Autor Wątek: [Tygodnik Powszechny] PIOSENKI Z BLASZANEJ PUSZKI  (Przeczytany 168 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Orionid

  • Weteran
  • *****
  • Wiadomości: 9764
  • Very easy - Harrison Schmitt
[Tygodnik Powszechny] PIOSENKI Z BLASZANEJ PUSZKI
« dnia: Marzec 11, 2019, 23:22 »
PIOSENKI Z BLASZANEJ PUSZKI
CHRIS HADFIELD, WOJCIECH BRZEZIŃSKI 27.09.2015

Chris Hadfield: w nieważkości masz napuchnięty język i struny głosowe, zatkane zatoki. To tak, jakbyś śpiewał, stojąc na głowie.


Chris Hadfield w swoim wideo „Kosmiczny dziwak” Fot. youtube

Najpierw trzeba włączyć Skype’a. Prowadzenie wywiadu przez telefon czy wideokonferencję nie daje tego samego komfortu, co spotkanie kogoś na żywo, ale tym razem wydaje się całkowicie naturalne. W końcu człowiek po drugiej stronie ekranu przez pół roku porozumiewał się ze światem niemal wyłącznie w ten sposób.

Pułkownik Chris Hadfield: pilot, astronauta, pierwszy kanadyjski dowódca Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS), autor dziesiątków filmów edukacyjnych, pierwsza orbitalna gwiazda rocka. Człowiek, który dwa lata temu zahipnotyzował świat przez YouTube: najpierw pokazując, jak wygląda prawdziwe życie w kosmosie, potem, w dniu, w którym miał wrócić na Ziemię, publikując pierwszy w historii teledysk nagrany w kosmosie: własną wersję „Space Oddity” Davida Bowiego. Obejrzały go miliony ludzi, a Bowie podzielił się linkiem do piosenki na Twitterze z dopiskiem „Hello, Spaceboy!”.

Kiedy świat zachwycał się „Space Oddity”, pułkownik Hadfield już był na Ziemi. Dziś jest wykładowcą, prelegentem i zajmuje się swoim domem w Ontario.

Kosmos jednak wciąż go woła: dwa lata i dwie książki później Kanadyjczyk wraca do muzyki – i, na swój sposób, na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Wydaje płytę. Wszystkie piosenki nagrał podczas pobytu na ISS, poruszającej się z prędkością 8 km na sekundę, 400 km ponad naszymi głowami. Potem producent dograł do nich inne – poza gitarą – instrumenty i zmiksował całość.

W ten sposób powstało pierwsze dzieło sztuki stworzone przez człowieka poza powierzchnią jego macierzystej planety.

WOJCIECH BRZEZIŃSKI: Międzynarodowa Stacja Kosmiczna chyba średnio nadaje się na studio nagrań.

CHRIS HADFIELD: To fatalne miejsce! Przy projektowaniu stacji kosmicznej nikt nie zawracał sobie głowy tym, żeby była cicha i spokojna – przede wszystkim miała być bezpieczna. Mieszkasz w środku maszyny, która utrzymuje cię przy życiu, jesteś otoczony wentylacją, systemami doprowadzania wody i odprowadzania ścieków. Jest głośno, stale słychać pompy, wentylatory, alarmy, co chwilę odzywa się do nas przez radio jeśli nie Houston, to Moskwa, Tokio albo Oberpfaffenhofen. Ale to miejsce, które od 15 lat zasiedlają ludzie, więc było nieuniknione, że prędzej czy później powstanie tam też sztuka.

Na gitarze w kosmosie gra się inaczej?

Wystarczy zastanowić się, co na gryfie gitary robi lewa dłoń. Jesteś przyzwyczajony do tego, że jest ściągana w dół przez grawitację, przez ciężar ramienia. Więc kiedy przesuwasz ją w górę i w dół po gryfie, stale dostajesz od swoich zmysłów sygnały zwrotne, które mówią ci, gdzie w danej chwili twoja dłoń się znajduje. To doskonale wyćwiczona pamięć mięśniowa. Ale kiedy ramię przestaje ważyć cokolwiek – te sygnały przestają płynąć. Nagle okazuje się, że lewa dłoń bez przerwy pudłuje. Sama gitara też zachowuje się inaczej, jest niestabilna, nie leży spokojnie na twojej nodze, nie zwisa z paska. Jest jak balon – każdy ruch dłonią sprawia, że próbuje odlecieć. Nawet głos jest zupełnie inny. W nieważkości płyny nie odpływają z głowy, jak to się dzieje przy ziemskiej grawitacji. Masz napuchnięty język i struny głosowe, zatkane zatoki. To trochę tak, jakbyś próbował śpiewać, stojąc na głowie.

Większość piosenek powstała na orbicie?

