To stało się elementem tej układanki i jestem przekonany, że i w Polsce do tego dojdziemy.

A jeżeli chodzi o inne programy? Kolejne 25 lat to kilka kampanii wyborczych. Zapewne przyniosą nam wiele ciekawych rozwiązań, które zbudują rozwinięte państwo opiekuńcze (śmiech).


Profesor ucz. Ryszard Szarfenberg. Politolog, ekspert polityki społecznej z Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczący EAPN Polska.

Tekst jest częścią cyklu Wirtualnej Polski "Rozmowy o przyszłości". #RazemZmieniamyInternet od 25 lat.

Mateusz Ratajczak Od sześciu lat dziennikarz Wirtualnej Polski i money.pl. Współprowadzący codzienny program wideo "Money. To się liczy". W 2016 roku nominowany do nagrody Grand Press w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne za multimedialny reportaż "Łowcy frajerów" ujawniający kulisy pracy warszawskich naciągaczy. Finalista konkursu im. Dariusza Fikusa za "dziennikarstwo najwyższej próby". Nominowany do nagrody im. Andrzeja Woyciechowskiego w 2018 roku. Laureat nagrody im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie" w 2018 roku.

https://magazyn.wp.pl/finanse/artykul/koronabieda-w-polsce-ludzie-sie-dowiedza-ze-w-urzedzie-pracy-nie-czeka-praca
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 19, 2020, 01:49
Koronawirus w Polsce. Zaskakujące słowa dr Dawida Ciemięgi z Tychów, który walczy z ruchami antyszczepionkowymi
Agata Pustułka 21 marca

Koronawirus to już pandemia. Słowa dr Dawida Ciemięgi wywołały ogrommhy odzew. - Nawet jak nie było pandemii, to brakowało już wielu rzeczy, w tym wolnych miejsc z respiratorami. To był problem przed koronawirusem, ale kogo to interesowało? Słyszeliście wcześniej o tym, że ludzie umierają, bo brakuje sprzętu, personelu? A umierali - pisze dr Dawid Ciemęga z Tychów, znany z walki z antyszczeponkowcami.

Koronawirus w Polsce wg dr Dawida Ciemięgi

- To będzie test systemu opieki medycznej, którego ten kraj za nic w świecie nie zda. Nawet jak nie było pandemii to brakowało już wielu rzeczy, w tym wolnych miejsc z respiratorami. To był problem przed koronawirusem, ale kogo to interesowało. Słyszeliście wcześniej o tym, że ludzie umierają bo brakuje sprzętu, personelu itd ? A umierali - te wstrząsające słowa można przeczytać na profilu lekarza z Tychów dr Dawida Ciemięgi, który zasłynął w walce z ruchami antyszczepionkowymi.

- Teraz się dopiero okaże, jak kończy się pompowanie pieniędzy we wszystko, co ludziom najmniej potrzebne, w propagandę, Rydzyka, kościoły, F16, pomniki, świątynie, luksusy, a nie zabezpiecza się należycie obywateli i realnych potrzeb. Wiele z tych potrzeb od lat zabezpieczał Owsiak, tylko dzięki sprzętom od Owsiaka, wiele wcześniaków żyje. Facet uratował setki dzieci, a władza na niego pluje.

- Proszę Państwa, proszę śledzić komunikaty Główny Inspektorat Sanitarny, doktor Pinkas ciężko pracuje, to jest bardzo rzetelny facet, którego znam osobiście. Wielu lekarzy narażać będzie dla was swoje życie, zdrowie i swoje rodziny. Ci którzy na nas pluli, donosili, wyzywali od morderców, teraz zobaczą kto ratuje zdrowie i życie ludzi w prawdziwym świecie, nie na FB. To nie znachorzy będą się narażać, oni pouciekają, zostaną lekarze, pielęgniarki, ratownicy, diagności, panie w rejestracji, wszyscy pracownicy placówek medycznych. Świat walczy z pandemią, zamykane są placówki w przestrzeni publicznej, a w Polsce ? Setki ludzi się gromadzi w kościołach, co jest zaprzeczeniem wszelkiemu rozsądkowi.

Dr Dawid Ciemięga pisze też:

- Minister Nauki Jarosław Gowin powiedział, że kościoły to "szpitale dla duszy" i nie możemy nikomu nic narzucać. Oczywiście, wolność religii, modlitwa nas uzdrowi itd. Także, powodzenia Polsko z takimi politykami, wybraliście geniuszy. Nasi liderzy powinni w końcu zacząć racjonalnie myśleć, słuchać ekspertów, naukowców, co jest ważne na świecie, a nie zajmować się głupotami i walką o władzę, bo co teraz z tego mają ? Ja myślałem, że to da do myślenia oszustom, oszołomom, antyszczepionkowcom, ale ludzie zamiast zacząć myśleć, brną w teorie spiskowe, w głupoty. Jak widać, prawdziwą plagą jest zwykła głupota, która ten świat już zniszczyła i wykończy go do końca. Proszę Państwa, proszę unikać tłumów, nie chodzi o to, żeby się zabarykadować w domu, ale unikać jeśli możecie.

Pamiętajcie, że to wciąż choroba będąca dużym zagrożeniem dla ludzi starszych. Osoby młodsze w większości przechodzą ją łagodnie. Mimo już globalnej paniki, to wciąż nie epidemia eboli. Osobiście i szczerze uważam, że ta pandemia to lekcja dla ludzkości od matki natury. Niestety ludzie nie nauczyli się niczego z pierwszej i drugiej wojny światowej, z całej historii niczego się nie nauczyli, z tego też lekcji na długo nie wyciągną.


https://polskatimes.pl/koronawirus-w-polsce-zaskakujace-slowa-dr-dawida-ciemiegi-z-tychow-ktory-walczy-z-ruchami-antyszczepionkowymi/ar/c1-14856867
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 19, 2020, 01:49
Dr Dawid Ciemięga: Koronawirus to zwiastun prawdziwej katastrofy. Rozmowa z pediatrą z Tychów
Agata Pustułka 3 kwietnia

(https://d-pt.ppstatic.pl/k/r/1/22/92/5e84760ababd0_p.jpg?1587714790)
Koronawirus w Polsce. Dr Dawid Ciemięga z Tychów: "Koronawirus to taki trailer. Prawdziwa katastrofa dopiero nadejdzie"

Dr Dawid Ciemięga bez ogródek mówi o koronawirusie i wieszcze jeszcze większą katastrofę. Bo pandemia to nauczka, z której niewielu wyciągnie wnioski. Jego wypowiedzi zawsze wzbudzają kontrowersje. Tym razem zapowiedź katastrofy gorszej niż koronawirus wywołała burzę. To słowa bardzo mocne i zmuszają do przemyśleń. - Mam wielu kolegów podróżników, biologów, ekologów. Często zastanawiamy się, do czego ten świat zmierza i zwykle przychodzi jedna odpowiedź: do rozpadu, czego początkiem jest historia koronawirusa. Ale koronawirus to zaledwie trailer, zwiastun tego, co nas czeka. A będą to ogromne, nie do opanowania przez ludzkość zmiany klimatyczne - mówi dr Dawid Ciemięga, pediatra, zwolennik szczepień, obrońca przyrody.

Czego pandemia koronawirusa, z którą się teraz mierzmy, może nas nauczyć?

Ona jest nauczką, ale tylko część z nas wyciągnie z niej wnioski. Większość na pewno nie, co podpowiada nam nieodległa historia kilkunastu lat. Niedawne epidemia SARS i MERS były takim początkiem, ale generalnie nie przełożyliśmy tych doświadczeń na praktyczne działania. Oprócz tego, że jestem lekarzem, działam na rzecz ochrony przyrody. Mam wielu kolegów podróżników, biologów, ekologów. Często zastanawiamy się do czego ten świat zmierza i zwykle przychodzi jednak odpowiedź, że do rozpadu, czego początkiem jest historia koronawirusa. Ale koronawirus to zaledwie trailer, zwiastun tego, co nas czeka. A będą to ogromne, nie do opanowania przez ludzkość zmiany klimatyczne.

A może ta pandemia zmieni nas na lepsze?

Nie sądzę. Z jednej strony, od dawna biolodzy przestrzegali przed tym, co to dzieje się np. na rynku dzikich zwierząt, o bezpowrotnym wyginięciu niektórych gatunków. Z drugiej strony, popatrzmy, jak zaczął się ten rok, co też jest symboliczne - od wielkich pożarów w Australii. Byłem tam wtedy, ale nie przypuszczałem, że przybiorą tak wielki rozmiar. Nie ma wątpliwości, że Australia się ociepla, a niestety niektórzy wpływowi ludzie nie wierzą, że klimat zmienia się i że te zmiany mogą unicestwić ludzkość, i nic sobie z tego nie robią. Podobnie zresztą było w przypadku koronawirusa. Gdy dochodziły do nas niepokojące sygnały z Chin, były bagatelizowane, choć niektórzy przypuszczali, że dojdzie do epidemii, bo były dowody. Zauważmy jednak, jak informacje ze strony ekspertów, biologów, epidemiologów są bagatelizowane. Są ośmieszani, hejtowani. Teraz, jak świat chce pomocy, szczepionki, leków, to nagle do tych niezbyt dobrze opłacanych, lekceważonych, wyciąga się ręce z prośbą o pomoc. Jeszcze niedawno byliśmy ekoterrorystami, a niebawem zacznie się do nas wołać: ekolodzy ratujcie. Zawsze tak jest w wypadku kryzysu - na początku ludzie jednoczą się, pomagają sobie. Potem szybko zapominają o tych chwilach jedności i jadą pełnym gazem na egoizmie.

Jeszcze niedawno byliśmy ekoterrorystami, a niebawem zacznie się do nas wołać: ekolodzy ratujcie. Zawsze tak jest w wypadku kryzysu - na początku ludzie jednoczą się, pomagają sobie. Potem szybko zapominają o tych chwilach jedności i jadą pełnym gazem na egoizmie.

Poważni politycy uważają, że nie istnieje smog, antyszczepionkowcy, dla których jest pan jednym z głównych wrogów, są zapraszani do sejmu. Ogarnęło nas jakieś szaleństwo, pomieszanie wartości...

Problem smogu jest bagatelizowany od lat. Dopiero oddolne ruchy społeczne przyniosły zmianę nastawienia. My, lekarze, ten "smog" widzimy w pracy. Dzieci intensywnie kaszlą, rodzice czują pieczenie w gardle. To fakty, które nie były brane na poważne. Teraz mamy całkiem sporą grupę fanów teorii spiskowych, którzy mówią, że ta koronawirusowa pandemia w ogóle nie istnieje, że to fikcja, albo że jest spowodowana siecią 5G, albo wydostała się z chińskiego laboratorium wojskowego celowo. Jeszcze inna grupa uważa, że wirusa stworzono po to, by za chwilę wynaleźć na niego szczepionkę, żeby na jej sprzedaży zarobiły firmy farmaceutyczne. Spora część społeczeństwa wierzy w te głupoty, mimo że mamy XXI wiek i takie wielkie osiągnięcia w nauce. My z tymi poglądami do końca nie wygramy, my możemy tylko je marginalizować, by nie stały się przedstawicielami głównego dyskursu. To idiotyzm, że tak wiele osób musi marnować swój cenny czas, by obalać te bzdurne teorie, ale od tego nie uciekniemy.

Pojawia się wiele mitów dotyczących leczenia koronawirusa: a to że witamina C na niego działa, a to, że zachorowanie zależy do grupy krwi, albo żeby nie brać ibuprofenu...

Takie informacje przynoszą więcej szkody niż pożytku. Budzą strach. Radzę: słuchajmy tylko ekspertów i sprawdzonych informacji. Proszę nie brać na poważnie informacji związanych z zagrożeniem i leczeniem koronawirusa, które pokazują się codziennie w mediach, gdzie nie jest to autoryzowane i komentowane przez ekspertów. To jest prawdziwa plaga spekulacji, które już niektórzy koledzy po fachu rozsyłają. Niemal wszystkie te informacje są po dwóch dniach prostowane i zmieniane. Wszystko to opiera się o kluczowe stwierdzenia "być może", "zauważono", "chińscy jacyś naukowcy". Grupa krwi A jest po prostu najbardziej powszechna, więc oczywiste jest to, że najwięcej chorych ma taką grupę. Ja mam grupę krwi A i niczego to nie zmienia dla mnie. Nie ma również oficjalnego stanowiska, żeby nie zażywać ibuprofenu, o którym pojawiło się wiele informacji niesprecyzowanych. Nie ma dowodu na to, aby zażywanie ibuprofenu prowadziło do zwiększenia ryzyka choroby lub jej ciężkiego przebiegu. Proszę opierać się tylko na oficjalnych komunikatach lub na tym, co mówią w mediach eksperci od chorób zakaźnych czy wirusolodzy, a nie na tym, co ktoś na Facebooka wysyła.

Czy w Polsce dobrze radzimy sobie z epidemią koronawirusa? Powszechna jest opinia, że wykonujemy za mało testów.

Robienie testów każdemu nie ma sensu. Zrobienie testu zbyt szybko mija się z celem. Mamy jednak problem, że wiele osób siedzi na kwarantannie, to dotyczy obecnie lekarzy i pozostałego personelu medycznego, i nie wiedzą oni, czy są zarażeni. Gdyby takim osobom po kilku dniach wykonać test, miałoby to sens, bo po pierwsze wiemy, czy mogli zarazić innych, czy będą mogli wrócić do pracy. Takie czekanie na kwarantannie to często czekanie w zawieszeniu. Brakuje testów w sytuacjach, gdy ludzie siedzą w domach mając objawy przeziębienia, ale mogą być zarażeni koronawirusem, a przebywają w domu z całą rodziną zupełnie nie wiedząc, w jakiej są sytuacji. A jeśli są zarażeni, to pozostali członkowie rodziny nie tylko są narażeni, ale mogą przenosić wirusa dalej.

Powtarzam zawsze: proszę opierać się tylko na oficjalnych komunikatach lub na tym, co mówią w mediach eksperci od chorób zakaźnych czy wirusolodzy, a nie na tym, co ktoś na Facebooka wysyła.

Jak pan widzi przyszłość pandemii w Polsce ? Respiratorów, leków, lekarzy, pielęgniarek już od dawna brakuje!

W pandemię weszliśmy z katastroficznego poziomu, jeśli chodzi o służbę zdrowia. Wszystko ledwo się trzymało. Zamykano oddziały. My, lekarze, pielęgniarki, od środka widzieliśmy katastrofę. Jedynym ratunkiem jest solidarność ludzka. Mamy obecnie zbiórki, pomoc od przedsiębiorców, prywatne inicjatywy, a medycy sami kupują, co się da, aby się chronić. Ale to moim zdaniem jest desperacja. Wszystko robimy na ostatni moment. Bardzo boję się, że zarażać się będzie coraz więcej medyków, a na leczenie czekają nie tylko chorzy na koronawirusa, są przecież także pacjenci do wycięcia wyrostka, osoby z chorobami serca, nowotworami. To niewyobrażalne problemy, wręcz - przy naszych możliwościach - nie do ogarnięcia. Mamy wciąż wielu pacjentów potrzebujących zwykłej medycyny. Na razie nie mamy wielu chorych na koronawirusa w ciężkim stanie. Mamy jednak sporo osób w grupach ryzyka.

Trzeba dbać o to, żeby być w dobrej formie, w gotowości na walkę z wirusem. Jak najmniej stresu, jak najwięcej snu, jak najwięcej zbilansowanej diety, bogatej w rośliny i owoce.

Jednak szczyt zachorowań ma dopiero nadejść.

Może uda się ominąć scenariusz włoski. Szacuje się, że znaczna część społeczeństwa się zarazi, niektórzy twierdzą, że cała ludzkość prędzej czy później się zarazi. Po przechorowaniu wytwarzamy przeciwciała, które dają odporność i ograniczy to epidemię po jakimś czasie. Prawdą jest, że były przypadki ponownych zachorowań, ale bardzo sporadyczne. Jednak wciąż wielu kwestii jeszcze nie zweryfikowano, dlatego są one w sferze przypuszczeń. Najważniejsze jest to, że większość osób przechodzi tę chorobę bez poważnych komplikacji, zagrożone są osoby starsze, a choroby przewlekłe układu krążenia, płuc, cukrzyca, nadwaga czy choroby autoimmunologiczne są czynnikami ryzyka. Dla sporej części społeczeństwa sytuacja ma dobre perspektywy. Śmiertelność koronawirusa w chwili obecnej wynosi ok. 4 proc. i jest istotnie wyższa niż grypy, ale finalnie może się okazać, że to tylko 1-2 proc., ponieważ te 4 proc. zgonów dotyczy przypadków zbadanych.

Bardzo wiele osób nawet nie wie, że jest zarażona koronawirusem...

Są to osoby bezobjawowe lub skąpoobjawowe, niezdiagnozowane. Na ostateczne podsumowanie trzeba będzie zaczekać, nie sądzono, że tak wiele osób może być zarażonych i nie mieć objawów lub mieć je słabo nasilone. Sytuacja jest ciągle rozwojowa, dlatego na porównania statystyczne z innymi choroba przyjdzie czas, na tę chwilę grypa w liczbach zachorowań i zgonów na całym świecie wciąż wyprzedza aktualna pandemię.

Wiele osób odczuwa lęk, ścisk w gardle, ucisk w klatce, a nawet objawy choroby, której nie ma. To wszystko nadmiar bodźców i stresu, a to w czasie epidemii jest bardzo niewskazane. Ludzie teraz łatwo popadają w panikę.

Jak długo jeszcze potrwa ten stan?

Epidemia wirusa może trwać jeszcze kilka miesięcy i wcale nie musi się skończyć z ociepleniem i wiosną, jak niektórzy twierdzą. Wiele kwestii to spekulacje, podobnie jak doniesienia o przełomach, które często zanim w ogóle będą mieć znaczenie praktyczne, to minie wiele miesięcy. Nie można tego brać za pewnik. Dlatego polecam w ogóle jak najbardziej odcinać się od śledzenia non stop wiadomości. Wiele osób odczuwa przez to lęk, ścisk w gardle, ucisk w klatce, a nawet objawy choroby, której nie ma. To wszystko nadmiar bodźców i stresu, a to w czasie epidemii jest bardzo niewskazane. Ludzie teraz łatwo popadają w panikę. Żeby przetrwać, trzeba zachowywać się racjonalnie.

Jakie są, według pana, najważniejsze zalecenia?

Główne źródło zarażenia to chory człowiek, który kaszle i kicha, wirus przenosi się też przez różne powierzchnie, poręcze, klamki itd., więc trzeba je odkażać i myć ręce, ale przede wszystkim unikać dotykania rękami podejrzanych powierzchni. Trzeba dbać o to, żeby być w dobrej formie, w gotowości na walkę z wirusem. Jak najmniej stresu, jak najwięcej snu, jak najwięcej zbilansowanej diety, bogatej w rośliny i owoce, wtedy witaminy jakich potrzebujecie macie z najlepszego źródła. Nie ma absolutnie żadnych rzetelnych informacji, aby suplementy diety miały realny wpływ na profilaktykę i leczenie choroby wywołanej koronawirusem.

Pan był jedną z pierwszych osób, które biły na alarm, że zmierzamy w złym kierunku, że świat zmierza w złym kierunku...

Mnie głównie zarzucano, że biorę pieniądze od firm farmaceutycznych, albo że jestem opłacany za swoją działalność w mediach, prawda jest jednak zupełnie inna. Za swoją działalność nigdy nie otrzymałem złotówki i zawsze jestem gotowy to udowodnić w sądzie tym, którzy mi to zarzucają. Jak dotąd nikt się na to nie odważył, kiedy przychodzi do zmierzenia się z faktami, nagle nikt nie jest zainteresowany. Hejterów podałem do do sądu, w toku jest wciąż sporo spraw. Myślałem, że czas pandemii da do myślenia oszustom, oszołomom, antyszczepionkowcom, ale ludzie zamiast zacząć myśleć, brną w teorie spiskowe, w głupoty. Jak widać, prawdziwą plagą jest zwykła głupota, która ten świat już zniszczyła i oby nie wykończyła go do końca.


https://polskatimes.pl/dr-dawid-ciemiega-koronawirus-to-zwiastun-prawdziwej-katastrofy-rozmowa-z-pediatra-z-tychow/ar/c1-14874319
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 19, 2020, 01:49
Dr Paweł Grzesiowski: Wszyscy, którzy spotkają się z koronawirusem, łapią go [wywiad]
Dorota Kowalska 14 marca

Nie ma sensu mówić, że 20 czy 70 procent wszystkich mieszkańców Ziemi zarazi się koronawirusem, bo docelowo cała ludzkość może się nim zarazić – mówi dr med. Paweł Grzesiowski, ekspert w dziedzinie immunologii i terapii zakażeń, wykładowca Szkoły Zdrowia Publicznego CMKP, prezes Fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń.

Panie doktorze, można się było spodziewać, że koronawirus pojawi się w Polsce, prawda? To chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem?

Nie jest.

Liczba zakażonych rośnie dość szybko.

Wcale nie! Proszę nie szerzyć paniki. W poniedziałek mieliśmy siedemnaście przypadków zachorowań, we wtorek dwadzieścia jeden. W środę łącznie dwadzieścia pięć, czyli wzrasta o kilka przypadków dziennie, a nie kilkaset. Więc proszę nie używać słów, które nie pasują do rzeczywistości - liczba zarażonych koronawirusem na razie szybko nie wzrasta, co nie oznacza, że za kilka dni do tego nie dojdzie.

Przecież nawet sam minister zdrowa Łukasz Szumowski mówił na konferencji prasowej, że trzeba się spodziewać, iż chorych będzie przybywać.

Tak, minister Szumowski uprzedza, zapowiada pewne rzeczy. Miesiąc temu mówił, że wirus pewnie pojawi się w Polsce, i się pojawił. To nie jest powód do paniki, ale do uspokojenia. Jeśli mówię, że za dwa dni będzie burza, to czy jest to powód, aby uciekać, czy raczej, aby zabrać rzeczy z balkonu? Nikt nie straszy przed koronawirusem, tylko ostrzega. Pewnie po to, żeby nie było jak we Włoszech, bo Włosi w piątek poszli spać jakby nigdy nic, a w poniedziałek obudzili się już w innej rzeczywistości.

Dobrze, więc zweryfikujmy, co jest prawdą, a co fikcją, bo w internecie wiadomości o koronawirusie jest bardzo dużo i pewnie sporo osób je czyta. Mówi się, że koronawirus jest groźniejszy od wirusa grypy sezonowej choćby z tego powodu, że osoba z grypą zaraża jedną osobę, a ta z koronawirusem od dwóch do czterech osób. To prawda?

Tak, to prawda. Wskaźnik zakaźności koronowirusa to około dwa, dwa i pół. Oficjalnie nie zwiększono go do czterech. Krótko mówiąc: średnio jeden chory na koronawirusa zaraża dwie, trzy osoby - takie są aktualne obliczenia.

Można w jakiś sposób wyjaśnić, dlaczego osoba chora na grypę zaraża jedną osobę, a ta chora na koronawirusa dwie, trzy?

Dlatego, że wirus grypy krąży w świecie od kilkuset lat. Ludzie, chorując, uodparniają się. Ten wirus jest nowy - za dziesięć, dwadzieścia lat będzie z nim jak z wirusem grypy, ludzie na koronawirusa będą chorowali rzadziej, bo prawie wszyscy po przechorowaniu będą na niego uodpornieni. To normalna sytuacja dla nowego wirusa - kiedy się pojawia, nikt nie jest na niego odporny i każdy może zachorować.

Pojawiły się informacje, że koronawirus może wywołać chorobę u 20 do 70 procent wszystkich mieszkańców Ziemi, tak jest rzeczywiście?

Przed chwilą to powiedziałem. Wszyscy, którzy spotkają się z tym wirusem, łapią go - jest to tylko kwestia czasu, ilości kontaktów. Dlatego nie ma sensu mówić, że to będzie 20 czy 70 procent wszystkich mieszkańców Ziemi, bo docelowo cała ludzkość może się zarazić koronawirusem. Cała rzecz polega na tym, żeby się to nie stało w ciągu jednego miesiąca. Musimy robić wszystko, aby spowolnić, opóźnić rozwój wirusa, ale biologicznie tak będzie - praktycznie każdy będzie mógł tego wirusa złapać. 20 procent, 70 procent ludzkości - to raczej kwestia sezonu. W jednym sezonie jesienno-zimowym grypa atakuje około 10 procent mieszkańców planety, a ten wirus ma potencjał dwukrotnie wyższy, więc łatwo policzyć, że to będzie 20-25 procent populacji. 70 procent to wizja apokaliptyczna, nie wiem, kto to wymyślił! Realistycznie - choroba pojawi się u 20-25 procent ludzi, biorąc pod uwagę, że koronawirus ma dwukrotnie większy potencjał niż wirus grypy - to czysta matematyka.

Pojawiły się informacje, że 5 milionów ludzi może umrzeć z powodu koronawirusa.

A kto te informacje rozsiewa?

Ktoś, kto sobie policzył, ile osób może się zarazić koronawirusem i jaka jest jego śmiertelność.

Ale ten ktoś zapominał zapytać o zdanie lekarza i epidemiologa, bo nie chodzi o zwykłe procenty. Nie mamy żadnych przesłanek do tego, aby takie obliczenia robić, bo prawdziwa śmiertelność koronawirusa prawdopodobnie wynosi około jednego procenta, a nie trzy czy pięć procent, jak podają w tej chwili statystyki.

Dlaczego?

Dlatego, że tworzymy statystyki na podstawie tylko potwierdzonych przypadków zakażeń, a przecież nie każdemu robimy badania, czyli prawdziwa śmiertelność koronawi-rusa może być trochę wyższa niż śmiertelność przy grypie. I już się robi zupełnie inna sytuacja. Trzeba być odpowiedzialnym za swoje słowa - to bardzo ważne w takich sytuacjach. Nikt z nas, epidemiologów, takich wypowiedzi by nie autoryzował.

Ale to chyba WHO podało, że śmiertelność koronawirusa wynosi 3,4 procent.

Ale jaką śmiertelność?! Zastrzega się przecież, że szacunek śmiertelności dotyczy wyłącznie przypadków, które zostały potwierdzone badaniami. I to jest prawda - wynosi 3,4 procent. Tyle tylko, że wiemy, iż chorych jest pięć razy więcej, czyli rzeczywista śmiertelność jest pięć razy niższa.

Wyczuwam, że denerwują pana te pytania!

Tak, bo cały czas prostujemy rzeczy, które pojawiają się w internecie. Wszyscy mówimy o pewnych sprawach czy liczbach od początku pojawienia się koronawirusa, ale najwidoczniej nie wszyscy nas słuchają - trzeba na te sytuacje spojrzeć racjonalnie i obliczać, co może się zdarzyć, a nie siać panikę.

Zapytam w takim razie o to, czy faktycznie jest tak, że wirus zniknie, kiedy będzie cieplej? Niektórzy twierdzą, że tak właśnie się stanie.

To bzdura! Niech ci, którzy tak twierdzą, sprawdzą, w jakiej temperaturze ten wirus żyje - w nas w temperaturze 36,6 stopni Celsjusza. To dlaczego ma zniknąć, jak będzie 20 czy 30 stopni? Nie ma takiej opcji. To są wymysły ludzi, którzy patrzą z nadzieją, że niebezpieczeństwo minie późną wiosną czy latem. Oczywiście, na powierzchniach wirus będzie żył krócej, to zostało już wyliczone: koronawirus w 4 stopniach Celsjusza żyje miesiąc, a w 20 stopniach - dwa dni. Z całą pewnością przy wyższych temperaturach wirus na świeżym powietrzu będzie żył krócej, więc ta zakaźność będzie mniejsza. Ale w 80 procentach zarażamy się drogą kropelkową, co ponad wszelką wątpliwość wykazali Chińczycy, czyli zarażamy się, chuchając na siebie - a tu wysoka temperatura nie ma żadnego znaczenia. Jeśli ktoś chory kichnie, będzie kasłał na kogoś zdrowego z małej odległości, to nie ma żadnego znaczenia, że panuje upał - ta osoba się zarazi i tyle.

Czyli nie jest tak, jak twierdzą niektórzy, że przyjdą upały i koronawirus się skończy?

Nie, tak nie będzie. Może być tak, że wirus wygaśnie do tego czasu spontanicznie, bo jak patrzymy na krzywą epidemii, to okres bardzo dużej aktywności wirusa po szybkim wybuchu zakażeń trwa około dwóch miesięcy. W związku z tym być może w czerwcu epidemia powolutku przygaśnie sama, ale nie ma takiej pewności. Nawet jeśli do takiej sytuacji dojdzie, to nie z powodu wysokich temperatur, tylko dlatego, że wirus sam się ogranicza, atakując dużą liczbę ludzi.

Od czego zależy, czy ten wirus sam wygaśnie, czy nie?

Wirus musi mieć podatny grunt. To tak jakby pani miała siać zboże: jeśli wrzuca pani ziarno na czyste pole - każde pani wyrośnie. I to jest stan, w którym się epidemia zaczyna: nie ma odporności, wszystkie ziarenka wykiełkują, czyli każdy zarażony zachoruje. Ale jeśli przyjdzie pani na pole już wcześniej zasiane, będzie na nim rosło już jakieś zboże, i tam pani wysieje ziarno, to wyrośnie tylko co dziesiąte czy co piętnaste, bo miejsce już jest zajęte. To jest stan, kiedy epidemia trwa, bo każda osoba, która przechorowała, będzie dla wirusa barierą - taka osoba już drugi raz nie zachoruje, a jej odporność powoduje, że nie zaraża innych. Krótko mówiąc: im więcej zarażonych osób w kraju czy województwie, tym szybciej wirus zaczyna spowalniać, bo już nie ma kogo zarazić. Załóżmy, że idziemy do klasy, w której jest piętnaścioro dzieci - nikt w niej nie zachorował, więc nikt nie jest odporny. Jeśli wpuścimy do takiej klasy wirusa, zachorują wszystkie dzieci. Ale jeśli w tej klasie jest siedmioro dzieci, które już przechorowały, to wirus nie jest w stanie zarazić wszystkich - kiedy spadnie na Zosię, która jest już odporna na tego wirusa, Zosia nie zarazi Krzysia. To tajemnica wygasania każdej epidemii i idea, która przyświeca szczepieniom. Jeśli będzie szczepionka na koronawirusa, to jeśli zaszczepi się co najmniej 50 procent ludzi, to epidemii na dużą skalę nie będzie.

W mediach pojawiły się informacje, że przeprowadzone w Chinach sekcje zwłok wykazały, iż ofiary koronawirusa miały poważnie uszkodzone płuca, osłabiony system odpornościowy i choroba może doprowadzić do nieodwracalnego zwłóknienia płuc.

Wirus, jeśli zaatakuje płuca, powoduje ich ciężkie zapalenie, które prowadzi w 20-30 proc. przypadków do śmierci. Mechanizm uszkodzenia płuc polega na zniszczeniu tkanki płucnej przez wylewy, zatory, a także silny proces zapalny. To powoduje zniszczenie części płuc, ale pozostałe nieuszkodzone części płuc podejmują pracę i zapewniają prawidłowe funkcjonowanie. Czy u ozdrowieńców będą odległe następstwa choroby, nie da się dziś przewidzieć, ale istnieje pewne ryzyko, że u tych osób płuca będą przez wiele lat nosiły ślady choroby, podobnie jak po przebytej gruźlicy.

Jak pan myśli, co teraz powinien zrobić rząd? Jak powinniśmy się wszyscy zachowywać?

Na takie pytanie nie będę odpowiadać. Nie jestem w rządzie. Mam nadzieję, że władza ma zespół doradców. Ja pracuję na samym dole, najbliżej szpitali i pacjentów. Zajmuję się aktywnie sytuacją, która ma miejsce - mogę mówić o tym, co mamy robić my - ludzie odpowiedzialni za ochronę zdrowia. Są zalecenia WHO, jak się należy zachowywać w sytuacji epidemii, i rząd powinien wypełniać zalecenia WHO. Przygotowywać zaplecze przede wszystkim oddziałów intensywnej terapii. Bo w tej chwili najpoważniejszy problem, jaki może się pojawić i pojawia się w każdym kraju, gdzie występuje masowość zachorowań - to niedobór łóżek i sprzętu do intensywnej terapii. Z tego powodu mogą umierać ludzie. Tak naprawdę największym problemem i głównym zadaniem wszystkich jest zabezpieczenie łóżek, respiratorów, leków, środków ochrony, dezynfekcyjnych, gazów medycznych i personelu, bo pacjentów może być wielu. A druga rzecz to podstawowe działanie przeciwepidemiczne, to, co się robi dzisiaj: kontrole na granicach, kontrole na ulicach, izolowanie wszystkich potencjalnie chorych. To może robić rząd, bo nikt z nas nie ma takich uprawnień, żeby z termometrem biegać po mieście i mierzyć ludziom gorączkę.

Uważa pan, że zamykanie szkół czy odwoływanie imprez masowych to dobre rozwiązania?

Jak będzie nadchodzić epidemia, tak. W tej chwili jest ten czas, bo mamy pierwsze zakażenia własne, u ludzi, którzy nie wyjeżdżali z kraju. To początek epidemii. Dlatego masowe imprezy należy wstrzymywać, tym bardziej że biorą w nich udział ludzie z różnych terenów, często także z zagranicy. Więc duże imprezy nie powinny się odbywać, bo one już same w sobie niosą ryzyko kontaktów międzyludzkich, a wirus przenosi się głównie przez kontakty międzyludzkie. Takie działania mają więc sens. Szkoły, przedszkola zamykamy wtedy, kiedy zachodzi obawa o rozprzestrzenianie się wirusa w sposób niekontrolowany. Wczoraj nie było takiego zagrożenia, dziś jest. I pamiętajmy, zamknięcie szkół oznacza znacznie więcej niż tylko brak dzieci w zbiorowiskach. To także mniejszy ruch na mieście, mniejszy tłok w środkach komunikacji miejskiej, ale i mniej ludzi w pracy, bo ktoś dorosły musi zapewnić opiekę dzieciom.

Robić zapasy żywnościowe, zapasy środków czystości czy nie?

Nie, to niepotrzebna panika. Robienie zapasów w tej chwili uważam za zupełnie bezzasadne. Nie ma żadnych powodów, aby myśleć, że dostawy podstawowych produktów zostaną wstrzymane. W tej chwili należy raczej organizować się w ten sposób, żeby zapewnić seniorom i ludziom chorym możliwość zaopatrzenia się w produkty pierwszej potrzeby bez wychodzenia z domu - na tym się trzeba skupić: jak doprowadzić do tego, aby starsze osoby miały leki, jedzenie, środki higieniczne bez wychodzenia z domu. Trzeba sobie zorganizować lokalną samopomoc, bo właśnie te osoby są najbardziej zagrożone. Nie boimy się wirusa u osób młodych, wirus działa jak wilk polujący na stado owiec, atakuje osoby słabsze, starsze i schorowane. Trzeba o tym mówić i pisać, zmobilizować lokalne społeczności, żeby się zorganizowały i pomagały właśnie tym, którzy są najbardziej narażeni, żeby ludzie pomagali sobie wzajemnie. Wszystko dziś da się załatwić na telefon albo przez internet. Osoby starsze nie powinny pojawiać się w miejscach publicznych jak można najdłużej: nie chodzić do lekarza, nie chodzić do apteki, nie chodzić do kościoła, nie chodzić do sklepu, bo te osoby są w największym niebezpieczeństwie. To widać nawet na polskich przypadkach - młodzi, którzy zachorowali i przebywają w polskich szpitalach, czują się świetnie, a starsze osoby, chyba we Wrocławiu, walczą o życie.

Jaki błąd popełnili Włosi?

W pierwszych tygodniach zbagatelizowali sprawę. Początek ewidentnie przespali, uznając, że u nich do epidemii nie dojdzie - tyle mogę powiedzieć. Na pewno nie docenili, kiedy wirus zaczął się u nich rozprzestrzeniać, potrzeby zorganizowania dużej liczby łóżek, oddziałów intensywnej terapii - to w tej chwili największy problem, na który Włosi narzekają. Nie mają gdzie kłaść pacjentów, którzy potrzebują respiratorów.

Z kolei w Chinach widać to, o czym pan mówił, tam epidemia powoli wygasa, prawda?

Tak, ale dlaczego wygasa? Dlatego że Chińczycy zamknęli prawie 50 milionów ludzi w kwarantannie na 3-4 tygodnie. Kwarantanna jest po to, aby w okresie wylęgania, czyli w ciągu dwóch, trzech tygodni nie doszło do masowych kontaktów międzyludzkich. Kto ma zachorować w tym czasie, zachoruje, ale nie zarazi nikogo następnego. Tyle że opowiadanie o Chinach bez mówienia o tym, co oni tam zrobili, jest bez sensu, bo tam zadziałał cały złożony system. Wszystko można było zamówić przez internet, towary dostarczano do domów, dzieci nauczano przez internet - Chińczycy wszystko, co można było, przenieśli do sieci, a jednocześnie stosowali drastyczne, drakońskie wręcz sposoby wyłapywania chorych. Stosowali kontrolę gorączki na ulicach, jeśli ktoś ją miał, kierowali kogoś takiego natychmiast na badania i w ciągu trzech godzin było wiadomo, czy ma koronawirusa, czy nie - trafiał do kwarantanny lub szedł do domu. To są działania, których żaden kraj jeszcze nie podjął i nie wiem, czy podejmie, bo to działania nieprawdopodobnie kosztowne i drastyczne. Chińczycy ściągnęli w pewnym momencie do Hubei kilkadziesiąt tysięcy pracowników medycznych z innych części Chin. Czy u nas tysiąc lekarzy i pielęgniarek przyjedzie nagle z Warszawy na Pomorze? Byłoby ciężko, a takie działania hamują epidemie, jeśli wejdzie ona na wysoki poziom. To, że Włosi zamknęli w tej chwili cały kraj, wydaje się działaniem spóźnionym. Powinni to zrobić co najmniej tydzień temu.

Jak, pana zdaniem, rozwinie się sytuacja? Jakie są możliwe scenariusze?

Są dwa scenariusze: albo będziemy mieli tych zakażeń tak wiele jak Włosi, gdzie co dwa, trzy dni podwaja się liczba osób zakażonych i „zatykają” się wszystkie oddziały intensywnej terapii, albo będziemy mieli bardziej płaską krzywą zachorowań, bo będziemy każdy przypadek wyłapywali tak, jak dzieje się to dzisiaj. Wtedy tych ludzi zachoruje pewnie tyle samo, co w tym pierwszym scenariuszu, ale ten proces rozciągnie się na trzy, cztery miesiące, a o to chodzi, żeby nie było szczytu zachorowań w ciągu tygodnia, bo żaden system nie jest wtedy w stanie zapewnić takiej jak trzeba ilości łóżek. I pojawia się poważny problem.

Szczepionka na koronawirusa to ponoć kwestia roku, może ośmiu miesięcy, tak?

Wiele zespołów badawczych pracuje nad szczepionkami, ale realistycznie nie wcześniej niż za rok będą szanse na masową produkcję. Dlatego teraz nie ma co liczyć na cud, tylko trzeba podwinąć rękawy i wszystkie ręce na pokład w walce z wirusem.


https://polskatimes.pl/dr-pawel-grzesiowski-wszyscy-ktorzy-spotkaja-sie-z-koronawirusem-lapia-go-wywiad/ar/c15-14853523
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Maj 20, 2020, 14:25
Seminarium forumIdei: Co wiemy o społeczeństwie w czasie epidemii?
48 wyświetleń•18 maj 2020

http://www.youtube.com/watch?v=WO3RmU-59Bg

Link do materiału: https://www.youtube.com/watch?v=WO3RmU-59Bg
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Czerwiec 08, 2020, 07:10
Dr Paweł Grzesiowski: Jesteśmy na początku walki z pandemią. Teraz świadomie uruchamiamy dla koronawirusa bardzo sprzyjające okoliczności (1)
Dorota Kowalska 5 czerwca

Miarą walki z pandemią jest liczba osób, które zachorowały, a według światowych szacunków wygląda na to, że w zależności od kraju, miasta, regionu zachorowało od 20 procent w Nowym Jorku do 2 czy 3 procent w polskiej populacji - mówi dr Paweł Grzesiowski, immunolog.

Panie doktorze, mamy za sobą trzy miesiące walki z koronawirusem. Na jakim właściwie etapie pandemii jesteśmy?

Mimo upływu czasu, jesteśmy właściwie w tym samym miejscu, na początku walki z pandemią. Miarą walki z nią, jest liczba osób, które zachorowały, a według światowych szacunków wygląda na to, że w zależności od kraju, miasta, regionu zachorowało od 20 procent w Nowym Jorku do 2 czy 3 procent w polskiej populacji. Do niektórych części świata wirus w ogóle jeszcze nie dotarł.

Z Ministerstwa Zdrowia płyną sprzeczne komunikaty: raz mówi nam się, że jesteśmy przed szczytem zachorowań, innym razem, że wygaszamy pandemię. To w ministerstwie nie wiedzą, na jakim etapie tej walki jesteśmy?

Nie chciałbym zajmować się komentowaniem tego, co władza wie lub czego nie wie, bo komunikuje nam to w sposób ograniczony. Wołałbym jednak interpretować to w ten sposób, że w marcu zachowaliśmy się, jak na ringu bokserskim, na którym naprzeciwko nas stanął nieznany bokser. Zrobiliśmy głęboki unik, przez to ilość ciosów, które otrzymaliśmy, była bardzo mała. Władze właściwie wszystkich krajów na świecie poza nielicznymi wyjątkami zachowały się podobnie: miały do czynienia z nieznanym zagrożeniem, więc ogłosiły „lockdown” i przyglądały się, co się dzieje. Uważam, że to była decyzja słuszna, zwłaszcza że nie znaliśmy wroga. Ludzkość wie, czym jest pandemia - od wielu lat świat naukowy i medyczny powtarzał, że pandemia się pojawi, że jest to tylko kwestia czasu. Więc myślę, że pojawienie się tego nowego wirusa, zwłaszcza w Azji, gdzie mamy ogromne zaludnienie, miliony ludzi w miastach, mogło wzbudzić ogromne lęki. Pewnie, gdyby COVID-19 pojawił się gdzie indziej, sytuacja mogłaby wyglądać inaczej. W każdym razie pojawienie się tego nowego koronawirusa nie było specjalnym zaskoczeniem dla naukowców i lekarzy. Przypomnę, że WHO już kilka lat temu ogłosiła możliwość pojawienia się choroby X, choroby jeszcze nieistniejącej, ale pandemicznej. Na początku wiele wskazywało na to, że COVID-19 jest właśnie ową chorobą X, więc reakcja świata była dość paniczna, ale miała dać szansę rozpoznać zagrożenie, a przede wszystkim przygotować zaplecze do walki z nowym zagrożeniem. I tak się stało w wielu krajach, im głębszy był ten „lockdown”, tym mniej osób wirus zaraził. I dziś jesteśmy w takiej sytuacji w Polsce: mamy zakażeń dużo mniej niż kraje sąsiednie, co odbyło się kosztem wygaszenia gospodarki, a teraz przyszedł czas na drugą rundę w tym ringu bokserskim. Wiemy już znacznie więcej, zrozumieliśmy, jakiego mamy przeciwnika, wiemy, jak się przed nim bronić, wiemy, jak go zaatakować, ale brak nam jeszcze skutecznych leków i szczepionki.

I jak ta druga runda powinna wyglądać?

Druga runda powinna wyglądać tak, jak cała walka bokserska, czyli powinna być bardzo dobrze zaplanowana od strony taktycznej. I nie można zapominać o gardzie, czyli o tym, że może nas spotkać niezapowiedziany cios, a garda, to inaczej przygotowanie zaplecza medycznego na pojawienie się ogniska epidemiologicznego. Zresztą, widać, że w tej chwili to właśnie się dzieje: mamy okresowo niby sytuację dobrą, ale w niektórych regionach Polski rośnie liczba zachorowań z powodu ognisk epidemicznych. To są właśnie takie niespodziewane ciosy, na które musimy być przygotowani.

Dobrze, tylko w innych krajach chociażby Europy Zachodniej dzienna liczba zachorowań maleje, u nas utrzymuje się na mniej więcej tym samym poziomie.

To kwestia sposobu walki z pandemią, który przyjęliśmy - zastosowaliśmy bardzo głęboki „lockdown”, niewiele krajów zdecydowało się na taki krok i w tych krajach było więcej zachorowań. To kwestia tej pierwszej decyzji, albo wszyscy się chowamy przed wirusem, albo opóźniamy „lockdown” przez bagatelizowanie problemu. W Polsce tego problemu na początku absolutnie nie bagatelizowano. Nie wiem, czy pani pamięta pierwsze decyzje rządu i głośne dyskusje na temat tego, czy zamykać szkoły, czy nie, czy zamykać galerie handlowe, restauracje. Te trudne decyzje zostały podjęte szybko i w sposób zdecydowany, trochę na wzór Chin. My zamknęliśmy miasta, tak naprawdę dwa dni po ogłoszeniu pandemii przez WHO, byliśmy jednymi z pierwszych, którzy zablokowali wirusowi drogę. Słowem, ten unik był tak głęboki, że wielu z nas w ogóle nie zachorowało. Przychodzą do nas ludzie do przychodni, który byli chorzy na przełomie stycznia i lutego, mówią o objawach podobnych do zakażenia koronawirusem i kiedy ich badamy, wszyscy są ujemni w zakresie przeciwciał przeciw koronawirusowi. Więc przechodzili inne choroby, najczęściej grypę. W Polsce zaczęliśmy chorować na COVID-19 gdzieś od połowy marca, osób zachorowało, na szczęście, niewiele, ale to spowodowało, że niestety nie osiągnęliśmy stanu odporności populacyjnej. W Polsce jakieś 2-3 procent populacji przeszło COVID-19, często w ogóle niezauważalnie, ale to jest strasznie mało! Milion osób w całej Polsce - to nic dla wirusa. Gdyby zachorowało 10 milionów, mielibyśmy częściową odporność populacyjną, ale za cenę nawet 100 tysięcy zgonów! To jest problem na przyszłość - jak robić inteligentny „lockdown”, aby uniknąć epidemii, a jednocześnie nabywać stopniowo odporność populacyjną nie paraliżując gospodarki. Niestety dziś, po trzech miesiącach pandemii koronawirusa, odporność populacyjna nie przeszkadza mu, aby bez problemu się szerzyć.

Użył pan słowa „niestety”, to może błędem był ten głęboki „lockdown”?

Nie można oceniać tego w kategoriach błędu, uratowaliśmy dzięki temu być może nawet 10 tysięcy istnień ludzkich… „Lockdown” był organizowany wtedy, kiedy nie było wiadomo, o co chodzi, kiedy nie było wiadomo, czy ten wirus zabija 10 procent chorych, czy 20 procent. Pierwsze dane z Chin były zatrważające i myślę, że to jest powód, dla którego świat nabrał bardzo głęboko powietrza w płuca i szybko „zanurkował” w kwarantannę. Zresztą, przecież pomysł, żeby zamykać szkoły, restauracje, kina nie był pomysłem Polski, tylko WHO i ECDC (Europejskie Centrum Kontroli Chorób). Cały świat zareagował podobnie, chociaż każdy kraj w trochę inny sposób. Problemem nie jest głęboki „lockdown”, czyli unik, bo ten powinien być zawsze tak głęboki, żeby spowodować jak najmniejsze straty, zwłaszcza kiedy nie wiemy, jak bije nasz przeciwnik. Natomiast najważniejsze jest wychodzenie z tego uniku. I tu już mamy ogromne problemy.

