Który to amerykański astronauta wspominał, że siedząc w kabinie statku kosmicznego na wyrzutni zapytał kolegę obok: "Słuchaj, jak się czujesz wiedząc, że siedzisz na gigantycznym zbiorniku materiałów wybuchowych, w promieniu kilku kilometrów dla bezpieczeństwa nie ma nikogo, a wpakowano cię w pojazd zbudowany przez firmę, którą wybrano, bo przedstawiła najtańszą ofertę?".
Bez woli politycznej nie będzie spektakularnych lotów w kosmos. Ani załogowych, ani bezzałogowych klasy flagowej. Wola polityczna jest odbiciem sytuacji geopolitycznej oraz ekonomicznej i politycznej wewnątrz USA. Geopolitycznie - brak rywala, bo takie Chiny wciąż są traktowane z przymrużeniem oka, a Rosja jaka jest każdy widzi. Ekonomicznie - gospodarka USA to obecnie jeden wielki bajzel. Polityków amerykańskich obchodzi teraz wszystko z wyjątkiem astronautyki. Dlatego sądzę, że rzeczywisty cel obecnych działań prowadzonych w NASA jest inny: dać ludziom zajęcie, niech przetrwają ten okres robiąc coś, byle co, byle robili, bo po pierwsze trzeba ich przetrzymać do lepszych czasów, po drugie utrzymać kształcenie kadr, a po trzecie zawsze coś z tego może wyjść dobrego dla kolejnych, na razie tak odległych że aż nieokreślonych, programów kosmicznych.
Przykro mi, że rozwiewam złudzenia, nauczyłem się sceptycyzmu po potraktowaniu serio opowiastek Busha, z którymi wiązałem osobiście pewne nadzieje (na wzrost zainteresowania wśród mas tematyką astronomiczną i astronautyczną). Realistycznie, liczę na to, ze dożyję (oby) kilku fajnych misji automatycznych typu mobilna sonda w atmosferze Tytana, obserwator pierścieni Saturna czy orbitery Io lub Europy, może zobaczę człowieka na Księżycu. To chyba wszystko, bo na orbiter Neptuna liczyć przestałem z chwilą, gdy okazało się, że w miarę realistyczne okno na początku lat 20. wymagałoby lotu grubo ponad 15 lat, co przekreśla ewentualne misje. W szybkie loty załogowe poza LEO po prostu nie wierzę. Tam po prostu nie ma ani kasy, ani polityki.