Wszystkie. Poza coverem „Space Oddity” wszystkie piosenki napisałem na stacji kosmicznej i tam je nagrałem – i wokal, i gitarę. Dokładnie to nagranie jest na płycie. Autentyczność była dla nas bardzo ważna.

To wszystko musiało być bardzo czasochłonne.

W kosmosie praca wypełnia w zasadzie cały czas. Pracujemy o wiele ciężej, niż komukolwiek się wydaje, ale mamy w harmonogramie kilka godzin na sen – i to właśnie te godziny poświęcałem na swoje dodatkowe projekty, takie jak robienie zdjęć i filmików czy muzykę. Mój śpiew i gitara były nagrywane w malutkiej komorze sypialnej, niewiele szerszej niż moje ramiona. Raz na kilka dni miałem nastrój na granie i grałem – przed sobą przyczepiałem iPada, odpalałem aplikację muzyczną GarageBand, wkładałem słuchawkę do ucha. Miałem bezprzewodowy mikrofon, który lewitował przede mną. Najpierw niżej, żeby nagrać gitarę, potem wyżej, żeby nagrać dwie-trzy ścieżki wokalne. To nie zabierało bardzo dużo czasu, a było czymś, czego nie zrobił nikt wcześniej: nikt wcześniej nie stworzył w kosmosie całego dzieła sztuki. Więc co mogłem z tym zrobić – przywieźć do domu i trzymać w szufladzie jako pamiątkę rodzinną? Postanowiłem ją wydać. Nie chcę być gwiazdą rocka, dochody z płyty są przeznaczone na edukację muzyczną dzieci w Kanadzie. Dla mnie to jeszcze jeden sposób, razem ze zdjęciami czy filmami z życia i pracy na pokładzie stacji, na odsłonięcie przed ludźmi tego świata.

Dało się przekazać tę perspektywę za pośrednictwem muzyki?

Na pewno próbowałem. Każdy muzyk chce przekazać to, co w danym momencie czuł i myślał – po to tworzymy sztukę. W żaden inny sposób nie da się przekazać tak dobrze tego, co czujesz i kim jesteś. Uważam, że te piosenki robią to w sposób nieosiągalny dla zwykłych słów czy wykresów. Uczucia, które towarzyszą przebywaniu tam, twoje własne myśli, refleksje nad twoim własnym życiem, to, co czujesz, kiedy wisisz w nieważkości przed oknem, oniemiały wobec niewyobrażalnej, kosmicznej skali czasu i przestrzeni. To przenika do muzyki. Przenika do tekstów, które piszesz, ale i do tego, jak muzykę wykonujesz. Gdybym pojechał do Krakowa, zjechał do kopalni soli w Wieliczce na pół roku i tam nagrał płytę, na pewno te odczucia też przedostałyby się do muzyki – brzmiałaby inaczej, bo inaczej odbierałbym otoczenie. To samo dotyczy nagrywania muzyki na statku kosmicznym.

Wieliczka? Był Pan w Polsce? Pamiętam, że z orbity wrzucał Pan na Twittera zdjęcia Krakowa czy Warszawy.

Tak, kilka lat temu spędziliśmy Boże Narodzenie w Tatrach, potem dotarliśmy do Krakowa. Byłem w Wieliczce i świętowałem Nowy Rok na rynku. Wspaniałe miejsce. Potem pojeździliśmy po południowej Polsce – więc widziałem trochę waszego kraju z poziomu gruntu i zrobiłem mnóstwo jego zdjęć z kosmosu.

Na długo przed tym, nim ktokolwiek dowiedział się o tym, że nagrywa Pan płytę, już był Pan najbardziej rozpoznawalnym astronautą od czasu programu Apollo: Pana filmy ze stacji oglądali nawet ludzie, których kosmos wcześniej nie interesował. Dlaczego to było dla Pana takie ważne?

Miałem sporo szczęścia, bo nasza technologia posunęła się naprzód tak daleko, że możemy wszystko pokazywać. Proszę sobie wyobrazić – co by się działo, gdyby Twitter istniał w czasach Michała Anioła? Gdyby ludzie mogli oglądać go przy pracy, jak maluje na plecach sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej, jak opowiada o swoim procesie twórczym – to byłoby fascynujące. Teraz mamy w rękach wspaniałe narzędzia, dzięki którym możemy dzielić się z innymi swoją perspektywą – i to próbowałem robić. Bo uważam, że eksploracja kosmosu jest czymś, co może, jak mało rzeczy, napędzać ludzką wyobraźnię i inspirować.

Po lądowaniu na Księżycu lawinowo wzrosła liczba studentów i doktoratów. Mnie też program Apollo zainspirował: pokazał, co mogę osiągnąć. Zawsze wiedziałem, że kiedy coś takiego osiągnę, będę chciał się tym podzielić. Uważam, że to niezwykle ważna część naszej pracy jako astronautów – mamy przywilej doświadczania czegoś, co jest dane bardzo nielicznym, więc mamy też obowiązek dzielić się tym tak bardzo, jak to tylko możliwe.