Wychodzimy dość szybko. Decyzją rządu, wracamy na stadiony, wracają wesela do 150 osób, otwarto już restauracje, kina.

No właśnie, to budzi największe obawy, że przedwcześnie, mając sytuacje epidemiczną niewiele różniącą się od tej z marca uruchamiamy wszystkie drogi rozprzestrzeniania się wirusa, których jeszcze dwa miesiące temu bardzo się baliśmy. Już dziś wiemy, że wirus przenosi się głównie drogą kropelkową między ludźmi podczas bliskiego kontaktu z odległości poniżej 2 metrów. To nie jest tak, że wirus od chorego na Tarchominie przeleci przez Wisłę i zaatakuje kogoś na Mokotowie - to tak nie działa. Wirus przenosi się w bezpośrednich kontaktach międzyludzkich: trzeba być razem w autobusie, mieszkaniu, biurze czy zakładzie pracy co najmniej kilkanaście minut. Teraz świadomie uruchamiamy dla wirusa bardzo sprzyjające okoliczności - proszę sobie wyobrazić: na takie wesela czy stadiony przyjadą ludzie z całej Polski, są w różnym wieku i będą obcować ze sobą przez kilka albo kilkanaście godzin, będąc bardzo blisko siebie. To na pewno bardzo ryzykowane działanie, obliczone na to, że wirusa w Polsce nie ma, a to fałszywe założenie. Wirus w Polsce jest, będzie cały czas aktywny, a im więcej sposobności spotykania się wielu ludzi bez zabezpieczeń z różnych stron kraju, tym większe zagrożenie szerzenia się epidemii.

To skąd takie decyzje rządzących, jak pan myśli? Chodzi wyłącznie o gospodarkę?

Nie, nie sądzę, aby organizacja wesel czy rozgrywek sportowych miała ogromny wpływ na gospodarkę. Myślę, że to typowe podejście współczesnych elit władzy, że kryzysy trzeba rozwiązywać szybko, bo traci się popularność, więc trzeba dać ludziom igrzyska, w rozumieniu dania przyjemności.

Po co ?

Żeby lepiej psychicznie funkcjonowali. Zresztą, nie mam bladego pojęcia, jakie są prawdziwe powody tego, że pozwalamy pójść gromadzić się ludziom w kościołach, na imprezach czy na stadionach. Umówmy się, żadna gospodarka nie ruszyła do przodu tylko dlatego, że ludzie kibicują na stadionach, że oglądają mecze z trybun. Oczywiście na stadionach obowiązują pewne obostrzenia, które mają dawać pozory bezpieczeństwa, ale, moim zdaniem, to działania czysto propagandowe. Pozwolenie na wesela czy mecze przy pełnych trybunach sprzyja szerzeniu się epidemii i nie jest podyktowane względami medycznymi ani naukowymi.

Ludzie też zachowują się jakby coraz mniej ostrożnie. Może zmęczeni są tym wiecznym strachem?

Na pewno długotrwały stres odbija się niekorzystnie na ludziach, a dodatkowo teraz, ja uważam, że ludzie są skołowani. Są zagubieni, bo najpierw bardzo mocno uwierzyli w zagrożenie, podporządkowali się nowym regułom, a teraz, gdy pandemia jeszcze trwa, zalecenia są odwrotne. Rozmawiam z tymi ludźmi codziennie w gabinecie lekarskim i oni mówią tak: „Zaraz, mieliśmy tyle a tyle zachorowań i wprowadzano obostrzenia, teraz mamy tyle samo, a może i więcej, a zdejmujemy te obostrzenia. To o co właściwie chodzi?”. Mamy problem niekonsekwencji, a nie ma nic gorszego, jak niekonsekwencja w decyzjach władz, bo to rodzi niebezpieczeństwo utraty zaufania. Zwykły człowiek myśli sobie tak: „Skoro oni nie wiedzą, co robią, to ja przejmuję kontrolę nad tym, co się ze mną dzieje”. A decyzje zwykłego człowieka mogą być czasami bardzo ryzykowne, bo wiemy, że ludzie wolą chodzić bez maski niż z maską, wolą rzadziej dezynfekować ręce, niż częściej, wolą nie zachowywać dystansu dwóch metrów - bo to zachowania, które nie leżą w naszej naturze. Człowiek jest raczej istotą stadną, lubi być blisko innych, lubi kogoś objąć, uścisnąć mu rękę. Zakazaliśmy tego, a teraz pozwalamy na spotkania w kościołach, weselach czy na stadionach. To kompletnie wbrew wcześniejszym zaleceniom. Uważam, że tu jest ogromny problem sprzeczności w komunikacji, a to się zawsze kończy tak samo: utratą zaufania, a tak naprawdę utratą kontroli nad tym, co ludzie robią. Dopóki trwał „lockdown” mieliśmy jakąś kontrolę nad społeczeństwem, w tej chwili tę kontrolę całkowicie utracono. Każdy robi, co chce: jeden ma maskę, inny nie ma maski, jeden myje ręce, inny mówi, że koronawirus wymyśliły rządy, żeby nad nami zapanować. Mamy potworny bałagań. Uważam, że to bardziej niebezpieczne niż w marcu, bo teraz w tym bałaganie najlepiej odnajdzie się wirus. On będzie atakował etapami tak, jak robi to w tej chwili: tu jedno ognisko epidemiczne, tu drugie, tu piąte, za chwilę zapełnią się szpitale starszymi i schorowanymi pacjentami z powikłaniami, wzrośnie liczba zgonów, a tego przecież najbardziej się boimy.
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Czerwiec 08, 2020, 07:10
Dr Paweł Grzesiowski: Jesteśmy na początku walki z pandemią. Teraz świadomie uruchamiamy dla koronawirusa bardzo sprzyjające okoliczności (2)

Pana opinia nie jest chyba odosobniona, bo w tych światowych rankingach jesteśmy na końcu walki z pandemią.

Polska jest krajem o niepewnym statusie epidemicznym. Nie wiadomo tak naprawdę, co się w Polsce dzieje: czy mamy pierwszą falę zachorowań przed sobą, w trakcie czy jest już za nami? Na razie wygląda na to, że wciąż jesteśmy na tak zwanej wznoszącej krzywej, a nie spadającej. Cały czas mamy problem z wykonywaniem testów na dużą skalę, co powoduje, że dane nie są, moim zdaniem, pełne. Nie są przede wszystkim danymi, które umożliwiają podejmowanie racjonalnych decyzji. Jeśli władza przyjęła założenie, że w Polsce kończy się pierwsza fala pandemii, to decyzje, które się z tym wiążą, są błędne, bo samo takie założenie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Wszyscy jesteśmy uczestnikami wielkiego eksperymentu, co uważam, że powinno być jasno przekazane społeczeństwu. My nie wiemy, jak to się skończy, dlatego musimy być przygotowani na każdy scenariusz - zarówno wybuch masowych zachorowań, jak zupełne wygaśnięcie epidemii w tym sezonie.

Uważa pan, że tych testów robi się w Polsce za mało?

Zdecydowanie tak, robi się ich nie tylko za mało w sensie ilościowym, ale robi się ich za mało przede wszystkim w sensie jakościowym, czyli nie można narzekać tylko, że robimy za mało testów na milion mieszkańców, ale że przede wszystkim - robimy je w sposób niecelowany. Testy powinno się robić głównie w środowiskach, gdzie wyśledzimy kontakty osób z chorymi. Walka z epidemią polega na robieniu precyzyjnych śledztw: kto z kim, kiedy, gdzie i jak długo się skontaktował. Jeżeli to prawidłowo ustalimy w wyniku rozmów z pacjentami, to jesteśmy w stanie dość szybko wygasić ognisko epidemiczne. Bo jeśli szybko obejmiemy kwarantanną otoczenie chorego, przebadamy to otoczenie po upływie siedmiu dni od kontaktu, wykażemy, że ktoś jest zakażony, to poddamy tego kogoś izolacji i ta osoba nie będzie mogła zarażać następnych. To jest najwłaściwsza metoda walki z tą epidemią. Powinny działać wielkie grupy dochodzeniowe, a dziś ich zadania wykonuje garstka niedofinansowanych inspektorów w sanepidach, która nie ma nowoczesnych narzędzi, a na dodatek jest obciążona dodatkowymi obowiązkami, na przykład wystawianiem mandatów za nieprzestrzeganie przepisów pandemicznych. To całkowite szaleństwo, te osoby nie mają czasu na właściwe postępowanie. Tymczasem powinny drobiazgowo analizować powiązania między ludźmi po to, aby ustalić, kogo wysłać na kwarantannę, a kogo na izolację oraz kiedy i komu wykonać testy.

Ministerstwo Zdrowia zapowiada testy przesiewowe dla całego społeczeństwa, które miałyby wykazać, ilu z nas przeszło lub przechodzi COVID-19. To dobry pomysł?

Jeżeli to będzie badanie naukowe, zaplanowane w odpowiednich grupach ludzi, w odpowiednich grupach wiekowych z uwzględnieniem różnic regionalnych, to oczywiście tak. Natomiast, jeśli to będzie przypadkowa grupa ludzi, których nie wiem, będziemy testować na ulicach, w samochodach - to będzie nonsens, strata pieniędzy. Mieliśmy okazję zobaczyć, czym się kończy testowanie na „chybił trafił” przedszkolanek i osób pracujących w żłobkach w Łodzi. Okazało się, że nikt tam nie jest zakażony, chociaż w pierwszych testach wyszło mnóstwo fałszywie dodatnich wyników. Więc to jest najlepszy przykład, jak nie należy testować ludzi. Nie należy testować ludzi przypadkowych, trzeba testować albo tych, którzy są wyznaczeni na podstawie naukowych analiz, albo mieli kontakt z chorymi. Mamy na przykład epidemię na południu Polski, gdzie grupa osób z jednej ulicy spotykała się na kawie z osobami na kwarantannie, a potem w kościele, na ławeczce przed domem, w sklepie - takich ludzi testujmy.

Mnie ostatnio zaintrygowała wypowiedź rzecznika Ministerstwa Zdrowia, który stwierdził, że w jednej z kopalń, w której było ognisko koronawirusa, większość górników przechodziła zakażenie bezobjawowo.

To odrębny temat tej pandemii. Otóż, okazuje się, że ponad 90, a może nawet 95 procent osób chorych to bez-objawowi nosiciele, czyli osoby nieposiadające objawów. Na początku uważano, że ten wirus zabija bardzo dużo więcej osób. To, co dzieje się w tej chwili, wymusza korektę w podejściu do wirusa - już wiemy, że COVID-19 nie zabija wszystkich, zabija być może trzy, cztery osoby na tysiąc. Ta korekta powoduje, że wiele osób uważa, iż to niezbyt groźny wirus, mało albo w ogóle nieszkodliwy. Ten fakt powinien być mocno podkreślany w komunikacji do społeczeństwa, przez ludzi zarządzających zdrowiem publicznym, bo chodzi o to, żebyśmy wskazali tych, którzy w wyniku tej epidemii są najbardziej zagrożeni. A kto to jest? To są ludzie 60 plus i osoby przewlekle chore. Te osoby powinny wiedzieć, że są w tzw. Grupie ryzyka powikłań COVID-19, wtedy będą świadomie podejmować decyzje, czy na przykład zakładać maskę czy nie, czy jechać na wesele czy pójść na stadion albo do kościoła. Reszta społeczeństwa także musi wiedzieć, kogo ma chronić w pierwszej kolejności - osoby starsze i schorowane powinny być otoczone szczególną opieką, to do nich i ich rodzin i opiekunów powinny być wysyłane jasne zalecenia zachowania dystansu, higieny rąk i noszenia maseczki w zamkniętych przestrzeniach, gdy są tam inni ludzie.

Mówi pan, że jesteśmy właściwie w punkcie wyjścia, w marcu. Jak ta sytuacja się rozwinie, pana zdaniem?

Epidemiologicznie jesteśmy w tym samym miejscu, ale wiemy znacznie więcej. Wszystko zależy od tego, jak będziemy się zachowywać wiedząc, że wirus przenosi się głównie drogą kropelkową. Jeżeli zachowamy dystans, jeżeli będziemy zakładali maski w miejscach gromadzenia się dużej liczby obcych sobie osób, to jest szansa, że nie dojdzie do wybuchu epidemii, że nie powtórzy się scenariusz włoski z marca. Natomiast, jeśli o tym zapomnimy, jeśli będziemy zachowywać się tak, jakby już wirusa nie było, to jestem pełen największych obaw. Uważam, że dojdzie do katastrofy, jak przed trzema miesiącami we Włoszech, Hiszpanii czy we Francji, czyli będziemy mieli bardzo dużo chorych, będziemy mieli przepełnione oddziały szpitalne ludźmi mającymi ciężki przebieg zakażenia, a to osoby głównie starsze. Dopóki te osoby siedzą w domach, a myślę, że jeszcze w nich siedzą, to są bezpieczne. Ale, jeśli to się zmieni, te osoby masowo zaczną wychodzić z domów i zaczną się spotykać z wieloma osobami, to spodziewam się drastycznego wzrostu zachorowań i najgorszego ze scenariuszy.

Ale mówiło się, że w lecie ta epidemia powinna słabnąć, że jeśli wróci, to jesienią.

Nie ma przesłanek, aby tak sądzić. Jeśli ktoś patrzy na to, co dzieje się na świecie, to nie może tak stwierdzić. Jedyne, co wiemy, to to, że wirus, jeśli już wydostanie się z organizmu, gorzej funkcjonuje w temperaturach wyższych przy wyższej wilgotności. Ale proszę zwrócić uwagę, mamy w tej chwili epidemie w Afryce czy Ameryce Południowej, gdzie panują wysokie temperatury i wysoka wilgotność. Nic nie przeszkadza wirusowi w tym, żeby się mnożyć. Absolutnie nie możemy zakładać, że nie ma zagrożenia, bo jest coraz cieplej, a za chwilę przyjdzie lato. Oczywiście, wszystkie wirusy oddechowe zmniejszają swoją aktywność w lecie, zakażeń jest mniej, ale to nie oznacza wygaśnięcia pandemii.

Ja jestem jednak pesymistką: wydaje mi się, że nasza czujność została uśpiona, także przez decyzje rządu, który dość szybko znosi kolejne obostrzenia. Nie ma pan takiego wrażenia?

Mam takie wrażenie i bardzo się o to martwię. To nie jest kwestia optymizmu czy pesymizmu, tylko racjonalnego spojrzenia na sytuację. Jeśli nowy wirus nie wytworzył odporności na poziomie kilkudziesięciu procent w Polsce, a nie wytworzył, to jesteśmy wciąż w marcu, mamy wciąż sytuację sprzed fali epidemicznej i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ta fala się pojawiła. Nie wiemy też do końca, jakie będzie tempo tej fali. Jeśli ludzie będą się grupować, będą biesiadować, będą razem przesiadywać w zamkniętych pomieszczeniach, to nowe ogniska się pojawią - to oczywiste.

Myśli pan, że wybory prezydenckie 28 czerwca to dobry pomysł?

Uważam, że nic się w naszym kraju nie zmieniło pod względem epidemiologicznym między marcem, majem a czerwcem. W dalszym ciągu uważam, że wybory są „imprezą” masową. Biorą w tej imprezie udział nie tylko osoby głosujące, ale i komisje, które siedzą w zamkniętych pomieszczeniach. Więc takie wybory będą wymagały dużego wysiłku, dodatkowych wydatków i bardzo starannej organizacji tak, aby te osoby nie uległy zakażeniu. To często osoby w wieku 60 plus, a więc bardziej narażone na powikłania. Trzeba być bardzo racjonalnym, aby przeprowadzić to wydarzenie w bezpieczny sposób. Na pewno głosowanie korespondencyjne zmniejsza ryzyko zakażeń, nie ma ludzi głosujących w lokalach, ale to nie zmienia faktu konieczności organizacji komisji wyborczych. Jeżeli ktoś te wybory dobrze zaplanuje mając na uwadze bezpieczeństwo członków komisji wyborczych, to wyobrażam sobie, że można te wybory przeprowadzić mając czas, a my mamy na to tylko trzy tygodnie. Sam akt wyborczy nie jest szkodliwy, szkodliwe może być gromadzenie się podczas wyborów ludzi w zamkniętych pomieszczeniach.

Nie boi się pan jesieni?

Powtórzę, to nie jest kwestia strachu. To kwestia racjonalnej oceny ryzyka wynikającej z wiedzy, którą już mamy na temat tego wirusa. Wiemy, że liczba ofiar jest pochodną liczby zachorowań, głównie wśród osób po 60. roku życia i przewlekle chorych, wiemy, że jeśli w Polsce wirus zacznie być szeroko obecny w tych środowiskach, to pojawią się również przypadki ciężkie i śmiertelne. Nie mam złudzeń, co do tego, że wirus, jeśli nie zmutuje, to pozostanie z ludzkością na wiele lat. Jest nadzieja, że może zmutować, złagodnieć, ale to 50 procent prawdopodobieństwa. Pół na pół. Nie ma żadnego powodu, aby ten wirus złagodniał sam z siebie, bo i tak jest dość łagodny. Pamiętajmy, że ponad 90 procent ludzi choruje lekko albo bez objawowo, czyli właściwie nie zauważa tego wirusa. Więc COVID-19 może się szerzyć bez konieczności mutowania, bo mutacje są często wymuszane presją środowiska. Porównałbym tę sytuacje do tej, kiedy mamy gronkowca w nosie. Wielu z nas ma w nosie jakieś bakterie i nawet nie wie, że je w sobie nosi. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ta bakteria nie powodowała u jednej na dwieście pięćdziesiąt osób ciężkiego przebiegu choroby prowadzącego do śmierci. Tak właśnie jest z COVID-19.


https://polskatimes.pl/dr-pawel-grzesiowski-jestesmy-na-poczatku-walki-z-pandemia-teraz-swiadomie-uruchamiamy-dla-koronawirusa-bardzo-sprzyjajace/ar/c15-15009880
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Lipiec 10, 2020, 22:19
Olga Tokarczuk 1 kwietnia ·
Szanowni Państwo,
w związku z toczącą się w internecie dyskusją wokół mojego felietonu opublikowanego w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i kontrowersjami narosłymi z powodu faktu, że cytowane są jego wyrwane z kontekstu fragmenty, postanowiłam udostępnić Państwu całość oryginalnego tekstu w języku polskim.
Zapraszam do lektury :)

Okno

Z mojego okna widzę białą morwę, drzewo, które mnie fascynuje i było jednym z powodów, dlaczego tu zamieszkałam. Morwa jest hojną rośliną - całą wiosnę i całe lato karmi dziesiątki ptasich rodzin swoimi słodkimi i zdrowymi owocami. Teraz jednak morwa nie ma liści, widzę więc kawałek cichej ulicy, po której rzadko ktoś przechodzi, idąc w kierunku parku. Pogoda we Wrocławiu jest prawie letnia, świeci oślepiające słońce, niebo jest błękitne, a powietrze czyste. Dziś podczas spaceru z psem, widziałam jak dwie sroki przeganiały od swojego gniazda sowę. Spojrzałyśmy sobie z sową w oczy z odległości zaledwie metra.

Mam wrażenie, że zwierzęta też czekają na to, co się wydarzy.

Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo. Za dużo, za szybko, za głośno.

Nie mam więc „traumy odosobnienia” i nie cierpię z tego powodu, że nie spotykam się z ludźmi. Nie żałuję, że zamknęli kina, jest mi obojętne, że nieczynne są galerie handlowe. Martwię się tylko, kiedy pomyślę o tych wszystkich, którzy stracili pracę. Kiedy dowiedziałam się o zapobiegawczej kwarantannie, poczułam coś w rodzaju ulgi i wiem, że wielu ludzi czuje podobnie, choć się tego wstydzi. Moja introwersja, długo zduszana i maltretowana dyktatem nadaktywnych ekstrawertyków, otrzepała się i wyszła z szafy.

Patrzę przez okno na sąsiada, zapracowanego prawnika, którego jeszcze niedawno widywałam, jak wyjeżdżał rano do sądu z togą przewieszoną przez ramię. Teraz w workowatym dresie walczy z gałęzią w ogródku, chyba wziął się za porządki. Widzę parę młodych ludzi, jak wyprowadzają starego psa, który od ostatniej zimy ledwie chodzi. Pies chwieje się na nogach, a oni cierpliwie mu towarzyszą, idąc najwolniejszym krokiem. Śmieciarka z wielkim hałasem odbiera śmieci.

Życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie. Zrobiłam porządek w szafie i wyniosłam przeczytane gazety do pojemnika na papier. Przesadziłam kwiaty. Odebrałam rower z naprawy. Przyjemność sprawia mi gotowanie.
Uporczywie wracają do mnie obrazy z dzieciństwa, kiedy było dużo więcej czasu i można było go „marnować”, godzinami gapiąc się przez okno, obserwując mrówki, leżąc pod stołem i wyobrażając sobie, że to jest arka. Albo czytając encyklopedię.

Czy aby nie jest tak, że wróciliśmy do normalnego rytmu życia? Że to nie wirus jest zaburzeniem normy, ale właśnie odwrotnie – tamten hektyczny świat przed wirusem był nienormalny?

Wirus przypomniał nam przecież to, co tak namiętnie wypieraliśmy - że jesteśmy kruchymi istotami, zbudowanymi z najdelikatniejszej materii. Że umieramy, że jesteśmy śmiertelni.

Że nie jesteśmy oddzieleni od świata swoim „człowieczeństwem” i wyjątkowością, ale świat jest rodzajem wielkiej sieci, w której tkwimy, połączeni z innymi bytami niewidzialnymi nićmi zależności i wpływów. Że jesteśmy zależni od siebie i bez względu na to, z jak dalekich krajów pochodzimy, jakim językiem mówimy i jaki jest kolor naszej skóry, tak samo zapadamy na choroby, tak samo boimy się i tak samo umieramy.

Uświadomił nam, że bez względu na to, jak bardzo czujemy się słabi i bezbronni wobec zagrożenia, są wokół nas ludzie, którzy są jeszcze słabsi i potrzebują pomocy. Przypomniał, jak delikatni są nasi starzy rodzice i dziadkowie i jak bardzo należy im się nasza opieka.

Pokazał nam, że nasza gorączkowa ruchliwość zagraża światu. I przywołał to samo pytanie, które rzadko mieliśmy odwagę sobie zadać: Czego właściwie szukamy?

Lęk przed chorobą zawrócił więc nas z zapętlonej drogi i z konieczności przypomniał o istnieniu gniazd, z których pochodzimy i w których czujemy się bezpiecznie. I nawet gdyśmy byli, nie wiem jak wielkimi podróżnikami, to w sytuacji takiej, jak ta, zawsze będziemy przeć do jakiegoś domu.

Tym samym objawiły się nam smutne prawdy – że w chwili zagrożenia wraca myślenie w zamykających i wykluczających kategoriach narodów i granic. W tym trudnym momencie okazało się, jak słaba w praktyce jest idea wspólnoty europejskiej. Unia właściwie oddała mecz walkowerem, przekazując decyzje w czasach kryzysu państwom narodowym. Zamknięcie granic państwowych uważam za największą porażkę tego marnego czasu – wróciły stare egoizmy i kategorie „swoi” i „obcy”, czyli to, co przez ostatnie lata zwalczaliśmy z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie formatowało nam umysłów. Lęk przed wirusem przywołał automatycznie najprostsze atawistyczne przekonanie, że winni są jacyś obcy i to oni zawsze skądś przynoszą zagrożenie. W Europie wirus jest „skądś”, nie jest nasz, jest obcy. W Polsce podejrzani stali się wszyscy ci, którzy wracają z zagranicy.

Fala zatrzaskiwanych granic, monstrualne kolejki na przejściach granicznych dla wielu młodych ludzi były zapewne szokiem. Wirus przypomina: granice istnieją i mają się dobrze.

Obawiam się też, że wirus szybko przypomni nam jeszcze inną starą prawdę, jak bardzo nie jesteśmy sobie równi. Jedni z nas wylecą prywatnymi samolotami do domu na wyspie lub w leśnym odosobnieniu, a inni zostaną w miastach, żeby obsługiwać elektrownie i wodociągi. Jeszcze inni będą ryzykować zdrowie, pracując w sklepach i szpitalach. Jedni dorobią się na epidemii, inni stracą dorobek swojego życia. Kryzys, jaki nadchodzi, zapewne podważy te zasady, które wydawały się nam stabilne; wiele państw nie poradzi sobie z nim i w obliczu ich dekompozycji obudzą się nowe porządki, jak to często bywa po kryzysach. Siedzimy w domu, czytamy książki i oglądamy seriale, ale w rzeczywistości przygotowujemy się do wielkiej bitwy o nową rzeczywistość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powoli rozumiejąc, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem. Sytuacja przymusowej kwarantanny i skoszarowania rodziny w domu może uświadomić nam to, do czego wcale nie chcielibyśmy się przyznać: że rodzina nas męczy, że więzi małżeńskie dawno już zetlały. Nasze dzieci wyjdą z kwarantanny uzależnione od internetu, a wielu z nas uświadomi sobie bezsens i jałowość sytuacji, w której mechanicznie i siłą inercji tkwi. A co, jeśli wzrośnie nam liczba zabójstw, samobójstw i chorób psychicznych?

Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas.

Nadchodzą nowe czasy.

https://twitter.com/tokarczuk_olga
https://www.facebook.com/OlgaTokarczukProfil/posts/2716151888513431?__tn__=-R
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Sierpień 06, 2020, 22:39
Covid-srovid, czyli epidemia w kraju, w którym nie ufa się władzy, a opinie na temat wirusa kelnera i profesora medycyny ważą tyle samo
Dorota Abramowicz 6 sierpnia

Dlaczego dla wielu rodaków informacje o zagrożeniu Covid-19 są bajką, wciskaną nam przez władzę i rzekomych ekspertów? Co mają ze sobą wspólnego osoby negujące istnienie koronawirusa, antyszczepionkowcy i zwolennicy teorii spiskowych? Czy jest szansa, by osoby negujące rozwijającą się w kraju epidemię i lekceważące nakazy i zakazy zmieniły poglądy? I dlaczego nawet bardzo inteligentni ludzie są przekonani, że za pandemią stoi Bill Gates? - Inteligencja nie jest wystarczającym regulatorem, który mógłby pomóc przeciwstawić się tej swoistej infodemii. Bywa, że skłonność do analitycznego myślenia wręcz pogłębia problem. Ludzie zamiast weryfikować swoje poglądy, racjonalizują je. Jeśli jakiś temat jest wrażliwy społecznie, traktowany jako polityczny albo spostrzegany jako ideologiczny, inteligencja przestaje odgrywać znaczenie w twardej ocenie faktów, utrudnia racjonalny osąd, a wręcz staje się „pałką” do bicia przeciwnika o innych poglądach - mówi prof. Marcin Szulc z Zakładu Psychologii Osobowości i Psychologii Sądowej Instytutu Psychologii Uniwersytetu Gdańskiego.

W czasie, gdy codziennie pada kolejny rekord zakażeń w Polsce, na mszy w małym miasteczku na Podlasiu 98 procent wiernych  modli się bez maseczek, a ksiądz pytany, czy nie obawia się zagrożenia odpowiada: "wirus świrus, covid srovid". Dlaczego wielu Polaków tak naprawdę nie wierzy w koronawirusa?

Mam przeczucie, że jest to coś na kształt konfliktu cywilizacyjnego. Wirusa nie widać. Skoro ani my, ani nikt z naszych znajomych nie doświadczył takiego dramatu jak Włosi, to dlaczego mamy wierzyć, że on jest? Wiąże się to dodatkowo z niskim zaufaniem do władzy. Kościół, szczególnie w małych miejscowościach bywa jedyną poza szkołą instytucją kulturotwórczą. I niestety nie zawsze stoi po stronie nauki.

Od wieków po epokach głoszących siłę rozumu i nauki nastawał czas buntu wobec racjonalistycznego pojmowania świata. Może jesteśmy znów w momencie, kiedy "czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko"?

To bardzo ciekawa koncepcja. Jesteśmy na etapie kontestacji istniejącego porządku. W polityce pojawiają się partie, które głosząc tezy mocno kontrowersyjne, mają coraz większe poparcie. Jest to związane ze zmianami społeczno-kulturowymi, również widocznymi w mediach, mających także na te zmiany wpływ. W wyniku procesów społecznych i medialnych, wskutek których bierny odbiorca komunikatu otrzymał równocześnie możliwość bycia aktywnym jego nadawcą, ludzie łatwiej zaczęli sobie uświadamiać, że ich poglądy (nawet absurdalne) mogą podzielać inni. Taka uniwersalizacja daje poczucie siły, likwiduje poczucie osamotnienia i utwierdza we własnych przekonaniach nie mających oparcia w nauce. To właśnie na Facebooku są strony negujące istnienie koronawirusa lub lekceważące zagrożenie z nim związane. Ot, po prostu taka sobie kolejna grypka, a u niektórych osób nawet bezobjawowa. Można tam przeczytać niezwykłe, często groteskowe wypowiedzi, które wiąże jednak pewna wspólna cecha. Osoby wątpiące w istnienie COVID-19, czy też ryzyko związane z zakażeniem, równie często deklarują także niechęć wobec szczepień, przekonanie o szkodliwości 5G oraz, że lekarze sprzedali się koncernom farmaceutycznym.

Dlaczego bardziej ufamy opinii urzędnika, kelnera czy aktora, niż ekspertom?

Być może dlatego, że ekspert przestał być kimś, kim jeszcze do niedawna był, czyli autorytetem. Co gorsza, na razie nic nie wskazuje, żeby coś miało się zmienić. Ten problem to tylko fragment szerszego kontekstu, jakim jest ogólny kryzys zaufania do instytucji, różnych organizacji i władzy. Ludzie dziś częściej ufają tym, którzy raczej podważają status quo, a nie go utrzymują. Jesteśmy wręcz świadkami desakralizacji autorytetów. Ekspert coś napisze, a ja mogę - nawet nie ujawniając nazwiska - przywalić mu w komentarzu.

Przekonanie, że oto moje zdanie na temat wirusa waży tyle samo co zdanie profesora medycyny, desakralizuje autorytet i pokazuje, że w mediach społecznościowych jesteśmy sobie równi. Dodajmy do tego specyfikę tych mediów, które posługując się algorytmem proponowania nam treści, z którymi się zgadzamy, zapędzają nas do zagród zwanych bańkami informacyjnymi. Kisimy się we własnym sosie, pogłębiając przepaść między nami, a tymi, którzy mają odmienne poglądy.

Jest to zjawisko bardzo niebezpieczne, bo tworzy w nas przekonanie o rzeczywistości, która wcale nie musi odzwierciedlać prawdy. Może na przykład powodować przecenianie wystąpienia zagrożeń ze strony różnych grup, czy sytuacji, albo odwrotnie – niedocenianie ich, jak ma to miejsce w przypadku koronawirusa.

Kim są niedowiarkowie?

Cechuje ich pewien określony sposób myślenia. Jedną z cech charakterystycznych osoby wierzącej w teorie spiskowe jest poczucie wyjątkowości, przekonanie, że widzi się więcej, niż widzą inni. Michael Barkun wyróżnia trzy cechy myślenia spiskowego: wiara, że nic nie dzieje się przez przypadek (wszystkie wydarzenia zostały świadomie zaplanowane), nic nie jest tym, na co wygląda (wszystko jest mistyfikacją, a spiskowcy próbują ukryć się pod płaszczykiem najprostszych wyjaśnień, np. pożar w katedrze Notre Dame nie może być wynikiem przypadkowego zaprószenia ognia)  i wreszcie w związku z tym, że nic się nie dzieje przez przypadek, trzeba ciągle szukać ukrytych połączeń i tajnych związków. Poszukiwanie takich związków łatwo przychodzi, zwłaszcza wtedy, gdy sami eksperci wyrażają odmienne opinie na jakiś temat. Bywa, że także specjaliści wywołują chaos (na szczęście to pojedyncze przypadki), brnąc w ezoterykę, ignorując dowody naukowe i głosząc teorie, które wprawiają w zakłopotanie naukowców i władze uczelni, z którymi są związani. To również podważa zaufanie do naukowego konsensusu w kwestiach już rozstrzygniętych. Daleko nie szukając - Linus Pauling, wybitny uczony, podwójny noblista, zaliczony przez magazyn „New Scientist” do grona 20 naukowców wszechczasów, w pewnym momencie życia zaczął głosić kontrowersyjne poglądy na temat cudownego wpływu witaminy C na zdrowie, zwłaszcza w kontekście leczenia raka.

Dlaczego ludzie nauki od niej odchodzą?

Mogą to być powody finansowe, ambicjonalne - w branży naukowej ludzie też chcą zaistnieć, a konkurencja jest ogromna, więc czasem szukają alternatywnej drogi. Narażają się na ostracyzm środowiska, ale zyskują popularność. Guru antyszczepionkowców, Andrew Wakefield celowo manipulował danymi, by potwierdzić swe hipotezy, ale mimo wycofania artykułu z pisma "Lancet", jest on nadal przywoływany przez przeciwników szczepień.

Naukowcy także popełniają błędy.

Chciałbym zostać dobrze zrozumiany. Nie twierdzę, że nauka się nigdy nie myli, ale w mojej ocenie to jedyna droga do poznania prawdy, nie dostrzegam alternatywy. Bywa, że błędne przekonania zwolenników spiskowych teorii mają swoje źródło nie złych intencjach czy szkodliwych ideologiach, lecz w niewiedzy. Wszak nie wszyscy nasi koledzy ze szkoły byli orłami. Zatem konieczna jest próba zrozumienia wątpliwości oponentów i rzetelne wyjaśnienia ich wątpliwości.  Dlatego tak bardzo ważna jest tu uczciwość badaczy i trzymanie się rzetelnej metodologii badań.

A  może autorytety nie potrafią zrozumiale przekazać ludziom wiedzy?

Racja, kolejnym problemem jest naukowy język. Badacze często wypowiadają się w sposób hermetyczny, ale i ostrożny (to jest oczywiście konieczne), co utrudnia komunikację z osobami nieprzygotowanymi do dyskusji naukowej. Jednocześnie ludzie potrzebują jasnej odpowiedzi na pytania typu: czy noszenie maseczek jest szkodliwe, czy pożyteczne? Tu ogromną nadzieję pokładam w popularyzatorach nauki. Poza tym konkluzje z badań bywają dość niewygodne, bo zmuszają nas do myślenia i samoograniczeń, a tego bardzo nie lubimy. Trzeba byłoby np. zrezygnować z jednorazowych opakowań, oszczędzać wodę, szanować własne dzieci, albo nosić te niewygodne maseczki lub powstrzymać się przed udziałem w masowych imprezach w czasie pandemii.

Zauważył pan, że często negowaniu doniesień naukowych towarzyszy szukanie winnych?

Zabawne, że na początku pandemii dominowała spiskowa teoria, głosząca, że wirus którego główne epicentrum znajdowało się w Chinach, to tajna broń Donalda Trumpa wymierzona w chińską gospodarkę. Po dotarciu wirusa do USA i hekatombie, którą tam spowodował, narracja spiskowa uległa zmianie – wirus wymknął się Chińczykom z tajnego laboratorium, żeby uderzyć w Amerykanów. Zresztą obie te koncepcje są aktualne do dziś.

Skąd biorą się teorie spiskowe?

Jest kilka powodów. Spiskowym teoriom sprzyja radykalizm polityczny, i to po każdej ze stron. Jan Willem van Prooijen wraz z zespołem badawczym udowodnił, że liberałowie częściej są przekonani, że media i partie polityczne są na usługach kapitalistów i korporacji. Z kolei konserwatyści sądzą, że media i partie polityczne służą liberalnym elitom i naukowcom, którzy coś „dłubią” w swoich laboratoriach, a ich wnioski są mętne lub, o zgrozo, sprzeczne.

A to nieprawda?

Rzeczywiście tak jest.

Tym różni się nauka od sekty, że nie daje prostych odpowiedzi na trudne pytania. Zmuszeni jesteśmy niuansować nasze refleksje, zgodnie z przestrogą Alberta Einsteina, że wszystko należy upraszczać, lecz nie bardziej niż jest to konieczne. Liberałowie mogą twierdzić, że koronawirus ogranicza ich wolność i prawa obywatelskie, służy władzy do nakładania kagańca, zaś radykałowie uznają, że to spisek naukowców z siłami lewicowymi, które dążą do ograniczenia populacji albo zastraszania ludzi „wymyślonym wirusem”, żeby trzymać ich w ryzach.

Wierze w teorie spiskowe sprzyja także  potrzeba unikatowości. Im dana teoria miała mniejsze poparcie społeczne, tym większym uznaniem cieszyła się w oczach osoby mającej skłonność do wiary w takie koncepcje. Jedne z bardziej egzotycznych teorii głosiły, że za koronawirusa odpowiada rodzina Rotschildów, która w ten sposób chce wprowadzić komunizm na świecie, albo że to Bill Gates ma plan wczepienia ludziom implantów, by przejąć władzę nad światem...

Wie pan, że słyszałam coś takiego z ust bardzo inteligentnych ludzi?

Inteligencja nie jest wystarczającym regulatorem, który mógłby pomóc przeciwstawić się tej swoistej infodemii. Bywa, że skłonność do analitycznego myślenia wręcz pogłębia problem. Ludzie zamiast weryfikować swoje poglądy, racjonalizują je. Tutaj dochodzimy też do kwestii wykształcenia. Generalnie osoby lepiej wyedukowane są bardziej skłonne do analitycznego i krytycznego myślenia, ale nie musi to być regułą. Jeśli jakiś temat jest wrażliwy społecznie, traktowany jako polityczny albo spostrzegany jako ideologiczny, inteligencja przestaje odgrywać znaczenie w twardej ocenie faktów, utrudnia racjonalny osąd, a wręcz staje się „pałką” do bicia przeciwnika o innych poglądach.

Dlaczego teorie te są dziś tak powszechne?

Wynika to z braku poczucia kontroli nad sytuacją. Polskie społeczeństwo cechuje niskie zaufanie do instytucji, ale także do  innych ludzi. Wiara w globalne spiski związana jest z anomią i niepewnością, zwłaszcza w grupach słabszych społecznie, nieuprzywilejowanych. Ten problem jest oczywiście szerszy i wiąże się z rozwarstwieniem społecznym, którego najbardziej  wyraźnym wskaźnikiem jest rozwarstwienie dochodowe. W Polsce Wskaźnik Nierówności Społecznej jest znacznie powyżej średniej europejskiej.

W jaki sposób ufać władzy, która z jednej strony robi całkowity lockdown spowodowany zagrożeniem epidemiologicznym, bezwzględnie egzekwuje prawo, używając nieadekwatnych, surowych, horrendalnych, niezgodnych z prawem kar, gdy za chwilę ta sama władza w sposób nonszalancki ogłasza, że zagrożenie minęło i zachęca osoby starsze, szczególnie narażone na ryzyko, do wzięcia udziału w wyborach? To w końcu jest ten wirus, czy go nie ma? A może nie był taki straszny, jak o tym mówili? Pytania pojawiają się naturalnie, stajemy się podejrzliwi i przesądni, więc szukamy odpowiedzi.

A dziś paradoksalnie łatwo je znaleźć w Internecie, postrzeganym jako pozornie wolne i niezależne medium. Teorie spiskowe dostarczają satysfakcjonujących wyjaśnień, są wewnętrznie spójne i pozwalają wyjaśnić to, co dzieje się na świecie w obliczu niepewności. Gdy oficjalne wyjaśnienia są niejasne i niespójne, te są zrozumiałe i przede wszystkim dostępne.

Nieufność jest tarczą, która pozwala nam zmierzyć się z niespotykaną od dawna katastrofą epidemiologiczną?

Charakterystyczną cechą człowieka jest skłonność do uprzedzeń negatywnych i wykrywanie intencjonalności. Negatywne zdarzenia częściej uznajemy za przejaw działania innych ludzi, niż przypadku. Stąd przekonanie o wyprodukowaniu wirusa w tajnym laboratorium, czego wprawdzie nie potwierdzają naukowcy, ale jak wiadomo oni też są przecież „na usługach”. Mamy też skłonność do przypisywania sprawstwa różnym zdarzeniom. Świat składa się z sojuszników i wrogów, zatem należy rozpoznać „swojego” i „obcego”. Ryzykownie byłoby szastać własnym zdrowiem, a niektóre błędy bywają bardziej kosztowne niż inne. Dobór naturalny sprzyjał przezornym, preferując osobniki, które popełniały błędy mniej kosztowne. Jeśli wirus jest wymysłem, albo nie jest tak groźny jak mówiono, to po co siedzieć w domu? Trzeba żyć i zarabiać. Ale co, jeśli jest zagrożeniem śmiertelnym? W tej kwestii statystyki nie pozostawiają wątpliwości. Chyba, że uznamy, że są przekłamane, bo „wiadomo kto je tam robi”.

Czy tylko zetknięcie się sceptyka z koronawirusem doprowadzi do zmiany poglądów?

Nawet doświadczenie choroby może być interpretowane na różne sposoby. Nie wiem, czy jest jedna recepta na przekonanie człowieka do określonego sposobu myślenia. Jednym ze znanych w psychologii  błędów poznawczych jest efekt potwierdzenia (błąd konfirmacji). Preferujemy  informacje, które potwierdzają to, co już wiemy na dany temat, niezależnie od faktów. Błąd konfirmacji, od którego nie są wolni także naukowcy, prowadzi do lekceważenia dowodów, by chronić własne zapatrywania - wierzenia religijne, poglądy polityczne oraz osobiste przekonania. Jeśli dwadzieścia badań mówi, że COVID -19 nie jest zwykłą grypą, lecz niebezpiecznym śmiercionośnym wirusem, ale jedno przedstawia konkluzje zgoła odmienne, osoba taka będzie uporczywie powoływać się na ten właśnie artykuł, gdyż on jest zgodny z jej poglądami.

Brzmi to groźnie w sytuacji, gdy poglądy negujące zagrożenie Covid-19 mogą wpływać na bezpieczeństwo zdrowotne tysięcy ludzi.

Zmiana poglądów to proces. Do tego potrzebny jest wzrost zaufania do władzy, aby to co mówi, było respektowane. Takiej władzy, która powie: macie prawo nie bać się wirusa, ale musicie rozważyć odczucia waszych bliskich, sąsiadów, innych obywateli i przestrzegać obowiązujące rygory, gdyż samoograniczanie się jest konieczne dla dobra nas wszystkich. Przy okazji będzie faktycznie troszczyć się o obywateli, a nie tylko mówić o tym, że się troszczy. Szczerze mówiąc jestem pesymistą, bo jak dotąd żadnej władzy w Polsce nie udało się zbudować takiego zaufania.

Jest więc sens dyskutować?

A jaki mamy wybór? Jestem zwolennikiem dyskusji na argumenty, a nie na emocje. Uważam jednak, że nie należy polemizować w Internecie. Z moich obserwacji wynika, że media społecznościowe zdecydowanie nie sprzyjają dialogowi. Jeden trzy razy pomyśli, zanim coś napisze, ale inni uznają ten wpis za wojnę ideologiczną. Wchodzimy w narrację polityczną, w dominujące w wielu przekonanie, że przez lata byli oszukiwani przez władzę. Czy zatem jest na to rada? Czy żeglujemy na wzburzonym oceanie dezinformacji jedynie w małej łódeczce własnego rozsądku i logiki? Profesor Dan Kahan uważa, że szansą odnalezienia się w obecnej rzeczywistości i nabycia odporności na uprzedzenia jest rozwijanie w sobie naukowej ciekawości. Dodajmy, że wykształcenie i inteligencja są czymś innym, niż naukowa ciekawość i nie muszą wiązać się z pasją odkrywania świata. W badaniach Kahana osoby, które cechowała naukowa ciekawość, sięgały po wiadomości, które mogły rzucić nowe światło na ich opinie, a nie po te, które potwierdzały ich światopogląd.  Żeby jednak  rozwinąć w dzieciach rozumowanie naukowe bez uprzedzeń i ideologicznych ograniczeń,  konieczna jest całkowita zmiana myślenia o edukacji, głównie przez osoby decydujące o jej kształcie. Cóż, złośliwi mówią, że frak dobrze leży dopiero w czwartym pokoleniu, zatem poczekajmy.

Przekonamy naszą rozmową choć kilka osób?

Bardziej liczę się z tym, że już startują hejty na opłacanego przez koncerny farmaceutyczne i możnowładców psychologa, który comiesięczne środki na życie otrzymuje w szeklach od Sorosa.


https://polskatimes.pl/covidsrovid-czyli-epidemia-w-kraju-w-ktorym-nie-ufa-sie-wladzy-a-opinie-na-temat-wirusa-kelnera-i-profesora-medycyny-waza-tyle/ar/c1-15114332
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Sierpień 13, 2020, 23:35
Coronavirus in Context: CDC Director Discusses Next Steps in the War Against COVID

JOHN WHYTE: You're watching Coronavirus in Context. I'm Dr. John Whyte, chief medical officer at WebMD. Today, I'm joined by Dr. Robert Redfield, the director of the Centers for Disease Control and Prevention. Dr. Redfield, thanks for joining me.

ROBERT REDFIELD: Great to be here. Thanks for having me.

JOHN WHYTE: You're a virologist by training. What has surprised you about this novel coronavirus?

ROBERT REDFIELD: Well, you know, I think that it's important that we don't really know this virus very well. We just got introduced about seven months ago. I think the things that surprised us the most-- me the most-- was how infectious this virus is. You know, when we saw that it was a coronavirus, I think we were thinking it was going to be more like SARS or MERS.

Or even with the first cases we identified in the US, the first 12 cases that we did contact tracing in over 850 people, we only found two of those contacts, who were infected both spouses. So we-- we had a view that this virus was probably going to be more like MERS and SARS, but we rapidly understood that this is a highly infectious disease.

And I think that's probably the first thing that surprised us. And the second thing is that, probably for a majority of individuals under the age of 50, it's disproportionately asymptomatic. And I think those were the two things that we learned. I wish we had been invited in early. I had asked my counterpart George Gao, you know, to have us come join in back on January 3, to put CDC in to work alongside him, to try to understand the outbreak as it was unfolding in Wuhan.

You know, I think if we had been able to get in at that time, we probably would've learned quicker than we learned here that, in fact, it is highly infectious and two, that asymptomatic disease is going to be a critical hallmark of this infection.

JOHN WHYTE: While we're at 5 million cases. But as you know, to put it in perspective for our listeners, we're at 4 million cases roughly, you know, three weeks ago. So the trajectory in terms of the number of new cases is higher than we would like. How do you think we got to 5 million?

Is it people aren't doing the safeguards that they need to be doing? Are people not taking it seriously? I was told you're in one of the old war rooms in the old executive office building. How are we doing in this war against COVID 19?

ROBERT REDFIELD: Well, I think you're right. It is a war. I think the first thing that I'd like to say is that we're pretty confident that this virus slowly entered the United States in late January and February. And there wasn't extensive infection throughout February. We have about five different lines of evidence to support that conclusion that we've published.

But clearly in March, there started to be more introduction, particularly from Europe and basically ceded large parts of the United States. When we looked at March, April, and May, we had about 2 million infections that were diagnosed, as you alluded to. What's interesting, we went back and do antibody testing during that period.

We actually had evidence that, for every one case that was diagnosed, there was actually 10 more infections. Probably in those first three months, we actually had 20 million people in. But if you divide 20 million by 90 days, you can see that we're looking at probably over 200,000 infections a day even though we were only recognizing 10,000 or 15,000.

JOHN WHYTE: Dr. Redfield, we're over 160,000 deaths in the United States so far. Do you expect COVID to be a leading cause of death by the end of the year?

ROBERT REDFIELD: You know, John, I think it's-- it's clearly going to be one of them. If you looked back and used our surveillance systems that we have-- and we have one that looks death by pneumonia. And we had either pneumonia, influenza like illness, or COVID like illness. And they really all probably represented COVID.

At one point in time in April, early May, 27% of all deaths in the United States was caused by pneumonia, influenza, or a COVID like. So clearly-- and I can show you the curve-- a huge spike when this outbreak hit New York and then the follow up deaths. So it's clearly going to be a major cause of death in the United States.

Luckily, the mortality is improving really for two reasons. One is we're recognizing more infections, so the denominator is different. But also we really are getting better as physicians and managing these patients. Good recognition of the hypercoagulable state. The importance of anticoagulation. The recognition that steroids has a role in advanced disease.

The earlier ability to use remdesivir. So the mortality, I think, continues to decline.

JOHN WHYTE: Yeah. We've also changed ventilator protocols as well. We're not treating it as much as the.

ROBERT REDFIELD: Very important, that the agent in ventilator protocols, as you know. And I think we've learned a lot in escalations-- I'm an internist too-- and how to manage these patients. And hopefully, we'll see on the horizon not too distant-- we'll see additional new therapeutics come into add to the armamentarium that clinicians have.

So-- and eventually this virus is going to have its day. It's either going to infect a majority of the global population, or we're going to have a biological countermeasure, that's going to be an effective vaccine, that's going to prevent it from affecting [INAUDIBLE].

JOHN WHYTE: [? We only hope. ?] Let's talk about vaccines. But first I want to talk about the flu vaccine. And you've been talking about and cautioning how important it is, especially this year, to get the flu vaccine as we fight COVID. Last year, you know, roughly not even 50% of those that should I've gotten the flu vaccine received it.

How do you think we're going to do better this year? And remind viewers why it's so important this year.

ROBERT REDFIELD: You know, it is really important. And I've said if there's one thing we all can do besides the importance of wearing a mask, social distancing, hand washing, and be smart about gatherings-- that basically ultimately prepare ourselves, for the fall, to get the flu vaccine. As you mentioned, about 47% people got the flu vaccine.

JOHN WHYTE: CDC often recommends the goal is 60% to 70%.

ROBERT REDFIELD: That's right. Yeah, my goal this year was to get it up to 65%. And I think one of the messages we're trying to do is that really switch it from the anti vax or vaccine hesitancy that the campaign of to vaccinate with confidence. You know, and trying to tell the American public, please don't leave this important accomplishment of American medicine on the shelf for yourself, your family, your church, your-- your workforce.

By getting vaccinated, you can protect your children. Clearly, when we look at the mortality that we see with flu, one thing is for certain. The kids who get vaccinated, they basically get protected against death. It also has an impact on the rest of us in terms of severity of illness and hospitalization.

Some people don't realize. In the last 10 years, 360,000 people died in this country from flu. Flu is a major cause of death. We have a biological countermeasure and a vaccine, and we do have treatment. And this is the year I'm asking people to really think deep down about getting the flu vaccine.

We've worked with industry. Industry is plussing up the amount of vaccine they're going to make available. So probably over close to 100 million doses this year. 190 million doses. The CDC and myself, we've purchased an extra 10 million doses. Normally, we only purchase about 500,000 doses for uninsured adults to give to the States.

This year, I've purchase 10 million doses for uninsured adults of the States to make sure States can get this flu vaccine now. And the real reason is we're going to have COVID in the fall, and we're going to have flu in the fall. And either one of those by themselves can stress certain hospital systems.

I've seen hospital intensive care units stretch by a severe flu season, and clearly, we've all seen it recently with COVID. So by getting that flu vaccine, you may be able to then negate the necessity to have to take up a hospital bed. And then that hospital bed can be more available for those that potentially get hospitalized for COVID.

JOHN WHYTE: Let's talk about the COVID vaccine. How optimistic are you that we'll see a vaccine early next year? And can you give us a better sense of time frame? As you know, Russia announced today, Sputnik V, their vaccine is approved while they're still in phase two. So how realistic is it that we're going to have something January, February? Or are we thinking more later first quarter?

ROBERT REDFIELD: I'm very cautiously optimistic that we're going to have one or more vaccines deployed before the first of the year. Right now, this operation work speed-- I'm on the board of it. I've been in vaccine development all my life. And the [INAUDIBLE] plus years I've spent in the military at Walter Reed and then at the University of Maryland, I've never seen vaccine development move like this.

There's actually a very effective private public partnership with the private sector. And there's six vaccines now that are moving forward extremely rapidly. Three of which now are already in phase III trials. And I suspect there'll be a fourth. So very optimistic that we're going to have one or more vaccines available.

I want people to realize, since we're going so fast, some people worry about we're cutting corners. And really there's no scientific integrity to cut-- corners being cut. There's no corner cut for safety. The corner that we're cutting is the investment in being able to make the vaccine. So when companies are ready for phase III trials, the US government started production of 100 million doses of the vaccine, as if it was going to work.

JOHN WHYTE: But in fairness and timelines, we're in August. You know, some of the industry had 5,000. They still need 25,000 more participants to, you know, reach their phase III [INAUDIBLE]. People still have to catch the virus, right? And then we have a control group that we have to compare to.

So the timeline is pretty compressed if we're thinking of something by the end of the year. Isn't that right? Early next year and then it still has to be reviewed.

ROBERT REDFIELD: Very quickly, if there's any light to the fact of the sudden surge and the challenge of all the new cases we're having is, you know, a number of the trial sites are up and running. They started two weeks ago. They're enrolling very rapidly. I do think they'll all have their enrollment done between now and the end of September. And, uh-- and then we'll see what the data shows.

The other thing I want to say that's so different and so important here is, unlike the trials that you may have been involved with, and I know I was involved with, we're not excluding the elderly.

JOHN WHYTE: That's right.

ROBERT REDFIELD: So you can actually get in the trial if you're 65 or 70-year-olds. We're not excluding people with diabetes, and obesity, and heart disease, which normally don't get in trial. We're not excluding pregnancy. So the high risk individuals, that we're hoping this vaccine is used for, are being included in these phase III trials, so we can determine whether it's potentially going to have a immunogenicity and safety in the population at most risk. Because that's really where we want to get this vaccine as quick as possible.

JOHN WHYTE: My understanding was that there aren't anyone enrolled under age 18. Is that right?

ROBERT REDFIELD: You're right [? there. ?] The current trials have not included children. That doesn't mean there's not going to be companion trials. But now all the trials over 18. But unlike many of them that I've been involved in the past that don't enroll people over the age 45, this one's enrolling people all the way up to over 70. Same with multiple medical illnesses.

So they'll have to be follow-up trials for children under the age of 18, but clearly, there's a comprehensive trial right now that will accommodate the people that are either most at risk because of comorbidities and age or are most at risk because of their jobs. You know, there are physicians, nurses, intensivists, et cetera.

JOHN WHYTE: What does Thanksgiving look like this year, Dr. Redfield?

ROBERT REDFIELD: Well, I pray it is a moment of Thanksgiving. You know-- you know, this whole thing started for me on New Year's Eve. And I can say it's been-- it's just been all hands on deck since then when I got my first call about the new mysterious pneumonia in China on December 31.

Clearly, it's almost a tale of two cities. If the American public will really take to heart what I've asked, wear a mask, the social distance, to use great hand-- hand hygiene, and to be smart about crowds, and we all do that. And I keep telling people, I'm not asking some of America to do it. We all got to do it. This is one of those interventions that got to be 95%, 96%, 97%, 98%, 99%, if it's going to work for us.

JOHN WHYTE: Why can't we get people to wear masks? It seems like a small price.

ROBERT REDFIELD: Well, we got to keep trying. We've got to keep trying. You know, I was-- it's interesting. It's very different in different cities. You know, I was recently in an area where I-- you know, three, four, five-year-olds were all wearing their masks. Every-- all the parents. I didn't see anybody without a mask.

But I've been in other areas where it's the opposite. We really do need to get the mask really does work. It's really important. So when you ask me what Thanksgiving's going to be like, I think it's just dependent upon how the American people choose to respond. We're going to continue to try to do what we can to be effective.

In-- in speaking, I've said before, when John Kennedy said, "don't ask what your country can do. Ask for what you can do for your country." Kind of try to paraphrase that. For your country right now and for the war that we're in against COVID, I'm asking you to do four simple things. Wear a mask, social distance, wash your hands, and be smart about crowds.

You do those four things, it will bring this outbreak down. But if we don't do that, as I said last April, this could be the worst fall from a public health perspective, we've ever had.

JOHN WHYTE: Tell us what you miss, Dr. Redfield. Is it you miss traveling? How has this impacted you personally?

ROBERT REDFIELD: Well, first, when I decided to accept the opportunity to be the CDC director, I had to give up something that I really love dearly, and that's the practice of medicine. I've cared for with some of my patients with HIV for more than 25 years. In a way, I'm looking forward to, when my tour of duty is over, get back to the practice of medicine, because I truly love practicing medicine.

At CDC, I think what's really is the intensity of what we're doing. You know, love someone like yourself to get into the agency and see how much is going on. I mean, there are thousands and thousands of people working 24/7 on this pandemic. And the fact is that really all of our focus is on this pandemic right now.

I have other important initiatives. Ending the AIDS epidemic in America, that the president started, that we're still committed to, you know. But obviously, some of that effort gets sidetracked. Getting tobacco use in children. All the progress we've made with these cigarettes. Want to get that back on.

Making progress on maternal mortality. You know, there's no reason why 700 to 800 mothers have to die in this country every year giving birth to babies.

JOHN WHYTE: Women of color particularly.

ROBERT REDFIELD: That's right. And the progress that we're trying to make in getting people treated for hepatitis C, virus with diabetes. So there's a lot of programs. And when you look at the collateral damage of the COVID, it is that we've all had to turn our focus disproportionately.

I tell my colleagues at CDC, please, you know, do the extra effort to keep the main programs you're doing moving forward, which is not a time to lose ground. You know, I think the last seven months have been just, just as you said before, we're kind of in a war. I will say we're in a war.

And I hope people realize, and one of the things I recognized when I became the director, we really haven't invested, in this nation, in the core capabilities of public health. It's always been something we left, you know, for leftovers. And hopefully, I've tried to make the argument. Now is the time to invest in public health.

Data, data analytics, predictive data analysis, laboratory resilience in our public health labs, public health workforce. You know, we have some states that we're down to less than 40, 30, 20 contact tracers. And then, of course, we need to have the emergency resources to operationalize that with a global footprint, and hopefully pick these things up where they start, and to put them out before they become here.

That's one of my hopes that we'll take from this is that people now realize that public health matters. This nation is going to spend somewhere between $3, 4, 5, 6, 7 trillion in responding to this pandemic. And I do think if-- if-- if we could make that investment in those core capabilities, data lab people. And make sure we do it for the whole nation.

I think many people may not realize CDC is the background funding for the public health infrastructure of every city and every state in this nation. We need to over-invest. Get over-prepared. I will say that-- that in four or five decades of investment when this-- when the big one came.

And this is not a minor one. This is the greatest public health crisis that hit this nation in a century. That we were under-prepared. And we need to owe it to our children and grandchildren that this nation is never under-prepared again for a public health crisis.

JOHN WHYTE: Well, Dr. Redfield, I want to thank you and all of your colleagues at CDC for working tirelessly to protect us, you know, during this time of the pandemic. And I hope we can check in with you to discuss some of those other priorities, that that CDC is working on, to really protect and advance the health of Americans. And as you said, really refocus and invest in public health and public health strategies. Thank you.

ROBERT REDFIELD: Thank you very much. We look forward to that. God bless.


https://www.webmd.com/coronavirus-in-context/video/robert-redfield
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Sierpień 19, 2020, 21:30
Covid-19: Zanny Minton Beddoes interviews Bill Gates
882 wyświetlenia•19 sie 2020
https://www.youtube.com/watch?v=m7StkvQ7kos&feature=emb_title

The covid-19 pandemic will be over by the end of 2021, says Bill Gates
Aug 18th 2020

But millions of deaths are yet to come in poor countries

MILLIONS MORE are going to die before the covid-19 pandemic is over. That is the stark message of Bill Gates, a co-founder of Microsoft and one of the world’s largest philanthropists via the Bill & Melinda Gates Foundation, in an interview with Zanny Minton Beddoes, The Economist’s editor-in-chief, in early August. Most of these deaths, he said, would be caused not by the disease itself, but by the further strain on health-care systems and economies that were already struggling. He also lamented the politicisation of the response to the virus in America, and the spread of conspiracy theories—some implicating him—both of which have slowed efforts to contain the disease’s spread. But he offered reasons for hope in the medium term, predicting that by the end of 2021 a reasonably effective vaccine would be in mass production, and a large enough share of the world’s population would be immunised to halt the pandemic in its tracks.

Mr Gates had spent much of his time thinking about viruses, and vaccines, well before the novel coronavirus was first detected in Wuhan in the Chinese province of Hubei late last year. The Gates Foundation is central to the global alliance trying to eradicate polio by vaccinating everyone and to ease the burden of malaria and find a vaccine against it. It is several years since he warned that a new disease causing a global pandemic was a matter of if, not when, and called for the world to hold “Germ Games” along the lines of the wargames carried out by armies. The foundation has already pledged more than $350m to the covid-19 pandemic response, much of which is focused on reducing its impact in the developing world. But more is needed. “We all need to spend billions to get the vaccine out to save the trillions that the economic damage is doing,” he says.

Patchy data make it hard to assess the true extent of the damage in many poor countries. By August 17th the Africa Centres for Disease Control and Prevention, a public-health body, had recorded over 1m cases and over 25,000 covid-19 deaths in Africa. In India, almost 52,000 are recorded to have died from the disease. The true number in both places is probably much higher. But the coronavirus is not the only deadly force at play in the pandemic-struck developing world. The millions of deaths that Mr Gates predicts will be caused not only directly by covid-19, but by the knock-on effects. Almost 90% will be indirect deaths, he says. Lockdowns will reduce access to immunisation and medicine for other diseases. Deaths from malaria and HIV will rise. Lower agricultural productivity will see hunger spread and education rates fall. When it comes to the fight against poverty, the virus could wipe out a decade of gains.

To mitigate that risk, Mr Gates is calling on rich countries to buy vaccines for poor ones. This is not entirely altruistic: if some countries remain reservoirs for the disease, it will continue to pop up again in others. If vaccines are priced high enough in rich countries to cover the fixed costs of production—clinical trials, building factories and so on—then the marginal cost of supplying poor countries would be relatively modest: of the order of $10bn-12bn in total. He sees the bulk of that money coming from America, which he also gives “by far the highest grade” on research and development for a vaccine, accounting for 80% of the global total. He hopes to see money pledged to buy vaccines for the poor world in Congress’s next supplemental spending bill.

Whether that happens depends on politics. Congressional negotiations on America’s next stimulus package have been stalled for weeks. The country’s stark political polarisation has complicated its response to the virus, introducing problems that other countries do not face. The simple act of wearing a mask has become a political statement, rather than a matter of seeking and then following expert advice, as is the case almost everywhere else. Depressingly, Mr Gates thinks that this cannot be undone, even if November’s election means a change of direction at the top. Once public trust is lost, and a policy has shifted from the realms of cost-benefit analyses into partisanship, it is not easy to reverse. Under a Joe Biden presidency, Mr Gates thinks, refusing to wear a mask might become a way for supporters of Donald Trump to signal their anger and resistance.

Lack of leadership in America has hampered the response to the pandemic outside the country’s borders, too. The world’s sole superpower has long taken the lead on global public-health efforts, and without it, consensus is that much harder to forge. And the mood in many countries is one of retreat from multilateralism and co-operation via international institutions. It is hard to see that trend reversing, since the disease is hitting government revenues hard everywhere. Generosity, no matter how beneficial for donor as well as recipient, is in short supply when budgets are being squeezed.

It is not enough for there to be a vaccine: people have to be willing to take it. And on this, too, Americans are lagging behind. A recent poll by Gallup found that one in three would not agree to receive an FDA-approved vaccine, even if it were free. But here the news is more favourable. The latest research, Mr Gates explained, suggests that the other coronaviruses in circulation, and partial immunity afforded by vaccines already in use for other diseases, already grant a measure of protection against covid-19. It is also not as contagious as some other diseases. The current best estimate is that 30-60% of the world’s population will need an effective vaccine in order to halt the pandemic. “Fortunately, this isn't measles. We don't need over 90% of people to take the vaccine.”

In 2000, when Mr Gates stepped down as Microsoft’s chief executive, the Gates Foundation launched GAVI, a global alliance for providing vaccines in poor countries. His involvement in vaccines for polio and measles have made him an expert in ensuring equitable distribution—especially in poor countries. And this is where Mr Gates’s outlook is most positive. He believes the covid-19 vaccine will be the fastest ever made. If it is ready for distribution in the time he predicts, it will be by far the quickest vaccine ever to come to market.

The world is on track to meet this target. More than 150 vaccines are being developed worldwide, with six in final, large-scale clinical trials. Mr Gates has already donated hundreds of millions to the cause. He is willing to donate a lot more. But money from private foundations has limits—governments have to take the lead, he thinks, both because it is their health-care infrastructure that will have to be used for distribution, and in order to gain public support and trust. So far they have pledged a mere $10bn or so to global efforts to manufacture and distribute vaccines. This is not enough.


https://www.economist.com/international/2020/08/18/the-covid-19-pandemic-will-be-over-by-the-end-of-2021-says-bill-gates

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/najnowsze-fakty/news-bill-gates-o-szczepionce-na-koronawirusa-zakonczy-pandemie,nId,4679000
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Wrzesień 12, 2020, 23:57
Jesień epidemii będzie gorsza od wiosny. Pojawią się infekcje złożone, a chorzy zderzą się ze ścianą (1)
CEZARY PAKULSKI 7 WRZEŚNIA 2020

Przebieg COVID-19 w Polsce przeważnie jest łagodniejszy niż w innych krajach UE, a ciężkich płucnych postaci dużo mniej. Takiego obrazu pandemii można się u nas spodziewać jeszcze mniej więcej do połowy września. Później zapewne będzie gorzej

Dr hab. n. med. Cezary Pakulski – kierownik Kliniki Anestezjologii, Intensywnej Terapii i Medycyny Ratunkowej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. Lekarz kierujący oddziału intensywnej terapii Centrum Leczenia Urazów Wielonarządowych w SPSK nr 1 PUM w Szczecinie.

Kilka tysięcy zachorowań dziennie?

Od ponad miesiąca liczba nowo rozpoznanych zakażeń COVID-19 każdego dnia przekraczała 500 nowych przypadków. Liczba zakażeń spadła w ostatnich dwóch dniach, 7 września osiągając wartość najniższą od 20 lipca (302 zdiagnozowane zakażenia), ale najprawdopodobniej kwestią czasu jest osiągnięcie krytycznej wartości 1000 nowych zakażeń jednego dnia.

O powadze sytuacji niech świadczy fakt, że były Główny Inspektor Sanitarny (Marek Posobkiewicz – polityk PIS) przewiduje, że „dzienne liczby zakażeń koronawirusem mogą już niedługo sięgać kilku tysięcy, a skala problemu na jesieni będzie robiła wrażenie. Odzwierciedleniem powagi sytuacji będzie liczba zgonów oraz dostępność respiratorów dla osób w najcięższym stanie” (wypowiedź 23.08.2020 program „Gość Wydarzeń” Polsat News).

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy mamy do czynienia z drugą falą zakażeń, czy raczej jest to efekt nieodpowiedzialnego zachowania i nieodpowiedzialnych decyzji polityków. Decyzji o uwolnieniu wesel, o otwarciu stadionów i wcześniejszych wypowiedzi o pokonaniu pandemii w żaden sposób nie da się wytłumaczyć.

Dotychczasowe polskie doświadczenia wskazują, że o ile rzeczywista zachorowalność na COVID-19 jest zbliżona do tej obserwowanej w innych krajach Unii Europejskiej, to sam przebieg choroby przeważnie jest znacząco łagodniejszy, a częstość występowania ciężkich płucnych postaci dużo mniejsza.

Takiego obrazu pandemii w Polsce można się spodziewać mniej więcej do połowy września. Później zapewne będzie gorzej.

Pojawienie się dodatkowych zachorowań spowodowanych zakażeniem wirusami grypy i paragrypy będzie skutkowało gwałtownym wzrostem częstości hospitalizacji i izolacji (każda infekcja wirusowa do wykluczenia jej tła SARS-COV-2 będzie traktowana jako kolejne zachorowanie COVID-19).

Pojawią się superinfekcje

Pojawią się infekcje złożone, w których wirus grypy uszkadzając dolne drogi oddechowe ułatwi inwazję koronawirusom, ale również rozwój bakteryjnych nadkażeń płuc. Najcięższe postaci tych nadkażeń, określane potocznie terminem „superinfekcji”, będą prowadziły do zapaleń płuc powikłanych niewydolnością wielu narządów.

Czynnikiem sprawczym będą tu pneumokoki i pałeczki krztuśca, ale również wszystkie inne wysokooporne drobnoustroje kolonizujące oddziały szpitalne.

Zatem z punktu widzenia lekarza intensywisty wcale nie jest takie pewne, że najgorsze mamy już za sobą.

Ponownie powinniśmy zwrócić uwagę na

- posiadane kadry medyczne i możliwości ich uzupełnienia,
- na liczbę wolnych dla nowych przyjęć miejsc intensywnej terapii,
- liczbę respiratorów,
- punktów dostępu do tlenu, powietrza i próżni, zapasy ciekłego tlenu.

Jeszcze dwa tygodnie temu mogło się wydawać, że w przypadku pojawienia się natłoku chorych COVID-19 (np. 10-14 dni po rozpoczęciu roku szkolnego), łatwo będzie stworzyć dodatkowe łóżka izolacyjne w nowo tworzonych jednostkach jednoimiennych.

Po raczej niespodziewanej dezercji kierujących Ministerstwem Zdrowia i po przedstawieniu przez pana wiceministra Waldemara Kraskę przygotowanej właśnie przez tych odchodzących z Ministerstwa „strategii na jesień”, można naprawdę zacząć się bać.

Strategia smart, czyli POZ-y na front

Przedstawiona 3 września 2020 roku strategia w wersji „smart” tylko trochę ten strach pacyfikuje. Szpitale jednoimienne, które w niektórych regionach kraju już pękają w szwach, mają być częściowo likwidowane (pozostanie jeden szpital jednoimienny na dwa województwa), a

ciężar walki z koronawirusem ma zostać przesunięty na nieprzygotowane szpitale powiatowe i w części wciąż trudno dostępne dla swoich pacjentów praktyki Podstawowej Opieki Zdrowotnej.

Może dziwić, że „Wytyczne konsultanta krajowego w dziedzinie medycyny rodzinnej dotyczące teleporad w podstawowej opiece zdrowotnej udzielanych w czasie epidemii wywołanej wirusem SARS-CoV-2” z 14 sierpnia 2020 roku muszą przypominać, że „teleporada nie może być jedyną formą udzielania świadczeń w POZ”.

Wszystkie praktyki POZ muszą się otworzyć na pacjentów również w trybie kontaktu bezpośredniego i muszą być z tego trybu szczegółowo rozliczane. Upoważnienie jednostek POZ do zlecania wykonywania testów potwierdzających infekcję COVID-19 z automatycznym kierowaniem tych osób na kwarantannę to dobre posunięcie.

Czy tak samo dobrą propozycją jest zalecenie obowiązku osobistego kontaktu lekarza rodzinnego z chorym podejrzanym o COVID-19 przed zleceniem wykonania wymazu? Raczej nie.

Skoro przez pół roku Ministerstwo Zdrowia i NFZ same tolerowały, a wręcz promowały zasadę funkcjonowania POZ opartą o e-porady, e-skierowania i e-recepty, to nagła walka z telemedycyną przez wymaganie osobistego kontaktu lekarza POZ z chorym potencjalnie covidowym jest złym pomysłem.

W przypadku wypełnienia znamion prawdopodobnego zakażenia wirusem SARS-COV-2, skierowanie na wykonanie wymazu różnicującego rodzaj infekcji powinno mieć charakter elektronicznego i wystawionego w ramach e-porady.

W przeciwnym razie jednostki POZ staną się na długi czas zupełnie niedostępne dla potencjalnych pacjentów bez COVID-19.

Już 2 września 2020 roku „Porozumienie Zielonogórskie” wystąpiło do ministra zdrowia z apelem „o rozwagę i wspólne wypracowanie rozwiązań przy podejmowaniu decyzji związanych z opieką nad zakażonymi koronawirusem”.

Federacja ostrzegła, że „jeśli resort zdrowia przerzuci ciężar tej opieki na podstawową opiekę zdrowotną, dojdzie do załamania systemu, przychodnie POZ staną się wylęgarnią COVID-19, a starsi pracownicy (najbardziej zagrożeni infekcją) odejdą z pracy”.

Zdjęcie obowiązku osobistego kontaktu lekarzy POZ z chorym podejrzanym o COVID-19 przed zleceniem wykonania wymazu uczyniłoby ten i inne protesty bezzasadnymi.

Przez ostatnich 6 miesięcy pracownicy SANEPID-u, w swojej znacznej części bez zawodowego przygotowania medycznego, lepiej lub gorzej ale dawali sobie radę z pandemią i z dzwoniącymi o każdej porze dnia i nocy potencjalnymi chorymi.

Lekarze rodzinni nie powinni mieć z wykonaniem tych zadań żadnych problemów.

Pojawia się jedynie pytanie, czy rządzący mają przygotowany plan „B” na wypełnienie zadań POZ w godzinach popołudniowych, nocnych i w tzw. dni wolne.

Kataklizm popołudniowy, nocny i weekendowy

Przy gwałtownym zwiększeniu liczby infekcji wirusowych, zmniejszenie dostępności do jednostek POZ dotychczas w tym czasie zamkniętych będzie równoznaczne z kataklizmem, który obejmie jednostki ratownictwa medycznego oraz szpitalne oddziały ratunkowe i je zablokuje.

Pamiętajmy też, że w planach Ministerstwa Zdrowia jest zamiar uruchomienia w październiku programu TOP SOR, który sam z siebie, nawet bez pandemii, sprowadzi na SOR-y Armagedon.

Ograniczenie liczby szpitali jednoimiennych do 9 w takim momencie można rozumieć wyłącznie jako chęć pozyskania jakichś oszczędności. Za leczenie chorego w szpitalu jednoimiennym Narodowy Fundusz Zdrowia płaci więcej niż za leczenie takiego samego chorego w szpitalu niejednoimiennym (powiatowym, wojewódzkim). Do tego dochodzą dodatki finansowe wypłacane personelowi zatrudnionemu w szpitalu jednoimiennym, które mają zrównoważyć straty wynikające z zakazu pracy w drugim i kolejnych jednostkach ochrony zdrowia.

Czy ktoś jednak wziął pod uwagę koszty transportu medycznego chorych ze szpitala powiatowego do wojewódzkiego niejednoimiennego zakaźnego lub do jednej z 9 wysokospecjalistycznych jednoimiennych jednostek covidowych?

Dla miasta Szczecina, w którym szpital jednoimienny został zlikwidowany, ten wysokospecjalistyczny jest w Poznaniu. Kto będzie płatnikiem za te transporty medyczne: Ministerstwo Zdrowia, służby wojewody, czy znowu praktyki POZ i zadłużone szpitale ?

Dotychczas transporty karetkami „covidówkami” były dla zgłaszających ten transport bezpłatne, ale od teraz to już historia.

Szpitale powiatowe nieprzygotowane

Wreszcie skąd personel do kolejnych zespołów transportowych, skoro już teraz każdego dnia w Szczecinie nie ma obsady ratowników medycznych do jednego – kilku zespołów ratownictwa medycznego podstawowych pracujących w systemie.

Wskazanie szpitali powiatowych jako tych w procesie diagnostyczno-terapeutycznym teraz najważniejszych może trochę dziwić.

Przez kolejne miesiące trwania pandemii szpitale jednoimienne wytworzyły swoje schematy, wręcz automatyzmy działań, wprowadziły procedury zabezpieczające, a mimo to ogniska zakażeń personelu wciąż się w nich zdarzają.

Nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, żeby przewidzieć co będzie się działo w jednostkach, które do tej pory miały raczej iluzoryczną styczność z chorym na COVID-19 i tych wszystkich procedur (nawet jeśli one były przygotowane) nie miały okazji przetestować.

W jaki sposób szpitale powiatowe mają w ciągu kilku najbliższych dni stworzyć kolejne izolatki, w sąsiedztwie których będzie pomieszczenie z możliwością prowadzenia wentylacji zastępczej?

Należy się obawiać, że w szpitalach powiatowych takimi miejscami okażą się wyłącznie obszary intensywnej terapii, które w większości szpitali powiatowych jako jedyne są izolowane i posiadają możliwość prowadzenia wentylacji zastępczej respiratorem.

Gdzie wtedy będziemy mogli leczyć chorych, którzy stosowania technik intensywnej terapii będą wymagali z innych przyczyn?
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Wrzesień 12, 2020, 23:57
Jesień epidemii będzie gorsza od wiosny. Pojawią się infekcje złożone, a chorzy zderzą się ze ścianą (2)

Nie ma miejsc i sił

Zasoby intensywnej terapii w szpitalach innych niż te jednoimienne są niewielkie. Liczba łóżek intensywnej terapii w każdym województwie w marcu uległa zmniejszeniu o te funkcjonujące w szpitalach jednoimiennych.

Chorzy po ciężkim urazie, po udarze, po zatrzymaniu czynności serca z powodu jego zawału, zatruci, wymagający intensywnej terapii w okresie okołooperacyjnym, czy z innych przyczyn – to stale się dzieje. To nie jest też tak, że każdy chory z COVID-19 wymagający prowadzenia technik intensywnej terapii jest teraz leczony w szpitalu jednoimiennym.

Jeżeli ktoś np. z powodu ciężkich mnogich obrażeń ciała lub udaru mózgu zakwalifikowanego do leczenia trombektomią zostaje przyjęty do wielospecjalistycznego szpitala niejednoimiennego, w tym szpitalu pozostaje nawet wtedy, jeśli w trakcie badania skriningowego okaże się COVID-19.

Gdybyśmy dziś w każdym województwie na stanowiskach Wojewódzkiego Koordynatora Ratownictwa Medycznego sprawdzili, ile jest wolnych miejsc do leczenia w oddziałach intensywnej terapii (poza szpitalami jednoimiennymi), okazałoby się, że w skali województw tych miejsc byłoby od zera do kilku, a w skali kraju co najwyżej kilkadziesiąt.

Wniosek – nie ma miejsc i sił zapasowych.

Zamiast karać lekarzy, zmusić administrację do działania

Przyczyn tych niedoborów jest wiele. Jedną z nich jest konieczność przetrzymywania w oddziałach intensywnej terapii chorych ze złym wynikiem leczenia (w stanie wegetatywnym, w stanie minimalnej świadomości, wymagających stałej pielęgnacji).

Chorzy ci, choć już nie wymagają prowadzenia technik intensywnej terapii, nie są wentylowani sztucznie respiratorem, nie otrzymują silnie działających leków we wlewie ciągłym, miejsce w oddziale intensywnej terapii blokują tylko dlatego, że z różnych przyczyn nie mogą zostać przeniesieni do Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych (ZOL) lub Opiekuńczo-Pielęgnacyjnych.

Nie są też odbierani przez rodziny. Z takim samym problemem stykają się równie deficytowe jeśli chodzi o miejsca do leczenia oddziały neurochirurgii i neurologii. W skali kraju to duże liczby.

Konieczne są wszelkiego rodzaju działania, które stworzą warunki do odblokowania miejsc do leczenia przez ułatwienie wypisania chorych, dla których nie ma dalszych wskazań do leczenia w wymienionych oddziałach.

Zamiast podstępnego przemycania kolejnych sankcji karnych dla zawodów medycznych (patrz artykuł 37a Kodeksu Karnego uchwalony w „Tarczy antykryzysowej 4.0”) może warto byłoby zaproponować prawo, które w końcu stanie się przydatne.

Przykładowo zakreślenie terminu maksymalnie 7 dni

- Powiatowym i Wojewódzkim Zespołom do Spraw Orzekania o Niepełnosprawności na rozpatrzenie wniosków o wydanie orzeczenia o niepełnosprawności i o stopniu tej niepełnosprawności,

- Miejskim Ośrodkom Pomocy Społecznej i ich odpowiednikom na niższych szczeblach administracyjnych w kwestii wydawania decyzji o przyznaniu zasiłku stałego lub okresowego w związku z niepełnosprawnością,

- a Urzędom Miejskim w kwestii wydania decyzji o wyrobieniu zagubionego dowodu osobistego i wykonanie tego dokumentu w czasie kolejnych 7 dni.

Obecnie czas realizacji tych działań, niezbędnych z punktu widzenia możliwości zorganizowania kolejnych etapów sprawowania opieki nad chorym, trwa od 6 tygodni do 6 miesięcy. Konieczność ustanowienia przez sąd opiekuńczy przedstawiciela ustawowego chorego, cały ten proces wydłuża o co najmniej 3 miesiące.

Przez ten czas chory zajmuje łóżko intensywnej terapii, a każdy dzień pobytu w Oddziale Intensywnej Terapii kosztuje nas wszystkich średnio 40-45 tysięcy zł za miesiąc (dla porównania koszt opieki w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym to mniej więcej dziewięć razy mniej: ok. 6 tys. zł miesięcznie).

Ze względu na sposób finansowania świadczeń przez NFZ przenoszenie takich chorych w obrębie oddziałów tego samego szpitala nie jest ekonomicznie uzasadnione.

Tworzenie i likwidowanie

W marcu w Polsce mieliśmy 4500 miejsc intensywnej terapii, 10100 sztuk respiratorów, z czego 1400 sztuk w szpitalach jednoimiennych oraz jako zaplecze intensywnej terapii dla oddziałów zakaźnych.

Ile sztuk respiratorów mamy teraz, po kilku miesiącach trwania pandemii i po prowadzonych przez Ministerstwo Zdrowia „zakupach” sprzętu – nie wiemy.

Sieć Obywatelska Watchdog Polska poinformowała zresztą, że części z respiratorów zakupionych przez szczęśliwie już byłych Ministrów Zdrowia nie da się podłączyć do obowiązujących w Polsce instalacji tlenowych, więc na razie jakby ich nie było.

Powtórzę 1400 sztuk respiratorów w szpitalach jednoimiennych oraz jako zaplecze dla oddziałów zakaźnych. Aktualnie to te szpitale są zobowiązane do uruchomienia kolejnych, zapasowych oddziałów intensywnej terapii, gdyby ciężka pandemia postępowała.

W tych szpitalach powstały plany, gdzie i jak tworzyć takie oddziały oraz kto w nich ma pracować. Likwidując część szpitali jednoimiennych, Ministerstwo Zdrowia zdecydowało się od tych zabezpieczeń odstąpić. Odtworzenie struktur szpitala jednoimiennego (jeżeli powróci taka potrzeba) paradoksalnie może się okazać zadaniem dużo trudniejszym niż jego obecne utrzymanie.

O ile stworzenie nowych miejsc intensywnej terapii jest teoretycznie możliwe, to zatrudnienie nowego personelu medycznego, który sprzęt intensywnej terapii potrafiłby w sposób prawidłowy i bezpieczny obsługiwać, nawet w teorii możliwe już nie jest.

Czas, jaki mieliśmy od rozpoczęcia pandemii na wyszkolenie potencjalnych rezerw systemu, nie wszędzie został wykorzystany, a w szpitalach powiatowych nikt o potrzebie takich szkoleń nawet nie myślał.

Szkolić, szkolić, szkolić

Prowadzenie szkoleń personelu pomocniczego (lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych) w zakresie podstaw obsługi sprzętu intensywnej terapii, prowadzenia bezpiecznej respiratoroterapii i bezpiecznego poruszania się po oddziale intensywnej terapii jest niezbędne.

Nie wiemy, jaki będzie przebieg pandemii jesienią i zimą, z jak gwałtownymi sytuacjami się zderzymy. W północnych Włoszech tym, co w systemie ochrony zdrowia zawiodło, był brak merytorycznie przygotowanych rezerwowych kadr medycznych.

Potrzeby w zakresie prowadzenia technik intensywnej terapii stały się tak duże, że szybko zabrakło osób, które potrafiłyby uruchomić kolejny respirator i bezpiecznie kontrolować i monitorować jego pracę.

Kadry były przygotowywane „ex tempore”, co skutkowało stratami w ludziach po obu stronach. Pacjenci umierali nie tylko z powodu samego COVID-19, ale również z powodu powikłań nieprawidłowo prowadzonych technik wentylacji wspomaganej i zastępczej respiratorem.

Z kolei pracownicy ochrony zdrowia umierali z powodu braku umiejętności zachowania podstawowych zasad bezpieczeństwa w trakcie realizowania świadczeń medycznych u krytycznie chorego COVID-19.

Jest znamienne, że w liczbie zmarłych we Włoszech osób personelu medycznego nie było pielęgniarek anestezjologicznych oraz lekarzy anestezjologów i intensywistów. Pośród tych, którzy zmarli, nie było zatem osób znających i na co dzień stosujących zasady aseptyki i antyseptyki oraz świadomych dróg szerzenia się zakażenia.

My startujemy z dużo gorszej pozycji. Niedostatek kadr medycznych, każdego rodzaju, obserwujemy już teraz.

W naszym przypadku nie chodzi nawet o być może prawdopodobną potrzebę szybkiego uruchomienia wielu kolejnych miejsc intensywnej terapii. My potrzebujemy kadr medycznych, które zastępowałyby wykruszające się w trakcie trwania pandemii zespoły lekarsko-pielęgniarskie (kwarantanna / izolacja) na obecnie funkcjonujących oddziałach intensywnej terapii.

Dla bezpieczeństwa chorych, ale też personelu medycznego konieczne jest rozpoczęcie i kontynuowanie szkoleń

- poruszania się w obszarze OIT,

- obsługi respiratorów i innych skomplikowanych urządzeń intensywnej terapii (monitory funkcji życiowych, urządzenia do terapii nerkozastępczej, inne),

- wykonywania procedur pielęgnacyjno-medycznych (np. zapobieganie nieoczekiwanemu rozszczelnieniu układu oddechowego chory-respirator, stosowanie systemów zamkniętych do odsysania wydzieliny z drzewa oskrzelowego, nauka bezpiecznego obracania pacjenta intensywnej terapii do pozycji „na brzuchu”).

Od działań edukacyjnych może potem zależeć życie naszych chorych, ale również osób nam pomagających. Nawet gdyby szczęśliwie ponownie okazało się, że nie będzie potrzeby uruchamiania dodatkowych sił personelu medycznego, prowadzone szkolenia nie będą dla nich czasem straconym.

W marcu kierujący Ministerstwem Zdrowia, widząc obrazy między innymi z Włoch i Hiszpanii, byli przerażeni tym, co zapewne wydarzy się również w Polsce oraz tym, jak wytłumaczą się z nieprzygotowania kraju na pandemię.

Teraz, gdy widzą, że w przeważającej większości przypadków Polki i Polacy chorują lekko, a jedyne co psuje obraz to 2124 (stan na 7 września) oficjalnie zarejestrowane w Polsce zgony w związku z COVID-19, wahadło wychyliło się w przeciwną stronę i zdecydowano o rezygnacji ze znacznej części zabezpieczeń.

Cena tych decyzji może być wysoka. Każda strategia walki z wirusem SARS-COV-2, nawet ta nowa ogłoszona 3 września 2020 roku „strategia smart”, musi uwzględniać gorszy niż przewidywany rozwój sytuacji epidemiczno-zdrowotnej.

Dzisiaj przecież jeszcze nikt nie wie jaka będzie w Polsce sytuacja za miesiąc lub dwa, jeśli / kiedy pojawią się infekcje i zakażenia towarzyszące, wikłające leczenie również populacji osób młodych.

Nikt też nie wie, jakie wtedy będzie zapotrzebowanie na miejsca intensywnej terapii dla chorych z COVID-19 i ze wskazaniami innymi. Wiemy natomiast, że leczenie w OIT jednego chorego z niewydolnością oddechową z powodu ostrego uszkodzenia płuc np. wirusem SARS-COV-2 trwa od dwóch tygodni do nawet kilku miesięcy, a następująca potem rehabilitacja wiele kolejnych miesięcy.


https://oko.press/jesien-epidemii-bedzie-gorsza-od-wiosny/
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Wrzesień 14, 2020, 00:04
Koronawirus w Polsce. Prof. Krzysztof Simon: Zróbmy w końcu coś dla żywych
PAWEŁ KAPUSTA 13 września

(https://v.wpimg.pl/MDY4Mzk2YiU4VjtJRElvMHsObxMCEGFmLBZ3WER9YnJtADVOWQtiIjBYKAgOQiJqPkY4CgpFPWopWGIbG1tiMmgbKRMYQiElIBsoFwlXKWttDCxJU1F9cnQBLBlSH3lwPQxgGAhRemk4A3VNDld0fWgEfRlJTw==)

Apelujemy. Straszymy, a i tak wielka część to wszystko lekceważy. Zwykły człowiek ma inne potrzeby. Chce iść na gofry, napić się piwa, zjeść smażoną rybę i i śmiać się z tych wszystkich "idiotów" w maskach. A ja wciąż mówię: epidemia jest faktem. Trwa - mówi profesor Krzysztof Simon w książce "Pandemia. Raport z frontu".

Wywiad został przeprowadzony 19 czerwca 2020 roku. Pochodzi z książki "Pandemia. Raport z frontu" autorstwa Pawła Kapusty. (...)

Paweł Kapusta: Dla pana – specjalisty chorób zakaźnych z potężnym doświadczeniem – to co się teraz wokół nas dzieje to największe wyzwanie w zawodowej karierze?

Prof. Krzysztof Simon: A skąd! Zdecydowanie nie! To tylko kolejna epidemia, która nas dotknęła. Poważniejszym problemem i skrajnie ryzykownym byłaby Ebola, która zresztą szykowała się nam kilka lat temu. Może mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale mieliśmy tu, na naszym oddziale, cztery przypadki z kontaktu z Ebolą. Proszę pamiętać, że śmiertelność zespołu obsługującego pacjentów z tą chorobą według statystyk sięga nawet czterdziestu–pięćdziesięciu procent. Czyli co drugi pracownik by mi tu umarł. A być może i ja.

Bał się pan wtedy?

Wtedy to się bałem! I to na poważnie! A niech pan sobie wyobrazi, że dokładnie w tym czasie jakiś idiota wymyślił sobie pomoc humanitarną i chciał wysłać pięćdziesięcioro dziewięcioro dzieci z Wrocławia do obozowisk w Manrovii w Liberii. Gdzieś, gdzie był akurat szczyt epidemii Eboli! Czy pan jest to w ogóle w stanie objąć rozumem?! Bo ja nie byłem w stanie. Wyobraża pan sobie moment, w którym te dzieci wróciłyby do Polski? Gdy się o tym pomyśle dowiedziałem, poruszyłem niebo i ziemię, by to powstrzymać. Co się wtedy o sobie z różnych środowisk nasłuchałem, to moje. Na szczęście później oczywiście uruchomiły się też odpowiednie służby, które interweniowały. To był nieprawdopodobny skandal. A żeby było jasne, dziewięcioro dzieci stamtąd wróciło. I stąd strach.

Eboli na szczęście w Polsce nigdy nie było.

No na szczęście, proszę pana! Na szczęście! To jest po prostu katastrofalna choroba! Bardzo niebezpieczna! Mamy jednak dziesiątki innych, zakaźnych chorób. Niech pan popatrzy choćby na grypę albo ptasią grypę. Przebieg ma niby łagodniejszy, ale nie u osoby po białaczce albo u osoby z marskością. To też zbiera swoje żniwo.

Przypadek z Ebolą był dla nas potężnym wyzwaniem. Prosiłem wtedy o szybkie przygotowywanie obiektów szpitalnych, które służyłyby nam już przy ewentualnych, innych możliwych epidemiach. Jak pan pewnie się domyśla, do dziś nie doczekaliśmy się rozbudowy tego obiektu. No i co? No i wybuchła gigantyczna pandemia koronawirusa. Wywołana zresztą niechlujstwem Chińczyków.

Chińczycy bardzo nie lubią krytycznych głosów pod swoim adresem.

Bardzo nie lubią, ale to laboratorium wybudowane w Wuhan przez nich i Francuzów zawsze stwarzało ogromne kłopoty. Do tego stopnia, że w pewnym momencie Francuzi się z tego projektu wycofali. Nie godzili się na takie standardy. Prowadzono tam badania nad koronawirusami.

Niewątpliwie jest to wirus dziki, który wymknął się spod kontroli. Mówi się, że na targu sprzedawano zwierzęta doświadczalne, a Chińczycy to później utajniali i opóźniali informacje o wybuchu epidemii. Czy to prawda, oczywiście nie wiem. Taka sytuacja w tak wielkim mieście i tak wielkim państwie mogła mieć tragiczny skutek. Ludzie rozjechali się po świecie, roznieśli wirusa. Gdy wprowadzano restrykcje miejskie, graniczne, było już za późno. Gdyby wcześniej zastosowano ograniczenia, można było tę epidemię opanować. Ale z pocieszających rzeczy – podobnych wirusów jest na świecie jeszcze czterysta pięćdziesiąt…
(...)
https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-w-polsce-prof-krzysztof-simon-zrobmy-w-koncu-cos-dla-zywych-6553557925653408a
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Wrzesień 20, 2020, 21:51
Koronawirus pół roku później. Dr Grzesiowski: żadna inna szczepionka nie powstała tak szybko, i to od zera
18 września

- Nie ma co myśleć o zniesieniu zakazu noszenia maseczek. To byłby czysty idiotyzm - mówi dr Paweł Grzesiowski na łamach "Przeglądu" w rozmowie z Dorotą Bartosewicz. - Co do szczepionek, nowością jest to, że one w ogóle już są. W marcu nie było nic. Żadna inna szczepionka nie powstała tak szybko, i to od zera - zauważa specjalista.