I dalej Pan to robi: właśnie na YouTubie ruszył Pana serial animowany.

Tak, nazywa się „It’s Not Rocket Science” i staramy się w nim opowiadać o historii nauki. Ale to nie wszystko. Prowadzę przez internet spotkania z uczniami w szkołach na całym świecie, wydałem dwie książki, za chwilę ukaże się trzecia, dla dzieci, i wykładam na uczelni.

Przez wiele lat badania kosmosu miały poważny problem wizerunkowy: dla ludzi to, co robicie, wydawało się rutyną. Teraz chyba coś się zmienia, ruszają nowe kosmiczne inicjatywy – mamy ciemne wieki czy renesans lotów kosmicznych?

Ani jedno, ani drugie. Po prostu konsekwentnie pracujemy nad poszerzaniem naszych możliwości. Popatrzcie na sondę New Horizons, która właśnie przeleciała obok Plutona. Leciała tam przez dziewięć lat – dziewięć lat zupełnej nudy, ale na końcu tej drogi dała nam naprawdę niesamowite dane. Podobnie wygląda cała eksploracja kosmosu – mozolna praca, która gdzieś na końcu daje rezultaty. Spotkałem się z opinią, że program kosmiczny powinien co rok czy co dwa lata dawać nam coś w rodzaju pierwszego lądowania na Księżycu. Problem w tym, że pierwszy raz wylądować na Księżycu można tylko raz.

W latach 60. program kosmiczny zafascynował świat, bo był wpisany w narrację wyścigu. Amerykanie mieli prezydenta, który przed śmiercią od kuli zamachowca dał nam misję. Rywalizacja ze Związkiem Radzieckim była emocjonująca. To wszystko można było odbierać w kategoriach świetnej rozrywki. Ale już podczas trwania programu Apollo zainteresowanie zaczęło blaknąć. Apollo 13 nie interesowało już nikogo – aż do momentu, kiedy doszło na jego pokładzie do eksplozji. Oczywiście, że najlepiej zawsze będziemy pamiętać tych, którzy coś zrobili jako pierwsi. W końcu nikt nie pamięta żeglarzy płynących do Ameryki w roku 1493, 1494 czy 1495. Ale wszyscy pamiętają, kto przepłynął Atlantyk w roku 1492 – Kolumb po prostu był pierwszy. My teraz powoli, konsekwentnie poszerzamy nasze możliwości. Robimy kolejne, małe kroki.

Dobrą analogią jest też Antarktyda. 150 lat temu była śmiertelnym zagrożeniem. Jeszcze 50 lat temu była tam garstka ludzi, natomiast dziś do McMurdo przyjeżdża kilka tysięcy ludzi rocznie, a mniej więcej setka mieszka na biegunie południowym. Podobnie ma się sprawa z lotami kosmicznymi. Wysyłaliśmy bezzałogowe sondy, potem stanęliśmy na chwilę na Księżycu, dziś pracujemy na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, może za 50 lat będziemy żyć na Księżycu. A potem na Marsie i jeszcze dalej.

Czy jest jakieś miejsce, do którego zabrałby się Pan, gdyby Pan mógł, na którejś sondzie NASA?

Jest takie mylne przekonanie, że astronauci to ludzie, którzy „zabierają się w podróż” jak autostopowicze. To zupełnie nie tak. My chcemy przede wszystkim poszerzać nasze możliwości. Nie jesteśmy turystami, mamy bardzo poważną i trudną pracę do wykonania. Jesteśmy ściśle zaangażowani w przygotowywanie lotów kosmicznych. My nie tylko w nich uczestniczymy: jesteśmy częścią zespołu, który sprawia, że one w ogóle są możliwe. Współuczestniczymy w projektowaniu pojazdów i rozwoju technologii. Ja przez 20 lat uczyłem się rosyjskiego, jestem certyfikowanym dowódcą kapsuły Sojuz, pięć lat mieszkałem w Rosji i pomogłem dopracować procedury obowiązujące na tych pojazdach, tymczasem teraz w amerykańskich mediach słyszy się, że astronauci są „podwożeni na stację przez Rosjan”. To określenie straszliwie umniejsza pracę, która wiąże się z tymi lotami. Nie robimy tego dla zabawy.

Ale przyznam: jest coś bardzo pociągającego w Marsie, z jego wąwozami i dolinami wyrzeźbionymi wodą. To potencjalnie bardzo atrakcyjny i ważny cel dla naszej eksploracji i wierzę, że kiedyś tam dotrzemy.

Lot w kosmos zmienił Pana?