(https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/PdZk9kpTURBXy80ZmE5OWZmZTk3MjhjMDc3NTY0Nzc3MGZlNWM2MjZlYi5qcGeSlQMAzQEQzQ4UzQfslQLNA50Aw8OCoTAFoTEB)
Dr Paweł GrzesiowskiDr Paweł Grzesiowski - Bartłomiej Zborowski / PAP

- Są to nieodwracalne uszkodzenia, które mogą doprowadzić do tzw. zespołu pocovidowego, czyli nowo odkrytej choroby. Jej objawy mogą być bardzo zmienne, od zespołu przewlekłego zmęczenia po zaburzenia hormonalne i immunologiczne - mówi dr Grzesiowski na temat skutków zachorowania na COVID-19

- Nie jesteśmy w stanie inaczej „unieszkodliwić” wirusa niż przez izolację poszczególnych osób, najlepiej z zachowaniem rygorystycznych barier epidemicznych - uważa ekspert

- Nie ma czynnika, który by powodował, że wirus zniknie. Gorzej, nie ma żadnych przesłanek, że epidemia ma się ku końcowi. Wręcz przeciwnie, poszerza zakres - uważa dr Grzesiowski

Dorota Bartosewicz: Czym się różni koronawirus z dziś od tego z marca?

Dr Paweł Grzesiowski: Biologicznie różni się niewiele, bo tempo mutacji jest dość wolne, a geny, które mutują, nie zmieniają na razie właściwości wirusa. Widzimy po dwie-trzy zmiany na miesiąc, na razie nieistotne dla przebiegu zakażenia.

Pewne niuanse jednak widać, choćby w analizie porównawczej naukowców z Instytutu Genetyki Człowieka PAN.

Tak, bo mamy teraz zdiagnozowanych sześć głównych wariantów tego wirusa: L, V i S przeważają w chińskich próbkach z Wuhan, a w krajach europejskich najczęściej występują: G, GH i GR. Ale tu uwaga: są one tylko nieznacznie od siebie oddalone. Poza tym ich sekwencje jasno pokazują, że w Polsce mamy do czynienia z genetyczną mieszanką wielu wariantów wirusa SARS-CoV-2, co zapewne jest wynikiem transferu patogenu z różnych lokalizacji.

To skąd w mediach informacje o tym, że większość polskich próbek należy do typu G?

– Ale to nieprawda! Sama nadreprezentacja jednego szczepu wcale nie musi świadczyć o szczególnym kierunku ewolucji wirusa, nawet na danym terenie. Równie dobrze może być efektem wybiórczego pobierania próbek. Na ponad 60 tys. zakażonych w Polsce sprawdzono tylko 90 sekwencji SARS-CoV-2. Dla porównania w międzynarodowej bazie GISAID, która zbiera dane o wszystkich poznanych dotąd sekwencjach genomów wirusów grypy i SARS-CoV-2, jest ich aż 42 tys.! Ostatnie trzy miesiące nie przyniosły przełomowych odkryć.

W tym czasie zmieniła się za to wiedza, co i jak koronawirus uszkadza w organizmie. Początkowo dane z Azji mówiły tylko o tym, że wywołuje zapalenie płuc, i to głównie u osób starszych.

W raportach pisano też, że jego śmiertelność ogólna, czyli we wszystkich grupach wiekowych, jest relatywnie wysoka i sięga 10, a nawet 15 proc.. Tak! Zresztą właśnie te informacje, pokazujące koronawirusa jako bardzo niebezpieczną chorobę, wpłynęły na decyzję WHO o ogłoszeniu pandemii jeszcze w marcu, a także skutkowały światowym lockdownem.

Dopiero z czasem ustalono, że wirus atakuje nie tylko płuca, ale również inne narządy, bo łączy się z białkiem ACE-2, czyli receptorem znajdującym się w komórkach śródbłonka naczyń krwionośnych. To odkrycie diametralnie zmieniło podejście do patofizjologii tej choroby.

Pokazało też, że jej pierwsza faza to atak na błony śluzowe nosa lub spojówki, druga – atak na komórki tkanki płucnej, a trzecia to już tzw. hiperzapalenie, którego efektem są ciężkie powikłania w wielu narządach, z wykrzepianiem w naczyniach nerek, mózgu, wątroby itd. Zakrzepy w małych naczyniach mogą powodować podobne zmiany jak zawał serca czy udar mózgu. Są to nieodwracalne uszkodzenia, które mogą doprowadzić do tzw. zespołu pocovidowego, czyli nowo odkrytej choroby. Jej objawy mogą być bardzo zmienne, od zespołu przewlekłego zmęczenia po zaburzenia hormonalne i immunologiczne.

I to niezależnie od wieku?

– Wiek akurat w tej chorobie ma niebagatelne znaczenie. Co do zasady: u dzieci i osób młodych koronawirus najczęściej wywołuje łagodne zakażenia. Ciężkie przypadki zdarzają się raz na tysiąc, a zgony nawet na 10-100 tys. przypadków. Generalnie przyjmuje się, że chorych pełnoobjawowych w tej grupie wiekowej jest nie więcej niż 5 proc., podczas gdy wśród osób po 50. roku życia już ok. 20 proc.. Najcięższą postać choroby z uszkodzeniem wielu narządów ma mniej więcej co trzecia osoba z tej grupy. Po 50. roku życia rośnie też śmiertelność z powodu zakażenia koronawirusem, u osób po 70. roku życia dochodzi ona nawet do 15 proc..

Jaki mechanizm tutaj działa? Czym to tłumaczyć?

Starzeniem się układu odporności. Przy czym chodzi tu nie tylko o zużywanie się z wiekiem pewnych elementów, ale i – co również teraz wiadomo – o zaburzenie regulacji odpowiedzi zapalnej, które prowadzi do nadmiernej produkcji białek zapalnych.

Przenieśmy to na grunt inny niż immunologia: starszy człowiek szybciej się niecierpliwi, częściej denerwuje i jest mniej stabilny emocjonalnie, choć rzecz jasna nie wszyscy. Tak samo niektóre osoby doznają burzy zapalnej, my to nazywamy burzą cytokinową, w wyniku której ulegają uszkodzeniu różne narządy. Inaczej mówiąc, dochodzi do autodestrukcyjnego uruchomienia odpowiedzi zapalnej; najczęściej powiązanej właśnie z wiekiem.

Inni naukowcy wskazują głównie siłę odpowiedzi immunologicznej.

Zgoda, jednak nie ma tu sprzeczności, bo to element tej samej hipotezy. Są wśród nas osoby, które szybko neutralizują koronawirusa, a jeśli nawet chorują, to krótko i bezobjawowo. Pojawienie się COVID-19 w organizmie powoduje u nich natychmiastową produkcję białek i komórek odpornościowych, a przez to eliminację SARS-CoV-2 w 7-10 dni.

U osób starszych z kolei wirus dłużej przebywa w organizmie, co pozwala mu namnażać się w większej liczbie komórek i w efekcie powoduje rozległy stan zapalny. Reakcja układu odpornościowego to zresztą bardzo świeży temat; on dopiero przed nami się otworzył. Pierwsze szersze badania immunologiczne pochodzą z maja-czerwca.

Co jeszcze na podstawie tych badań wiadomo o tym, jak organizm odpowiada na atak wirusa?

Dowiedziono, że dominujące znaczenie mają limfocyty, czyli komórki odpornościowe, które odpowiadają za pamięć immunologiczną. A nie – jak wcześniej sądzono – przeciwciała. Początkowo to one miały nas chronić przed koronawirusem, tymczasem okazało się, że są nawet słabym wyznacznikiem diagnostycznym infekcji. Po pierwsze, nie wszyscy je wytwarzają, po drugie – są często nieswoiste, a po trzecie – szybko zanikają.

Jak szybko?

U prawie połowy pacjentów bezobjawowych przeciwciał nie ma już po dwóch miesiącach. To bardzo szybko. Po ciężkich przebiegach zanikają wolniej, chociaż nie będą obecne do końca życia.

Ale to oznacza, że chińskie testy oparte na przeciwciałach…

…które miały dawać szybką odpowiedź: mam koronawirusa czy nie, okazały się niewypałem. Niestety. To duża frustracja, bo w wielu innych chorobach wirusowych pozwalają na szybkie rozpoznanie.

Szybkie testy na odporność komórkową – może one już są?

A skąd. Wykonuje się je tylko w specjalistycznych laboratoriach naukowych i pewnie długo jeszcze tak zostanie, bo to badania skomplikowane i bardzo kosztowne. Na szczęście są już nowe technologie, do których zaliczyć możemy choćby skrócony test PCR (z wymazu) czy np. testy antygenowe. Miejmy nadzieję, że te nowe testy szybko się pojawią w zastosowaniach masowych.

W takim razie co tu i teraz może pomóc lekarzom?

Choćby samo rozróżnienie trzech grup chorych, z których każda ma inne odzwierciedlenie w reakcji immunologicznej. Bezobjawowi to ci, u których przeciwciała pojawiają się na krótko, co jednak nie znaczy, że są oni nieodporni. Wytwarza się u nich pamięć komórkowa. A skoro tak, to znaczy, że nie powinni drugi raz zachorować na COVID-19. A przynajmniej na razie nie stwierdzono na świecie ani jednego udokumentowanego przypadku ponownego pełnoobjawowego zachorowania. Ostatnie doniesienie z Hongkongu mówi o pacjencie, u którego po czterech i pół miesiąca od pierwszego, łagodnego zakażenia wykryto nowy wariant wirusa, ale pacjent nie miał żadnych objawów.

Druga grupa to osoby, które mają wysoką gorączkę…

…bóle mięśniowe, osłabienie, kaszel, ból gardła czy np. skarżą się na utratę smaku i węchu – te ostatnie także po marcu zostały wpisane na listę objawów przy SARS-CoV-2. Umiarkowanie chorzy – bo o nich teraz mowa – mają przeciwciała na wyższym poziomie i dłużej obecne, zwykle po 10 dniach eliminują wirusa. Trzecia grupa to ci najbardziej chorzy – z dusznością, zapaleniem płuc i powikłaniami pozapłucnymi, u których eliminacja wirusa trwa około trzech tygodni. Z pełną odpowiedzią immunologiczną: dużą liczbą przeciwciał i odpornością komórkową. Ta grupa jest zresztą najmniejsza. Wśród wszystkich chorych nie większa niż 10-15 proc.

Skoro już o klasyfikacji mowa, to COVID-19 nie jest pierwszym znanym nam koronawirusem. Wcześniej był np. SARS. Co dokładnie je łączy?

Wirus z Wuhan ma genom w 80 proc. podobny do SARS; reszta to nowe mutacje. Oba dają podobne objawy ze strony dróg oddechowych i są przenoszone drogą kropelkową. Z człowieka na człowieka, choć mają pochodzenie odzwierzęce. Pojawiły się też w tej samej chińskiej prowincji Guangdong.

Tyle podobieństw, bo inne są już okresy inkubacji (u koronawirusa wynoszą od jednego do 14 dni; w przypadku SARS pięć-sześć dni – przyp. red.). Ba, z najnowszych badań porównawczych koronawirusów nietoperzowych wynika, że SARS-2 jest bardziej zakaźny, czyli szybciej się rozprzestrzenia niż SARS-1, za to mniej od niego agresywny. Śmiertelność w przypadku wirusa z Wuhan jest stosunkowo niewielka; WHO szacuje ją na 0,5-1 proc., dla SARS – 10 proc.

Czy na tych analogiach można oprzeć to, jak walczyć i jak wygrać z koronawirusem?

To, co można było zrobić, już zrobiono – pamiętajmy, że oba wirusy namnażają się w organizmie ludzkim, a każdy zakażony może zakażać kolejne osoby jeszcze przed wystąpieniem objawów. Dlatego nie jesteśmy w stanie inaczej „unieszkodliwić” wirusa niż przez izolację poszczególnych osób, najlepiej z zachowaniem rygorystycznych barier epidemicznych. I tutaj wiele zaczerpnięto właśnie z walki z SARS-1. Szybko podjęto decyzje o kwarantannie, ograniczono transport publiczny, w tym zamknięto lotniska, a także zamrożono gospodarkę…

A nie ma innych mechanizmów walki z tego rodzaju chorobami, dopóki nie będzie skutecznej szczepionki?

To wydaje się dramatyczne, ale nie. Mimo całego postępu technologicznego nie ma innych możliwości. Liczy się przede wszystkim izolacja, a z drugiej strony leczenie objawów z wykorzystaniem leków, które hamują reakcje zapalne. I to znacznie, bo zmniejszają śmiertelność o 30 proc. Choć, co też trzeba przyznać, jak z każdym lekiem przeciwwirusowym często możemy po nie sięgać wtedy, kiedy jest już za późno. Bo wirus szybko atakuje komórki; inaczej niż bakterie – tu zakażenie rozwija się stopniowo. Dlatego wczesne rozpoznanie ma gigantyczne znacznie. A im wcześniej podamy lek, tym lepsze będą efekty.

Zresztą tak samo działa surowica ozdrowieńców. To gotowe przeciwciała, które mają neutralizować wirusa. Ale mają sens tylko wtedy, kiedy podamy je we wczesnej fazie zakażenia. A co do szczepionek, nowością jest to, że one w ogóle już są. W marcu nie było nic. Żadna inna szczepionka nie powstała tak szybko, i to od zera! W lutym zaczęły się badania na poziomie eksperymentalnym, teraz trwają badania trzeciej fazy. Od razu ośmiu produktów. Przy czym każdy oparty jest na innej technologii. Są wśród nich szczepionki RNA, DNA, pełnokomórkowe, adenowirusowe, wektorowe…

I kiedy pierwsza może być dostępna?

Wyniki wstępne badań trzeciej fazy będą do końca roku. Jeżeli okażą się dobre, rejestracja warunkowa nastąpi wiosną 2021 r. Jeżeli nie, wszystko się przedłuży.

Rosja tymczasem już ogłosiła, że szczepionka na COVID-19 została zarejestrowana. Produkcja planowana jest na wrzesień, a pierwsze szczepienia – na październik.

To bardzo zła informacja, bo wiadomo, że ten prototyp nie przeszedł badań trzeciej fazy, a rząd wywarł presję na naukowców, którzy przyznają, że nie mają pełnych danych o skuteczności i bezpieczeństwie tego preparatu. To wielka nieodpowiedzialność ze strony władz, bo łamią wszelkie zasady dopuszczania leków do masowego użycia. Świat naukowy jest porażony ingerencją polityków w procesy badawcze; zresztą podobną presję wywiera prezydent Trump w USA, krytykując za domniemaną opieszałość naukowców i agencję rejestracji.

Czyli jest ryzyko, że koronawirus może z nami zostać na zawsze?!

Na teraz tak. Nie ma czynnika, który by powodował, że wirus zniknie. Gorzej, nie ma żadnych przesłanek, że epidemia ma się ku końcowi. Wręcz przeciwnie, poszerza zakres. Jest właściwie na całym globie, niezależnie od rasy, klimatu i innych czynników. Jedyne, co powoduje, że przygasa, to nasze działania prewencyjne.

Te jednak na niewiele mogą się zdać. Przecież na jesieni chorych będzie jeszcze więcej. Do koronawirusa dołączy sezonowa grypa – biją na alarm eksperci.

Szacuje się, że w szczycie sezonu będziemy mieli dziennie w Polsce 50-80 tys. pacjentów z objawami grypy (w poprzednich latach w sezonie grypowym, czyli między wrześniem a marcem, było ich ok. 4 mln). I oni będą nie do odróżnienia od zakażonych COVID-19 – w obu przypadkach organizm zareaguje tak samo, pojawią się gorączka, kaszel, bóle mięśniowe i np. ogólne zmęczenie.

„COVID-19 odróżnia od grypy przede wszystkim duszność, czyli spłycenie oddechu”, piszą zagraniczne media. I wyliczają, że we wczesnej diagnozie zakażenia koronawirusem pomóc może kolejność, w jakiej pojawiają się dolegliwości – zwykle najpierw są gorączka, kaszel i bóle mięśni, a następnie nudności oraz wymioty oraz biegunka.

Niestety, ani kaszel, ani duszność, ani kolejność objawów nie są typowe jedynie dla koronawirusa – wiele innych drobnoustrojów powoduje te same dolegliwości. Bez badań wirusologicznych nie da się potwierdzić przyczyny zakażenia.

A COVID-19 jako COVID-19 na jesieni będzie więcej?

Nie z powodu jesieni, bo on nie reaguje na klimat. A fakt, że koronawirus najlepiej czuje się w temperaturze 4-8 st. C, wcale nie wpływa na jego zakaźność. Przecież my nie schładzamy naszego oddechu. Ale jak będzie chłodniej, to chętniej będziemy przebywać w zamkniętych pomieszczeniach, rzadziej będziemy je wietrzyć, a to spowoduje, że wirus będzie miał więcej okazji do przenoszenia.

Wirus dłużej przeżyje na powierzchni.

Zgoda, w niższej temperaturze może przeżyć nawet kilka dni, w wyższej – maksymalnie kilka godzin. Ale co z tego, czy my liżemy podłogi?! Nie! Czyli jeśli chodzi o główną drogę zakażenia, aerozol wydychany przez chorych, to temperatury nie miały i nie mają znaczenia. Latem były piki zachorowań. I jeszcze jedno: nie ma co myśleć o zniesieniu zakazu noszenia maseczek. To byłby czysty idiotyzm. Skoro wiemy, że wirus wnika przez usta i nos, nośmy je! Kropka. Nie wiem, co się stało, że kwestionujemy ten prosty środek.

Skąd w nas takie myślenie?

Być może dlatego, że popełniono wiele błędów komunikacyjnych. Początkowo pozamykano lasy, wprowadzono obowiązek chodzenia w maseczkach w parkach... Mógłbym tak długo wyliczać. Dlatego teraz ktoś powinien wyjść i powiedzieć: „Pomyliliśmy się. Zastosowaliśmy nadmierne środki ochrony, bo baliśmy się wirusa. Wszyscy się bali. Ale dziś już wiemy, że wirus nie przenosi się raczej w przestrzeniach otwartych, chyba że są szalone tłumy, ludzie stoją blisko siebie. Jeżeli więc idziemy na spacer, do parku, do lasu albo np. jeździmy na rowerze, zakładanie maseczki jest absurdem”.

A te inne błędy?

Zrównanie szalika z maseczką czy przyłbicą. One nie chronią tak samo! Nie może być zasadą, że stosujemy je w przestrzeni publicznej. Owszem, jeśli zapomniałeś maseczki, to skorzystaj z tego, co masz, zasłoń się kołnierzem, żeby nie dać się „opluć”, ale to na pewno nie uchroni przed wirusem, jeśli kontakt będzie dłuższy. I wreszcie ostatnia sprawa: w przestrzeni publicznej maseczki zostały zdeprecjonowane przez… przedstawicieli władzy. W środku pandemii paradowali oni bez nich na niemal każdym przedwyborczym spotkaniu. Przecież to daje Kowalskiemu jasny przekaz, że maseczka jest niepotrzebna. A to nieprawda! Efekt? Odbudowa zaufania do tego narzędzia będzie teraz dużo trudniejsza. Ale trzeba to zrobić. Nie ma na razie innej drogi.


(dp) Źródło: Przegląd
https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/koronawirus-w-polsce-dr-pawel-grzesiowski-podsumowuje-pol-roku-pandemii-w-polsce/wb4r3td,79cfc278
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Wrzesień 21, 2020, 20:03
Szwecja: nikt już nie umiera od koronawirusa, zakażonych jest mało. Jak Szwedzi to zrobili?
Kazimierz Sikorski 16 września

Szwecja krytykowana przez wielu za to, że nie zastosowała surowych ograniczeń w walce z pandemią, może dziś powiedzieć: a jednak wygraliśmy! Jak to zrobiono?

Szwedzki sposób walki z koronawirusem – tak mocno krytykowany przez wielu na świecie – jednak wygrywa. Kraj ten odnotowuje najmniej przypadków Covid-19 od marca, czyli od wybuchu pandemii.

Główny epidemiolog przypisuje niewielką liczbę zakażeń zrównoważonemu podejściu do pandemii.

Podejście to polegało między innymi na tym, że starsi uczniowie wrócili do klas w Szwecji w sierpniu, zaś szkoły dla młodszych dzieci pozostały otwarte.

Podczas gdy dziś wiele krajów europejskich odnotowuje wzrost infekcji do poziomów, których nie obserwowano od szczytu pandemii Covid-19, Szwecja – której podejście uczyniło z niej światowy wyjątek – odnotowuje najmniejszą liczbę dziennych zachorowań od momentu pojawienia się wirusa.

Średnia z siedmiu dni nowych przypadków wyniosła we wtorek (15 września) 108, czyli najniższy poziom od 13 marca.

Dane szwedzkiej krajowej agencji zdrowia wykazały, że tylko 1,2 proc. ze 120 tys. testów zrobionych w ubiegłym tygodniu dało wynik pozytywny.

Według Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób, skumulowana suma nowych zakażeń w Szwecji w ciągu 14 dni wynosi 22,2 na 100 tysięcy mieszkańców. Dla porównaniu w Hiszpanii ten wskaźnik wynosi 279, a 158,5 we Francji, 118 w Czechach, 77 w Belgii i 59 w Wielkiej Brytanii, a wszystkie te kraje wprowadziły blokady tej wiosny.

Szwecja ma też mniej nowych codziennych infekcji niż Norwegia i Dania, jej nordyccy sąsiedzi.

Tylko trzynastu pacjentów z Covid-19 znajduje się na oddziałach intensywnej terapii w szwedzkich szpitalach, a średnia siedmiodniowych zgonów związanych z koronawirusem wynosi... zero!

– Nie mamy odrodzenia choroby, którą ma wiele krajów – powiedział w wywiadzie dla stacji France-24 Anders Tegnell, główny epidemiolog w Szwecji i architekt strategii „no-lockdown”, dodając, że kraj jest ogólnie zadowolony z tej strategii.

– W końcu zobaczymy, jak dużą różnicę przyniesie strategia, która jest bardziej zrównoważona i którą można utrzymać przez długi czas, zamiast strategii, która oznacza: ​​blokujesz, otwierasz i blokujesz i jeszcze raz – dodał Tegnell.

W przeciwieństwie do wielu krajów Szwecja zamknęła szkoły dla osób powyżej 16 roku życia, ale zostawiła otwarte placówki dla młodszych uczniów, nalegając na pełną frekwencję. Szkoły i uniwersytety są teraz ponownie otwarte.

Zakazano zgromadzeń powyżej 50 osób i nakazano osobom powyżej 70. roku życia oraz innym z grup ryzyka izolowanie się, pozostawanie w domach itp. Poproszono też, a nie kazano 10-milionowej społeczności, jeśli to było możliwe, o zachowanie dystansu, co w dużej mierze ludzie robili. Sklepy, bary, restauracje i siłownie pozostały otwarte, a noszenie masek nie było zalecane.

Tegnell podkreślał, że celem nie było osiągnięcie szybkiej odporności stadnej, ale spowolnienie rozprzestrzeniania się koronawirusa na tyle, aby służba zdrowia mogła sobie z nim poradzić.

Tegnell konsekwentnie twierdzi, że strategia Szwecji może okazać się bardziej zrównoważona w dłuższej perspektywie.

Takie podejście do pandemii było krytykowane w kraju i za granicą na początku, gdy wzrosła liczba zgonów.

574 ofiar koronawirusa w Szwecji na milion mieszkańców to ponad pięć razy więcej niż w Danii i 10 razy więcej niż w Norwegii i Finlandii, ale mniej niż w niektórych krajach, które wprowadziły blokady, takich jak Wielka Brytania, Hiszpania i Włochy.

Zdaniem Tegnella, że wysoki wskaźnik śmiertelności nie był związany z ogólną strategią, ale z niepowodzeniem w zapobieganiu katastrofalnemu rozprzestrzenianiu się wirusa w domach opieki, gdzie doszło do większości z 5846 zgonów w Szwecji.

– Oczywiście, że coś tam poszło nie tak – powiedział.

Szwedzki rząd podał, że znosi zakaz odwiedzania domów opieki. Minister ds. Społecznych Lena Hallengren: Zniesienie zakazu wiąże się z ryzykiem. Chcę, by teraz wszyscy wzięli na siebie odpowiedzialność.

Johan Carlson, dyrektor generalny szwedzkiej agencji zdrowia publicznego, również mówi, że strategia odniosła sukces, bo oznacza, że ​​komunikaty skierowane do opinii publicznej były jasne i spójne, kładąc nacisk na osobistą odpowiedzialność.

Celem naszego podejścia jest to, aby ludzie sami zrozumieli potrzebę przestrzegania istniejących zaleceń - powiedział. Nie ma innych sztuczek, nim środki medyczne, głównie szczepionki, nie staną się dostępne. Szwedzi wzięli to sobie do serca.

Jonas Ludvigsson, profesor epidemiologii Karolinska Institutet w Sztokholmie: „Strategia Szwecji jest spójna i zrównoważona. Prawdopodobnie mamy teraz mniejsze ryzyko rozprzestrzeniania się koronawirusa w porównaniu z innymi krajami.


https://polskatimes.pl/szwecja-nikt-juz-nie-umiera-od-koronawirusa-zakazonych-jest-malo-jak-szwedzi-to-zrobili/ar/c1-15182654
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Wrzesień 22, 2020, 23:53
Przełamanie spadkowego trendu w Sztokhomie. Rośnie liczba zakażeń koronawirusem
Opracowanie: Malwina Zaborowska 22 września (19:30)

W Sztokholmie znów rośnie liczba zakażeń koronawirusem - poinformowały władze regionu, obejmującego stolicę Szwecji. Główny epidemiolog kraju nie wyklucza wprowadzenia dodatkowych obostrzeń.

Wiosną Sztokholm był jednym z najbardziej dotkniętych pandemią miast Europy, od lata sytuacja systematycznie się poprawiała.

Trend spadkowy, zgodnie z którym coraz mniej mieszkańców Sztokholmu jest zakażonych koronawirusem, został przełamany. Jeśli krzywa nadal będzie rosła, istnieje ryzyko, że sytuacja stanie się poważna - powiedział dyrektor ds. opieki zdrowotnej regionu Sztokholmu Bjoern Eriksson.

Według niego mają miejsce "niepokojące oznaki nasilania się infekcji". Na razie jest to niski poziom, ale trend jest rosnący - uściślił Eriksson.

W ubiegłym tygodniu pozytywny wynik potwierdzono u 2,2 proc. testowanych mieszkańców Sztokholmu i okolic, dwa tygodnie temu wskaźnik ten wynosił 1,1 proc.

Z danych Urzędu Zdrowia Publicznego wynika, że w minionym tygodniu odnotowano w Sztokholmie 305 nowych przypadków zakażeń koronawirusem. W poprzednich tygodniach było to odpowiednio - 254 oraz 240.

Główny epidemiolog kraju Anders Tegnell, odnosząc się do sytuacji w Sztokholmie na konferencji prasowej, przekazał, że "jeśli w tym mieście obecny trend się nie odwróci, możliwe będą lokalne restrykcje". Tegnell, będący twórcą szwedzkiej liberalnej strategii walki z epidemią, jest generalnie przeciwny surowym obostrzeniom. W Szwecji wciąż nie obowiązuje nawet zalecenie o stosowaniu maseczek.

Według Tegnella innym regionem Szwecji, w którym zaobserwowano wzrost zakażeń, jest położona w środkowej części kraju Dalarna. Za źródło rozprzestrzenienia się koronawirusa w tym regionie uznano rozgrywki ligi hokeja na lodzie oraz piłki nożnej.

We wtorek poinformowano o pięciu kolejnych ofiarach Covid-19 w Szwecji, które zmarły od piątku. W tym samym okresie potwierdzono w Szwecji 1 199 nowych przypadków koronawirusa. To niewielki wzrost w skali całego kraju - ocenił Tegnell.

Do tej pory w Szwecji wirusem SARS-CoV-2 zainfekowało się 89 436 osób, spośród których 5 870 zmarło.

Źródło: PAP
https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/europa/news-przelamanie-spadkowego-trendu-w-sztokhomie-rosnie-liczba-zak,nId,4747391
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Wrzesień 23, 2020, 22:25
Koronawirus. Czołowy wirusolog Niemiec: Nieprędko zrzucimy maski
Deutsche Welle OPRAC. REDAKCJA WIADOMOSCI WP 18 września

To jego słuchają Niemcy w czasie pandemii - wirusolog Christian Drosten opracował pierwszy na świecie test na koronawirusa. Teraz naukowiec ostrzega: zima nie będzie łatwa.

Profesor Christian Drosten jest dyrektorem Instytutu Wirusologii berlińskiej kliniki Charité. W 2003 roku był jednym z odkrywców pierwszego koronawirusa SARS. Na początku tego roku opracował pierwszy na świecie test diagnostyczny na SARS-CoV-2. Drosten doradza rządowi Niemiec.

Jak długo jeszcze świat będzie zmagał się z pandemią koronawirusa?

Christian Drosten: Trudno o globalną prognozę. Mamy wiele różnych, poważnych sytuacji w Europie. Zima nie będzie łatwa. W przyszłym roku będziemy mieli szczepionki. Myślę, że potrwa to do końca przyszłego roku, zanim pewne grupy społeczeństwa będą mogły z nich skorzystać.

Nieprędko pożegnamy się z maskami. Bo nawet, jeśli zaczniemy już szczepić, to zdecydowana większość społeczeństwa nadal będzie musiała je nosić. W krajach, takich jak Niemcy, gdzie jest niewiele zachorowań, nie będzie szerokiej odporności. W innych krajach europejskich pewnie też nie.

Jeśli chodzi o inne regiony, to trudno powiedzieć. Na przykład w Afryce przebieg choroby wydaje się być mniej ciężki. Może to się wiązać ze strukturą wieku i młodymi społeczeństwami, ale w zasadzie obserwujemy tylko regiony miejskie. Nie wiemy jak wirus zachowa się, gdy zacznie rozprzestrzeniać się na wsiach. Nie wiemy też w jakim stadium jest tam epidemia. Są dane, według których liczba infekcji maleje. Ale nie wiemy, czy na tej podstawie można uogólniać. Możliwe, że epidemia słabnie w miastach, ale równie możliwe jest, że dopiero nadchodzi.

Które regiony szczególnie pana martwią?

Chwilowo najbardziej Indie. Kraj ten ma bardzo dużą gęstość zaludnienia. Wirus rozprzestrzenia się tam. Nie powiedziałbym, że bez kontroli, ale prawie tak jest. Potem oczywiście też regiony Ameryki Południowej. Mówiłem już o Afryce, że kontynent afrykański to chwilowo zagadka. Ale chodzi też o północ. Zima się zbliża i są regiony, także w Europie, gdzie tylko w niewielkim stopniu kontroluje się wirusa, a także kraje, które wchodzą w jesień, mając już dużo przypadków zachorowań. A także gdzie jest nieduże zaufanie w zaplecze medyczne i służbę zdrowia. Są kraje, także w Europie, które - moim zdaniem - bardzo prędko powinny podjąć rygorystyczne kroki.

Inne kraje uważają Niemcy za wzór w postępowaniu z pandemią. Co Niemcy robią dobrze?

To połączenie wielu przyczyn. Jedną z nich jest z pewnością zdecydowane działanie na początku pierwszej fali. To, że Niemcy zadziałały szybko, miało prawdopodobnie decydujące znaczenie. I nie w odniesieniu do daty w kalendarzu, ale do relatywnego momentu, w którym ogłoszono ograniczenie kontaktów, zwane czasem lockdownem. Wiedzieliśmy o epidemii dzięki naszym testom. Także szeroki dostęp do tych testów różni Niemcy od innych krajów.

Inne wytłumaczenie jest takie, że epidemia zaczęła się u nas nieco później. Pierwsze przywiezione z zagranicy przypadki koronawiusa nie rozwinęły się do rozmiaru epidemii już w styczniu, ale dopiero pod koniec lutego. Pierwsze "importowane" przypadki udało się kontrolować. Prawdopodobnie to jest powodem, dla którego nasze działania były bardzo efektywne. Po lockdownie, powiedzmy od połowy maja, notowano w Niemczech już niewiele przypadków i tak też zostało. Do teraz, nawet jeśli znowu obserwujemy lekki wzrost zachorowań.

Przed nami jesień i zima. Co będzie się działo w Niemczech?

Jeśli chodzi o strukturę ludności i inne parametry, to nie ma większych różnić między europejskimi krajami. Dlatego musimy patrzeć na innych - Francję, Wielka Brytanię, Hiszpanię. To, co tam się dzieje, będziemy mieli także w Niemczech, jeśli nie będziemy bardzo wcześnie reagować. To bardzo trudne zadanie, aby określić właściwy moment, w którym trzeba zmienić obowiązujące obecnie środki.

Wygląda na to, że będziemy musieli jeszcze dość długo żyć z wirusem. Kiedy znowu będzie się można objąć na powitanie?

To sprawa uzależniona regionalnie. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby w przyszłym roku, w jakiś częściach świata, ludność była już chroniona. Ale to oznacza, że przeszli epidemię, która ze względu na strukturę wiekową tej ludności, nie wydawała się być tak poważna. Może tak być choćby w Afryce. W innych częściach świata, w których postawiono na zapobieganie zarażeniom, czekając na opracowanie szczepionki, można spodziewać się, że maski trzeba będzie nosić do końca 2021 roku. Nie da się tego dokładnie przewidzieć, ale przyszły rok będzie rokiem z maską.


https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-czolowy-wirusolog-niemiec-niepredko-zrzucimy-maski-6555476727355936a
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Wrzesień 24, 2020, 21:34
Genetic or immune defects may impair ability to fight Covid-19
Laura Spinney Thu 24 Sep 2020 19.00 BSTLast modified on Thu 24 Sep 2020 19.24 BST

Exclusive: significant proportion of severely ill people have inborn errors, study finds

(https://i.guim.co.uk/img/media/909e99c474fbc5d4c73b688fff57bc3b1a28c60a/0_384_5760_3456/master/5760.jpg?width=620&quality=85&auto=format&fit=max&s=226ec2d8218a507d55e4cea2d626b9a2)
 The discovery may help to explain why coronavirus leaves some sufferers sick or dying in intensive care, while others remain barely affected. Photograph: Murdo MacLeod/The Guardian

A significant proportion of patients who develop life-threatening forms of Covid-19 have genetic or immunological defects that impair their ability to fight the virus, research has found.

In papers published in the journal Science, the Covid Human Genetic Effort international consortium describes two glitches in severely ill Covid-19 patients that prevent them from making a frontline immune molecule called type 1 interferon.

The patients would have carried these glitches for years before the pandemic, or in the case of the genetic errors, all their lives. The discovery may help to explain a mystery surrounding the coronavirus: why it leaves some sufferers sick or dying in intensive care, while others remain barely affected or asymptomatic.

The consortium sequenced all or part of the genomes of 659 severely ill Covid-19 patients from around the world, as well as those of 534 people with asymptomatic or mild infection, and found that

In the second study, involving nearly 1,000 severe Covid-19 patients, they found at least one in 10 patients carried antibodies to their own interferon, which block its action. No such auto-antibodies were found in asymptomatic or mild patients, and they were detected in only a tiny fraction (0.3%) of healthy controls. These findings were described by one scientist as “astonishing”.

Together, the two types of error account for about 15% of life-threatening Covid-19 cases, according to the immunologist Jean-Laurent Casanova of the Rockefeller University in New York City and the Necker Hospital for Sick Children in Paris, who co-directs the consortium.

Casanova suspects human genetics will end up explaining the majority of such cases, however, because the consortium has only looked for mutations in 13 of the 300-odd type 1 interferon-related genes so far – already a huge undertaking. Many other genes, including ones not related to interferon, could affect a person’s response to the virus.

Type 1 interferon is a molecule produced by the immune system as soon as it detects infection. It works by stopping a virus from replicating. If this first-line defence is effective, a person may not even feel unwell. Even if it is not, it buys the body time to mount an immune response that is more targeted to the virus in question, involving antibodies and immune cells.

Without interferon, severely ill Covid-19 patients rely solely on this second defence mechanism, which may take several days to reach full strength – giving the Sars-CoV-2 virus a head start on damaging the body’s tissues.

Casanova said the finding of inborn genetic errors in severe Covid-19 patients came about serendipitously: “We have a two-year-old girl from Angers in France to thank for it.”

The toddler turned up in the Necker intensive care unit in 2011 with life-threatening flu. Doctors saved her life but, wondering why she was unable to shrug off the infection like most children, Casanova sequenced her genome and found she carried two copies of a recessive genetic trait that meant she could not make interferon. Vaccinated annually against flu, she has thrived ever since because her antibodies work normally.

The auto-antibody finding is especially exciting, said the consortium member and infectious diseases physician Vanessa Sancho-Shimizu of Imperial College London, because 95% of severe patients who carry the auto-antibodies are male and over 50. “It explains the age and gender bias that we’re seeing in the severe patient population,” she says.

It is not clear why those patients have such antibodies, but the cause could also be genetic. Another mystery is why the patients with genetic errors survived earlier infections, though the researchers have a theory about this: “We propose that Sars-CoV-2 is a particularly virulent pathogen that imposes a much greater requirement for type 1 interferon than, say, flu,” said Sancho-Shimizu.

Stephen Chapman, a respiratory medicine physician at the Wellcome Centre for Human Genetics in Oxford, who was not involved in the research, said the papers made an important contribution towards explaining why disease severity varies so dramatically between individuals. Of the auto-antibody finding, he said: “If this is true it is an astonishing result.”

It should guide diagnosis and treatment, since patients arriving at hospital and testing positive for auto-antibodies could undergo plasma exchange to remove those antibodies from their blood – potentially keeping them out of intensive care. Since the auto-antibodies spare one particular form of interferon – the beta form – these patients might also benefit from the experimental treatment inhaled interferon beta.

Magnús Gottfređsson, an infectious diseases doctor at the University of Iceland, said the findings should sound a note of caution to those conducting clinical trials of convalescent plasma because if the donated plasma contains auto-antibodies to interferon it could potentially do more harm than good.


https://www.theguardian.com/world/2020/sep/24/genetic-immune-defects-may-impair-ability-fight-covid-19
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Wrzesień 25, 2020, 23:40
https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/polska/news-ostatni-dzwonek-dla-sceptykow-modele-mowia-o-nawet-kilkuset-,nId,4753543

Ostatni dzwonek dla sceptyków. Modele mówią o nawet kilkuset zgonach dziennie
Kuba Kaługa 25 września (15:06)

"To jest ostatni moment na to, aby ta część społeczeństwa, która twierdzi, że pandemii nie ma, że nie ma koronawirusa, zastosowała się do trzech podstawowych, prostych zasad: dystans, dezynfekcja, maseczka" - mówi RMF FM Tomasz Augustyniak, Pomorski Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny. Wczoraj w Pomorskiem padł rekord nowych zakażeń – 143 nowych chorych. Dziś przybyło kolejnych 128

Sytuacja epidemiczna na Pomorzu jest coraz poważniejsza. W strefie czerwonej od jutra znajdzie się powiat kartuski, a w żółtej Sopot i powiat bytowski, który był wcześniej strefą czerwoną. Kolejne cztery powiaty: wejherowski, pucki, kościerski i nowodworski, a także miasto Słupsk są na liście rejonów zagrożonych wprowadzeniem specjalnych stref, a co za tym idzie dodatkowych obostrzeń. Niestety wszystko wskazuje na to, że nowych zakażeń będzie jeszcze więcej. Myślę, że musimy się przyzwyczaić do trzycyfrowych wzrostów zakażeń dziennych. To wynika z wielu aspektów. Z tego co dzieję się też w innych województwach. To także efekt zmiany samej strategii testowania, ale wydaje się, że w dużej mierze też efekt poluzowania zwyczajów społecznych w kwestii stosowania obostrzeń - mówi RMF FM Tomasz Augustyniak, Pomorski Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny.

Druga fala?

Szef sanepidu na Pomorzu podkreśla, że nie chce spekulować, ani straszyć. Dane, statystyki i modele rozwoju epidemii dają jednak realne powody do niepokoju. Niektórzy już mówią otwarcie, że jest to druga fala zachorowań. My podchodzimy w tym zakresie z dużą ostrożnością, aczkolwiek te modele, które wykorzystujemy w naszej pracy i które się zwykle sprawdzały, pokazują, że zakażeń w najbliższym czasie będzie istotnie przybywać. Mam oczywiście nadzieję, że nie będzie tak źle, jak może być, natomiast wiele wskazuje na to, że najbliższy czas będzie bardzo niespokojny, jeśli chodzi o zakażenia COVID-19 na Pomorzu i w kraju. To też widać w Europie. Warto podkreślać, że nie jesteśmy w tym zakresie wyjątkiem" - mówi Augustyniak.

Ostatni dzwonek

Jak przyznaje modele rozwoju epidemii w Polsce pokazują bardzo różne scenariusze. Od "mało spektakularnych", wskazujących na to, że w statystykach, w stosunku do aktualnie odnotowywanych wskaźników, niewiele się zmieni, po takie, które przewiduję, że w grudniu 2020 w Polsce może dochodzić do nawet kilkuset zgonów dziennie. Wszystkie te modele mówią o jednej podstawowej kwestii: że te modele albo spełnią się, albo nie, w zależności od tego jak będą stosowane zasady bezpieczeństwa. Nie możemy od nich odstąpić, aby rzeczywiście można było powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko co można było w tej sprawie zrobić - mówi Augustyniak, zaznaczając, że ci, którzy bagatelizują epidemię, bądź jej zaprzeczają, powinni - dla siebie i dla dobra innych - zmienić swoje postępowanie.

To jest ostatni moment na to, aby ta część społeczeństwa, która twierdzi, że pandemii nie ma, że nie żadnego ma koronawirusa, zastosowała się do trzech podstawowych, prostych zasad: dystans, dezynfekcja, maseczka. To jest naprawdę ostatni moment, abyśmy mogli zareagować na to, co za chwilę może się wydarzyć, bo wszystko wskazuje na to, że zakażeń będziemy notować z dnia na dzień coraz więcej - apeluje Tomasz Augustyniak.

Coraz więcej ciężkich przebiegów

Pomorski Wojewódzki Inspektor Sanitarny przyznaje także, że jednoznacznie zwiększa się liczba osób, które przechodzą zakażenie koronawirusem z różnymi objawami choroby COVID-19. To przekłada się także na liczbę osób, które muszą być hospitalizowane. Na Pomorzu wczoraj liczba hospitalizowanych przekroczyła 120 przypadków. Rośnie też liczba osób, które przechodzą COVID-19 w sposób ciężki.

To można wyjaśnić w prosty sposób. Zwiększa nam się dość istotnie liczba tak zwanych aktywnych przypadków zakażeń. Wiemy, że jeśli notujemy tak istotnie duże przyrosty zakażeń dziennych, to z prostej statystki wynikać będzie, że pewna cześć tych, którzy zostali zakażeni wirusem SARS-CoV-2, rozwinie chorobę jaką jest COVID-19. Procentowo, pewna część z osób, które rozwiną tę chorobę, będzie miała ciężki przebieg, a z kolei spośród osób, które będą chorować w sposób ciężki, część po prostu umrze. To jest statystyka i w zakresie tej choroby tego typu prawidła mają zastosowanie. Niestety - mówi Augustyniak.
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Październik 16, 2020, 23:48
Prosím nenakažte se. Jste v nebezpečí, že pro vás lůžko nezbyde, vyzývá biochemik Konvalinka
Praha 18:41 15. října 2020 Barbora Tachecí, Katka Brezovská

Ministr zdravotnictví Roman Prymula (za ANO) připouští, že kolaps nemocnic je kvůli rekordnímu přírůstkům nakažených lidí i nakažených lékařů koronavirem reálný. Před zlehčováním situace varuje i biochemik Jan Konvalinka. „Situace je velmi vážná. Viděl jsem modely, podle kterých vláda o restrikcích rozhodovala, a vypadají nebezpečně, velmi pesimisticky. A realita za poslední tři dny je horší než pesimistický scénář,“ říká.

(https://www.irozhlas.cz/sites/default/files/styles/zpravy_otvirak_velky/public/images/8216676b9aeb75a9d190b021026f5150.jpg?itok=nw-jw5Fy)
Prorektor Univerzity Karlovy pro vědu a výzkum a vedoucí výzkumné skupiny na Ústavu organické chemie a biochemie Akademie věd České republiky Jan Konvalinka | Foto: Khalil Baalbaki | Zdroj: Český rozhlas

„Nemocnice stále ještě nejsou plné, máme volná lůžka, ale růst je exponenciální. To, že současné kapacity budou úplně naplněny, je bohužel jisté skoro s matematickou jistotou. Podle modelů to vypadá, že k tomu dojde někdy na konci října. Lidé, kteří se nakazili minulý týden, ještě lůžko v nemocnici mít budou. Lidé, kteří se nakazí během tohoto týdne, už ne,“ varuje pravidelný host Osobnosti Plus.

Připomíná, že přestože v pořadu na posluchače neapeluje, tentokrát přichází s výzvou: „Prosím nenakažte se. Jestli se během tohoto týdne nakazíte, jste ve velkém nebezpečí, že pro vás lůžko nezbyde.“

Podle zkušeností z Česka i ze zahraničí končí v nemocnici čtyři procenta nakažených. „To je dlouhodobý průměr, který se spíš malinko zvyšuje. Vlak už je rozjetý, můžeme ho zpomalovat, ale na sto metrech ho nezastavíme. Teď jde o to, co se bude dít druhý a třetí týden v listopadu, aby nakažení nepřibývali tak raketovou rychlostí jako teď,“ upozorňuje.

Za kritický problém označuje Konvalinka hlavně dostupnost kvalifikovaného zdravotnického personálu. „Naše univerzita už vysílá mediky na pomoc nemocnicím. Ale kvalifikovaná obsluha intenzivního lůžka jsou profesionálové, kteří se učí léta, a to se nedá přes noc naučit. Musíme se modlit, aby neodpadli a nebyli nemocní,“ přiznává prorektor Univerzity Karlovy.

Zaveďte osobní lockdown

Biochemik se připojil k výzvě multioborového panelu vědců, pod níž jsou podepsaní experti z různých oblastí, mimo jiné rektor ČVUT Vojtěch Petráček, jaderná fyzička Dana Drábová, epidemiolog Petr Smejkal, datoví vědci, infektologové i ekonomové. Vyzývají veřejnost k zavedení osobního lockdownu.

„Ta výzva je tady hlavně na podporu tohoto, co se pokouší ministerstvo zdravotnictví v posledních dnech a možná týdnech. To znamená: berte to proboha vážně. Aby lidé vycházeli jen v nejnutnějších případech, neshlukovali se, aby třeba ti, kteří nemusí nutně do práce, byli na home office,“ popisuje Konvalinka pro Český rozhlas Plus.

Motivací, proč se k výzvě připojil, je podle něj také silné pole dezinformací, konspiračních teorií a nesmyslů, které se v Česku strašně rychle šíří.

Lepší látková rouška než nic

Ve výzvě se také uvádí, že kontakt s lidmi je třeba zastavit buď vzdáleností, nebo kusem látky. Konvalinka to komentuje: „Hlavním autorem výzvy je (datový vědec a publicista) Petr Ludwig, který stál za iniciativou Češi šijí roušky. A já mu dávám za pravdu, že lepší látková rouška než nic, lepší respirátor než látková rouška, lepší FFP3 respirátor než FFP2 respirátor. Ale hlavně proboha něco,“ říká.

Připouští, že virus prochází i respirátorem nižší třídy a rozhodně látkovou rouškou. Ale zároveň upozorňuje, že jejich používání statisticky snižuje pravděpodobnost nakažení.

„Když budeme od sebe tři metry, máme menší pravděpodobnost, že se infikujeme, než když to budou dva metry. Když si budete dvakrát denně mýt ruce, máte menší pravděpodobnost, že to dostanete, než když to bude jednou. Když budete mít látkovou roušku, snižujete pravděpodobnost, že to dostanete, o desítky procent. Když to všechno zkombinujete, tak jste velmi slušně chráněni,“ upozorňuje biochemik.

Konvalinka souhlasí s názorem, že málo pravděpodobná je infekce dotykem, přesto však nelze vyloučit. „Největší je, když si brzo po tom, co se dotknete infikovaného povrchu, promnete oči. Přes oční spojivky. To je docela důležitý a nebezpečný zdroj nákazy,“ upozorňuje biochemik Jan Konvalinka.


https://www.irozhlas.cz/zpravy-domov/jan-konvalinka-koronavirus-cesko-luzka_2010151841_oro
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Październik 22, 2020, 00:29
Profesor Flegr odhalil plán, jak porazit koronavirus. Není to lockdown, ale líbit se nebude
By Aleš Kulhánek Posted on 18. 10. 2020

(https://www.mix24.cz/wp-content/uploads/2020/10/flegr-4.jpg)
Foto: archiv J. Flegra

Profesor Jaroslav Flegr patří v současné době k nejcitovanějším odborníkům v souvislosti s koronavirem. Ač zaměřením evoluční biolog, dokázal Flegr velmi přesně predikovat vývoj epidemie a jeho nové prognózy se opět naplňují. Naposledy uvedl, že do týdne bude v nemocnicích šest tisíc lidí s koronavirem a do konce měsíce se toto číslo vyšplhá pravděpodobně na deset tisíc. Tito lidé už jsou přitom dnes nakažení a nelze tak s tím vůbec nic dělat.

Poučme se tam, kde koronavirus porazili

Přesto Flegr nehází flintu do žita a na rozdíl od jiných předkládá plány na to, jak se s koronavirovou krizí vyrovnat a jak virus pokud možno porazit. Vychází přitom z postupů, které slavily úspěch jinde ve světě. Naposledy si vzal příklad z rozvinutých asijských ekonomik, kde koronavirus – při pohledu ze současného Česka – zvládli až neuvěřitelně dobře. Jde především o Tchajwan, kde nákazu zarazili v zárodku několika desítek případů nebo Jižní Koreu, kde se sice poměrně citelně rozjela, ale systematickým konáním se ji podařilo zcela ztlumit.

Podle Flegra je jedním z klíčů k takovému výsledku omezení občanských práv. Na to jsou občané západních společností velmi citliví, zatímco Asiaté takovou váhu osobním svobodám nepřikládají. Snad proto, že mají mnohem větší zkušenosti s epidemiemi a dobře vědí, že bez jejich osekání se mnohdy nedají zvládnout. Flegr ostatně správně upozorňuje, že i zde salámovou metodou k omezení občanských práv došlo. Řada lidí nemůže podnikat, je nutné nosit roušku, není možné se libovolně shromažďovat a navíc je pravděpodobné, že opět přijde plošná karanténa.

Příprava obranné linie na třetí vlnu

“Myslím, že za situací, jako je ta dnešní, je nutné navíc na přechodnou dobu omezit i ochranu soukromí,” navrhuje Flegr s tím, že je mu jasné, že se to mnohým nebude líbit. ” Konkrétně, státním orgánům by mělo být povoleno využívat neanonymizovanou informaci o poloze jednotlivých osob z mobilních telefonů i bankovních transakcí.” Byl to právě tento zásah, který velmi pomohl asijským státům zefektivnit vyhledávání nově nakažených a porazit tak epidemii covidu.

“Je jasné, že takový zásah do občanských práv musí být pečlivě regulován zákonem. Povolení by muselo platit na jasně vymezenou dobu, získané informace by se nesměly využít na nic jiného než pro účely boje s epidemií (tedy ani pro účely trestních řízení) a za jakékoli zneužití těchto informací by musely hrozit mnohaleté, vždy nepodmíněné tresty,” píše na svém facebookovém profilu Jaroslav Flegr.

Podle něj už tuto vlnu epidemie, kterou přivodila vláda svou nečinností, budeme muset zvládnout prostředky, které máme k dispozici. Bylo by však chybou domnívat se, že jakmile toto období překonáme, bude nad koronavirem vyhráno. Podle Flegra přijde na přelomu podzimu a zimy další vlna, která bude poháněna tím, že koronavirus v chladnějším počasí sílí a snáze se přenáší. Tehdy už bychom měli mít připraven příslušný zákon omezující soukromí, ale zároveň dávající státu účinný prostředek, jak s epidemií bojovat.


https://www.mix24.cz/profesor-flegr-odhalil-plan-jak-porazit-koronavirus-neni-to-lockdown-ale-libit-se-nebude/?utm_source=www.seznam.cz&utm_medium=sekce-z-internetu
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Październik 22, 2020, 23:56
W epidemicznych prognozach próżno dziś szukać otuchy. Scenariusze są czarne
Witold Głowacki 15 października

Twórcy prognoz rozwoju sytuacji epidemicznej są zgodni, że dzisiejsze poziomy wzrostów dziennej liczby zachorowań to niestety nie koniec. O szansie na wypłaszczenie epidemicznej krzywej będzie można mówić dopiero po przejściu przynajmniej części szkół na naukę zdalną.

Lawinowy wzrost dziennych liczb nowych zakażonych nie pozostawia nam złudzeń - druga fala epidemii koronawirusa w Polsce przebiega o wiele gwałtowniej niż pierwsza. W czwartek padł kolejny rekord liczby nowych zakażeń - było ich aż 8099 - o ponad półtora tysiąca więcej niż dzień wcześniej. Rosną też statystyki zgonów. W środę odnotowano ich 116, w czwartek 91, a w piątek aż 132. Tempo, w jakim zaostrza się sytuacja epidemiczna w Polsce skłania do dość oczywistych pytań - jaka może być dalsza skala wzrostów liczby zakażonych. I czy mamy szansę na jakieś „wypłaszczenie się” epidemicznej krzywej?

Wstępne odpowiedzi na oba pytania nie nastrajają optymizmem. Wzrosty liczby zakażonych mogą nas wręcz szokować. Natomiast o spowolnieniu ich tempa będzie można mówić dopiero w wypadku podjęcia przez rządzących działań, które miałyby realną szansę na ograniczenie rozprzestrzeniania się koronawirusa. Należą do nich, niestety, głównie rozwiązania ze znanej nam już puli określanej zbiorczo mianem lockdownu. Na pierwszym miejscu wśród nich stoi dziś czasowe zamknięcie szkół i objęcie uczniów nauką zdalną.

Skąd to wszystko wiemy? Z prognoz. W Polsce działa kilka zespołów badawczych zajmujących się analizą danych i prognozowaniem na ich podstawie tempa rozprzestrzeniania się koronawirusa. Ich obecne prognozy zakładają niestety dalsze gwałtowne wzrosty liczby zakażonych.

Trzykrotny wzrost do 11 listopada?

Od pierwszych tygodni epidemii w Polsce jej przebieg prognozuje z niezłymi skutkami firma analityczna ExMetrix. Ich estymacje nie odbiegały od realiów więcej niż o 15 procent (co w wypadku epidemii wywołanej przez nowoodkrytego wirusa jest obiektywnie dobrym wynikiem), jednak ich uśredniona sprawdzalność to 94 procent. W ostatnich miesiącach odchylenia prognoz ExMetrix od realiów były zaledwie kilkuprocentowe. W pierwszej fazie pandemii i latem prognozy ExMetrix były - zgodnie z faktami - dość optymistyczne, dlatego chętnie podpierał się nimi rząd - również w tak kontrowersyjnych kwestiach jak próba organizacji „koronawyborów”. Mimo związanych z tym pytań i wątpliwości, z perspektywy czasu stało się jednak dość jasne, że prognozy ExMetrix były generalnie trafione.

Dziś z ust przedstawicieli władz niemal o nich nie słyszymy. ExMetrix nie ma dla nas dobrych wiadomości. Najnowsza prognoza z 11 października przewiduje ostry wzrost poziomów zakażeń przez kolejny miesiąc, minimalnie spowalniający od ostatniego tygodnia października - wypłaszczeniem tego jednak nazwać nie można. Według najbardziej optymistycznego scenariusza przedstawionego przez ExMetrix 11 listopada mielibyśmy mieć w Polsce łącznie sporo ponad 250 tysięcy zakażeń (w ujęciu od pierwszego dnia epidemii), w wersji pesymistycznej prawie 400 tysięcy. Aktualna liczba zakażeń to zaś nieco ponad 150 tysięcy, więc do listopada możliwe byłyby wzrosty liczby zarejestrowanych nowych chorych nawet o kilkanaście tysięcy dziennie. W skali całego kraju widoczne jest - podobnie zresztą jak w wypadku statystyk zachorowań - spore zróżnicowanie regionalne. Zdecydowanie najgorzej zapowiada się sytuacja w województwach małopolskim i mazowieckim, sporych wzrostów liczby chorych należy się też spodziewać w województwie kujawsko-pomorskim. Ale to nie koniec prognoz.

„200 tysięcy zachorowań dziennie”

Ta liczba obiegła ostatnio media w związku z prognozami Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW znanego szerzej jako ICM. Ten ośrodek już od lat słynął między innymi z bardzo precyzyjnych krótko i średnioterminowych prognoz pogody opartych na modelach komputerowych - korzystają z nich na potęgę choćby żeglarze czy miłośnicy wysokogórskich wypraw. Od początku pandemii naukowcy z ICM modelują także jej możliwy przebieg. Choć stosują inną metodologię niż ExMetrix, ich prognozy okazały się wysoce sprawdzalne.

Dziś mamy do czynienia ze spełnieniem pesymistycznych prognoz ICM z sierpnia. W przygotowanej wtedy symulacji naukowcy z ICM przestrzegali przed skutkami otwarcia szkół od 1 września, zapowiadając możliwość wynikających z tego szybkich wzrostów zachorowań nawet do poziomu kilku tysięcy zachorowań dziennie. By tego uniknąć, w pierwszej kolejności ICM rekomendowało przesunięcie rozpoczęcia roku na połowę września, tak by dzieci i młodzież odbyły rodzaj naturalnej kwarantanny po wakacjach. W sierpniu - gdy zachorowań było po kilkaset dziennie - brzmiało to dla laików jak wieszczenia Kasandry, już pod koniec września stało się jednak jasne, że prognostycy z ICM mieli stuprocentową rację. Dziś również w modelach ICM szkoły mają szczególne miejsce. Zdaniem naukowców z tego ośrodka są one dziś tymi najbardziej wydajnymi „wylęgarniami” wirusa, miejscami, w których przenosi się on w zasadzie swobodnie pomiędzy uczniami - w ogromnej większości przechodzącymi COVID-19 całkowicie bezobjawowo.

To zaś ma ogromny wpływ i na statystyki i na właściwą identyfikację ognisk choroby. Dopiero bowiem zarażeni przez dzieci rodzice i dziadkowie odczuwają objawy - i tym samym trafiają do statystyk. Daje to bardzo mylący efekt finalny - i wpływa na niewłaściwą ocenę sytuacji przez służby sanitarne.

Teraz ICM prognozuje możliwość wzrostu liczby rejestrowanych zakażeń do nawet około 20 tysięcy dziennie. Skąd więc liczba 200 tysięcy? Stąd, że eksperci ICM cały czas przypominają, że niemal na całym świecie realna liczba zachorowań jest wielokrotnie wyższa od tej odnotowywanej w oficjalnych statystykach. Epidemiolodzy zgadzają się dziś, że oficjalne dane należy mnożyć nawet przez dziesięć, by w ten sposób oszacować realną liczbę osób, które zostały już zakażone koronawirusem. Wynika to i z faktu, że większość ogółu zakażonych przechodzi chorobę całkowicie bezobjawowo, jak i z tego że znaczna część chorych o skąpych objawach albo z różnych powodów unika kontaktu ze służbą zdrowia (choćby po to, by jej nadmiernie nie obciążać), albo też nie ma szans na doczekanie się przeprowadzenia potwierdzonego testu.

Dowodem na to, że ten dziesięciokrotny mnożnik może sprawdza się również w Polsce, jest aktualny współczynnik zgonów z powodu COVID-19. Gdybyśmy mieli po prostu porównywać dotychczasowe oficjalne statystyki zachorowań z odnotowaną liczbą zgonów, w niektórych okresach współczynnik zgonów zbliżałby się do 4 procent - co byłoby wynikiem zupełnie przerażającym. W rzeczywistości jednak realnych zachorowań było już wielokrotnie więcej niż wskazują na to realne statystyki, tym samym też realny współczynnik zgonów jest wielokrotnie niższy.

Paradoks superzarażaczy

Jest jeszcze jeden mechanizm związany ściśle z pandemią koronawirusa i coraz częściej uwzględniany przez twórców prognoz. To zarazem jedyna dobra wiadomość w tym tekście. Chodzi o rolę tzw. superzarażaczy - których obecność w społecznościach dotkniętych epidemią naukowcy stwierdzali od pierwszych miesięcy walki z koronawirusem. To osoby, które z wciąż nieznanych przyczyn biologicznych mają ponadprzeciętnie wysokie stężenie koronawirusa w wydychanym powietrzu i w wydzielinach dróg oddechowych. Do tego przechodzą chorobę bezobjawowo lub skąpoobjawowo. A jednocześnie pełnią określone funkcje w swych społecznościach, które sprawiają, że w ciągu typowego dnia pracy kontaktują się ze znacznie większą liczbą osób niż pozostali obywatele. Superzarażaczem może być wiec i listonosz, i reporter uganiający się po mieście, i ratownik medyczny, i barman, i wreszcie na przykład beztroski imprezowicz, który stara się wykorzystać każdy wieczór na zabawę w jak największej liczbie miejsc, nie mówiąc już o zdarzających się także wśród superzarażaczy osób ze środowisk „antycovidowców”. Od pierwszych tygodni epidemii było jasne, że superzarażacze potrafi w pojedynkę zarażać od kilkudziesięciu do nawet ponad stu osób - tym samym stanowiąc znaczne potencjalne zagrożenie dla osób z grup ryzyka.

Dopiero po jakimś czasie zaczęto jednak uwzględniać także fakt, że z racji swych funkcji społecznych superzarażacze sami także należą do osób najbardziej narażonych na zakażenie. Tym samym prawdopodobieństwo, że to oni właśnie zetkną się z koronawirusem jest nawet wielokrotnie wyższe niż w wypadku pozostałych osób. A zatem superzarażacze zarażają się w pierwszej kolejności - następnie wykonują swą nieświadomą misję rozprzestrzeniania koronawirusa - po czym zyskują odporność, przynajmniej na dłuższy czas. Dlatego większość z nich pójdzie niejako na pierwszy ogień, oczywiście jeszcze bardziej przyczyniając się do gwałtownych wzrostów w pierwszym okresie rozwoju sytuacji epidemicznej. Później jednak - wraz z biegiem czasu i postępami epidemii - superzarażacze będą odgrywać coraz mniejszą rolę w dalszym procesie zarażania.

To z kolei może mieć znaczący wpływ na kwestię progu tzw. odporności stadnej, czyli warunku naturalnego wygasania epidemii. Odporność stadna może zostać osiągnięta w danej populacji wtedy, gdy osób mających chorobę za sobą - i tym samym przynajmniej czasowo na nią odpornych - jest na tyle wiele, że nowi chorzy już nie bardzo mają kogo zarażać. Współczynnik R spada poniżej 1 i epidemia zaczyna wygasać.

Dotąd naukowcy uznawali, że odporność stadna na koronawirusa może wystąpić po przechorowaniu COVID-19 przez jakieś 60-65 procent ogółu społeczeństwa. Ale ICM szacuje, że w Polsce wstępem do odporności stadnej może być przechorowanie COVID-19 przez około 9 milionów obywateli. To skutek uwzględnienia opisanej wyżej roli superzarażacy i zarazem ich specyficznej pozycji w łańcuchu zakażeń. Skoro to oni zarażają się jako jedni z pierwszych, to wśród chorych na początku epidemii powinno ich być nieproporcjonalnie wielu - ale w dalszych jej etapach powinno ich być coraz mniej i mniej. Tym samym zaś ich wpływ na szerzenie się zakażeń powinien znacząco maleć. Finalnie próg odporności stadnej znalazłby się więc znacznie niżej niż początkowo szacowano.

Jeśli to prawdziwa teza, to najszybciej znajdziemy jej potwierdzenie w Szwecji. Tamtejsi epidemiolodzy szacują, że w rejonie Sztokholmu COVID-19 ma już za sobą ponad 20 procent społeczności - do najniższego możliwego progu odporności stadnej jest więc już stosunkowo niedaleko.

Pośrednie ofiary epidemii

Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednych badaniach - których wyniki odnoszą się wprawdzie do pierwszej połowy roku, ale są też czarną prognozą dotyczącą kolejnych miesięcy.

W magazynie Journal of American Medical Association, znanym pod akronimem JAMA, opublikowano właśnie raport z badań naukowców Virginia Commonwealth University. Prześwietlili oni amerykańskie statystyki zgonów od marca do sierpnia tego roku i stwierdzili, że na każde dwie bezpośrednie ofiary koronawirusa przypada jeszcze jedna, która wprawdzie nie zachorowała na COVID-19, ale zmarła na skutek zaostrzenia stanów innych chorób związanego z sytuacją epidemiczną.

Badacze odnotowali na przykład aż dwukrotne czasowe wzrosty liczby zgonów z powodu choroby Alzheimera i znaczące skoki śmiertelnych statystyk związanych z chorobami serca.

Badacze analizowali statystyki wyłącznie z obszaru Stanów Zjednoczonych, gdzie ogólna liczba zgonów wzrosła w okresie pandemii o aż 20 procent.

Do wzrostów statystyk zgonów z powodu innych niż COVID-19 chorób przyczynia się według badaczy z Virginia Commonwealth University przede wszystkim stres wywołany sytuacją pandemiczną a dotyczący zarówno spraw zdrowia, jak i kwestii ekonomicznych oraz ograniczenie dostępu do usług medycznych z powodu obciążenia systemu ochrony zdrowia przede wszystkim walką z COVID-19.

Z badań naukowców z VCU płynie jasny wniosek, że epidemia COVID-19 pociąga za sobą znaczny wzrost śmiertelności z powodu innych chorób - co sprawia, że jej śmiertelne żniwo jest znacząco większe niż wynikałoby z samych statystyk dotyczących ofiar koronawirusa.

***
Jest całkiem jasne, że obecnie naukowcy nie mają dla nas zbyt wielu dobrych wiadomości. Prędzej czy później najprawdopodobniej będziemy musieli się zmierzyć z sytuacją przeciążenia systemu ochrony zdrowia i w konsekwencji z jakąś formą lockdownu. Dopiero wtedy możemy od twórców modeli rozwoju sytuacji epidemicznej usłyszeć jakieś lepsze wieści.


https://polskatimes.pl/w-epidemicznych-prognozach-prozno-dzis-szukac-otuchy-scenariusze-sa-czarne/ar/c1-15237637
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Październik 25, 2020, 23:59
Lekarka-zakaźnik: Test na koniec kwarantanny? Jestem "za"
Opracowanie: Monika Kamińska 25 października (09:07)

"Dla mnie, jako lekarza to testowanie na koniec kwarantanny jest bardzo istotną strategią" - przyznaje dr hab. Monika Bociąga-Jasik, zastępca kierownika Oddziału Klinicznego Chorób Zakaźnych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. W rozmowie z RMF FM wyjaśnia, jak długo zakaża chory na Covid-19 i jak chronić się przed wirusem. Jednocześnie przypomina, że choroba jest nieprzewidywalna.

Marek Wiosło, RMF FM: Pani profesor, jak w tym momencie wygląda praca na oddziale zakaźnym, z jakimi problemami najczęściej się spotykacie?

Monika Bociąga-Jasik: Najważniejszy problem teraz: to emocjonalne i fizyczne wyczerpanie zespołu. W przeciwieństwie do marca, lutego, kiedy zaczynaliśmy pracę z pacjentami z Covidem-19, kiedy baliśmy się tej pracy, teraz jesteśmy z tym problemem już oswojeni. Ale, ponieważ pracujemy już 7 miesięcy w środkach ochrony osobistej, czujemy się zmęczeni. Zmęczeni fizycznie i psychicznie.

Widzi pani z bliska, od początku pandemii, jak ten wirus się rozwija. Jaki jest przebieg choroby, kto częściej się zaraża?

Na pewno teraz znacznie więcej mamy chorych, którzy są w cięższym stanie, wymagają stosowania tlenoterapii, czasami takiej wysoko-przepływowej tlenoterapii. Więcej chorych mamy na oddziale intensywnej terapii. Czy to wynika, z jakiejś zmiany dotyczącej samego charakteru wirusa? Nie jestem pewna. Jest to też wyraz liczb, które teraz mamy. Jest dużo zachorowań. A biorąc pod uwagę, że około 15 proc. chorych będzie miało ciężki przebieg, około 2-3 bardzo ciężki, to my automatycznie będziemy widzieli to w naszej codziennej pracy.

Choroba jest bardzo nieprzewidywalna. My mamy często taki przekaz, że te ciężkie przebiegi dotyczą tylko osób starszych, że o nich powinniśmy szczególnie dbać, natomiast my widzimy osoby, które mają lat 30, 40, 50, które są zdrowe, wysportowane, a które mają przebiegi krytyczne. Nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. Nie ma takiego algorytmu, który by nam pomógł powiedzieć, że po zakażeniu na pewno będziemy w tej grupie bezobjawowej lub skąpoobjawowej.

Ile osób może się w Polsce zarazić tym wirusem?

Nie potrafię powiedzieć. Nie jestem epidemiologiem.

Ale myślę, że czeka nas teraz takie tsunami. Faktycznie jest duża skala problemu, który się wymknął w tym momencie spod kontroli. Zakażenia obserwujemy bardzo często w domu i to są zakażenia rozproszone. Nie mamy takich ognisk jak wcześniej, gdy były to tylko wyłącznie duże zakłady pracy. Zakażamy się różnych miejscach. Trudno się faktycznie od tego zakażenia uchronić.

Zdarzają się przypadki, że jakieś osoby, które już u państwa były, zakaziły się ponownie?

Wydaje mi się, że w ciągu tych siedmiu miesięcy widziałam jeden taki przypadek, w którym doszło do reinfekcji. My nie wiemy wszystkiego o tym wirusie, nie wiemy również jak przebiega taka odpowiedź immunologiczna naszego organizmu. To nie jest tak, że przebycie zakażenia chroni nas na pewno przed następną infekcją. Te środki zabezpieczenia dotyczą również tych osób, które przebyły Covid- 19, bo nie jesteśmy pewni, że oni nie zachorują ponownie.

Chodzi o przeciwciała?

Tak. Przeciwciała mogą chronić przez chwilę. Nie wiemy, na ile chronią. W związku z tym musimy liczyć się z tym, że nie będziemy zabezpieczeni przed ponownym zachorowaniem. Tak może być.

Skoro choroba jest tak nieprzewidywalna, czy wobec tego np. powrót do pracy, do biura, do szkół osób, które np. przybyły kwarantannę, bez wykonanego testu, jest obarczone jakimś ryzykiem zakażenia innych.

Podkreślę, że trzeba dokładnie rozróżnić co jest izolacją, a co jest kwarantanną.

Jeżeli to jest izolacja, czyli przebywanie w odosobnieniu osoby, u której stwierdziliśmy, że to jest zakażenie, i ona miała przebieg bezobjawowy, to po 10 dniach wraca do pracy. Przy zastosowaniu obowiązujących zasad, czyli noszeniu maseczki, taka osoba nie stanowi ryzyka.

Ale proszę pamiętać, to jest epidemia. Tu nie ma takich zero jedynkowych odpowiedzi.
Natomiast szereg badań wykazuje, że po 5 do 8 dniach od zakażenia ten wirus, który jeszcze możemy przez jakiś czas wydzielać w naszych drogach oddechowych, który może być w ślinie, nie jest już zakaźny.

Natomiast nie do końca jestem spokojna, jeśli chodzi o kwestie kwarantanny. Kwarantanny to jest przebywania w odosobnieniu osoby, która miała kontakt z kimś zakażonym. Która przybywa w niej, dlatego że obawiamy się, że mogła się zakazić. I teraz wypuszczenie takiej osoby z kwarantanny bez wykonywania testów na koniec tego odosobnienia, nie jest dla mnie do końca bezpieczną strategią. Dla mnie jako lekarza, dla zakaźnika, bo rozporządzenia mówią inaczej.

Uważa pani, że taka osoba powinna mieć wykonany test?

Jeżeli to jest kwarantanna nałożona z powodu jakiegoś istotnego kontaktu, czyli np. jesteśmy w domu z osobą zakażoną, byliśmy z nią, przebywaliśmy przez jakiś czas i teraz musimy się odizolować, mamy kwarantannę, to moim zdaniem taka kwarantanna powinna zakończyć się testem.

Ile trwa okres inkubacji? Jak długo możemy zakażać innych?

Okres wylęgania choroby, to od 2 do 14 dni, czyli dość szeroki, tak jak to bywa w różnych infekcjach wirusowych.

Ja jeszcze z początku epidemii pamiętam sytuacje, kiedy na osoby nakładano kwarantanną - wtedy trwały 14 dni - i po jej zdjęciu ta osoba rozwija objawy, zaczynała gorączkować.

Czyli nie jest tak, że na pewno w ciągu 10 dni te objawy się muszą pojawić.

Dla mnie, jako lekarza to testowanie na koniec kwarantanny jest bardzo istotną strategią.

Zakaźni jesteśmy najczęściej na kilka dni przed pojawieniem się objawów, bo tak jest w infekcjach wirusowych. Wtedy pojawia się ten wirus, zaczyna się namnażać w naszym organizmie i my możemy jeszcze nie czuć się chorzy, natomiast już możemy zakażać. To jest obserwowane w większości chorób infekcyjnych wirusa.

A przestajemy zakażać, kiedy te objawy miną?

Tak, przestajemy zakażać dopiero wtedy, kiedy objawy miną. Uznaje się, takie jest przyjęte kryterium, że przynajmniej 3 dni bez objawów, to jest okres, w którym możemy mówić, że taka osoba przestaje być zakaźna.

Zapytam o sposób przenoszenia wirusa. Co w momencie, kiedy np. w jednym pokoju siedzą dwie osoby, ale każda w innym kącie, czy jest prawdopodobieństwo zakażenia się?

Jeżeli mają maseczki, to prawdopodobieństwo zakażenia jest małe. Faktycznie to ryzyko zostaje zminimalizowane. To jest najlepsza strategia, ale ona jest bardzo trudna.

My również w Szpitalu Uniwersyteckim zaczynamy obserwować zakażenia, wśród personelu, wśród nas, które przynosimy z domu, bo nikt z nas w domu nie nosi maseczki. Mamy dzieci... zakaża się najczęściej tą drogą.

Ja teraz siedząc z kolegami w dyżurce, bo część pracy lekarskiej to jest praca biurowa, muszę siedzieć w maseczce. Muszę starać się minimalizować to ryzyko, żeby nie zakazić koleżanki...

To bardzo ważna strategia. Stąd też taka nasza pewnie złość, że skoro my możemy spędzić w maseczce tyle czasu - nie tylko na strefie brudnej, ale później również na strefie czystej - to dlaczego inni nie mogą. Nie do końca rozumiem ludzi, którzy nie potrafią tej maski mieć porządnie ubranej np. w sklepie. Noszenie maseczki pod nosem, pod brodą nic nie daje.

Czyli najlepiej, żeby wszyscy - także w biurach - mieli maseczki.

Myślę, że ze względu na sytuację, którą mamy w naszym kraju - tak.

Jak długo wirus może utrzymywać się na przedmiotach, na pieniądzach, na klamkach, na telefonach?

Wirus głównie przenosi się drogą kropelkową. To jest główna droga, którą się zarażamy, czyli te maseczki są bardzo ważne. Natomiast oczywiście wirus może znajdować na różnych powierzchniach. Są różne badania. Te badania były prowadzone w warunkach eksperymentalnych i wykazały, że ten wirus faktycznie ma dłuższą zdolność przeżycia w środowisku zewnętrznym niż np. wirus grypy, że są niektóre powierzchnie tak, jak np. plastik, powierzchnie metalowe, gdzie on przeżywa dłużej. Krótszy czas przeżycia jest na powierzchniach miedzianych. Czyli higiena rąk jest bardzo ważna.

Ja większy nacisk kładę na to, żeby myć ręce, dezynfekować, starać się nie dotykać twarzy, kiedy coś wykonujemy niż nosić rękawiczki. Te rękawiczki to jest dla mnie taka pozorna ochrona.

Bardzo często ludzie nie zmieniają ich, robią w nich wszystko, wkładają je do ust... I to jest zachowanie bezsensowne. Czyli rękawiczki niekoniecznie, ale dezynfekowane rąk, zwłaszcza kiedy gdzieś jesteśmy w miejscach publicznych, gdy dotykamy różnego rodzaju przedmiotów, faktycznie jest bardzo ważną strategią. Ale mniej istotną niż ochrona dróg oddechowych.

Jak pani odniesie się do powrotu dzieci do szkół? Czy wszystkie dzieci powinny zostać w domu? Czy te młodsze, z klas 1-3 mogą chodzić do szkoły?

To był bardzo trudny problem to rozwiązania. I myślę, że nie ma idealnego rozwiązania. Zamknięcie dzieci w domach nie jest dobrą strategią. Sama mam syna nastoletniego. Wiem, że już teraz przejście na zdalne nauczanie odbywa się kosztem jakiegoś jego zdrowia psychicznego. W związku z tym ja rozumiem to podejście, że dzieci powinny wrócić do szkół, że te szkoły powinny pracować. Mam wątpliwości do tego jak ta praca jest organizowana w tych liceach, w których liczba dzieci jest bardzo duża. Czy w tych placówkach była szansa utrzymania jakiejkolwiek strategii, która dałaby możliwość minimalizowania zakażenia. To wydaje mi się był główny problem, że były infekcje wśród młodzieży, a później w domach wśród rodziców szerzyły się bardzo mocno.

Jeśli decydujemy się na samoizolację, kwarantannę, to jaki jest najkrótszy czas przebywania na niej?

10 dni. Najkrótszy taki okres, kiedy stosujemy jeszcze tę strategię testowania - czyli robimy test na koniec naszej kwarantanny - to jest 7 dni. Np. dla personelu medycznego, ponieważ jesteśmy ważni strategicznie w pracy, tak po 7 dniach wykonujemy testy i wtedy wiemy, że możemy bezpiecznie wrócić do pracy, do naszych obowiązków.

I jeszcze pytanie dotyczące zakupów. Czy te produkty, których przecież dotykało wiele osób, powinniśmy przemyć?

Myślę, że na początku miałam ten poziom lęku wyższy i starałam się przecierać produkty, które wkładałam do lodówki. W tym momencie tego nie robię. Myślę, że tak się nie zakażamy. Pewnie, że przetarcie przedmiotów nie zaszkodzi. To wszystko bardziej zależy od tego, jak ktoś czuje się bardziej komfortowo. Ważniejszy jest sam pobyt w tym sklepie. Czy w maseczce, czy bez...


https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/polska/news-lekarka-zakaznik-test-na-koniec-kwarantanny-jestem-za,nId,4811426
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 03, 2020, 23:46
Koronawirus w Polsce. Dr Szułdrzyński: Nasz system opieki zdrowotnej już jest przeciążony
Grzegorz Jasiński 3 listopada (06:47) (1)

Polski system opieki zdrowotnej już jest przeciążony - mówi RMF FM dr Konstanty Szułdrzyński, kierownik Centrum Terapii Pozaustrojowych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Jak podkreśla, nie tylko opieka nad pacjentami z koronawirusem jest wyznacznikiem jakości i sprawności działania służby zdrowia. "Ci, którzy dzisiaj się zakazili, będą trafiać do szpitali za tydzień albo dwa, ale w tych szpitalach leżą pacjenci, którzy się zakazili miesiąc temu. I mamy taką wielką kumulację, która niestety nie jest łatwa do rozładowania. Tutaj wielką nadzieję pokładam w szpitalach tymczasowych. Tam mniejsza liczba personelu jest w stanie zabezpieczyć większą liczbę pacjentów" - dodaje w rozmowie z Grzegorzem Jasińskim dr Szułdrzyński.

(https://i.iplsc.com/dr-konstanty-szuldrzynski/000ANQVDQTUVTJ9O-C123-F4.webp)
Dr Konstanty Szułdrzyński/Grzegorz Jasiński /RMF FM

Grzegorz Jasiński, RMF FM: Muszę zacząć od brutalnego pytania. Czy jeśli chodzi o opiekę zdrowotną w pandemii stajemy się drugą Lombardią?

Dr Konstanty Szułdrzyński: Wydaje mi się, że niestety tak. Natomiast nie tylko Lombardią. To jest problem, który dotknął bardzo wiele różnych krajów, choćby Hiszpanię, czy Wielką Brytanię. Problem wynikający z tego, że system opieki zdrowotnej jest jednym z najdroższych elementów działania państwa. Nikt nie konstruuje takiego systemu z bardzo dużym zapasem, z bardzo dużymi rezerwami. Ponieważ takie pandemie, jak ta nie zdarzają się specjalnie często, ostatnio to byłą grypa hiszpanka, równo 100 lat temu, czyli długo przed powstaniem nowoczesnych systemów opieki zdrowotnej. Te systemy nie mają takich rezerw. Ich funkcjonowanie jest bardzo kosztowne. Staje się z roku na rok niestety coraz kosztowniejsze. Metody, którymi dysponujemy, są coraz doskonalsze, ale z drugiej strony coraz bardziej wyrafinowane technicznie, za czym idzie duży stopień komplikacji technologicznej i wysoka cena rezonansów magnetycznych, tomografów komputerowych czy choćby testów PCR.

Czy w związku z tym widzi pan ryzyko przeciążenia naszego systemu opieki zdrowotnej? Czy mamy z tym już do czynienia?

Z tych doniesień medialnych, które mogę obserwować, trochę mniej z własnego doświadczenia, można powiedzieć, że to przeciążenie już nastąpiło. Skoro czas oczekiwania na przyjazd karetki pogotowia do domu wynosi kilka godzin zamiast kilkunastu minut, jeśli przed Szpitalnymi Oddziałami Ratunkowymi tworzą się kolejki karetek, w których pacjenci oczekują po kilka, a czasem nawet kilkanaście godzin i są odsyłani od jednego szpitala do drugiego, to ten system już jest przeciążony. Natomiast to nie tylko opieka nad pacjentami z koronawirusem jest wyznacznikiem jakości i sprawności działania systemu opieki zdrowotnej, ale myślę, że przede wszystkim utrzymanie wydajności i jakości leczenia tych chorób, które ten system leczył do tej pory: zawały serca, przewlekłe choroby płuc, czy choćby choroby nowotworowe. Jeśli teraz nie jesteśmy w stanie zapewnić pacjentom takiej samej jakości opieki, jaka była wcześniej to oznacza, że ten system nie działa dobrze. Nie działa dobrze, bo już wcześniej nie miał rezerw. Przecież czas oczekiwania na wiele rutynowych zabiegów wynosił niejednokrotnie po kilka miesięcy, a czasem nawet kilka lat. Nie mieliśmy tych rezerw już dużo wcześniej. Teraz jeszcze musimy leczyć pacjentów z koronawirusem, musimy tworzyć specjalne przestrzenie do izolacji tych pacjentów, które zajmują ogromną ilość miejsca. Mamy znaczną część personelu na kwarantannie, albo walczącego z czynną infekcją, w związku z tym mamy ogromne braki.

O drugiej fali pandemii mówiono od samego początku. O tym, że przyjdzie, będzie groźna, że to na nią musimy się przygotowywać. Czy ma pan teraz wrażenie, że ta fala jest jednak potężniejsza niż ktokolwiek w całej Europie, mógł sobie wyobrazić?

Tak dokładnie jest. Ona jest znacznie większa. Ta pandemia koronawirusa jest czymś zupełnie nowym. Wyciąganie wniosków z przebiegu pandemii sprzed stu lat jest tak nieprzystające do aktualnych realiów, że wnioski, które mamy na podstawie zapisów, jak to wyglądało w 1918 czy 1919 roku są nie bardzo przydatne. Obecnie mamy znacznie większe ruchy ludności, znacznie większą gęstość zaludnienia. Z drugiej strony mamy znacznie większe szpitale, znacznie większe możliwości. Z tamtych wniosków niewiele wynika na teraz. W związku z tym my się cały czas uczymy. To jest zupełnie nowa sytuacja, nikt do końca nie wie, jak to wygląda. Mówię to też trochę na obronę władz, które z jednej strony, jak się mówi, trochę uwierzyły we własną propagandę, ale z drugiej strony - nikt nie miał danych, jak to będzie wyglądało. Wystarczy przypomnieć, jak wyglądała sytuacja w 2010 roku, kiedy do Polski dotarła pandemia wywołana wirusem grypy AH1N1, czyli tzw. świńskiej grypy. Wówczas wszyscy wieszczyli najbardziej hiobowe scenariusze, które się zupełnie nie ziściły i okazało się, że rację miała ówczesna pani minister zdrowia Ewa Kopacz, która nie zamówiła tych słynnych szczepionek na grypę. Okazało się, że to nie doszło do Polski. W związku z tym może nam się wydawało, że my jesteśmy jakoś odmienni i skoro pierwsza fala (koronawirusa - przyp. red.) nie bardzo nas dotknęła, to druga też nas oszczędzi. Bo my nie gęsi, bo my jesteśmy inni niż tamci i to dotyczy nie tylko naszej wyższości moralnej, ale i najwyraźniej innej fizjologii. To się okazało mrzonką jak wiele innych mesjańskich teorii. Przekonujemy się o tym teraz. Natomiast - powtarzam jeszcze raz - nie mamy na czym budować wiarygodnych modeli. Jedni mówią, że będzie źle. Inni mówią, że będzie bardzo źle. A jak naprawdę będzie? Nie wiem.
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 03, 2020, 23:46
Koronawirus w Polsce. Dr Szułdrzyński: Nasz system opieki zdrowotnej już jest przeciążony
Grzegorz Jasiński 3 listopada (06:47) (2)

Zaczęliśmy od ogółu, to może teraz przejdźmy do szczegółu, czyli sytuacji w pana szpitalu. Tego, jak wygląda w tej chwili praca na pierwszej linii frontu. Jak państwo dajecie radę w szpitalu, który jest nowoczesny i dobrze wyposażony? Jak to teraz wygląda?

Szpital Uniwersytecki w Krakowie jest rzeczywiście bardzo nowoczesny i bardzo dobrze wyposażony, ale ani budynek, ani sprzęty nie leczą. Leczą ludzie. Jeśli ci ludzie są zmęczeni i zaczyna ich brakować, bo część z nich jest chorych, to mamy wówczas problem. Tak jest trochę u nas w tej chwili. Kilkadziesiąt pielęgniarek jest albo w trakcie choroby, albo na kwarantannie, albo tuż po przebyciu choroby i mocno osłabionych. W niektórych oddziałach zespoły lekarskie też są mocno nadszarpnięte przez wirusa. Właściwie szpital nie jest w stanie w tej chwili leczyć nikogo innego poza pacjentami z koronawirusem. Choć staramy się utrzymywać nasze funkcje jako centrum udarowego czy centrum urazowego. Ale jest to bardzo, bardzo trudne, bo liczba pacjentów, którzy spływają z regionu, jest gigantyczna. O ile na zwykłych oddziałach w zwykłych szpitalach miejsca gdzieś się znajdują, o tyle miejsc na intensywnych terapiach w Małopolsce już de facto od dawna nie ma. Bardzo wielu pacjentów, którzy wymagają respiratora, jest leczonych z pomocą tego respiratora albo na zwykłych oddziałach, albo w oddziałach ratunkowych. To oczywiście nie jest zgodne z najnowszymi standardami, ale to jest to, na co nas stać. Nie jesteśmy w stanie zapewnić im lepszej opieki, bo też stworzenie łóżek intensywnej opieki nie jest takie proste.

W mediach pojawiają się różne doniesienia, różne plotki. Czy jesteśmy już w sytuacji, w której trzeba wybierać pacjentów, którzy mogą być poddani leczeniu z użyciem respiratora, czy jeszcze nie?

To w sumie dość trudny temat, bo my zawsze wybieramy. To, że medycyna zanotowała ostatnio ogromny postęp, że mamy bardzo dużo niezwykle zaawansowanych technik, to nie znaczy, że te techniki zawsze, każdemu pacjentowi, przynoszą korzyść. Lekarz, decydując się na zastosowanie jakiejś techniki, musi rozważyć między niedogodnością i niebezpieczeństwami związanymi ze stosowaniem takiego leczenia a korzyścią pacjenta. Respirator jest jedną z takich terapii, które mogą być dla pacjenta bardzo nieprzyjemne, czasem wręcz niebezpieczne, pogarszające istotnie jego jakość życia, natomiast nie zawsze przynoszące skutek. Nie każdemu respirator pomoże. Przepraszam za takie obrazowe, ale myślę, że trafiające do wyobraźni porównanie, ale jeśli ktoś w wypadku komunikacyjnym traci głowę, bo doznał ogromnego urazu, to wtedy respirator mu życia nie uratuje, bo głowy nie jesteśmy w żaden sposób odtworzyć. Jeśli ktoś jest w szalenie podeszłym wieku i ma bardzo wiele różnych innych chorób to podłączenie go do respiratora często może nie dawać korzyści w postaci wydłużenia mu życia, a już na pewno nie przywrócenia zdrowia, bo jego organizm nie ma szans poradzić sobie z tą chorobą. W takiej sytuacji staje się to już dla pacjenta tylko źródłem cierpienia i niedogodności, natomiast nie przynosi mu korzyści. Tego rodzaju decyzje lekarze podejmują zawsze. Sytuacja pandemii nie różni się aż tak bardzo. Różni się o tyle, że tych pacjentów nagle mamy bardzo dużo, musimy uruchamiać respiratory w nowych miejscach. My respiratory wciąż mamy. Podejmując te decyzje kierujemy się nie dostępnością respiratorów, bo je w tej chwili w naszym szpitalu mamy, ale tym czy pacjent odniesie z tego korzyść i czy to leczenie nie będzie związane dla pacjenta z nieuzasadnionym cierpieniem.

Podczas naszej rozmowy w maju wspominał pan, że w Polsce państwo możecie generalnie ograniczyć czas pozostawania pacjenta pod respiratorem do 6-7 dni. To krócej niż wtedy mówiono o tym, co się dzieje we Włoszech, czy w Nowym Jorku. Czy dalej tak jest, dalej to państwo obserwujecie, czy sytuacja się już zmieniła?

To się bardzo szybko zmieniło. Widzimy pacjentów z dwoma możliwymi scenariuszami. Jedni to są pacjenci, którzy mają wirusowe zapalenie płuc. To w zależności od wieku trwa od 5 do 10 dni i pacjenta da się odłączyć od respiratora. Drugi scenariusz jest nieco gorszy, gdy ta choroba nie dotyczy tylko i wyłącznie płuc. Zresztą ona rzadko dotyczy tylko i wyłącznie płuc, natomiast jeśli objawy ze strony innych narządów będą dominujące, niewydolnych jest kilka narządów naraz, to organizm przestaje sobie dawać radę z walką z wirusem. Jeszcze jest jeden scenariusz, niestety też nieprzyjemny. To wtedy, gdy co prawda w przebiegu tego zakażenia wirusowego organizm zwalczy agresora, poradzi sobie z wirusem, natomiast niestety w płucach zostaną uruchomione nieprawidłowe procesy. One nie dążą do naprawienia takiego płuca, ale jego zwłóknienia. Ten proces zwłóknienia, czyli zamiany normalnego zdrowego płuca na tkankę włóknistą, czyli rodzaj dużej blizny, przebiega już niezależnie od wirusa. Czyli wirusa już dawno nie ma, a ten proces postępuje. To też jest bardzo niekorzystny scenariusz, na który my niestety nie mamy wpływu. W ogóle na zwłóknienia płuc wpływ mamy bardzo niewielki. Ta rozmaitość obrazów klinicznych, z którymi mamy do czynienia, jest teraz znacznie większa, niż to było na początku.

"Tak naprawdę nie wiemy, ilu pacjentów się zakaża"

Pojawiają się opinie, że wirus teraz łatwiej zakaża i w związku z tym tych przypadków jest dużo więcej, ale jest dla pacjentów łagodniejszy w tym sensie, że nie tak wysoki procent wymaga hospitalizacji czy respiratorów. Czy pana codzienne doświadczenie to potwierdza?

Bardzo trudno tu o wiarygodne dane. Choćby ze wzglądu na naszą zdolność testowania. Tu jest mój wielki żal o to, że mamy tak małą zdolność testowania. To nie pozwala nam wykryć wiarygodnie nie tylko wszystkich, ale znaczącej części zakażeń. W związku z tym my tak naprawdę nie wiemy, ilu pacjentów się zakaża. A to oznacza, że nie mamy mianownika do tego ułamka, którym byłby stosunek liczby pacjentów wymagających pobytu w szpitalu czy w intensywnej terapii w stosunku do wszystkich zakażonych. Ilu jest tych zakażonych - nie wiemy. Jeśli wiemy, że we Włoszech wykonuje się około 200 tysięcy testów dziennie, czasem więcej, a Włosi mają o 50 proc. większą liczbę ludności niż my, to w Polsce powinno się wykonywać 120-150 tysięcy testów dziennie. W Wielkiej Brytanii, która ma 70 milionów ludności, wykonuje się ponad 300 tysięcy testów. U nas rzadko udaje się przekroczyć 60 tysięcy. To moim zdaniem między 30 a 50 proc. tego, co powinniśmy robić, żeby mieć pojęcie o zasięgu epidemii. To, z czym mamy teraz do czynienia, to jest głównie zdolność potwierdzenia podłoża choroby u pacjentów objawowych. Jeśli ktoś ma objawy to my możemy powiedzieć na podstawie tego testu, czy on ma rzeczywiście koronawirusa, czy nie i w związku z tym, na którym oddziale go trzeba położyć. To jest właściwie tyle, ile nasz system jest w stanie w tej chwili zrobić. Pamiętajmy też, że ze względu na kiepską dostępność tych testów, często bardzo długie kolejki do wykonania takiego testu, a potem wielodniowe oczekiwanie na wyniki, bardzo wiele osób, których krewni czy domownicy mają typowe objawy koronawirusa i dodatni test, już po pojawieniu się u nich objawów na test nie jadą. Pierwsza więc rzecz, nie mamy odpowiedniej liczby testów. Po drugie, ze względu na duże trudności logistyczne bardzo wielu ludzi w ogóle nie zgłasza się do testów. I nie liczymy nawet tych, którzy po prostu obawiają się wyniku takiego testu.