Astronautą byłem przez prawie 30 lat, w kosmosie byłem trzy razy, łącznie przez sześć miesięcy. Więc zapewne bardziej zmieniła mnie praca nad sobą, przygotowania.

Do misji przygotowujemy się długo, więc to nie jest tak, że lecimy tam zupełnie naiwni i doznajemy jakiegoś olśnienia, kiedy widzimy planetę pod sobą. To oczywiście piękny widok. Ale podczas setnej czy tysięcznej orbity coś rzeczywiście zaczyna się zmieniać: zaczynasz rozumieć, jak prawdziwy jest ten świat. Każdy tu, na Ziemi, w jakimś stopniu sądzi, że ten kawałek betonu, który go otacza – dom, miasto, kraj – to prawdziwy świat, a reszta Ziemi to miejsca trochę wyimaginowane. To chyba coś, z czego płynie wiele naszych nieszczęść.

Z góry na własne oczy widzisz, jak nasz świat jest twardy. Widzisz wszystkie blizny. To też jest powód, dla którego moja druga książka była wyborem 150 najlepszych zdjęć Ziemi z kosmosu.

To na koniec jeszcze: spotkał Pan Bowiego?

Osobiście nie, porozumiewałem się z nim mailowo jeszcze z orbity. I z jego prawnikami. Wiem, że napisał bardzo miłe rzeczy o mojej wersji jego piosenki, a kiedy ogłosiłem, że wydaję płytę... (Tutaj zerwało się nasze połączenie. Chwilę później w okienku komunikatów tekstowych pojawił się dopisek:) …dostałem od niego bardzo miły list z gratulacjami. (I po chwili:) Skype z orbity był jeszcze gorszy. ©

MUZYKA W KOSMOSIE

Słynne hasło reklamowe filmu „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” mówiło, że „w kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku”. Być może, ale dobre solo na saksofonie czy gitarze na pewno znajdzie odbiorców. Chris Hadfield jest pierwszym artystą, który nagrał płytę w kosmosie – ale instrumenty towarzyszyły astronautom od początku.
Nie wiemy, czy Gagarin albo Titow nucili pod nosem w swoich ciasnych Wostokach. Ale 16 grudnia 1965 r., tuż przed Bożym Narodzeniem, astronauci Wally Schirra i Tom Stafford postanowili zrobić psikusa kontrolerom: zameldowali, że na orbicie polarnej widzą dziwny pojazd, który miał się składać z „modułu dowodzenia i ośmiu mniejszych modułów z przodu. Pilot ma na sobie czerwony kombinezon!”. A po chwili, dla tych, którzy nie domyślili się tożsamości pilota, Schirra wyciągnął z kieszeni przemyconą w kosmos harmonijkę ustną i zagrał – kulawą i dodatkowo zniekształconą fatalnym połączeniem radiowym – ale jednak pierwszą melodię w kosmosie: „Jingle Bells”.

Dziś przemyt harmonijki zapewne by się nie udał. Instrument dopuszczony do lotu musi spełnić szereg wymogów: nie może być zbyt duży ani zbyt ciężki – fortepian, harfa czy perkusja odpadają; nie może powodować zakłóceń elektromagnetycznych i musi przejść test w piekarniku: podgrzany, nie może emitować szkodliwych substancji.

Warunki trudne, ale spełniło je sporo instrumentów. NASA wylicza, że na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej były: flet, keyboard, saksofon, gitara oraz wykonana przez astronautę Dona Pettita z rury od odkurzacza kosmiczna wersja australijskiego didgeridoo.

Były też koncerty: astronautka Catherine Coleman zagrała w kosmosie „Bourrée” Bacha – w duecie z pozostającym na Ziemi liderem grupy Jethro Tull, Ianem Andersonem. Ale najsłynniejszy jest koncert, który nigdy się nie odbył. Pierwszym człowiekiem, który legalnie wziął ze sobą w kosmos instrument, był Ron McNair, który w 1984 r. zabrał na pokład promu kosmicznego saksofon. Niestety, nie przetrwało żadne nagranie jego gry na orbicie. 28 stycznia 1986 r. wziął go ze sobą po raz kolejny, a także nuty melodii skomponowanej specjalnie dla niego przez Jeana-Michela Jarre’a.

McNair miał zagrać utwór na żywo, z orbity, podczas jednego z koncertów francuskiego muzyka. Ale ten utwór nigdy nie zabrzmiał w kosmosie: prom Challenger, na pokładzie którego leciał McNair, eksplodował kilkadziesiąt sekund po starcie. Utwór, pod tytułem „Ron’s Piece”, został później nagrany przez Jarre’a na płycie ku czci poległych astronautów. ©

Źródło: https://www.tygodnikpowszechny.pl/piosenki-z-blaszanej-puszki-30325
« Ostatnia zmiana: Marzec 12, 2019, 07:26 wysłana przez Orionid »