Czy przestawienie się na testy antygenowe, jak rozumiem najnowszej generacji, jest tu jakimś wyjściem z sytuacji? Słowacja prowadzi masowe testy właśnie z wykorzystaniem testów przeciwciał...

To jest oczywiście wyjście. Te testy mają dwie zalety. Pierwsza jest taka, że one są wielokrotnie tańsze niż testy PCR. Druga jest taka, że dają wynik po kilkunastu minutach. Z pomocą tych testów można choćby zrobić testy przesiewowe w całym zakładzie pracy czy całej szkole w ciągu jednego dnia. Nawet jeśli część tych wyników jest fałszywych, choćby fałszywie dodatnich, to można je już potwierdzać z pomocą testów PCR. To jest istotny postęp.

Proszę powiedzieć, jak pana zdaniem praca naukowców przez ostatnie pół roku, badania nad szczepionką, nowa wiedza medyczna, pomaga państwu w pracy na bieżąco, jeśli chodzi o wybór metody terapii, wybór momentu, gdy trzeba kogoś poddać terapii z wykorzystaniem respiratora. Jak te postępy wiedzy medycznej pomagają w leczeniu?

Praca lekarza to nie jest tylko wiedza naukowa, ale też pewne zobowiązanie moralne, które stawia dobro pacjenta na pierwszym miejscu. Zatem możemy stosować takie leczenie, co do którego dowody wskazują na jego skuteczność. Każdy lek ma działania niepożądane, absolutnie każdy, a część leków ma dużo większe działanie niepożądane niż witamina C. Musimy być pewni albo mieć bardzo poważne argumenty przemawiające na rzecz skuteczności, która przeważa nad potencjalnymi działaniami niepożądanymi. Jeśli mamy lek, o którym dokładnie wiemy, jakie ma spektrum działań niepożądanych i przyjmujemy, że być może na podstawie jego mechanizmu on może być skuteczny w tej chorobie, ale nie mamy na to żadnych dowodów, to taki lek możemy stosować tylko i wyłącznie w ramach badania klinicznego u osób, które wyraziły na to zgodę. I to w ramach eksperymentu medycznego wymaga jeszcze zgody komisji bioetycznej. Nie ma takiej możliwości, że jeśli nie wiemy, co działa, będziemy dawać wszystko co nam do głowy przyjdzie, bo a nuż coś zadziała. To "a nuż" często jest związane z bardzo małym prawdopodobieństwem poprawy i korzyści dla pacjenta. Na drugiej szali jest często bardzo duże ryzyko wystąpienia ciężkich działań niepożądanych. To, co miało miejsce z chlorochiną czy hydroksychlorochiną, to było takie zachłyśnięcie się, że oto może jest lek, który byłby skuteczny, to dawano go wszystkim pacjentom. W ten sposób dość powszechnie stosowano lek, którego działania niepożądane były znane od dziesięcioleci, bez jakichkolwiek danych na temat jego skuteczności. Ja nie chcę mówić, że w ten sposób szkodzono pacjentom. Ale na pewno działano w sposób bardziej oparty na emocjach niż na naukowym podejściu do tego, co jest skuteczne, a co nie. Ostatnio się pojawiają plotki o skuteczności amantadyny. To są wszystko doniesienia oparte na bardzo wątłych przesłankach. Jeśli to są racjonalne przesłanki to można i należy je weryfikować, ale w badaniach klinicznych a nie w powszechnym stosowaniu. Nasza chęć niesienia pomocy i empatia, którą znakomita większość lekarzy ma, nie powinna nas skłaniać do porzucania zasad naukowości w medycynie. Ta naukowość nie jest wartością samą w sobie, ale jest zdolnością do rozsądzenia między dobrem i złem, czyli korzyścią dla pacjenta i ryzykiem. O tym nie powinniśmy zapominać. Będąc pod wpływem emocji, chęci pomocy pacjentowi za wszelką cenę, jesteśmy w stanie czasem przymknąć oko na możliwe działania niepożądane różnych leków w imię zupełnie nieokreślonych i czasem bardzo iluzorycznych korzyści. Nie wolno na to pozwolić. Medycyna, nawet w stanie tak wielkiego napięcia, jak w trakcie tej pandemii, nie powinna sobie pozwolić na odejście od rozumu w stronę emocji. Bo przestaje być medycyną a staje się tak naprawdę szamaństwem.

"Nie każde osocze pomoże"

Wiele nadziei towarzyszyło podawaniu preparatów z osocza krwi ozdrowieńców. Czy państwo macie jakieś nowe doświadczenia jeśli chodzi o tę metodę, czy ją stosujecie, widzicie jakieś konkretne skutki?

W naszym szpitalu się tej metody nie stosuje. Doniesienia z dużych badań nie wskazują na to, żeby stosowanie osocza ozdrowieńców przynosiło jakąś korzyść. natomiast tu jest pewien problem metodologiczny. O ile w stosunku do zwykłych leków my możemy powiedzieć, że aspiryna jest w dawce 500 mg co znaczy, że kwasu acetylosalicylowego w tej białej tabletce jest pół grama. Jak damy pacjentom te pół grama to im spadnie gorączka albo nie będą się zatykać bajpasy. Jeśli natomiast chodzi o osocze ozdrowieńców, to trzeba by w nim bardzo wiarygodnie oznaczać poziom przeciwciał, a ponadto wiedzieć, które z przeciwciał skierowanych przeciw koronawirusowi są odpowiedzialne za rzeczywistą odporność organizmu. Organizm produkuje różne przeciwciała i niekoniecznie wszystkie ich typy biorą udział i są ważne w odpowiedzi immunologicznej i walce z zakażeniem. Z osoczem mamy taki problem, że pobieramy je od różnych ludzi i nie do końca wiemy, co w nim za każdym razem jest. To osocze od różnych osób, różnych ozdrowieńców może mieć różne właściwości. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi, jeśli sobie zażartuję, że nie każda woda jest wodą z Lourdes. Jeśli weźmiemy wodę z Wisły, to obawiam się, że może zaszkodzić. Nie każde osocze pomoże. Myślę, że to jest główny problem metodologiczny. Jak mówiłem, dane z dużych badań nie są pod tym względem optymistyczne. To jednak nie oznacza, że nie uzyskamy kiedyś zdolności do zagęszczania takich przeciwciał i podawania koncentratów, które być może byłyby skuteczne. Takie koncentraty przeciwciał stosowano np. u prezydenta Donalda Trumpa. Co by było, gdyby on tych przeciwciał nie dostał, nie wiem, ponieważ żeby ocenić to wiarygodnie, nie można tego podawać jednemu pacjentowi, tylko tysiącom albo dziesiątkom tysięcy, gdzie połowa dostanie, a połowa nie dostanie. Wtedy dopiero możemy porównać, czy ta interwencja badana rzeczywiście działa, czy nie. Na tym polega naukowość w medycynie. To, co jest rozczarowujące dla wielu osób, jest źródłem zwątpienia i podważa zaufanie do medycyny to fakt, że te wyniki przychodzą tak późno. Na pytania, co działa, a co nie w walce z koronawirusem, ludzie chcieliby mieć odpowiedź tu i teraz. Niestety, żeby medycyna spełniała te kryteria naukowości, potrzebny jest czas, potrzebny jest odpowiedni okres obserwacji pacjentów, którzy otrzymali leczenie i tych, którzy tego leczenia nie otrzymali, albo otrzymali inne. Chodzi o to, byśmy wiarygodnie i z bardzo dużym prawdopodobieństwem, że wiemy, o czym mówimy, mogli ocenić skuteczność działania tych leków i ewentualne działania uboczne. To samo dotyczy szczepionek. Jeśli oczekujemy ich z tak wielkim utęsknieniem, musimy pamiętać, że pośpiech jest bardzo niewskazany. Chcielibyśmy bowiem wiedzieć, że stosowanie szczepionki przyniesie więcej korzyści, niż strat. Korzyści oznaczają, że szczepionka będzie dawała odporność, a ta odporność będzie w miarę trwała. Cóż nam po szczepionce, która da odporność na trzy tygodnie? Potrzebujemy takiej, która da odporność przynajmniej na rok, wtedy to ma sens. Z drugiej strony powinna być bezpieczna, czyli poważne powikłania nie będą się zdarzały często, a najlepiej żeby się nie zdarzały w ogóle. Na to jest potrzebny czas, jest potrzebny pewien okres obserwacji. Tego rodzaju substancje biologiczne, jakimi są szczepionki, przynoszą konsekwencje często po kilku miesiącach i tego okresu się nie da skrócić. Ludzie mówią, że skoro nauka nie może dać odpowiedzi na te pytania tu i teraz, to znaczy, że jest na nic. Właśnie nauka jest po to, by ten czas obserwacji pozwolił nam na wyciągnięcie wiarygodnych wniosków, żebyśmy nie stwierdzili po kolejnym roku, że jednak się myliliśmy, że jednak lepiej było nie dawać tej szczepionki. Tego chcemy wszyscy uniknąć i dlatego musimy się uzbroić w cierpliwość.

Na koniec nie mogą pana nie zapytać o to, co przewiduje pan na niedaleką przyszłość, biorąc pod uwagę wszystko to, co się w kraju dzieje. Czy o najbliższym tygodniu, czy dwóch tygodniach z punktu widzenia szpitala, który przyjmuje pacjentów, myśli pan z lękiem, czy już z przerażeniem?

To, co mogą powiedzieć na pewno na temat najbliższych dwóch tygodni, to że będzie padał deszcz. Bo tak jest w listopadzie. Natomiast jeśli chodzi o koronawirusa to bardzo trudno wyrokować. Niestety wydaje się, że epidemia jest na tyle już rozpowszechniona w społeczeństwie, jest tyle osób, które zakażają, często nie mając zupełnie świadomości, że należy się spodziewać, że fala nie będzie opadać. Ona się może wypłaszczy, natomiast wydaje się - choć ja nie jestem ekspertem w tej dziedzinie - że ta liczba przypadków będzie narastać jeszcze przez dobrych kilka miesięcy. Nie zdziwiłbym się gdybyśmy sobie jako tako z tym poradzili dopiero w styczniu czy w lutym. To, co mnie martwi w tym wszystkim to fakt, że ludzie się znacznie szybciej zakażają niż leczą z tej choroby. Bardzo łatwo złapać infekcję, codziennie mamy informacje o kolejnych kilkunastu tysiącach zakażeń. Mam wrażenie, że po wejściu testów antygenowych to będą dziesiątki tysięcy przypadków dziennie. Przebieg tej choroby w optymistycznym przebiegu to jest około 3 tygodni, a u pacjentów w szpitalu często jeszcze kilka tygodni dłużej. Ci ludzie, którzy dzisiaj się zakazili, będą trafiać do naszych szpitali za tydzień albo dwa, ale w tych szpitalach leżą pacjenci, którzy się zakazili miesiąc temu. I mamy taką wielką kumulację, która niestety nie jest łatwa do rozładowania. Tutaj wielką nadzieję pokładam w szpitalach tymczasowych, które w jakiś sposób nam w tym pomogą.

Czy dzięki nim mamy szansę, że polska służba zdrowia te dwa, trzy miesiące, o których pan mówi, przetrwa?

Taki jest cel. Tak postępują prawie wszystkie kraje. My mamy małą rezerwę łóżek szpitalnych, mamy mało lekarzy. To, co budzi niepokój to pytanie, czy znajdziemy wystarczającą liczbę personelu medycznego. Z lekarzami jest problem, ale znacznie większy problem jest ze zdobyciem odpowiedniej liczby pielęgniarek. Czy my jednak zdobędziemy wystarczającą liczbę personelu, by takie szpitale obsadzić? One się tym różnią od szpitali zwykłych, że zamiast dwu, czy czteroosobowych sal, one są w postaci dużych otwartych przestrzeni. Tam mniejsza liczba personelu jest w stanie zabezpieczyć większą liczbę pacjentów. Poza tym, że tam są dodatkowe łóżka, to aranżacja tej przestrzeni sprzyja temu, żeby lepiej wykorzystać te wątłe zasoby personelu medycznego, które mamy. Tyle, że ten system działa źle nie od wczoraj, nie od przedwczoraj. Ja 25 lat temu skończyłem medycynę, wszyscy mówili, nic się nie przejmuj, jak będziesz pracował to będzie znacznie lepiej. Tak czekam, kiedy będzie lepiej i ciągle nie jest. Problem jest w braku konsensusu. W krajach o ugruntowanej demokracji wydaje się, że pewne strategiczne elementy działania państwa, jak edukacja, bezpieczeństwo, czy to energetyczne, militarne, czy zdrowotne są elementem konsensusu. Niezależnie od tego, kto dochodzi do władzy, nawet jeśli modyfikuje politykę, to tylko w pewnym zakresie, rdzeń i pryncypia pozostają te same. W związku z tym kraj może się rozwijać w jakimś kierunku z drobnymi modyfikacjami w prawo lub w lewo, natomiast postęp jest zauważalny. U nas w systemie opieki zdrowotnej czegoś takiego nie mamy. Od 25 lat odbijamy się od ściany do ściany, żadnego sensownego kierunku w tym nie widać. I niestety teraz za to płacimy.


Opracowanie: Maciej Nycz
Źródło: RMF FM

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/komentarze-ekspertow/news-koronawirus-w-polsce-dr-szuldrzynski-nasz-system-opieki-zdro,nId,4831081
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 10, 2020, 23:59
BioNTech's Covid vaccine: a shot in the arm for Germany's Turkish community
Philip Oltermann in Berlin Mon 9 Nov 2020 17.12 GMT

Couple who set up and run firm are children of long-maligned ‘guest workers’ from Turkey

(https://i.guim.co.uk/img/media/e3b2ac675e33e3bb21f49fdcce0ad9a4ca80c128/0_392_3500_2099/master/3500.jpg?width=620&quality=85&auto=format&fit=max&s=dccad9616f1e4207939e480b664abaab)
Ugur Sahin, BioNTech’s CEO, and his wife Özlem Türeci, its chief medical officer, founded the firm in 2008. Photograph: Fabian Bimmer/Reuters

When the German biotechnology company BioNTech picked a street called An der Goldgrube or At the Goldmine in the western city of Mainz for its headquarters, the couple behind it could not have predicted how prophetic the address would turn out to be.

The company’s shares shot up 23.4% on Monday morning after the Covid-19 vaccine it is developing with the US pharma giant Pfizer became the first candidate worldwide to show positive results in phase 3 trials, the crucial final stage of testing.

The total value of BioNTech’s stock is currently $21.9bn (£16.6bn), more than four times that of German national carrier Lufthansa and a triumph for a company that only made its debut on the US stock market a year ago.

Founded in 2008 by the married scientists Özlem Türeci and Ugur Sahin and the Austrian oncologist Christoph Huber, the company originally set out to develop new types of immunotherapy against cancer, modifying patients’ T cells to target cancer-specific antigens.

When news of the coronavirus first surfaced at the start of the year, BioNTech, which employs 1,300 people, was quick to reallocate its resources. Sahin, its CEO, told Germany’s Manager Magazin that when he read about the Covid-19 outbreak in Wuhan in January, he told his wife that “in April they’ll have to shut the schools here”.

Germany entered its first lockdown in March, earlier than Sahin had anticipated, but by then his company had already developed 20 candidates for a vaccine, of which it would go on to test five for immune reactions in a research programme accompanied by 500 scientists called Lightspeed.


Cytuj
Latest global Covid-19 data
Total cases 50 504 068
Total deaths 1 253 979
New daily cases 487 173
New daily deaths 6819
Data from JHU CSSE Covid-19 Data at 17.25 on 10 November 2020

Sahin said in an interview in late October that the company could have managed to develop a vaccine on its own, but it would have struggled with the challenge of distribution.

Pfizer, which has collaborated with BioNTech on flu vaccines since 2018, paid $185m upfront toward the development of the coronavirus vaccine. It will release another $563m when the development is complete.

Monday’s milestone of interim results showing 90% efficacy is a triumph for Pfizer’s and BioNTech’s scientific method. Their vaccine pioneers an entirely new technology that involves injecting part of the virus’s genetic code in order to train the immune system.

In a country where a debate about the willingness of German citizens with Turkish roots to integrate into public life has never been far from the headlines for the last decade, the story of BioNTech’s founders is also salient.

Türeci and Sahin are children of Turkish Gastarbeiter or “guest workers” who came to Germany in the late 1960s. Sahin was born in southern Turkey but moved to Cologne when he was four. Türeci, the company’s chief medical officer, was born in Lower Saxony.

The couple, who hold German citizenship and have a teenage daughter, met at Saarland University in Homburg and have been married since 2002. In an interview with Süddeutsche Zeitung, Türeci said she and her husband started their wedding day in lab coats and resumed their research after a brief dash to the registry office.

The Berlin newspaper Tagesspiegel wrote that their success was “balm for the soul” of Germans with Turkish roots after decades of being stereotyped as lowly educated greengrocers.

The year 2020 also marks the 10th anniversary of the publication of Germany Does Away With Itself, a book in which a former government official argued that Turkish migrants were dumbing down education standards in the country.

https://www.theguardian.com/world/2020/nov/09/biontechs-covid-vaccine-a-shot-in-the-arm-for-germanys-turkish-community
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 10, 2020, 23:59
https://www.theguardian.com/world/2020/nov/09/covid-19-vaccine-candidate-effective-pfizer-biontech

Hopes rise for end of pandemic as Pfizer says vaccine is 90% effective
Sarah Boseley, and Philip Oltermann in Berlin Tue 10 Nov 2020 05.40 GMT

Global stocks surge and experts optimistic as Covid vaccine exceeds expectations

(https://i.guim.co.uk/img/media/a9bdb0a395aa1a9faba29585ba94487ffe6d853c/0_38_2835_1701/master/2835.jpg?width=620&quality=85&auto=format&fit=max&s=f461568490371afd3e9f75d061f46cd9)
A healthcare worker with a syringe of the vaccine developed by Pfizer and BioNTech at a hospital in Ankara, Turkey, in October. Photograph: Anadolu Agency/Getty Images

Hopes are soaring that a Covid vaccine is within reach, following news that an interim analysis has shown Pfizer/BioNTech’s candidate was 90% effective in protecting people from transmission of the virus in global trials.

The vaccine performed much better than most experts had hoped for, according to the companies’ analysis, and brings into view a potential end to a pandemic that has killed more than a million people, battered economies and upended daily life worldwide.

The data is from an interim analysis and the trial continues into December but the headline results were emphatic. Regulators will be looking to process an emergency licence application at record speed.

Global stocks surged to record highs on the news, while companies that have become synonymous with lockdowns in the west, including Zoom’s video conferencing and food delivery firms, saw falls in their value.

John Bell, Regius professor of medicine at Oxford University, who is involved with the Oxford vaccine, said that the Pfizer team had shown “an amazing level of efficacy” and it could mean a return to normality by spring (efficacy connotes performance of the vaccine under the orderly conditions of a trial, as distinct from use in everyday life). “I’m the first guy to say that but I will say it with some confidence,” he told the BBC.

Manufacturing is already under way. Pfizer said they expect to supply globally up to 50m vaccine doses in 2020 and up to 1.3bn doses in 2021. Countries will decide who they prioritise for vaccination. In the UK, the joint committee on vaccination and immunisation has recommended that – presuming the vaccines work well enough in elderly people – the first vaccines go to care home workers and residents, followed by anybody over 80 and other health and social care workers. After that, people are expected to get them in decreasing age order.

The news comes too late to help Donald Trump’s re-election campaign in the US, but the vice-president, Mike Pence, tried to claim their administration’s Operation Warp Speed programme had helped the vaccine’s development. Pfizer denied the suggestion.

“We were never part of the Warp Speed,” Kathrin Jansen, a senior vice-president and the head of vaccine research and development at Pfizer, said in an interview. “We have never taken any money from the US government, or from anyone.”

BioNTech, the small biotechnology company that is the originator of the vaccine, was founded by two married German scientists, Uğur Şahin and Özlem Türeci, both born to Turkish immigrant parents, and the Austrian oncologist Christopher Huber. It originally set out to develop new types of immunotherapy for cancer, but has concentrated its capacities on the race for a Covid-19 vaccine.

There are so far no safety concerns around the vaccine, with the two companies reporting no serious side-effects. The high percentage of those protected makes it especially compelling. Regulators have previously said they would approve a vaccine that has just a 50% effectiveness rate – protecting half of those who get vaccinated.

“Today is a great day for science and humanity. The first set of results from our phase 3 Covid-19 vaccine trial provides the initial evidence of our vaccine’s ability to prevent Covid-19,” said Dr Albert Bourla, the Pfizer chairman and chief executive.

“We are reaching this critical milestone in our vaccine development programme at a time when the world needs it most with infection rates setting new records, hospitals nearing over-capacity and economies struggling to reopen.”

Other scientists tried to marry caution with their obvious excitement at the early results, warning that the full data was not yet available and that the trial was continuing.

“In the absence of any data from Pfizer and BioNTech, we have to take these very exciting claims at face value,” said Dr Simon Clarke, an associate professor of cellular microbiology at the University of Reading. “It seems highly unlikely that a major pharmaceutical company would get such eagerly awaited news wrong.”

Prof Peter Horby of Oxford University, who runs the Recovery Covid drug trial, said it seemed like an important moment.

“This news made me smile from ear to ear,” he said. “It is a relief to see such positive results on this vaccine and bodes well for Covid-19 vaccines in general. Of course we need to see more detail and await the final results, and there is a long, long way to go before vaccines will start to make a real difference, but this feels to me like a watershed moment.”

As news of the breakthrough buoyed the scientific community, Brazil’s health regulator said it had suspended a clinical trial for China’s Sinovac coronavirus vaccine citing a severe adverse event. Trial organisers said there had been a death but it was unrelated to the vaccine.

The health regulator, Anvisa, said on Monday the “adverse event” took place on 29 October but did not specify if the incident took place in Brazil or in another country. It also did not give an indication of how long the suspension of the large late-stage trial might last.

Pfizer/BioNTech’s mRNA vaccine, which uses the genetic code rather than any part of the virus itself, has been one of the leaders in the global vaccine race. Interim results are also expected this month or in early December from trials for the Oxford University/AstraZeneca vaccine, which is based on a different technology.


Vaccine uses genetic engineering to harness cells to produce pieces of virus that are recognised by the immune system

The phase 3 trials have involved more than 43,000 people and are intended to establish whether the vaccine works. Volunteers are given either the Covid vaccine, which was administered in two shots about three weeks apart, or a placebo alternative such as the meningitis vaccine, and neither they nor their doctors know which they have had.

There have been concerns that black and minority ethnic populations are particularly vulnerable to Covid. Approximately 42% of global participants and 30% of US participants in the trials have racially and ethnically diverse backgrounds and appear to have been as well-protected as everyone else, the company says. But one important unanswered question is how long the vaccine will last.

The US and UK both welcomed the development but urged patience.

“I congratulate the brilliant women and men who helped produce this breakthrough and to give us so much cause for hope,” the US president-elect, Joe Biden, said. “It is also important to understand that the end of the battle against Covid-19 is still months away … a mask remains a more potent weapon against the virus than a vaccine. Today’s news does not change this urgent reality.”

The UK’s prime minister and deputy medical adviser warned that nobody should assume the pandemic was over and let down their guard. “We can’t let our enthusiasm run away with us,” said Boris Johnson, adding that the public must continue to observe the lockdown restrictions. Prof Jonathan Van-Tam said the results showed the vaccine prevented disease, but “we don’t know what this means yet for when we can get life back to normal … please don’t relax.”

Many countries already have orders for the Pfizer/BioNTech vaccine. The UK has bought 40m doses – enough for 20 million people because two doses are required. The EU has secured 200m doses, which it will distribute. The companies have a $1.95bn (£1.5bn) contract with the US government to deliver 100m vaccine doses beginning this year.

Low-income countries could face problems, however, because the vaccine needs ultra-cold chain; it must be stored at -70C. The BioNTech chief executive, Uğur Şahin, has said his company is researching whether the vaccine might be able to survive for up to five days at a normal fridge temperature of 4C.

In Germany, the government is planning to set up vaccination centres equipped with ultra-low-temperature freezers for the first phase of vaccinations.
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 11, 2020, 23:44
46 proc. testów na COVID-19 zwróciło wynik pozytywny. Jesteśmy dalecy od opanowania pandemii
Magda Ważna data publikacji: 10.11.2020, 11:00

5 proc. - tyle powinien wynosić średni odsetek liczby pozytywnych testów na COVID-19, żeby można było mówić o opanowaniu pandemii. Jak jest w Polsce? W niedzielę 50 proc. testów zwróciło wynik pozytywny. Dziś nieco mniej, ale wciąż o wiele za dużo

Odsetek pozytywnych testów na COVID-19. Dlaczego musimy go znać?

W poniedziałek Ministerstwo Zdrowia podało, że ostatniej doby wykonano 43,4 tys. testów i potwierdzono 21 713
nowych zakażeń. Odsetek pozytywnych testów sięgnął 50 proc. To najgorszy wynik od początku pandemii

Poniedziałkowe wyniki są nieco lepsze, ale ten wskaźnik wciąż jest zbyt wysoki

Polska ma najwyższy wśród krajów europejskich odsetek pozytywnych testów na COVID-19. Oznacza to, że wykonujemy zdecydowanie za mało testów

"Testowanie z zamysłu miało pomóc w 'wyłapywaniu' osób bezobjawowych, a nie potwierdzaniu oczywistych rozpoznań (np. osoby z utratą węchu czy smaku)" - pisze na Twitterze Krzysztof Pawlak, lekarz rezydent medycyny rodzinnej

46 proc. pozytywnych testów na COVID-19 [Aktualizacja 9.11]

We wtorek Ministerstwo Zdrowia podało, że ostatniej doby w Polsce wykonano ponad 54,7 tys. testów na COVID-19. Potwierdzono również 25 484 nowych zakażeń. Odsetek pozytywnych testów na COVID-19 w liczbie testów ogółem wynosi zatem 46 proc. To nieco mniej niż dzień wcześniej, kiedy to sięgnął 50 proc. ale i tak jest on stanowczo za wysoki.

Odsetek pozytywnych testów na COVID-19 (średnia krocząca z siedmiu dni) obliczony do 10.11 wynosi 41 proc.

50 proc. pozytywnych testów na COVID-19

Ostatniej doby w Polsce wykonano ponad 43,4 tysiące testów na COVID-19. Ministerstwo Zdrowia poinformowało, że w ciągu doby potwierdzono również 21 713 nowych zakażeń koronawirusem SARS-CoV-2. Odsetek pozytywnych testów na COVID-19 w liczbie testów ogółem wynosi 50 proc. To najwyższy wynik od początku raportowania statystyk dotyczących pandemii w Polsce. 5.11 po raz pierwszy przekroczyliśmy 40 proc. pozytywnych wyników (67,1 tys. testów oraz 27 143 potwierdzone zakażenia).

Odsetek pozytywnych testów na COVID-19 (średnia krocząca z siedmiu dni) obliczony do 4.11 wynosił 31,9 proc. i był najwyższy wśród krajów Unii Europejskiej.

(https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/7cHk9kpTURBXy8zOTJjMjY0Y2I1MWUxMmNiNDA2ZTQzNDkzMDE0ODE1MC5wbmeRlQLNAtAAwsOBoTAF)
Odsetek pozytywnych testów na COVID-19 (średnia krocząca z siedmiu dni)Odsetek pozytywnych testów na COVID-19 (średnia krocząca z siedmiu dni)

Odsetek pozytywnych testów na COVID-19 (średnia krocząca z siedmiu dni) obliczony do 9.11 wynosi 38,6 proc.

Wysokość tego wskaźnika jest niepokojąca, ponieważ pokazuje, ze w Polsce przeprowadzamy zbyt mało testów na COVID-19 i nie mamy pojęcia o prawdziwej skali pandemii. "Tylko 43,4 tys. testów. Ponad 50% dodatnich. Mówiąc szczerze nie wiem czy w takim razie jest jeszcze w ogóle sens te testy robić. Testowanie z zamysłu miało pomóc w 'wyłapywaniu' osób bezobjawowych, a nie potwierdzaniu oczywistych rozpoznań (np. osoby z utratą węchu czy smaku)" - pisze na Twitterze Krzysztof Pawlak, lekarz rezydent medycyny rodzinnej.

Odsetek pozytywnych testów na COVID-19. Dlaczego musimy go znać?

Jak tłumaczą eksperci z Johns Hopkins odsetek pozytywnych testów na COVID-19 w liczbie testów ogółem pomaga urzędnikom zdrowia publicznego odpowiedzieć na takie pytania, jak:

Jaki jest obecny poziom transmisji SARS-CoV-2 w społeczności?

Czy przeprowadzamy wystarczającą liczbę testów?

Procent pozytywnych wyników będzie wysoki, jeśli liczba pozytywnych testów jest zbyt duża lub jeśli całkowita liczba przeprowadzanych testów jest zbyt mała. Wysoki procent pozytywnych testów wskazuje na wyższą transmisję i pokazuje, że prawdopodobnie wiele osób zarażonych koronawirusem, nie zostało jeszcze przetestowanych.

JAK OBLICZA SIĘ ODSETEK POZYTYWNYCH TESTÓW?

CDC podaje następujący wzór do obliczania odsetka testów pozytywnych: liczba pozytywnych testów podzielona przez całkowitą liczbę testów i pomnożona przez 100. Całkowita liczba testów to liczba testów dodatnich i ujemnych, bez testów dających nieokreślone wyniki.

Jak tłumaczą eksperci z John Hopkins, wysoki odsetek pozytywnych testów oznacza, że trzeba przeprowadzić testowanie na większą skalę. Ponadto sugeruje również, że nie jest to dobry moment na łagodzenie obostrzeń mających na celu ograniczenie transmisji wirusa. Co więcej, ponieważ wysoki odsetek pozytywnych testów sugeruje wysokie wskaźniki infekcji, więc zamiast łagodzić ograniczenia należy je wzmocnić.

Kiedy można myśleć o łagodzeniu obostrzeń? Wytyczne Światowej Organizacji Zdrowia mówią, że wtedy, gdy wskaźnik odsetka pozytywnych testów utrzymuje się na poziomie poniżej 5 proc. przez kolejne dwa tygodnie. Jak to osiągnąć? Są dwa sposoby. Pierwszy zakłada zmniejszenie transmisji koronawirusa, drugi – zwiększenie liczby osób poddawanych testom. Te dwa sposoby zwykle idą ze sobą w parze. Jeśli przeprowadza się więcej testów i odpowiednio reaguje na pozytywne testy, np. przez izolowanie zakażonych i śledzenie kontaktów, transmisja spada.

Dlaczego liczba testów jest taka ważna? Tu również z odpowiedzią przychodzą eksperci z Johns Hopkins. Kiedy na danym obszarze wykonuje się zbyt mało testów, osoby zarażone koronawirusem nie są "wyłapywane" i nie wiedzą, że powinny się izolować. W rezultacie transmitują zakażenie dalej. Osoby, które uzyskały pozytywny wynik testu na COVID-19 (oraz osoby, które miały kontakt) powinny zostać odizolowane na 14 dni, aby przerwać dalszą transmisję zakażenia.

Jak wypada Polska na tle innych krajów europejskich jeśli chodzi o testowanie? Poniżej wykres, na którym przedstawiono dzienną liczbę testów w przeliczeniu na 1000 mieszkańców (średnia krocząca z siedmiu dni). Polska robi średnio 1,66 testów na 1000 mieszkańców i znajduje się na szarym końcu zestawienia. Najwięcej testów na 1000 mieszkańców wykonują Luksemburg, Dania, Francja, Wielka Brytania, Litwa i Czechy.

(https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/Dj7k9kpTURBXy9mZmUyYmEzMDNhYjZmMjkxYjUxODA3OGEyNmZmZmMyZS5wbmeRlQLNAtAAwsOBoTAF)
Dzienna liczba testów na COVID-19 w przeliczeniu na 1000 mieszkańców (średnia krocząca z siedmiu dni)Dzienna liczba testów na COVID-19 w przeliczeniu na 1000 mieszkańców (średnia krocząca z siedmiu dni)

Jeśli testów przeprowadza się zbyt mało, infekcje rozprzestrzeniają się po cichu. Tak wygląda teoria – zakrojone na szeroką skalę testowanie, które pozwala "wyłapać" jak najwięcej zakażonych, izolować ich oraz osoby z kontaktu. W rezultacie transmisja się zmniejsza, coraz więcej ludzi uzyskuje negatywny wynik testu, odsetek spada poniżej 5 proc. a my możemy wrócić do normalnego życia. Biorąc pod uwagę jak wyglądają statystyki w Polsce, do tej "normalności" nie wrócimy jeszcze przez długi czas. Coraz realniejszym scenariuszem jest lockdown, który premier Mateusz Morawiecki nazywa "narodową kwarantanną".
https://www.medonet.pl/koronawirus/koronawirus-w-polsce,46-proc--testow-na-covid-19-zwrocilo-wynik-pozytywny--jestesmy-dalecy-od-opanowania-pandemii,artykul,03734453.html
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 12, 2020, 23:45
Koronawirus przenosi się inaczej niż zakładano. Zalecenia bezpieczeństwa bazują na błędnych koncepcjach – lepiej zachować większą ostrożność
Anna Rokicka-Żuk 9 listopada

Aktualne zalecenia bezpieczeństwa nie chronią przed zarażeniem koronawirusem. Badacze zwracają uwagę na niedoceniane drogi infekcji oraz błędne koncepcje naukowe. Jedno z najbardziej nietrafnych założeń dotyczy dystansu, jaki mogą przebywać wirusy w powietrzu, oraz ich żywotności. Jak się okazuje, chcąc uniknąć zachorowania na COVID-19 powinniśmy być daleko bardziej ostrożni, niż nam się mówi!

Błędne założenia odnośnie dystansu społecznego

Rozpoczęcie walki z epidemią koronawirusa SARS-CoV-2 wymagało od naukowców przyjęcia wielu założeń, z których większość bazuje na wcześniejszych odkryciach i modelach statystycznych. Tymczasem rzeczywistość pokazuje, że nie zawsze były to słuszne hipotezy. Niestety, dotyczą one m.in. tak ważnych kwestii, jak sposób zarażania się COVID-19.

Aktualne zalecenia dotyczące wielkości dystansu społecznego bazują na badaniach z 1919 roku poświęconych grypie hiszpance oraz teoriach dotyczących rozpraszania się z powietrzu prątków gruźlicy. Zakładają one, że małe drobiny śliny i wydzielin po dostaniu się do powietrza wyparowują, co zmniejsza ich infekcyjność, natomiast duże są wyrzucane jak pociski. Niestety, hipoteza te jest błędna.

W rzeczywistości drobinki płynów mogące zawierać koronawirusa zachowują się inaczej, bardziej przypominając chmurę. Z tego powodu kropelki utrzymują się w powietrzu znacznie dłużej, bo nawet do 10 minut, i docierają na odległość nawet 8 metrów! Odstępstwa od przyjętej koncepcji dotyczą kropelek o mniejszych rozmiarach, które są wrzucane spiralnie w płaszczyźnie poziomej i stanowią źródło zakażeń drogą powietrzną. Właśnie ten ruch sprawia, że są tak trwałe – czas ich znikania jest 60-200 razy dłuższy niż przyjmowano!

Z kolei czas trwania w powietrzu średniej wielkości wydychanych kropelek przy jego wysokiej wilgotności względnej może być nawet 23 razy dłuższy niż pierwotnie uznano. Odkrycie to zawdzięczamy naukowcom z Uniwersytetu Missouri, którzy dokładnie zbadali zachowanie kropelek w przestrzeni, uzyskując najbardziej jak dotąd dokładny model ich przemieszczania się. W ten sposób dokonali też innych szokujących obliczeń. Wynika z nich, że w miejscu publicznym można zarazić się nawet wtedy, gdy jesteśmy tam sami – oraz że zalecana odległość 2 metrów między ludźmi jest zdecydowanie zbyt mała.

Wirus SARS-CoV-2 roznosi się zarówno poprzez powietrze suche, jak i wilgotne

Kropelki śliny i innych wydzielin z górnego układu oddechowego wyrzucane w powietrze podczas kichania, kasłania i mówienia (a także oddychania!) mają najczęściej średnicę do 50 do 100 mikrometrów (mcm) – dla porównania włos ma 70 mcm. Oprócz wody (i koronawirusa u osób zakażonych – średnica poniżej 0,1 mcm) w kropelkach znajdują się też białka, lipidy, mucyny i inne związki, które wchodzą w interakcje z otoczeniem.

Uwzględniwszy te zależności naukowcy z Uniwersytetu Missouri oszacowali, że wysoka wilgotność powietrza utrudnia odparowanie wody z kropelek i powoduje, że:

- największe kropelki padają na ziemię w odległości 1,8 m od źródła,

- mniejsze kropelki przebywają trasę do 5 metrów!

- Natomiast przy niskiej wilgotności względnej powietrza (ok. 50 proc.) żadna z mniejszych kropelek nie przemieściła się dalej niż na 3,5 metra.

Jeszcze inaczej sprawa wyglądała przy kasłaniu – prawie 70 proc. cząstek wirusa wyrzucanych z jamy ustnej trafiało na podłogę.

Niska zawartość wody w powietrzu sprzyja jednak zarażeniu się koronawirusem na inne sposoby, o czym czytamy na łamach pisma „Transboundary and Emerging Diseases”. Jak wynikło z analizy liczby i źródeł zachorowań w Nowej Południowej Walii w powiązaniu z warunkami meteorologicznymi, na każdy 1-procentowy spadek wilgotności powietrza liczba chorych z COVID-19 rosła o 7-8 procent. Wynika z tego, że spadek wilgotności o 10 proc. zwiększa dwukrotnie liczbę przypadków choroby.

Dlaczego tak się dzieje? Jak wyjaśnia jeden z autorów badania, w suchym powietrzu drobinki aerozolu śliny są mniejsze, co sprawia, że mogą pozostawać zawieszone w nim znacznie dłużej.

Sprzyjać temu mogą zanieczyszczenia powietrza, co stwierdzili naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis i Szkole Medycznej Icahn w Mount Sinai. Badając zachowanie w powietrzu wirusa grypy wyciągnęli wnioski na temat sposoby rozprzestrzeniania się również innych wirusów.

Wirusy mogą być roznoszone na cząstkach kurzu, pyłu, włóknach, drobin mikroplastików i innych niewidocznych elementów obecnych w powietrzu.

Patogeny są rozpylane nawet przy zgnieceniu zużytej chusteczki do nosa – czynność ta powoduje emisję nawet 900 cząstek wirusa na sekundę, a zasięg jego „rażenia” jest taki, że może doprowadzić do infekcji u postronnych osób.

Aerozole zawierające wirusa powstają jednak nie tylko podczas wydostawania się powietrza z jamy ustnej zakażonej osoby. W powietrze wyrzucane są również podczas spuszczania wody w toalecie czy pisuarze – cząstki patogenu roznoszą się bowiem również poprzez fekalia i mocz.

Jak donoszą badacze chińscy, w ciągu 35 sekund po spuszczeniu wody w toalecie rozpylane kropelki sięgają wysokości powyżej uda, natomiast po skorzystaniu z pisuaru drobiny lądują poniżej uda już w ciągu 5,5 sekundy!

Dlatego maskę ochronną należy nosić również w WC, a przed spuszczeniem wody zamykać klapę sedesu, rezygnując w miarę możliwości z używania pisuaru.


Źródła:
SARS-CoV-2 droplets travel further and last longer than thought, and even more in humid air, News Medical
Airborne viruses can spread on dust, non-respiratory particles, Science Daily
High humidity can extend the airborne lifetime of virus-laden exhaled droplets, News Medical
Study shows coronavirus thrives in dry air with low humidity, News Medical
Low humidity may increase SARS‐CoV‐2 community transmission, News Medical
Public restrooms are dangerous places during COVID-19 pandemic, News Medical
https://polskatimes.pl/koronawirus-przenosi-sie-inaczej-niz-zakladano-zalecenia-bezpieczenstwa-bazuja-na-blednych-koncepcjach-lepiej-zachowac-wieksza/ar/c1-15135308
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 13, 2020, 23:59
Dr Grzesiowski: Czeka nas pulsacyjne wychodzenie z epidemii. Będzie trwać kilka lat
Agata Pustułka 11 listopada

- Dzieci przyniosły koronawirusa ze szkół, od nich zarazili się rodzice, dziadkowie, sąsiedzi, znajomi. I statystyki poszybowały - mówi w rozmowie z DZ dr Paweł Grzesiowski, ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej ds. walki z COVID-19, pediatra, immunolog, specjalista ds. szczepień i dodaje: - My jesteśmy teraz w opóźnionej pierwszej fali, bo skuteczny wiosenny lockdown spowodował, że zakażeń było po kilkaset dziennie. To odsunęło zagrożenie, ale go nie zlikwidowało. Otwarcie szkół jesienią zmieniło radykalnie sytuację, mimo ostrzeżeń ekspertów, by zastosować od razu nauczanie zdalne lub hybrydowe.

Po testach górników w województwie śląskim zapanował lekki spokój, jeśli chodzi o liczbę zachorowań na COVID-19, a tu od kilku dni mamy po ponad 4 tysiące zachorowań.

Zakażenia górników w kopalniach nie mają nic do tego, bo teraz najczęściej zarażamy się w domach. To ponad 60 proc. wszystkich zakażeń.

Czyli co jest źródłem zakażeń?

Dzieci przyniosły koronawirusa ze szkół, od nich zarazili się rodzice, dziadkowie, sąsiedzi, znajomi. I statystyki poszybowały.

Wydawałoby się, że tak dużo testów przeprowadzono w regionie, że jednak zakażeń będzie mniej...

Ależ o czym pani mówi? Biorąc pod uwagę statystyki, to wykonaliśmy zaledwie, podkreślam zaledwie, 5 mln testów w skali całego kraju. To jedna siódma społeczeństwa, nawet nie cała jedna siódma, niecałe 10 proc. społeczeństwa. A przecież można się zarazić dzień po wykonaniu testu, który okazał się negatywny. Na Śląsku, tak szybko obliczam, w kierunku COVID przebadano 3-5 proc. mieszkańców. Co to jest w tak gęsto zaludnionym regionie? Kropla w morzu. Proszę zobaczyć, ile jest jeszcze osób do przebadania!

Pojawiły się informacje, że wcale nie mamy do czynienia z ostatnia falą, że tych fal będzie więcej i właściwie niewiele możemy powiedzieć o tym, jaki one będą mieć przebieg.

My jesteśmy teraz w opóźnionej pierwszej fali, bo skuteczny wiosenny lockdown spowodował, że zakażeń było po kilkaset dziennie. To odsunęło zagrożenie, ale go nie zlikwidowało. Otwarcie szkół jesienią zmieniło radykalnie sytuację, mimo ostrzeżeń ekspertów, by zastosować od razu nauczanie zdalne lub hybrydowe. Trzeba jednak pamiętać, że liczba chorych zaczęła rosnąć już w sierpniu. Dziś musimy zrobić kolejny lockdown, by wyhamować zakażenia. Potem obostrzenia zostaną złagodzone i znów nastąpi wzrost. Należy się więc spodziewać takiego pulsacyjnego wychodzenia z epidemii, które będzie trwać kilka lat.

Ile tych fal będzie? Kiedy to się skończy?

Nie jestem w stanie przewidzieć, ale biorąc pod uwagę, że w jednej fali choruje około 10 procent społeczeństwa, a są dwie fale rocznie, to może trwać 3-4 lata. W sumie na COVID-19 zachorowało niewiele ludzi, nawet w tych krajach, gdzie zachorowań było sporo, to chorych było od 10 do 15 proc. Czyli jedna siódma. Teoretycznie: do pięciu lat będzie trwało zarażenie całej populacji przez koronawirusa, a zatem będzie on krążył. Po tych pięciu latach może znów będzie można zachorować na tę chorobę. Nie będziemy mieli do końca życia odporności na COVID, choć ten drugi epizod, jak wskazują dane, jest lżejszy, mniej objawowy. Ale oczywiście wirus może w tym czasie zmutować. Dlatego dziś nie sposób przewidzieć co będzie za 5 lat.

No właśnie, bardzo niepokojące informacje dotarły do nas z Danii, mówiące o przejściu wirusa z człowieka na norki, a potem z norek na człowieka.

Jest 70 gatunków ssaków, które mają receptory umożliwiające atak wirusa. Bardziej niż inne mają te możliwości kotowate, a zatem i koty, ale też niestety lisy. Jak wirus znajdzie niszę wśród dzikich zwierząt, to będzie nie do powstrzymania. Duńczycy zastanawiają się, co robić. I pojawia się szereg koncepcji: od skrajnych pomysłów wybicia wszystkich norek, po obserwację zakażonych w laboratoriach. Na razie nie ma co jednak straszyć kolejną mutacją. Nie wiemy, czy nowe mutacje będą takie groźne.

Wiąże pan nadzieje ze szczepionkę firmy Pfizer, która ogłosiła właśnie przełom w walce z koronawirusem?

Byłbym bardzo ostrożny, bo jest to dopiero pierwszy krok, ważny, ale wstępny. Jest rzeczywiście optymistyczny, bo pokazuje, że w grupie zaszczepionych udało się zapobiec zakażeniu u wielu osób, w porównaniu do grupy, której podano placebo. Zaszczepiono ponad 43 tysiące ochotników i okazało się, że po ekspozycji na wirusa - w grupie zaszczepionych - 90 proc. osób nie zachorowało. To bardzo dużo, dobra ochrona. Brakuje wciąż szczegółowego raportu na temat bezpieczeństwa tej szczepionki. Jest jedna ważna informacja, że nie było poważnych działań niepożądanych. To za mało. Jest to jednak ważny kamyczek do koszyka ze szczepionkami. Ten prototyp daje odpowiedni poziom przeciwciał. Ale ta szczepionka jest dwudawkowa, odporność powstaje po 7 dniach po drugiej dawce.

Jak długo Polacy będą czekać na szczepionkę?

Bardzo schładzałbym te emocje. W grudniu, może w styczniu, szczepionka przejdzie rejestrację w USA, a potem czeka nas druga procedura europejska. Musimy uzbroić się w cierpliwość. Dodatkowo, szczepionka wymaga przechowywania w bardzo niskich temperaturach, minus 70-80 stopni, co poważnie zwiększa koszty oraz utrudnia dystrybucję.


https://dziennikzachodni.pl/dr-grzesiowski-czeka-nas-pulsacyjne-wychodzenie-z-epidemii-bedzie-trwac-kilka-lat/ar/c1-15285540
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 14, 2020, 23:44
"COVID-19 w Polsce". Michał nie czekał, działa
ŁUKASZ DYNOWSKI , 13 listopada 2020

(https://i.wpimg.pl/1190x/filerepo.grupawp.pl/api/v1/display/embed/29d75700-5726-42af-a7b7-37b583e6790c)
Michał Rogalski: "Jak naszemu pokoleniu coś nie pasuje, to nie czekamy, aż to się zmieni. Od razu działamy i staramy się to zmienić sami. Trochę tak było też z moim projektem"
Michał Rogalski, Archiwum prywatne


Byli sobie trzej młodzi ludzie: Koreańczyk Bae Won-Seok, Amerykanin Avi Schiffmann i Polak Michał Rogalski. Brzmi jak początek żartu, ale nie o żart tu chodzi. To politycy wykonywali niepoważne ruchy w ogarniającym świat koronawirusowym chaosie. Bae, Avi i Michał pomagają innym. Nie czekając na rządy.

Jest środa, 4 listopada 2020 roku. W Polsce trwają protesty po decyzji Trybunału Konstytucyjnego ws. zaostrzenia prawa aborcyjnego, a Mateusz Morawiecki przedstawi nowe obostrzenia w związku z epidemią COVID-19. Apeluje do wszystkich o pozostanie w domach.

- Według analiz specjalistów z Uniwersytetu Warszawskiego każdego dnia wzrost liczby zakażeń na skutek protestów ulicznych może wynosić około 5 tysięcy osób – alarmuje premier..

Na to, żeby naukowcy skorygowali wypowiedź premiera, nie trzeba było czekać ani chwili, bo taka korekta już istniała. Dzień wcześniej Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego opublikowało komunikat, w którym dało do zrozumienia, że wyciąganie takich wniosków, jakie potem usłyszeliśmy na konferencji Morawieckiego, jest pochopne. (...)
https://magazyn.wp.pl/finanse/artykul/covid-19-w-polsce-michal-nie-czekal-dziala

https://gwiazdy.wp.pl/kultura-doczekala-sie-wsparcia-ale-nie-wszyscy-sa-zadowoleni-janda-jestem-rozgoryczona-6575579838880672a
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 18, 2020, 23:42
"Epidemia już dawno wymknęła się spod kontroli. A oficjalnie publikowane dane są niepełne". Prof. Gańczak punktuje błędy popełnione w walce z COVID w Polsce
Katarzyna Grzęda-Łozicka 18 XI

Od kilku dni dobowe przyrosty zakażeń utrzymują się na stabilnym poziomie. Ministerstwo Zdrowia mówi o tym, że najgorsze za nami. Jednak eksperci studzą nadmierny optymizm. Jak ostrzega epidemiolog prof. Maria Gańczak, powołując się na prognozy opracowane w Stanach, skutkiem zbyt chaotycznych i pospiesznych działań może być nawet 900 zgonów dziennie w połowie stycznia.

1. Łagodzenie obostrzeń może spowodować, że w styczniu będzie po 900 zgonów dziennie

W środę 18 listopada przybyło 19 883 zakażonych koronawirusem SARS-CoV-2. Po gwałtownych wzrostach liczby zakażeń, od kilku dni dane pokazują pewną stabilizację.

Niepokój budzi jednak rekordowo wysoka liczba zgonów. Tylko w ciągu ostatniej doby zmarły 603 osoby zakażone koronawirusem, w tym 491 z powodu współistnienia COVID-19 z innych chorobami.

Poprosiliśmy o komentarz dotyczący możliwych scenariuszy rozwoju epidemii w Polsce prof. Marię Gańczak, epidemiologa, kierowniczkę Katedry Chorób Zakaźnych Collegium Medicum Uniwersytetu Zielonogórskiego. Ekspertka przyznaje, że prognozy są trudne, bo oficjalnie publikowane dane są niepełne.

- Wydaje się, że krzywa epidemiczna jest obecnie na etapie wypłaszczenia. Można prognozować, że potrwa to jeszcze kilka-kilkanaście dni, potem prawdopodobnie liczba zakażeń zacznie spadać. Takie są prognozy na najbliższe tygodnie - tłumaczy epidemiolog.

Szerszego spojrzenia na możliwy rozwój epidemii w Polsce dostarczył The Institute for Health Metrics and Evaluation w Seattle, jeden z najlepszych ośrodków na świecie, jeśli chodzi o modelowanie matematyczne, który przewiduje, jak będą wyglądały prognozy epidemiologiczne dla wszystkich krajów. Powstała też prognoza dla Polski.

- Oni przygotowali trzy modele w oparciu o dane, które im przesłaliśmy: przy stanie obecnym, przy łagodzeniu obostrzeń i przy powszechnym, sięgającym 95 proc. społeczeństwa, stosowaniu masek. Jeśli będą utrzymane takie obostrzenia jak dotychczas, wówczas liczba zakażeń stopniowo będzie ulegać obniżeniu. Prognozuje się, że na początku grudnia dziennie zakażać będzie się około 50-60 tysięcy Polaków, około jedna piąta tych zakażeń będzie raportowana. Będzie też mniej zgonów. Natomiast każde luzowanie obostrzeń odbije się w sposób drastyczny na sytuacji epidemiologicznej, szczególnie na liczbie zgonów. Jeśli będzie ono szybkie i obejmie wiele sektorów, wówczas możemy prognozować nawet 900 zgonów dziennie w połowie stycznia - wyjaśnia prof. Maria Gańczak, epidemiolog, specjalista chorób zakaźnych.

- Chciałabym wyraźnie podkreślić, że mówię tu o sytuacji epidemiologicznej, a nie o danych raportowanych w Polsce - dodaje ekspertka.

2. "Liczba raportowanych zakażeń jest wierzchołkiem góry lodowej w stosunku do rzeczywistej liczby zakażonych"

Zbyt mała liczba wykonywanych testów, niejasne zasady raportowania w odniesieniu do testów wykonywanych komercyjnie, pomijanie w testowaniu ogromnej rzeszy osób bezobjawowych, brak strategii jak zmotywować objawowych zakażonych, którzy nie chcą się testować, brak centralnego rejestru danych dotyczących epidemii. Prof. Gańczak punktuje błędy w walce z epidemią w Polsce. Lista jest długa. Podkreśla wyraźnie, że liczba raportowanych zakażeń jest wierzchołkiem góry lodowej w stosunku do rzeczywistej liczby zakażonych.

- Światowa Organizacja Zdrowia mówi, że dany kraj ma dobrą kontrolę nad epidemią, jeśli do 5 proc. wykonywanych testów daje wyniki dodatnie. U nas obecnie 50-60 proc. wykonywanych testów daje wynik pozytywny. To dowód, że utraciliśmy kontrolę.

- W przypadku chorób zakaźnych raporty dotyczące liczby zakażeń regularnie spływają do Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego, który na swojej stronie oficjalnie zamieszcza dane dotyczące, np. zakażeń wirusem różyczki czy odry. Natomiast w stosunku do tej epidemii nie mamy instytucji, która udostępniałaby szczegółowe dane dotyczące sytuacji epidemiologicznej w Polsce, zarówno w odniesieniu do współczynnika reprodukcji wirusa, ale też dziennej i całkowitej liczby zakażeń, wyzdrowień, zgonów, hospitalizacji, wykonanych testów, z podziałem na wiek, płeć, województwo. To kuriozalna sytuacja, by ktoś chcący zanalizować sytuację epidemiologiczną w Polsce, takich danych nie mógł uzyskać w ramach dostępu do informacji publicznej - mówi prof. Gańczak.

Zdaniem epidemiolog trudno uwierzyć w profesjonalizm działań, skoro Ministerstwo Zdrowia szczątkowe dobowe raporty umieszcza w mediach społecznościowych: na Twitterze i Facebooku. Co więcej, okazuje się, że sytuację epidemiologiczną w Polsce najpełniej obrazują dane statystyczne zbierane pro publico bono przez nastolatka.

- Jeżeli jako epidemiolog chciałabym przygotować np. półroczne zestawienie, jak wygląda liczba zakażeń i zgonów z podziałem na województwa, to musiałabym przejrzeć 180 tweetów MZ i spisywać z każdego odpowiednie dane, a potem pododawać odpowiednie liczby. Gdyby nie inicjatywa Michała Rogalskiego, który podjął się niebywale trudnego zadania, jeśli chodzi o systematyczne zbieranie danych statystycznych z wszelkich dostępnych źródeł, to nie mielibyśmy dobrego wglądu w sytuację epidemiologiczną w 38-milionowym kraju na przestrzeni ostatnich 8 miesięcy.

- Rozmawiałam niedawno z nauczycielem akademickim, specjalistą z zakresu informatyki, który potwierdził moje wątpliwości w zakresie braku oficjalnych, ogólnodostępnych, w miarę kompletnych danych. Zaczęliśmy się zastanawiać z czego to wynika, czy jest wyrazem niefrasobliwości osób urzędowo odpowiedzialnych za ich gromadzenie, nieznajomości faktu, że epidemia SARS-CoV-2 musi mieć oparcie w upublicznianych danych statystycznych, czy złych intencji. Każda z tych hipotez jest nie do przyjęcia - dodaje prof. Gańczak.

3. "We wszystkich podręcznikach epidemiologii jest napisane, że aby dobrze kontrolować epidemię należy testować nie tylko osoby objawowe"

Kierownik Katedry Chorób Zakaźnych Uniwersytetu Zielonogórskiego przypomina, że naszą piętą achillesową od początku było testowanie. Mimo licznych apeli ekspertów Polska jest w ogonie Unii, jeśli chodzi o liczbę wykonywanych testów przypadających na milion mieszkańców.

- Od 1 września zaczęliśmy w Polsce testować bardzo wąsko, co jest niezgodne z kanonem postępowania w epidemii. We wszystkich podręcznikach epidemiologii jest napisane, że aby dobrze kontrolować epidemię należy testować nie tylko osoby objawowe, ale też wnikliwie prześledzić ich kontakty i poddawać je kwarantannie, jak również testować. Do około 40 proc. transmisji zakażeń SARS-CoV-2 dochodzi wskutek kontaktu z osobami asymptomatycznymi. Wspomniane rozporządzenie w połączeniu z powrotem uczniów do szkół, bez ustalenia zasad kontroli zakażeń przyczyniło się do tego, że epidemia wymknęła się spod kontroli - podsumowuje ekspertka.


https://portal.abczdrowie.pl/epidemia-juz-dawno-wymknela-sie-spod-kontroli-a-oficjalnie-publikowane-dane-sa-niepelne-prof-ganczak-punktuje-popelnione-w-walce-z-covid-w-polsce
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 19, 2020, 23:46
Premier ogłasza, że zyskaliśmy przewagę w walce z wirusem. Prof. Pyrć: pamiętajmy, że przed nami zima
Edyta Brzozowska data publikacji: 14.11.2020, 15:35

- Nareszcie zaczynają do nas docierać dobre wieści, zyskaliśmy delikatną przewagę w walce z wirusem – przekonywał w ubiegłym tygodniu premier Mateusz Morawiecki. Czy rzeczywiście w kwestii pandemii mamy powody do optymizmu?

(https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/bD0k9kpTURBXy8wNzhmYmNjYjNhYmQyZjdmMGQ0OTI0NmUyN2FjODA0OS5qcGeSlQMAb80N180HyJMFzQMCzQGQgaEwBQ)
Prof. Krzysztof Pyrć, wirusologMateusz Skwarczek/Agencja Gazeta / Agencja Gazeta

Skąd ten optymizm?
Stan służby zdrowia ma znaczenie
Rada Medyczna spotyka się regularnie
Pandemia potrwa da lata?
Wciąż na wznoszącej krzywej

W sobotę, 14 listopada odnotowano w Polsce ponad 25 tysięcy przypadków zakażenia koronawirusem – ponad 1500 więcej niż dzień wcześniej. Zmarło 548 osób – to rekord pod względem liczby zgonów od początku pandemii

Tymczasem premier Morawiecki ogłasza "dobre wieści". Ale czy ma ku temu powody?

- Skupiłbym się na tym, ile nasza służba zdrowia jest w stanie udźwignąć. Do którego punktu lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni będą mogli pomóc wszystkim pacjentom w ciężkim stanie – komentuje prof. Pyrć z Rady Medycznej powołanej przez szefa rządu

Kluczowe w przewidywaniach jest to, jak szybko będzie przybywać osób wymagających hospitalizacji. Czy odsetek ciężkich przypadków utrzyma się na obecnym poziomie, czy się zwiększy?

„Jeśli w następnych dniach uda nam się utrzymać liczbę zakażeń na podobnym poziomie będzie to oznaczać, że wygraliśmy pierwszą bitwę z wirusem. Ale przed nami jeszcze długa wojna. Ale wygramy ją! - podkreślał podczas czwartkowej konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki.

I dodawał: „To dzięki naszej odpowiedzialnej postawie, dzięki konsekwentnej realizacji zasady DDM - dystans, dezynfekcja, maseczka - zyskaliśmy delikatną przewagę w walce z wirusem. Teraz nie możemy jej zmarnować. (…) Koronawirus odebrał nam możliwość normalnego życia. Dlatego tak bardzo wyglądamy sygnałów przełomu. I nareszcie dobre wieści zaczynają do nas docierać - pierwsze sygnały stabilizacji to dowód, że ostatnie obostrzenia przynoszą skutki, a dyscyplina ma sens.”

Co ciekawe, kilka godzin wcześniej Ministerstwo Zdrowia podało, że w piątek 13 listopada odnotowano w Polsce ponad 24 tysiące przypadków zakażenia koronawirusem. To o ponad 1300 więcej niż dzień wcześniej. Poza tym w piątek zmarło aż 419 osób (w czwartek 275) – to jeden z najwyższych wskaźników śmiertelności od początku pandemii w Polsce.

Skąd ten optymizm?

Optymizm Mateusza Morawieckiego może nieco zaskakiwać, gdyż przecież jeszcze bardzo niedawno – przy bardzo podobnych danych o zakażonych koronawirusem i niższej śmiertelności - szef rządu zapowiadał, że „będziemy musieli wprowadzić zasady narodowej kwarantanny, bardzo zasadnicze zakazy przemieszczania się".

A już kilkadziesiąt godzin później ten sam Mateusz Morawiecki przekonywał, że „zyskaliśmy delikatną przewagę w walce z wirusem”, mówił o „dobrych wieściach” i „sygnałach stabilizacji”.

Czy rzeczywiście w Polsce widać już pierwsze oznaki poprawy i można mówić o uspokojeniu sytuacji epidemicznej w Polsce? Czy naprawdę widać światełko w tunelu, kiedy liczba zakażonych wciąż przekracza 24 tysiące dziennie, a umiera nawet 500 osób?

Stan służby zdrowia ma znaczenie

- Same dane dotyczące liczby osób, u których stwierdzono zakażenie SARS-CoV-2, jakie codziennie poznajemy, to pochodna liczby wykonanych testów i strategii testowania, jaką w Polsce przyjęto – tłumaczy prof. Krzysztof Pyrć z Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalista w dziedzinie mikrobiologii i wirusologii, ekspert w powołanej niedawno Radzie Medycznej powołanej przez premiera. - Większość pacjentów nie potrzebuje jednak specjalistycznej pomocy, a jedynie czasu, żeby dojść do zdrowia. Bardziej skupiłbym się na tym, ile nasza służba zdrowia jest w stanie udźwignąć. Do którego punktu lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni będą mogli pomóc wszystkim pacjentom w ciężkim stanie – analizuje.

Rada Medyczna spotyka się regularnie

Ekspert dodaje, że kluczowe w tych przewidywaniach jest, jak szybko będzie przybywać osób wymagających hospitalizacji. - A więc czy odsetek ciężkich przypadków utrzyma się na obecnym poziomie, czy zwiększy w nadchodzących tygodniach i miesiącach – uzupełnia.

Rada Medyczna, którą tworzy 16 wybitnych lekarzy różnych specjalności, ma doradzać premierowi Morawieckiemu w podejmowaniu decyzji, aby walka z epidemią koronawirusa była skuteczna. Czy premier bierze pod uwagę sugestie i wskazówki lekarzy?

Pyrć: - Zostaliśmy zaproszeni do współpracy niedawno, więc jest to novum. Czas pokaże, czy sugestie wychodzące z naszego środowiska będą uwzględniane przez rządzących. Na razie za wcześnie o tym mówić. Mogę powiedzieć, że spotykamy się w miarę regularnie i do rady zaproszono sporo bardzo mądrych osób.

Pandemia potrwa do lata?

„Mamy nadzieję, że pandemia skończy się w ciągu dwóch lat” – mówili eksperci Światowej Organizacji Zdrowia już na początku pandemii.

I porównywali: wielka zaraza w Londynie z XVII wieku trwała rok, Hiszpanka z roku 1918 – dwa lata. Tyle samo grypa azjatycka z 1957 roku. Z grypą Hongkong walkę zaczęto w 1968 roku, a zakończono dwa lata później.

Więc historycznie rzecz ujmując, epidemie chorób układu oddechowego trwały około dwóch lat. Ile potrwa pandemia, z którą cały świat mierzy się teraz?

- Tego nie wiemy. Pozostaje mieć nadzieję, że faktycznie będzie to ostatni sezon, kiedy sytuacja będzie tak kiepska. Pamiętajmy jednak, że przed nami zima, więc jeszcze wiele się może wydarzyć – zaznacza prof. Pyrć.

Wciąż na wznoszącej krzywej

Naukowiec dodaje, że na rozwój epidemii wpłynie także fakt, że ozdrowieńcy mogą zachorować powtórnie. - Choć w Polsce jest relatywnie mało osób, które COVID-19 przechorowały wiosną – zastrzega. - Więc można powiedzieć, że wciąż jeszcze jesteśmy na wznoszącej krzywej, którą mitygować może tylko nasze działanie. Trzeba też pamiętać, że nawet jeśli kolejne infekcję będziemy przechodzić łagodnie, to w dalszym ciągu będziemy zagrożeniem dla innych osób.


https://www.medonet.pl/koronawirus/koronawirus-w-polsce,zaskakujaca-wypowiedz-premiera---zyskalismy-delikatna-przewage-w-walce-z-wirusem-w-polsce---wirusolog-komentuje,artykul,40478436.html
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 20, 2020, 23:48
Szczepienia na Covid-19? Duża korzyść, małe ryzyko
Grzegorz Jasiński 20 listopada (06:58)

"Nie bardzo wiemy, w jaki sposób dać sobie radę z drugą falą pandemii, a jednocześnie każdy tęskni do normalnego życia. Jeżeli dostrzeżemy, że szczepienia mogą być środkiem, który pozwoli nam wrócić do normalności i nie przynoszą ze sobą ryzyka, to powinno nas do szczepień przekonać" - mówi RMF FM dr Mariola Fotin-Mleczek z firmy CureVac w Tybindze w Niemczech. Polka, która kieruje zespołem badaczy pracujących nad szczepionką przeciwko koronawirusowi SARS-CoV-2, przekonuje że pierwsze doniesienia o skuteczności szczepionek innych firm to dobra wiadomość, która zwiększa nadzieję na sukces także ich badań.

(https://i.iplsc.com/dr-mariola-fotin-mleczek/000AQCRAH2SX8D6Q-C123-F4.webp)
Dr Mariola Fotin-Mleczek/CureVac /Materiały prasowe

Podobnie, jak firmy Pfizer z BioNtech oraz Moderna, które poinformowały już o skuteczności swoich preparatów, firma CureVac przygotowuje szczepionkę w oparciu o nowatorską technologię, która wykorzystuje cząsteczki mRNA jako instrukcje do produkcji białek koronawirusa, które mają potem wywołać reakcję immunologiczną organizmu. Jak mówi Grzegorzowi Jasińskiemu dr Fotin-Mleczek, sukcesy tamtych firm motywują do pracy, bo pokazują, że nowa technologia może być skuteczna. Przyznaje równocześnie, że badania CureVac wskazują na dużą trwałość preparatu, który nie wymaga szczególnych warunków przechowywania i mógłby spędzić w zwykłej lodówce nawet do trzech miesięcy.

Grzegorz Jasiński, RMF FM: Na jakim etapie są państwa badania nad szczepionką?

Dr Mariola Fotin-Mleczek: Nasze badania fazy pierwszej trwają, chociaż dobiegają końca i pierwsze wyniki zostały niedawno opublikowane. Równolegle prowadzimy badania fazy drugiej na pacjentach starszych. Te badania mają miejsce w Ameryce Łacińskiej, w Peru i w Panamie. I również aktualnie składamy w różnych urzędach wszystkie dokumenty, które pozwolą nam rozpocząć badania fazy drugiej i trzeciej. One mają w końcu doprowadzić do dopuszczenia szczepionki na rynek, czyli do wykazania skuteczności naszej szczepionki.

W poprzedniej naszej rozmowie spodziewała się pani, że mniej więcej przełom roku to może być ten czas, kiedy państwo będziecie mieli już do pokazania wyniki. Czy to się potwierdza? Wszystko idzie tym rytmem?

Tak. Wyniki zostały nawet opublikowane. Nie są to wyniki końcowe, ale są to wyniki tej planowanej analizy, która ma miejsce w pewnym określonym terminie. Ta analiza została przeprowadzona zgodnie z planem. Te wyniki, które opublikowaliśmy bodajże dwa tygodnie temu, wykazują, że nasza szczepionka jest dosyć dobrze tolerowana, jest również aktywna. Na podstawie tych wyników wybraliśmy dawkę, którą chcemy teraz testować w badaniach fazy trzeciej. Tak, że te wyniki potwierdziły to, czego się spodziewaliśmy, że szczepionka będzie aktywna, że właśnie w tym niskim obszarze dawek, między 2 a 12 µg wywoła odpowiednią odpowiedź immunologiczną. I właśnie takie wyniki udało nam się uzyskać. I na tej podstawie ruszamy z dalszymi badaniami i kontynuujemy testowanie szczepionki.

Czy potwierdziło się, że konieczne są dwie dawki, w odstępie 4 tygodni?

Tak, to na pewno się potwierdziło, widzimy tutaj właśnie duży wpływ tej drugiej dawki, gdzie poziom przeciwciał bardzo szybko idzie do góry, osiągają wyższy poziom. To właśnie świadczy o tym, że pierwsza dawka bardzo dobrze przygotowała układ immunologiczny, a druga dawka stymuluje tę produkcję przeciwciał.

Proszę powiedzieć, jak będą teraz wyglądały te badania, jak szeroko będą zakrojone, na jak dużej grupie osób.

Badania będą prowadzone na kilkudziesięciu tysiącach osób. Spodziewamy się, że będzie ich ponad 30 000. Badania będą kontrolowane, to znaczy będzie grupa placebo, czyli ochotników, którzy nie będą szczepieni i grupa, która otrzyma szczepionkę w danej dawce. Podczas tych badań będziemy bardzo dokładnie monitorować wszystkie przypadki wystąpienia chorób objawowych.

Badania polegają na tym, że musimy osiągnąć pewną liczbę przypadków zachorowań i wtedy możemy zajrzeć do tych wyników, a właściwie niezależne gremium ekspertów, które kontroluje właśnie tego typu badania zagląda i sprawdza, czy te przypadki infekcji miały miejsce, w której grupie, czy placebo, czy też u szczepionych. Kiedy uda nam się zarejestrować odpowiednią liczbę tych przypadków, to właśnie jest ten moment, który będzie decydował o tym, kiedy te badania się skończą. Czyli nie można wcześniej powiedzieć, że tego i tego dnia się skończy, tylko właśnie zależy to od tych przypadków infekcji, które będziemy zbierać, żeby wykazać skuteczność.

Z danych, które na razie przekazały firmy Pfizer i Moderna wynika, że one zarejestrowały niespełna 100 takich zachorowań. Dla laików to się wydaje bardzo mało. Ale okazuje się, że już tyle wystarczy, żeby coś powiedzieć o skuteczności szczepionki.

Tak, bo to zależy od tego właśnie, w jaki sposób te przypadki się rozkładają. Jeżeli mamy taką wyraźną przewagę na korzyść tych szczepionek, że właśnie tam te przypadki infekcji nie występują, jeżeli ta różnica jest bardzo wyraźna, to faktycznie nie trzeba aż tak wielu przypadków, żeby wykazać statystyczną różnicę. I tak właśnie funkcjonują tego typu badania, że czasami faktycznie nie trzeba wielu wielu takich infekcji, żeby uzyskać już dobry wynik.

Te doniesienia o szczepionkach Pfizera i Moderny dotyczą tak naprawdę takiej samej metody, jaką państwo stosujecie, czyli wykorzystania mRNA, instrukcji do produkcji białek, które mają wywołać reakcję immunologiczną. Czy to, że te firmy już prezentują swoje wyniki, to jest dla państwa dobra wiadomość w tym sensie, że podążacie skuteczną ścieżką, czy może jednak pewien stres, że oni są jednak trochę z przodu.

To jest na pewno bardzo dobra wiadomość. Ponieważ mRNA jest nową technologią, nie ma do tej pory żadnych szczepionek opartych na tej bazie, w związku z tym wyniki firm, które stosują bardzo podobną metodę, które pokazują, że faktycznie są w stanie osiągnąć skuteczność, wypracować tę ochronę immunologiczną, to są wyniki bardzo motywujące dla nas i potwierdzające całą technologię. Dlatego nas to bardzo cieszy. Byłoby o wiele trudniej, gdyby te badania wykazywały, że nie są efektywne itd. Na pewno byłoby to większym stresem, w tym momencie dla nas. My różnimy się trochę tym, w jaki sposób ta mRNA jest poprawiana. My stosujemy tylko naturalne składniki. W przypadku szczepionek Moderny i Pfizera z BioNtech jeden z nukleotydów jest modyfikowany chemicznie. W związku z tym są pewne różnice, ale zasady działania są bardzo podobne. W związku z tym - tak jak mówię - to są wyniki, które nas utwierdziły, że jesteśmy na właściwej drodze i motywują nas, byśmy również jak najszybciej przeprowadzili te badania fazy trzeciej.

W przypadku tamtych szczepionek nieco różnią się warunki ich przechowywania. To może wpływać na logistykę szczepień. Jak pani się do tego odnosi? Czy w państwa przypadku to przechowywanie ma być tak skrajnie trudne, jak początkowo mówiono o preparatach Pfizera, czy może takie, że wystarczy zwykła lodówka, czy zamrażarka, jak utrzymuje Moderna?

Tydzień temu też opublikowaliśmy nasze stanowisko, oparte na wynikach, które udało nam się uzyskać. Widzimy bardzo wyraźnie, że nasza szczepionka przeciwko Covid-19 jest stabilna przy normalnej temperaturze +4 stopni, która jest w lodówce. Tak, że nie potrzebujemy tych bardzo niskich temperatur, żeby przechowywać naszą szczepionkę. Były to wyniki, których się spodziewaliśmy. Już wcześniej, jeżeli chodzi o stabilność szczepionki przeciwko wściekliźnie, która oparta jest na tej samej technologii, mieliśmy wyniki wskazujące, że do 6 miesięcy taka szczepionka da się przechowywać w lodówce. Już te wyniki bardzo nas uspokajały i teraz okazuje się, że przy szczepionce na Covid-19 również te najnowsze wyniki wskazują, że co najmniej 3 miesiące przechowywania są możliwe bez najmniejszych problemów. To jest to, co zawsze obserwowaliśmy przy naszych szczepionkach, dlatego troszeczkę nas nawet zaskoczyła ta taka duża różnica, te wymagania niskich temperatur w przypadku szczepionki BioNtech - Pfizer.

Państwo - z tego co czytałem - jesteście też w fazie poszukiwania partnera, który umożliwi masową produkcję tej szczepionki. Ta technologia - jak mówiła mi pani już pół roku temu - umożliwia taką masową produkcję, rzeczywiście niewiele trzeba i stosunkowo łatwo można tę szczepionkę wyprodukować.

Tutaj produkcja już jest, idzie pełną parą, ale również mamy podpisane, czy jesteśmy w trakcie podpisywania umów, z różnymi innymi firmami, które przejmą też produkcję, uruchomią linie produkcyjne na ich terenie, żeby jak najszybciej tę szczepionkę wyprodukować. Poszukiwania partnerów czy rozmowy są też bardzo ważne, jeżeli chodzi o pomoc w przeprowadzeniu tych badań, które naprawdę są bardzo wymagające, jeżeli mówimy na przykład o ponad 30 tys. badanych. Istotne są również te wszystkie prace dotyczące urzędów regulacyjnych, itd. Jeżeli chcemy tutaj być bardzo szybcy, to jesteśmy oczywiście zainteresowani pomocą również w tym zakresie, nie tylko w zakresie produkcji, ale właśnie przeprowadzeniu tych badań.

Jeżeli te badania pójdą dobrze, jeśli ta liczba powiedzmy około 100 osób zakażonych w tej próbce, którą państwo będziecie badać, pojawi się w miarę szybko, to najbardziej optymistyczne ogłoszenie o skuteczności państwa szczepionki, kiedy może nastąpić? Astra Zeneca mówi, że w jej przypadku może przed Bożym Narodzeniem...

To są wszystko firmy, które zaczęły trzy-cztery miesiące przed nami. Tak, że trzeba doliczyć ten czas. Tak jak mówię, my jesteśmy w trakcie zgłaszania tych badań w różnych urzędach i mamy nadzieję, że uda nam się rozpocząć regularne szczepienia, choćby w niektórych krajach, w najbliższych tygodniach. Potem wszystko zależy od tego, w jaki sposób te przypadki będą się pojawiać, ale kilka miesięcy na pewno trzeba doliczyć...

Czyli wiosna?

Wiosna, jeżeli chodzi o taką przejściową analizę. Końcowa analiza to raczej liczymy, że będzie w połowie przyszłego roku. To wtedy, kiedy możemy naprawdę te wyniki zgłosić do urzędów regulacyjnych, ubiegać się o dopuszczenie takiej szczepionki. Tak, że to będą te prace, które będą miały miejsce raczej w połowie roku.

Pani doktor, firmy prowadzą badania, instytucje regulacyjne zapewniają, że tu nie będzie żadnych dróg na skrót, że tu wszystko zostanie przeprowadzone szybko, ale jednak zgodnie z regułami. Badania opinii publicznej pokazują w Polsce, ale też w innych krajach, że poziom zainteresowania obywateli szczepieniami wynosi około 40 proc. Jak pani, osoba, która uczestniczy w tych pracach, może zachęcić nas do tego, żeby się szczepić?

To jest bardzo taki, kontrowersyjny temat i często się pojawia, że właśnie te firmy są zainteresowane jakimiś szczepieniami przymusowymi. To nie jest tak, naprawdę. Jeżeli my tutaj pracujemy od rana do nocy i przez wszystkie weekendy nad tą szczepionką, to dlatego naprawdę, że chcemy pomóc właśnie tym ludziom, którzy nie dają sobie rady, naprawdę bardzo ciężko przechodzą tę chorobę, czy cierpią nawet później na skutki tej infekcji. Widzimy, że wzrasta śmiertelność, że jest dużo osób, które umierają wskutek infekcji. To jest nasz cel, żeby tutaj dopomóc i wprowadzić szczepienia, które zmienią tę sytuację. Mnie się wydaje, że po prostu ludzie muszą sami dostrzec to, że sytuacja się może się poprawić, że właśnie te grupy, które powinny się zaszczepić, ponieważ są grupami ryzyka, właśnie będą dostrzegały to, że faktycznie to może się zmienić, że to gwarantuje ochronę. Tylko wtedy, kiedy będą właśnie to widziały, wydaje się, że ta akceptacja wtedy wzrośnie. Tak, że to właśnie te wszystkie wyniki, czy też pozytywne doświadczenia, one powinny motywować.

Widzimy, że mamy tę drugą falę infekcji i że nie za bardzo wiemy, w jaki sposób dać sobie z tym radę, a jednocześnie każdy tęskni do normalnego życia, w którym możemy się spotykać, odwiedzać, nie patrzymy na siebie jak na potencjalne źródło zagrożenia. Więc również, jeżeli dostrzeżemy, że szczepienia mogą być tym krokiem, tym środkiem, który pozwoli nam wrócić do normalności i jednocześnie nie przynoszą przynoszą ze sobą ryzyka, to się wydaje, że to są te czynniki, które powinny właśnie zachęcić, czy przekonać ludzi, że jest duża korzyść a małe ryzyko.


Opracowanie: Magdalena Partyła
Źródło: RMF FM
https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/najnowsze-fakty/news-szczepienia-na-covid-19-duza-korzysc-male-ryzyko,nId,4865337
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 21, 2020, 23:41
Lekarz o otwarciu galerii: Skandal. Nierozsądna decyzja
Sylwia Stachura data publikacji: 21.11.2020, 16:04

Premier Mateusz Morawiecki przedstawił plan działań na najbliższe tygodnie w związku z epidemią koronawirusa. Rząd zdecydował o "odmrożeniu" handlu - już za tydzień sklepy i galerie będą znów otwarte. Zdaniem lekarza Bartosza Fiałka, to błąd. - Duże supermarkety to główne miejsce, gdzie ludzie się zarażają. Nie wiem, czy takie działania decydentów wynikają z cynizmu, ignorancji czy braku wiedzy - komentuje w rozmowie z Medonetem.

Sylwia Stachura, Medonet: Galerie handlowe i inne sklepy będą otwarte przez cały grudzień, czyli najgorętszy okres dla handlu. Przed świętami ludzie tłumnie ruszają na zakupy. Co pan, jako lekarz, sądzi o tej decyzji?

Lekarz Bartosz Fiałek: To błąd. Wielce nierozsądna decyzja. Oczywiście musimy wziąć pod uwagę dwie dziedziny życia. Biorąc w rachubę gospodarkę kraju, to strategii otwierania galerii nie można nic zarzucić, ponieważ jest to jak najbardziej roztropne i logiczne działanie. Pozwoli ono na powolne wychodzenie z ekonomicznej recesji. Z tego punktu widzenia, ja to doskonale rozumiem.

Jednak obecnie znajdujemy się w sytuacji nadzwyczajnej, ponieważ panuje w Polsce panuje epidemia COVID-19, dlatego nie możemy opierać się na logice, która kieruje nami podczas czasów pokoju. Tym bardziej, że z badań brytyjskich i amerykańskich wynika, iż duże sklepy mają znaczny udział w transmisji nowego koronawirusa.

Dane brytyjskiego NHS mówią, że 18,5 proc. wszystkich potwierdzonych przypadków choroby pochodzi z dużych supermarketów. Potwierdzają to też badania naukowców z Bostonu. W ich analizie okazało się, że ogniska z dużych marketów i galerii, to aż 20 proc. wszystkich znanych zakażeń. Czyli tak naprawdę wielkopowierzchniowe sklepy są obecnie głównym miejscem, gdzie ludzie zarażają się SARS-CoV-2.

Otwieranie galerii, z punktu widzenia bezpieczeństwa zdrowotnego Polek i Polaków, jest kompletnie niezrozumiałe. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że sytuacja epidemiologiczna się z tego powodu pogorszy. A jako dowód potwierdzający tę tezę można przedstawić badania naukowe z Wielkiej Brytanii i USA.

Jednocześnie premier nie zniósł restrykcji dotyczących siłowni, restauracji czy kin. Podczas konferencji padły słowa, że jest tam zbyt duży bliski kontakt między ludźmi, dlatego mają być w dalszym ciągu zamknięte.

To nielogiczne, ale trzeba podkreślić, że polscy decydenci nie wiedzą do końca, co się dzieje, jeśli mówimy o sytuacji epidemiologicznej. Podejmują przez to ruchy chaotyczne, których w sposób naukowy nie sposób wytłumaczyć. Polscy politycy się zwyczajnie pogubili.

Zarażenia w siłowniach, według brytyjskich badań, stanowią ok. 3 proc. wszystkich zakażeń. Stąd, jeśli rządzący chcieliby cokolwiek otworzyć, to powinni rozpocząć od miejsc, w których ryzyko transmisji nowego koronawirusa jest niewielkie. My zaczynamy "z grubej rury", otwierając galerie, w których prawdopodobieństwo przeniesienia wirusa jest największe.

Premier zaapelował też do Polaków, aby święta Bożego Narodzenia spędzić w gronie najbliższej rodziny, z którą mieszkamy. Zalecił, aby nie planować wyjazdów i dużych spotkań. Co pan o tym sądzi?

W tym względzie, zgadzam się w 100 proc. z rządzącymi. Należy rząd pochwalić. Z naukowego punktu widzenia, to decyzja zrozumiała i dobra. Uważam, że tegoroczne święta powinny być ograniczone do minimum, czyli de facto do osób mieszkających razem.

To dobra decyzja, ale kompletnie niespójna z innymi działaniami. Z jednej strony otwierają sklepy, do których ludzie tłumnie ruszą i będą się wzajemnie zarażać, po czym zakazują świąt z rodziną.

Czy Polacy posłuchają i rzeczywiście ograniczą świąteczne wyjazdy?

Nie, niestety wielu nie posłucha. W Polsce, po transformacji ustrojowej, nie postawiono na edukację, w tym zdrowotną. To sprawia, że polskie społeczeństwo ma skrajnie niską wiedzę na temat zdrowia, procesów biologicznych. Nie wiemy dużo o zjawiskach epidemiologicznych, co niestety może doprowadzić do tego, że zlekceważymy to zalecenie. Według mnie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że Polacy święta będą spędzać w większym gronie, aniżeli się zaleca.

Jak to się może skończyć?

To bardzo niebezpieczne, ponieważ tłumne spędzanie świąt może doprowadzić do zwiększenia transmisji SARS-CoV-2. Decyzja premiera Morawieckiego jest dobra, ale uważam, że część Polaków się do niej nie dostosuje.

Czy po "odmrożeniu" handlu i okresie świątecznym, w styczniu możemy się spodziewać wzrostu liczby zakażeń?

To zależy od wielu czynników. Niestety, w Polsce wykonujemy za mało testów, przez co ciężko powiedzieć, czy w styczniu pik zakażeń będzie widoczny. Jeżeli testowalibyśmy więcej, tak jak rekomenduje WHO, to uważam, że zobaczylibyśmy w raportowanych danych, że poluzowanie restrykcji negatywnie wpłynęło na kontrolowanie przebiegu epidemii COVID-19 w Polsce. Niestety, to, że wykonujemy bardzo mało testów, nie testujemy osób narażonych na zakażenie, są dni, kiedy odsetek pozytywnych wyników testów wynosi ponad 50 proc., może sprawić, że w styczniu nie zobaczymy znacznego, dobowego wzrostu nowych zakażeń, który faktycznie będzie miał miejsce.

A jak pan ocenia decyzję dotyczącą zamknięcia szkół? Lekcje nie będą się odbywać stacjonarnie aż do połowy stycznia.

Za to należą się pochwały. Zgodnie z badaniami, którymi dysponuje świat, przede wszystkich z NHS, szkoły są jednym z głównych źródeł transmisji nowego koronawirusa.

Każde działanie polskiego rządu, które będzie prowadzić do niwelowania skutków epidemii COVID-19 w Polsce, będę oceniać pozytywnie. Święta w małym gronie - dobra decyzja, zdalne nauczanie - świetna decyzja. Ale otwieranie sklepów wielkopowierzchniowych to po prostu skandal. Nie wiem, czy takie działania wynikają z cynizmu, ignorancji czy braku wiedzy. Dla mnie są kompletnie niezrozumiałe.


https://www.medonet.pl/koronawirus/koronawirus-w-polsce,koronawirus-w-polsce--lekarz-o-otwarciu-galerii--skandal--nierozsadna-decyzja,artykul,83701381.html
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 22, 2020, 23:45
Obowiązkowe szczepienie na COVID-19. Bajka czy przyszłość?
MARTA ALICJA TRZECIAK , 20 listopada 2020

Kolejne laboratoria ogłaszają gotowość opracowanych przez siebie szczepionek na SARS-CoV-2. Ceną za powrót do normalności może być wydarzenie bez precedensu: przymusowe szczepienie całej populacji świata. Czy to będzie konieczne? I czy jest możliwe?

(https://j.wpimg.pl/1190x/filerepo.grupawp.pl/api/v1/display/embed/10cc235a-113a-406a-b4b1-c613d2d3c900)
Mieszkańcy Los Angeles stoją w wielkiej samochodowej kolejce do testu na koronawirusa, 14.11.2020 r. Czy świat stanie w takich samych kolejkach po szczepienia? Autor: David McNew ŹRÓDŁO: GETTY IMAGES

W Polsce obowiązkowo szczepimy m.in. na gruźlicę, krztusiec czy polio, czyli ostre nagminne porażenie dziecięce. To choroby, które łatwo przenoszą się z jednej osoby na drugą i są niebezpieczne dla zdrowia i życia.

Czy COVID-19 znajdzie się na tej liście? A może powinniśmy liczyć na to, że Polacy posłuchają głosu rozsądku i sami z dobrej woli się zaszczepią?

Eksperci nie mają pewności, jakie rozwiązanie jest lepsze [1, 2, 3]. Takie, które zapewni w efekcie większą wyszczepialność, czyli podanie szczepionki jak największej liczbie osobników w danej populacji. A o to tu przecież chodzi. Kluczowe pytanie brzmi więc:

CO JEŚLI SZCZEPIONKA BĘDZIE OBOWIĄZKOWA?

Dowody naukowe (i to w dużej liczbie) wskazują, że wprowadzenie obowiązku szczepień ma sens. Z analiz statystycznych prowadzonych przez badaczy z Yale Institute of Global Health wynika, że obowiązkowość szczepienia istotnie poprawia wyszczepialność, a także znacząco zmniejsza zachorowalność na takie choroby, jak krztusiec czy odra [4].

Innymi słowy, jeżeli porównamy europejskie kraje, w których profilaktyka tych chorób była dobrowolna, z tymi państwami, w których była ona obowiązkowa, to wyjdzie nam, że w krajach z obowiązkiem szczepiennym więcej ludzi przyjęło zastrzyk i mniej osób zachorowało. Czy to oznacza, że liczby przemawiają na korzyść obowiązkowego szczepienia przeciw COVID-19? I tak, i nie. Pod względem medycznej skuteczności - jak najbardziej. Pozostaje jeszcze czynnik ludzki.
(...)
https://magazyn.wp.pl/informacje/artykul/obowiazkowe-szczepienie-na-covid-19-bajka-czy-przyszlosc
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 25, 2020, 23:46
19-latek, który znalazł błąd w oficjalnych statystykach zakażeń: instytucje państwowe mnie upokorzyły
KATARZYNA SZEWCZUK 24 XI 16:47

22 tys. przypadków zakażenia COVID-19 w Polsce "zaginęło" i nie zostało na czas podanych w oficjalnych statystykach. Uwagę rządowi i ministerstwu zwrócił 19-latek, który od miesięcy hobbystycznie zajmuje się danymi dotyczącymi pandemii. - To dla mnie forma sprzeciwu wobec obecnego chaosu informacyjnego. Dziś jednak instytucje państwowe mnie upokorzyły - mówi Michał Rogalski w rozmowie z Onetem.

(https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/wEOk9kpTURBXy82MDEyMWEzNTkwNWI5ODUxMjE0NDY1MDJkZjcyZGM5ZC5wbmeTlQMASc0M2M0HOZMFzQMUzQG8kwmmYWMwM2E4BoGhMAU/na-zdjeciu-michal-rogalski-i-jego-wpis-z-informacja-o-zgubieniu-22-tys-zakazen.webp)
Na zdjęciu Michał Rogalski i jego wpis z informacją o "zgubieniu" 22 tys. zakażeń

19-letni Michał Rogalski pochodzi z Torunia. Od miesięcy tworzył bazę danych na temat pandemii koronawirusa w Polsce. Z informacji zebranych przez Rogalskiego i jego współpracowników korzysta m.in. w tworzonych prognozach Uniwersytet Warszawski, z prognoz UW z kolei polski rząd. Rogalski zebrane dane udostępnia jednak wszystkim za pośrednictwem swojego konta na Twitterze. Z tego też konta dowiedzieliśmy się, ile zakażeń "zgubiono" w dobowych zestawieniach podawanych przez Ministerstwo Zdrowia.

Drobniejsze potknięcia, niż wspomniane brakujące 22 tys., zdarzały się wcześniej. Michał Rogalski od kwietnia zbierał rozproszone dane powiatowe, publikowane w różnej formie.

- Zbierając te dane przez różne źródła wykrywaliśmy pewne nieprawidłowości. Usprawiedliwialiśmy je jednak w międzyczasie, bo nie były to wielkie błędy, duże różnice między tym, co podaje Ministerstwo Zdrowia, a tym co wynika z naszych zestawień. Do czasu - opowiada.

- Pierwszy raz zauważyłem jednak różnicę 100 zakażeń między oficjalnie podanymi danymi a naszymi wyliczeniami - to było jeszcze w czasie wakacji i chodziło o liczbę zakażeń w woj. śląskim. Wtedy 100 zakażeń więcej robiło wrażenie o wiele większe, niż przy obecnej liczbie dobowych zarażeń - przypomina. - Wtedy te brakujące przypadki później dopisano do oficjalnego zestawienia, więc wszystko rozeszło się po kościach - dodaje.

Uciekające dane o zakażeniach w Polsce. "11 listopada przekroczyliśmy próg kwarantanny narodowej"

Jednak listopad przyniósł kolejne rozbieżności - zresztą coraz większe. Najpierw było to 200 zakażeń, następnie różnica wzrosła do 500, dalej do 1000.

- I to nagle, z dnia na dzień. Było jasne, że oficjalnie podawano mniej zakażeń, niż my mieliśmy w rzeczywistości. I nagle 2 tys. różnicy - zaczęliśmy więc intensywnie weryfikować. Różnica dalej rosła i doszła w okolicach 14-15 listopada do 14 tys. Po nagłośnieniu tematu okazało się, że rzeczywiście mamy do czynienia z ogromnymi nieprawidłowościami - relacjonuje Rogalski.

- To była już poważna sprawa, bo byliśmy w tym momencie na progu kwarantanny narodowej, a jednocześnie widzimy, że "uciekają nam" w oficjalnym zestawieniach faktyczne liczby zakażeń. Kiedy zacząłem podliczać wczoraj wszystkie zebrane przez ostatnie miesiące dane powiatowe - z uwzględnieniem "zgubionych" przypadków, okazało się, że przekroczyliśmy próg kwarantanny narodowej i nic o tym nam oficjalnie nie powiedziano. Wyznaczony wskaźnik dla tego progu to 70, mamy 11 listopada przekroczyliśmy 71,5 - wylicza Rogalski.

Ministerstwo Zdrowia i Główny Inspektorat Sanitarny zaprzeczają, stojąc na stanowisku, że "zgubienie" 22 tys. zarażeń nie miało wypływu na ocenę sytuacji epidemiologicznej w kraju.

- Moim zdaniem należy to dogłębnie wyjaśnić, a nie pozamiatać pod dywan. Opinia publiczna powinna się dowiedzieć, czy tak było, jak mówią GIS i MZ. Mamy jedynie informacje, że z jakiegoś "długiego czasu" dane o zakażeniach mogły się "gubić", ale szczegółowych danych brak - ocenia Rogalski, apelując o podanie szczegółowych informacji opinii publicznej.

- Rozbieżności okazały się więc większe, niż wynikało z naszych obliczeń. Czekam na MZ, by podało dokładną informację, gdzie zaniżono wyniki i czy naprawdę nie przekroczyliśmy progu kwarantanny narodowej - dodaje w rozmowie z Onetem.

Stacje z zakazem publikacji danych o zakażeniach. "Niszczymy wiarygodność danych o pandemii koronawirusa w Polsce"

Od wtorku Główny Inspektorat Sanitarny ogłosił, że narzędzia rejestracji danych zostaną "ujednolicone". Laboratoria mają wprowadzać dane do systemu EWP w ciągu maksymalnie 48 godzin i nie będzie innych metod zbierania danych, jak tylko elektroniczny system - zapowiedział rzecznik GIS. I słowa dotrzymał.

- Żeby uniknąć kolejnych kompromitacji, odcięli obywateli od danych - komentuje nasz rozmówca. - Stacje decyzją GIS mają zakaz publikowania informacji, będą one podawane tylko przez MZ i nie będą poddawane żadnej dalszej weryfikacji - podkreśla.

Oznacza to, jak mówi Rogalski, że pozbawiono obywateli możliwości weryfikacji danych.

- Gdybym nie zaalarmował, że brakuje kilkunastu tysięcy zakażeń, pewnie nikt by tego nie zauważył. Wiem, że zwracanie uwagi przeze mnie nie jest wygodne dla rządu, ale zależy mi na tym, by być rzetelnym - dodaje. - Niszczy się tymczasem wiarygodność danych o pandemii w Polsce np. dla naukowców. W Wielkiej Brytanii, gdy "zgubiono" 16 tys. zakażeń, wyjaśniono sprawę i uznano, że mogło się to przełożyć nawet na 1,5 tys. dodatkowych zgonów - zwraca uwagę.


Cytuj
12:03 PM · 24 lis 2020 Michał Rogalski@micalrg
Teraz już na pewno nikt żadnych nieprawidłowości nie znajdzie, bo wszystkie stacje sanitarne przestały podawać szczegółowe dane powiatowe.
Po 225 dniach codziennego zbierania ich w arkuszu, od dziś jesteśmy zmuszeni przerwać naszą pracę...
https://twitter.com/micalrg/status/1331191802293088258

"W Polsce mamy kompletny bałagan w danych o koronawirusie"

- Więc to, o czym rozmawiamy, to nie jest tylko informacja, której zabrakło, ale to realne ryzyko dla zdrowia i życia ludzi. To, co mamy w Polsce, to po prostu bałagan. Teraz, po dziewięciu miesiącach, MZ obudziło się, że warto stworzyć bazę danych - niesamowite! Spójrzmy, co już zrobiły rządy Islandii, Czechy, Szwecja - podają szczegółowe dane, trendy, detale! Sami spójrzcie, jak oni informują obywateli o sytuacji. U nas tymczasem, MZ i GIS, uznały, że dosadnie nam pokażą, co o nas myślą. A nasza praca, każdego dnia wykonywana w formie wolontariatu, to było źródło, z którego korzystali obywatele, dziennikarze, naukowcy, różne firmy. Wszystko zabiła jedna decyzja - mówi 19-latek.

- Czuję się przede wszystkim upokorzony. Projekt miał pomóc, wesprzeć walkę z koronawirusem. Jedni szyją maseczki, ja zbierałem dane. Więc teraz również jako obywatel nie czuję się dobrze potraktowany. To jest skandal. Teraz natomiast mamy prawo oczekiwać rzetelnej informacji, rzetelnych danych. Zresztą nie czekam na to tylko ja, czekamy wszyscy - kwituje Rogalski.


https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/koronawirus-w-polsce-michal-rogalski-instytucje-panstwowe-mnie-upokorzyly/yp94ps6#
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 25, 2020, 23:47
Prof. Krzysztof Tomasiewicz: Ferie można nazwać swego rodzaju lockdownem
Opracowanie:
Michał Gardyas,Jonasz Jasnorzewski,Sara Bounaoui,Karol Pawłowicki,Marcin Zaborski 25 listopada (18:02)

"Absolutnie nie było zgodności co do tego postępowania" – mówił prof. Krzysztof Tomasiewicz, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych UM w Lublinie i członek zespołu ekspertów, z którymi rząd konsultuje kolejne kroki w walce z koronawirusem. W ten sposób w Popołudniowej rozmowie W RMF FM komentował rządową decyzję o skumulowaniu zimowych ferii w jednym terminie. Jak dodał, ten pomysł zgłoszony był przez samego ministra zdrowia i „głosy były bardzo podzielone”. Tegoroczne zimowe ferie, zdaniem profesora, „można nazwać swego rodzaju lockdownem”.

Marcin Zaborski, RMF FM: To pan, panie profesorze doradził premierowi, żebyśmy mieli skumulowane ferie i żeby wszyscy odpoczywali w pierwszej połowie stycznia?

Prof. Krzysztof Tomasiewicz: Nie. Absolutnie tutaj nie było zgodności, co do tego postępowania, już teraz mówiąc poważnie...

Nie, ale pan jest członkiem rady medycznej, która pracuje dla premiera, przy premierze. Nie było rozmowy o tym?

Panie redaktorze, ten pomysł został niejako zgłoszony przez ministra zdrowia i dyskutowaliśmy nad nim w gronie ekspertów. I muszę powiedzieć, że głosy były bardzo podzielone. Ja akurat prezentowałem ten pogląd, że to moim zdaniem nie jest najlepszy pomysł, jeżeli chodzi o skumulowanie tych ferii.

Dlaczego?

Aczkolwiek ja stoję na stanowisku, że mamy już wystarczająco duże ograniczenia, obostrzenia, natomiast najważniejsze jest, żeby ich przestrzegać. To nie jest kwestia tworzenia kolejnych obostrzeń, tylko kwestia jak gdyby tego, aby te dotychczasowe były przestrzegane i respektowane.

Tak, ale minister Niedzielski mówi, że w tej decyzji o skumulowaniu ferii chodzi o to, żebyśmy się nie przemieszczali, żebyśmy nie roznosili wirusa, bo każdy wzrost mobilności przekłada się na wzrost zachorowań. "Stanowisko jest konserwatywne, bezwzględne. Ferie spędzamy w domu" - tak mówi minister Niedzielski.

Przede wszystkim uważamy, mówię za siebie, ale również za paru kolegów, że zbyt wcześnie w tej chwili, żeby mówić to, co będzie w styczniu. Ja myślę, że ten wzrost zachorowań, który mieliśmy w listopadzie i mamy w dalszym ciągu, on powoli będzie wyhamowywał. Natomiast jedynym argumentem, ewentualnie, za jakimiś ograniczeniami już planowanymi w tym momencie jest tzw. trzecia fala epidemii, która może nadejść, ale równie dobrze może nie nadejść. Tak że tutaj będzie to zależało od tego, jak sytuacja się rozwinie.

To konkretnie, pana zdaniem. Lepiej wprowadzić takie rozciągnięte ferie, które będą trwały może 8, może 10 tygodni, dla poszczególnych województw, w różnym terminie, niż kumulować je w 2 tygodnie?

Jeżeli będą wszyscy przestrzegali tych zasad, to tak. Dlatego, że kumulacja w ciągu 2 tygodni, to tak naprawdę należałoby to nazwać swego rodzaju lockdownem. Czyli zamykamy wszystko na 2 tygodnie i uważamy, że w tym czasie nikt się nie przemieszcza i nie ma szerzenia się tej infekcji. Natomiast, jeżeli będziemy mieli dopuszczone życie na dotychczasowych zasadach, to wtedy to skumulowanie ferii tak naprawdę nie wniesie zbyt wiele.

Panie profesorze, czy premier, czy minister zdrowia konsultują z wami, z tą radą medyczną plan szczepień przeciwko covidowi?

Panie redaktorze, premier i minister zdrowia konsultują z nami mniej więcej raz na tydzień albo częściej pewne posunięcia. Dotyczą one przede wszystkim właśnie postępowania w obszarze opieki medycznej. To jeszcze a propos tego poprzedniego pytania dotyczącego ferii.

No tak, ale plan szczepień przeciwko covidowi, to chyba się mieści w tym obszarze?

Ale ja jeszcze wróciłem na chwileczkę do tych ferii, natomiast jeżeli chodzi o szczepienia, rzeczywiście to jest konsultowane od momentu pojawienia się pierwszych doniesień o szczepionkach skutecznych i o ich skuteczności. Dlatego tutaj jest naprawdę dosyć silna akcja, abyśmy te szczepienia wprowadzili.

I rozmawiacie np. o tym, żeby te szczepienia odbywały się w aptekach? Żeby farmaceutów włączyć w całą operację?

Nie, to pierwsze słyszę od pana redaktora o takim pomyśle.

Ten pomysł zgłosili ludowcy, ale on nie jest jakiś zupełnie nowy i abstrakcyjny. Rząd Portugali dzisiaj np. ogłosił, że właśnie w aptekach będzie Portugalczyków szczepił.

Panie redaktorze, pomysłów może być bardzo wiele, natomiast my na razie nie wiemy, którą szczepionką będziemy przede wszystkim szczepili. Proszę pamiętać, że część z tych szczepionek wymaga systemu dystrybucji związanego z niskimi temperaturami. Wiemy o jakich szczepionkach mówię w tym momencie.

Tak, ale premier ogłaszał, że ona będzie, że za chwilę, lada moment. W zasadzie jest już sukces.

Oczywiście, że będzie. Natomiast ja nic nie wiem na temat, żebyśmy mieli w aptekach te szczepionki dystrybuować. Aczkolwiek oczywiście musi być system dystrybucji poza szpitalami, bo przecież to nie jest działanie szpitalne, tylko działanie wybitnie ambulatoryjne.

Jeśli połowa Polaków się zaszczepi, to będzie wystarczająca liczba?

Mówi się 55-60 proc. Aczkolwiek ostatnio mówi się o 80 proc., które by dały taką odporność dla pozostałych. Tak że na pewno znacznie przekracza to ten odsetek, który deklaruje nasze społeczeństwo. Bo dzisiaj czytałem o czterdziestu kilku procentach, które są chętne się zaszczepić.

No, to czy ci, którzy przeszli zakażenie, to oni też powinni się zaszczepić?

To jest pytanie, na które nikt w tej chwili nie zna odpowiedzi. Dlatego że pytanie zasadnicze, jak długo pozostaje odporność? Jeżeli mielibyśmy dowody na to, że ktoś po przechorowaniu jest odporny, nie ma sensu go szczepić.

Ale czy można się zaszczepić, nie ma żadnych przeciwwskazań, jeśli się przeszło zakażenie?

Nie znam takiej choroby zakaźnej, no może poza jedną, w której zaszczepienie się po przejściu zachorowania mogłoby być niebezpieczne.

Czyli nie ma takiej potrzeby, żeby robić testy sobie, przed podaniem szczepionki, żeby sprawdzić, czy się było zakażonym czy nie?

Jest to niewykonalne, dlatego że jednym z dowodów odporności po przechorowaniu są tzw. komórki pamięci, których w żadnym rutynowym badaniu nie wykryjemy. Tak że sam fakt, że ktoś nie ma przeciwciał przeciwko wirusowi nie musi oznaczać, że nie ma odporności. Ale z drugiej strony w żaden inny sposób tego nie udowodnimy. A więc bezpieczniej jest taką osobę zaszczepić, niż zostawić ja nieszczepioną.

Panie profesorze, z jednej strony liczba nowych zakażeń koronawirusem spada, w tych oficjalnych, rządowych statystykach, ale z drugiej strony mamy dziś najwyższą liczbę zgonów. O czym to świadczy?

Tak duża liczba zgonów to jest przede wszystkim konsekwencja tych zakażeń sprzed 2-3 tygodni. Dlatego że mniej więcej obserwujemy, że załamanie się pacjenta, to jest drugi tydzień choroby, w sensie zdrowotnym oczywiście, no i później kwestia leczenia, ewentualnie respiratoroterapii, to są kolejne tygodnie. A więc to są konsekwencje tych zakażeń sprzed kilku tygodni. Aczkolwiek trzeba uczciwie powiedzieć, że obawiamy się, że wśród tych zgonów są również osoby, które zbyt późno trafiają do lekarza. Bo słyszymy o takich przypadkach, mamy takie informacje od pacjentów. A więc to są osoby, które próbowały same w domu przeczekać covid.

Są też takie, które się prawdopodobnie w ogóle nie zgłaszają na testy, bo nie chcą wpaść w kwarantannę czy izolację.

Zdecydowanie, jest to bardzo niebezpieczne zjawisko i to obserwujemy. Ludzie boją się tych konsekwencji w postaci właśnie izolacji czy kwarantanny. Ale no jest to wybitnie nierozsądne postępowanie.

Prof. Flisiak, w Wirtualnej Polsce mówi, że od połowy lutego epidemia powinna wygasać, a szczepienia poskutkują tym, że będziemy mieli sporadyczne przypadki zakażeń wiosną. A potem będzie lato, będą promienie słoneczne na nas działały i pandemia w lecie powinna już być złym wspomnieniem. Podziela pan ten optymizm?

O tych promieniach słonecznych to tak nie do końca, dlatego że mamy dowody na to, że to akurat w przypadku koronawirusa niekoniecznie działa. Aczkolwiek rzeczywiście w lecie zawsze jest mniej transmisji wirusami tymi oddechowymi. Natomiast te wyliczenia prof. Flisiaka, które znam, one wynikają z oszacowania, jak wiele osób mogło przebyć zakażenie, to jest pierwsza składowa. A druga, że liczymy na to, że to już będzie kilka miesięcy - 2-3 miesiące, kiedy będzie stosowana szczepionka. Więc jeżeli złożymy te dwa fakty razem, to może to świadczyć o tym, że rzeczywiście gdzieś w okolicach Wielkiej Nocy możemy się spodziewać już ustępowania tego problemu, z którym się borykamy od paru miesięcy.


https://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/popoludniowa-rozmowa/news-prof-krzysztof-tomasiewicz-ferie-mozna-nazwac-swego-rodzaju-,nId,4876917
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 26, 2020, 13:52
Koronawirus. Czy pandemia zakończy świat, jaki znaliśmy do tej pory. Prof. Marcin Król: Pojawi się olbrzymia liczba ludzi zbędnych
Anita Czupryn 22 marca

Prof. Marcin Król o kryzysie: “Nie będzie nas stać na nic”
OPRAC. ALEKSANDRA KISIEL01-05-2020 (10:55)

Prof. Marcin Król udzielił wywiadu Gazecie Wyborczej. Filozof i historyk wypowiedział się na temat politycznej sytuacji w kraju i zdradził swoje prognozy dotyczące gospodarki. Jego zdaniem czeka nas gigantyczna recesja, a dawne przyzwyczajenia pójdą w odstawkę.

(https://v.wpimg.pl/MDUzMzgyYiU0GDtJSAJvMHdAbxMOW2FmIFh3WEg2YnJhTjVOVUBiIjwWKAgCCSJqMgg4CgYOPWolFmIbFxBiMmRVKRMUCSElLFUoFwUcKWszTyhLA0AvdnhDfRxRVHkmM09gQlMbfWkxTStJA0x7czQcK0pFBA==)
Prof. Marcin Król przewiduje ogromny kryzys. I totalną zmianę stylu życia (East News)

Profesor Marcin Król krytycznie ocenia ostatnie poczynania rządu. Twierdzi wręcz, że luzowanie restrykcji ma niewiele wspólnego z faktyczną poprawą sytuacji w kraju, a jest, jego zdaniem, nakierowane na uzasadnienie organizacji wyborów 10 maja.

Koniec z luksusem

W rozmowie z dziennikarką "Gazety Wyborczej" profesor negatywnie ocenił wpływ zapisów tarczy antykryzysowej na polską gospodarkę. "Jeżeli ktoś sądzi, że czeka nas nie najgorsze, tylko że będzie średnio źle, to nie - czeka nas horrendalna recesja", mówi bez ogródek. I podkreśla, że obecny styl życia, podróże po całym świecie, konsumpcja dóbr luksusowych, to wszystko przejdzie do lamusa już za parę miesięcy. Obecne wyprzedaże i przeceny już jesienią staną się mglistym wspomnieniem, a finansowa sytuacja Polaków ulegnie drastycznemu pogorszeniu.

Ubóstwo, zdaniem prof. Króla dotknie połowę naszego społeczeństwa, a wychodzenie z recesji zajmie nam parę lat.
"Ze świata nadmiaru - liczby telefonów komórkowych, samochodów itp. - przejdziemy do świata niedoboru. (...) Nie będzie już tak, że będzie się wchodziło do sklepu i kupowało szynkę. Oczywiście była część ludzi ubogich, którzy nie mieli do tego dostępu. Ale przy całej tragedii nędzy to było jednak mniej więcej 5 proc. społeczeństwa. W tej chwili to będzie 50 proc. I te 50 proc. będzie kupowało salceson jako luksus. Nie będzie można wyjechać, bo nie będzie za co. Zmieni się wszystko", przewiduje.

Profesor dodaje, że skończą się wyjazdy na Seszele czy biegun, żeby zobaczyć zorzę polarną. Już teraz prof. Król nie rozumie tej potrzeby. "Za przeproszeniem: po cholerę? Jak można pojechać do np. Sandomierza, który jest przepiękny", kwituje.

Zdaniem prof. Marcina Króla to nie czarnowidztwo, a zupełnie realny scenariusz. Czeka nas kilka bardzo trudnych lat. A obecnych rządzących czekać powinna kara nie tylko w postaci rozliczenia przez odpowiednie organy państwa, ale również kara o wymiarze bardziej transcendentalnym. "Na ich miejscu tych instancji wyższych bardziej bym się bał niż kary doczesnej", kwituje.

https://kobieta.wp.pl/prof-marcin-krol-o-kryzysie-nie-bedzie-nas-stac-na-nic-6505772187109505a

Profesor Marcin Król nie żyje. Miał 76 lat
Rafał Wójcik 26 listopada 2020 | 11:33

Prof. Marcin Król nie żyje. Informację przekazała "Wyborczej" córka profesora.

Marcin Król zmarł w środę wieczorem. Przyczyną śmierci nie był koronawirus. Profesor miał 76 lat.

Król był filozofem i historykiem idei. W marcu 1968 roku jako doktorant na UW brał udział w studenckich protestach, został aresztowany. W latach 70. pracował w PAN, przez wiele lat redagował podziemne czasopismo "Res Publica", pisał też do paryskiej "Kultury".

W czasie "Solidarności" był doradcą Regionu Mazowsze. W 1989 roku uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu, potem zaangażował się w kampanię prezydencką Tadeusza Mazowieckiego, w końcu jednak zrezygnował z polityki. Był dziekanem na UW, zasiadał w zarządzie Fundacji Batorego.

https://wyborcza.pl/7,75398,26550049,profesor-marcin-krol-nie-zyje.html

Marcin Król nie żyje. Profesor miał 76 lat
OPRAC. PIOTR BIAŁCZYK 26 XI

Marcin Król - historyk oraz filozof zmarł w środę wieczorem - przekazała córka badacza "Gazecie Wyborczej". Profesor przeżył 76 lat.

(https://v.wpimg.pl/MzQ2MjA1YhswUDtZbkpvDnMIbwMoE2FYJBB3SG5-YkxlBjVecwZiHDheKBgkQSJUNkA4GiBGPVQhXmILMVhiDGAdKQMyQSEbKB0oByNUKVVmUy5edgZ4H3xUfF12HHlOYQpgUnFQfVcwCiwOJwMvGzJQKVxjTA==)
Prof. Marcin Król nie żyje (East News, Fot: Mariusz Gaczynski, East News)

Marcin Król był filozofem i historykiem idei. Zmarł w środę wieczorem w wieku 76 lat. Jak podaje "Gazeta Wyborcza", przyczyną śmierci nie był koronawirus.

Profesor aktywnie włączył się w budowę wolnej Polski - w marcu 1968 jako doktorant Uniwersytetu Warszawskiego roku został aresztowany za udział w studenckich protestach. Przez lata był też doradcą "Solidarności" w Regionie Mazowsze.

Marcin Król brał udział w obradach Okrągłego Stołu (zespół ds. reform politycznych i podzespół ds. środków masowego przekazu), po upadku systemu komunistycznego zaangażował się w kampanię prezydencką Tadeusza Mazowieckiego. Po wycofaniu się z życia politycznego został dziekanem Uniwersytetu Warszawskiego.

W 2011 roku prezydent Bronisław Komorowski odznaczył profesora Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za "za wybitne zasługi dla przemian demokratycznych".

"Ze smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci prof. Marcina Króla, członka naszej Rady, a wcześniej Przewodniczącego Rady, którego funkcję pełnił od 2009 roku" - przekazała na Facebooku Fundacja Batorego.

https://wiadomosci.wp.pl/marcin-krol-nie-zyje-profesor-mial-76-lat-6579765745752992a

Nie żyje profesor Marcin Król
26.11.2020 11:44

Informację przekazała "Gazecie Wyborczej" córka profesora. Marcin Król zmarł w środę wieczorem. Profesor miał 76 lat.

(https://bi.im-g.pl/im/17/51/19/z26550039IH,Profesor-Marcin-Krol.jpg)
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Marcin Król był filozofem i historykiem idei. Zmarł w środę wieczorem w wieku 76 lat. Jak podaje "Gazeta Wyborcza", przyczyną śmierci nie był koronawirus.

Profesor urodził się w 1944 roku, był absolwentem Wydziału Socjologii i Filozofii UW, na którym uzyskał stopień doktora oraz doktora habilitowanego. Później związał się zawodowo z Polską Akademią Nauk, a następnie wrócił na Uniwersytet Warszawski. Brał udział w protestach marcowych w 1968 roku, był również jednym z uczestników obrad Okrągłego Stołu w 1989 roku. Zaangażował się także w kampanię wyborczą Tadeusza Mazowieckiego.

Tytuł profesora otrzymał w 1999 roku. Do 2002 roku był dziekanem na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmował się również działalnością publicystyczną, był autorem licznych książek. W 2011 roku prezydent Bronisław Komorowski odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Profesor Marcin Król komentował rzeczywistość społeczną i polityczną również na antenie Radia TOK FM. W ostatnim wywiadzie, pod koniec kwietnia, opowiadał o wyborach korespondencyjnych, które miały się odbyć w tym roku, krytykował decyzje, które rząd podejmował na początku pandemii, mówił też o kondycji polskiej polityki. - Upadek prestiżu polityki doprowadził do szerzenia się populizmu - oceniał profesor.

Trzy lata temu rozmawiał także z Piotrem Najsztubem o tym, czy czeka nas wojna o zmianę układu społecznego. - Zawsze myślimy w kategoriach tego, co było, czyli wydaje nam się, że to będzie taka wojna, że Rosjanie będą nam coś zabierać, a Niemcy robić to, co robili. Ale to nie będzie taka wojna, ona może być niekoniecznie odczuwalna przez normalnych ludzi - mówił.

https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103085,26550204,nie-zyje-profesor-marcin-krol.html

Prof. Marcin Król nie żyje. Żegnamy wielkiego polskiego intelektualistę
ADAM LESZCZYŃSKI 26 LISTOPADA 2020

Zmarł profesor Marcin Król, jeden z najważniejszych polskich intelektualistów. Historyk idei, liberał, obrońca wolności, zasad liberalnej demokracji oraz równocześnie propagator mądrego polskiego patriotyzmu

Prof. Marcin Król (1944-2020), historyk idei, badacz myśli konserwatywnej i liberalnej, był jednym z najbardziej wpływowych polskich intelektualistów. Jego głos zarówno jako naukowca – autora wielu cenionych książek – jak i jako publicznego intelektualisty był słuchany. Był niestrudzonym obrońcą zasad liberalnej demokracji i zarazem krytykiem populizmu w każdym wydaniu – w tym, w wydaniu rządzącej Polską po 2015 roku prawicy.

Od 2016 roku prof. Król był członkiem Rady Fundacji OKO.press.

Był człowiekiem wielkich zdolności. Maturę zdał w wieku 17 lat; zaczął studiować filozofię. „Trafiłem tam na intensywne życie intelektualne i towarzyskie” – wspominał.

Zajął się tematem wówczas nietypowym: badaniem dziejów myśli konserwatywnej.

Opowiadał:

„Czym można było się wtedy interesować? Albo lewicą, albo obcą myślą, albo kościelną dysydencją. A rok 1968 paradoksalnie umożliwił zainteresowanie się polską historią i ja to wykorzystałem.

Po skończeniu studiów pracowałem w PAN-ie, gdzie powstawała książka »700 lat myśli polskiej«, a mnie zlecono opracowanie hasła o Klemensie Szaniawskim, który pod koniec życia stał się ultrakonserwatystą. To mnie zaciekawiło i zacząłem zajmować się konserwatystami. Paradoksalnie to było wtedy dziwne, nowe, rewolucyjne, bo większość zajmowała się strukturalizmem lub egzystencjalizmem.

Koledzy czytali Camusa i Sartre’a, ja grzebałem w Mochnackim. Wtedy zrozumiałem nawiązanie do przeszłości, ciągłość kultury polskiej to zasada jej istnienia”.

Wybitnie uzdolniony intelektualista z warszawskiej inteligenckiej rodziny wszedł na salony – i nigdy się tego nie wstydził. Zajmował się m.in. przekładem klasycznych dzieł filozofii polityki – przetłumaczył m.in. „O demokracji w Ameryce” Alexisa de Tocqueville’a.

W czasach PRL był związany z opozycją demokratyczną – trafił do więzienia po protestach marca 1968 roku, a także wykładał w ramach Towarzystwa Kursów Naukowych, rodzaju podziemnego „latającego uniwersytetu”, działającego w latach 70. Przez cały czas jednak był przede wszystkim intelektualistą, a nie działaczem politycznym.

Był współtwórcą i redaktorem pisma „Res Publika” (pierwszy numer ukazał się w 1979 roku poza cenzurą).
Nieregularnie ukazujący się kwartalnik (a potem miesięcznik) stał się jednym z najważniejszych miejsc debaty zarówno o historii idei politycznych w Polsce, jak i o kluczowych dyskusjach prowadzonych przez filozofów polityki na Zachodzie. W 1987 roku „Res Publika” zaczęła się ukazywać legalnie, za zezwoleniem władz PRL, jako miesięcznik – co od Króla wymagało, jak potem opowiadał, zjedzenia kolacji z Jerzym Urbanem, znienawidzonym wtedy przez opozycję rzecznikiem rządu PRL. Wielu przyjaciół Króla z opozycji uznało to wówczas za zdradę.

(Numery „Res Publiki” z lat 1979-81 można przeczytać tutaj http://repozytorium.encysol.pl/wiki/WCB0158

Napisał szereg książek poświęconych historii polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, m.in.:

„Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku” (1985),
„Józef Piłsudski. Ewolucja myśli politycznej” (1981),
„Romantyzm – piekło i niebo Polaków” (1998).

Jedną z jego najważniejszych książek była „Krótka historia myśli politycznej”, przedstawiająca kluczowe idee filozofii polityki od Machavellego po Hannah Arendt. Ostatnie wznowienie tej książki ukazało się nakładem „Krytyki Politycznej” w 2019 roku.

W ostatnich latach życia Marcin Król był przede wszystkim komentatorem i analitykiem polskiej polityki – obserwującym z narastającym przerażeniem słabnięcie liberalnej demokracji i kolejne zwycięstwa jej przeciwników.

Wielką dyskusję wzbudził jego wywiad w „Gazecie Wyborczej” z 2014 roku (opublikowany pod tytułem „Byliśmy głupi”), stanowiący rachunek sumienia liberałów za błędy transformacji gospodarczej lat 90. – stanowiące, zdaniem Króla, podłoże kryzysu demokracji w Polsce.

„W latach 80. zaraziliśmy się ideologią neoliberalizmu, rzeczywiście sporo się tutaj zasłużyłem, namawiałem do tego Tuska, Bieleckiego, całe to gdańskie towarzystwo. Pisma Hayeka im pracowicie podtykałem. Mieliśmy podobne poglądy z Balcerowiczem, dzisiaj się rozjechaliśmy. Wygasł we mnie ten zapał dość szybko. Zorientowałem się, że w liberalizmie zaczyna dominować składnik indywidualizmu, który po kolei wypiera inne ważne wartości i zabija wspólnotę – mówił wtedy Król. W 2015 roku opublikował książeczkę – pod tym samym tytułem – zawierającą rozszerzone refleksje nad kryzysem liberalizmu.

Sam był liberałem, ale takim, który oprócz znaczenia wolności indywidualnej docenia wymiar wspólnoty – i uważał, że jedno bez drugiego nie jest możliwe. W 2004 wydał książkę „Patriotyzm przyszłości”, zbiór esejów o patriotyzmie, w którym proponował swój model „liberalnego patriotyzmu”, opartego na tolerancji i pluralizmie, ale równocześnie zakorzenionego w tradycji i historii wspólnoty.

Prof. Król był człowiekiem szanującym prywatność i rozdział tego, co publiczne, od tego, co osobiste.

„Nie lubię plotkarstwa, choć cenię dobrą anegdotę. Przez całe życie wykazywałem też całkowity brak zainteresowania własną i cudzą psychologią, nie znoszę rozmów o duszy, przeżyciach, rozwodach… Na szczęście przyjaciele o tym wiedzą i takich seansów mi nie proponują. Nie ciekawi mnie ta sfera człowieczeństwa” – mówił w wywiadzie w z Jackiem Tomczykiem w 2008 roku.


Adam Leszczyński
 Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.
https://oko.press/prof-marcin-krol-nie-zyje-zegnamy-wielkiego-polskiego-intelektualiste/
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Listopad 28, 2020, 23:54
Prof. Flisiak: W maju zachorowania na COVID-19 będą sporadyczne. To oznacza koniec epidemii
Edyta Brzozowska data publikacji: 27.11.2020, 15:53

Za pół roku epidemia koronawirusa się skończy. Paradoksalnie - duża liczba rejestrowanych codziennie zakażeń SARS-CoV-2 przybliża nas do uzyskania odporności stadnej. - W maju zachorowania będą już tylko sporadyczne – mówi prof. Robert Flisiak, epidemiolog, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.

(https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/oGSk9kpTURBXy9kODVkOTNkODM3ZTExYjE1YmYwMGRhZmE3NWEzNzI4Ny5qcGeSlQMAzJDNEjrNCkCTBc0DAs0BkIGhMAU)
Marcin Kmieciński / PAP/Strefa gwiazd

Edyta Brzozowska, Medonet: W czasach szalejącej pandemii fakt, że nadal zmagamy się z innymi niż COVID-19 chorobami, schodzi na dalszy plan. Jednak nie przestaliśmy chorować na nowotwory i inne groźne dolegliwości.

Prof. Robert Flisiak, epidemiolog: Zawsze zwracamy na to uwagę, a rozmaite choroby Polaków są przedmiotem troski lekarzy wszystkich specjalności. Niestety pandemia spowodowała, że w przestrzeni publicznej najwięcej czasu poświęca się właśnie koronawirusowi. To oczywiste, że my, wszyscy medycy, chcielibyśmy zająć się pacjentami, którzy niedomagają i wymagają opieki także z innych powodów, niż zakażenie SARS-COV-2.

Potwierdzi pan, że z obawy przed zakażeniem boimy się odwiedzać gabinety lekarzy w poradniach czy przychodniach i robimy to coraz rzadziej?

To prawda, a z drugiej strony nie boimy się spotykać z rodziną i przyjaciółmi. Ci ostatni wydają się nam o wiele mniej groźni, co oczywiście ma się nijak do pandemicznej rzeczywistości, gdyż ryzyko zakażenia przez stopień zażyłości wcale się nie zmniejsza. Apeluję więc: jeśli tylko jest taka potrzeba, to należy szukać możliwości skorzystania z pomocy i porad lekarskich. Nie tylko z powodu COVID-19. Jednak oczywiście zdaję sobie sprawę że jest to utrudnione i wymaga znacznie więcej wysiłku i starań.

Trudno się dziwić tym obawom, jeśli codziennie czytamy doniesienia o wcale nie malejących liczbach osób zakażonych.

Niewątpliwie. Ale fakty są takie, że podawane cyfry należałoby jeszcze przemnożyć przez 5 do 10. Dopiero wtedy uzyskamy faktyczną liczbę osób zakażających się.

I to jeszcze przed zapowiadaną trzecią falą pandemii?

Nie mówmy o trzeciej, skoro od wiosny mamy do czynienia z wciąż tą samą, pierwszą falą. To przecież ta sama epidemia. Z tym zastrzeżeniem, że zmienność owej fali wyrażona częstością zakażeń, jest wynikiem wielu czynników.

Także tych wynikających z wiosennych zaniedbań w tej kwestii?

Nie używajmy takiego określenia. Zaniedbanie bowiem to świadome zaniechanie jakichś działań, do których ktoś był zobligowany przez procedury, standardy czy regulacje prawne. Z wyjątkiem niektórych przypadków, w większości trudno mówić o takich intencjach osób podejmujących poszczególne decyzje w sytuacji, gdy przez cały czas się tej epidemii uczymy. Coraz więcej wiemy o objawach, mechanizmach powodujących zakażenie, procesach epidemicznych. Dopiero w oparciu o te dane wyciągamy wnioski.

Przeważnie można więc mówić o błędach, a nie o zaniedbaniach. To, czy jakaś decyzja była błędna, dowiadujemy się wtedy, gdy nie uzyskujemy zaplanowanych efektów. W przypadku pandemii było trudno cokolwiek planować. Na pewno wiosenny lockdown uchronił nas przed tym, co było w Lombardii. Otwarcie szkół we wrześniu niestety przyczyniło się do gwałtownego wzrostu zachorowań.

Jakich zatem błędów można było uniknąć?

Z wiedzą, jaką dysponujemy dzisiaj, spokojnie można było poczekać z zakupem respiratorów. Przecież tego typu urządzenia, o właściwej jakości, można było kupić w lecie - za przystępną cenę i od wiarygodnych producentów.

Na pewno błędem było kupienie olbrzymiej ilości testów antygenowych pierwszej generacji o małej czułości, bez ich uprzedniego przetestowania. Nie musielibyśmy też "na chybcika" kupować maseczek - niskiej jakości i po zawyżonych cenach. A że tak właśnie się stało? Wyniknęło to z niepewności co do dalszego rozwoju sytuacji.

Wszyscy czekamy na koniec epidemii. Więc zapytam: kiedy to nareszcie nastąpi?

Kiedy przyjdzie lato, wtedy prawdopodobnie epidemia się skończy. Mówiąc poważnie: w momencie, gdy większość populacji uzyska odporność, czy to w sposób naturalny, czy poprzez szczepienie. A to powoli już następuje, bo paradoksalnie duża liczba rejestrowanych codziennie wyników dodatnich w kierunku SARS-CoV-2 przybliża nas do uzyskania odporności stadnej. Stosując przelicznik, jaki stosują analitycy Uniwersytetu Warszawskiego można szacować, że aktualnie zakaża się ponad 100 tysięcy osób dziennie. Zatem w lutym przyszłego roku powinniśmy osiągnąć odporność u ponad połowy populacji. Co oznacza, że SARS-COV-2 będzie miał większe trudności w zakażaniu coraz mniejszej grupy osób wrażliwych. A jeśli w tym czasie rozpoczną się szczepienia, to proces uodporniania populacji przyspieszy.

Czy szczepionka, na którą czekamy, zablokuje ekspansję wirusa?

Załóżmy, że zacznie być stosowana w lutym, a w marcu szczepienia będą kontynuowane do lata. Ten fakt, wraz ze zmianą pogody, będzie oznaczał, że w marcu-kwietniu będziemy obserwować wyraźną tendencją spadkową zakażeń. W maju zachorowania będą już tylko sporadyczne.

Ludzie nareszcie przestaną umierać na COVID-19? To pocieszająca wizja.

Ale się nie spełni, o ile - paradoksalnie - spadnie liczba zachorowań. Z prostego powodu: mniej ludzi będzie się uodparniało. A jeśli mniej będzie zakażeń bieżących, to wtedy epidemia ulegnie "rozciągnięciu" w czasie. Wtedy cała nadzieja pozostanie w skutecznej szczepionce.

Którą z trzech szczepionek wybrałby pan, gdyby musiał zdecydować już teraz? Pfizera, firmy Moderna czy tzw. oksfordzką, AstraZeneki?

Zdecydowałabym się na tę, która byłaby dostępna jako pierwsza. W tej chwili nie wiemy, czy i która szczepionka zapewni bardziej trwałą odporność. Tego dowiemy się, jeśli nie za rok, to za co najmniej kilka miesięcy. Dziś wiadomo o nich tyle, że wszystkie z nich mają dość wysoki poziom uodparniania w krótkotrwałej obserwacji oraz że są bezpieczne.

Pojawiają się głosy, że zaszczepienie się na COVID-19 którąś z nowych szczepionek jest ryzykowne z powodu ekspresowego tempa badań, jakie nad nimi prowadzono. Rzeczywiście należy się tego bać?

Stanowczo zaprzeczam, to bzdura. Technologie wykorzystane do stworzenia tych szczepionek są znane od wielu lat i były sprawdzane w badaniach nad szczepionkami przeciw innym koronawirusom - SARS, MERS czy Eboli. Modyfikacja, jakiej dokonano teraz, to po prostu zamiana materiału genetycznego, który ma wygenerować odporność na swoisty dla SARS-CoV-2. Dzięki poznanej wcześniej technologii, badania kliniczne oceniające skuteczność i bezpieczeństwo szczepionki można było rozpocząć już w marcu, zaraz po rozszyfrowaniu struktury genetycznej wirusa.

I można wierzyć w skuteczność tych badanych na ludziach szczepionek?

Badania przeprowadzono na bardzo dużej grupie ochotników, było to w przypadku każdej ze szczepionek kilkadziesiąt tysięcy osób. Badania przeprowadzono przechodząc przez kolejne trzy fazy, jakie zawsze są wymagane przed rejestracją leku. To wystarczająca podstawa, aby uznać, że szczepionka jest zbadana pod względem bezpieczeństwa i krótkoterminowej skuteczności, w tym u osób w podeszłym wieku. Jedyne, czego brakuje, to wiedzy o długoterminowej skuteczności, ale na to potrzeba kolejnych miesięcy i lat.


https://www.medonet.pl/koronawirus/koronawirus-w-polsce,prof--flisiak--w-maju-zachorowania-na-covid-19-beda-sporadyczne--to-oznacza-koniec-epidemii,artykul,83451199.html
Tytuł: Odp: Artykuły z innego świata
Wiadomość wysłana przez: Orionid w Grudzień 02, 2020, 23:33
Prof. Jerzy Hausner o gospodarce po pandemii: W Polsce wystąpi ogromna fala upadłości przedsiębiorstw
Paweł Balinowski 2 grudnia

"Po tym jak restrykcje znikną w Polsce wystąpi ogromna fala upadłości przedsiębiorstw i nie da się jej zatrzymać. Ale powinniśmy pomóc w ich restrukturyzacji" - taka jest prognoza prof. Jerzego Hausnera w kontekście przyszłości Polski po pandemii koronawirusa. Ekonomista i były wicepremier przyznał w Popołudniowej rozmowie w RMF, że "ten okres potrwa mniej więcej rok". Gość Pawła Balinowskiego odniósł się również do możliwego weta unijnego budżetu przez Polskę. "To jest po prostu samobój. (...) To naprawdę jest strzelanie sobie w głowę" - ocenił.

(https://i.iplsc.com/prof-jerzy-hausner/000ASB8XD0VHRFTV-C123-F4.webp)
Prof. Jerzy Hausner/Rafał Guz /PAP

Paweł Balinowski, RMF FM: Rozmawiamy w dniu, kiedy premier ogłasza plan masowych szczepień. Czy ta szczepionka może to być też proste lekarstwo na kryzys ekonomiczny wywołany koronawirusem?

Jerzy Hausner: Nie sądzę, żeby to miało jakiś istotny związek na przebieg zjawisk ekonomicznych. W każdym razie bezpośredni związek. Oczywiście, jeśli ta szczepionka zadziała w ten sposób, że zapewni nam odporność, możemy wykluczyć możliwość wystąpienia kolejnych fal epidemii. Aczkolwiek przypuszczam, że trzecią falę, taką późnozimową, będziemy mieli, bo nie wierzę w to, że w tym czasie szczepienia będą w Polsce masowe.

A jeśli już uda się zaszczepić te 60% populacji, bo takie są wyliczenia, jest 60% osób, które już przeszły koronawirusa albo zostały zaszczepione, i będzie możliwość otwarcia gospodarki w takim przynajmniej podstawowym stopniu, to jaki jest najlepszy krok? Co wtedy rząd powinien zrobić, żeby ratować sytuację gospodarczą?

Trzeba pamiętać, że zamrożona nie jest cała gospodarka. Zamrożona jest część usług. Oczywiście, to jest ważna część gospodarki, bo to są naczynia połączone. A jeśli chodzi o to, co należy robić, to wydaje mi się, że trzeba mówić o trzech fazach polityki gospodarczej. Faza pierwsza, to jest aktualna faza, to jest faza różnego rodzaju tarcz, a więc działań osłonowych. One powinny oczywiście trwać do momentu, w którym zostaną wycofane te restrykcje, które władza narzuciła. Ponieważ one powinny dotyczyć tych, które obejmują te restrykcje. To jest rodzaj rekompensaty, osłony przed tym, co zostało wprowadzone z powodów zdrowotnych. Faza druga, to jest to, co zobaczymy po tym, jak restrykcje znikną, a mianowicie w Polsce wystąpi ogromna fala upadłości przedsiębiorstw i nie da się tej fali zatrzymać. Natomiast powinniśmy pomóc zrestrukturyzować się tym przedsiębiorstwom, które z powodów administracyjnych i z powodu kryzysu ekonomicznego ucierpiały, ale są zdrowe. I powinny przeprowadzić proces restrukturyzacji, proces wspomagany przez państwo m.in. przez kredyty, gwarancje kredytowe. I faza trzecia to jest faza odbudowy potencjału gospodarczego i nowej ścieżki rozwoju gospodarczego, która powinna doprowadzić do utrzymania wysokiego wzrostu gospodarczego w dłuższym okresie. Dla mnie taki wysoki wzrost dla Polski potrzebny to 4% PKB w skali rocznej, a jednocześnie powinno to pomóc dokonać istotnej restrukturyzacji gospodarki jako całości, a nie tylko poszczególnych przedsiębiorstw.

W fazie pierwszej wydaje się, że jesteśmy teraz, ponieważ teraz no pomoc dla przedsiębiorców, pakiety antykryzysowe są implementowane. Faza druga i trzecia to jest de facto to, co się wydarzy po tym, jak pandemia pod kątem medycznym będzie miała się ku końcowi. Ile ta faza druga i trzecia może zająć? Ile czasu potrzeba, żeby te dwie fazy się skończyły?

Faza druga to jest okres mniej więcej roku, jakichś czterech kwartałów. Ale to nie znaczy, że nie należy już podejmować działań z myślą o fazie trzeciej. Faza trzecia powinna być w tej chwili przygotowywana i uruchomienie najpóźniej do końca, w takim pełnym kształcie, do końca następnego roku kalendarzowego.

Do końca następnego roku kalendarzowego, to jest faza trzecia, która powinna być już gotowa.

Najpóźniej uruchomiona w pełnej skali.

Panie profesorze, w pana raporcie "Państwo i my - 8 grzechów głównych Rzeczypospolitej" jest taki fragment o wprowadzaniu w obszar działalności gospodarczej wojny kulturowej. Jako przykład podaje pan niehandlowe niedziele. Tak się składa, że dzisiaj Senat ogłosił, że ta najbliższa niedziela, 6 grudnia, będzie jednak handlowa. Przyjął ustawę, ona już poleci tylko do prezydenta do podpisu. Czy ta jedna dodatkowa niedziela pomoże handlowcom jako jednej z tych branż, które są najbardziej dotknięte pandemią?

Myślę, że pomoże też ludziom i chyba to jest istotniejsze, ale niewątpliwie pomoże handlowi, a więc pomoże w utrzymaniu aktywności gospodarczej. W tym sensie to jest rozsądna decyzja, ale wolałbym, żeby to nie była decyzja tylko i wyłącznie związana z okresem przedświątecznym i naciskiem handlowców, naciskiem ludzi. Natomiast, żeby zrewidować to rozwiązanie, które wyklucza w Polsce handlowe niedziele. Ja nie upieram się, żeby wszystkie były handlowe, ale początkowo zaczynaliśmy od tego, że było pół na poł i kto wie, czy to nie jest rozsądne rozwiązanie.

Teraz dążymy jednak ku zupełnie innej sytuacji, przynajmniej takie rozwiązania prawne są stosowane, żeby praktycznie wszystkie niedziele były niehandlowe. To jest rozwiązanie nie do przyjęcia pana zdaniem?

To jest rozwiązanie, które jest rozwiązaniem, które pozornie ma swoje uzasadnienie społeczno-ekonomiczne, ale w istocie rzeczy jest rozwiązaniem, które wynika z presji Kościoła i w związku z tym to jest dla mnie przejaw wojny kulturowej czy wojny kulturowo-politycznej, bo tak ją w tym dokumencie nazywamy.

Woli zmiany tej decyzji tak naprawdę w tym momencie. Raczej nie spodziewamy się tego, żeby od nowego roku ktoś przemyślał sprawę i otworzył handel. A w kontekście koronawirusa te dwie niedziele w miesiącu lub wręcz wszystkie niedziele w miesiącu handlowe...

Ja opowiadam się za wszystkimi handlowymi. Ale jeśli szukamy jakichś kompromisów, żeby nie narastał ten konflikt, to być może na razie rozwiązanie, które było na początku, czyli pół na poł, byłoby chyba zaakceptowane przez większość.

Panie profesorze, odwołując się jeszcze raportu. Jest tam też raport o pandemii, o wnioskach, które wyciągamy z tego okresu. Jaka jest najważniejsza lekcja gospodarcza, jaką powinniśmy wyciągnąć albo właśnie wyciągamy z pandemii koronawirusa?

No, tych lekcji jest kilka, ale najważniejsze jest to, żeby pamiętać, że nawet jeśli w tym momencie, w następstwie wprowadzania restrykcji administracyjnych, zamrażania gospodarki, uruchamiany różnego rodzaju rekompensaty - ja nie neguję ich znaczenia - to pamiętajmy, że to musi być tylko i wyłącznie stosowane przejściowo i w takiej skali, jaka odpowiada restrykcjom, a nie powszechnie, ponieważ w przeciwnym razie płacimy za brak działalności. A to oznacza, że faworyzujemy tych, którzy oczywiście doznają uszczerbku z powodów oczywistych, ale jednocześnie faworyzujemy słabszych w stosunku do silniejszych. Zachęcamy do tego, żeby raczej liczyć na państwo niż liczyć na siebie. To nie jest dobra linia myślenia o wzroście gospodarczym i rozwoju gospodarki.

Czy takie myślenie będzie wykraczało poza pandemię? To znaczy, ja jestem w stanie zrozumieć, że po pandemii w ten sposób już państwo by nie działało...

Nie jestem pewien. Dlatego że część ludzi po prostu normalnie się przyzwyczaja, że państwo jest od tego, by dawać. A państwo jest z mojego punktu widzenia od tego, żeby tworzyć warunki dla prowadzenia działalności gospodarczej, która zawsze jest obarczona ryzykiem. Jeśli państwo zdejmuje ryzyko lub samo pogłębia to ryzyko, no to oczywiście nie wypełnia prawidłowo swojej funkcji w dziedzinie ekonomii czy w dziedzinie gospodarki.


https://www.rmf24.pl/tylko-w-rmf24/popoludniowa-rozmowa/news-prof-jerzy-hausner-o-gospodarce-po-pandemii-w-polsce-wystapi,nId,4891311