Mnie najbardziej frapują pierwsze dwa tygodnie, zanim się do nich dowiercili. Niewiele wiadomo, co się działo w tym czasie, ale on zadecydował o przetrwaniu grupy. Zapasy jedzenia i wody w bunkrze były skromne a górnicy potrafili się zorganizować i narzucić sobie reżim wydzielania głodowych porcji, żeby jak najdłużej dla wszystkich starczyło.
Ciekawe, czy odbyło się to sposobem demokratycznym (głos większości), czy też znalazł się silny przywódca, który nakłonił / narzucił realizację tego planu. To właśnie dzięki temu po 17 dniach, kiedy ratownicy się do nich dowiercili, cała grupa była w stosunkowo dobrej kondycji fizycznej i psychicznej.
Bez względu na wszystko - głęboki podziw i szacunek dla mocnej psychiki górników i wielkiej pracy ratowników. Przewiercić się przez 700m skał i trafić w pomieszczenie o wymiarze kilku metrów to wielka sztuka. Co prawda potrafimy wiercić kilkudziesięciokilometrowe tunele, które spotykają się w pół drogi z kilkucentymetrową tolerancją, ale tutaj nie było czasu na czasochłonne analizy, porządny projekt, czy też na budowę specjalistycznej infrastruktury. Cała akcja szła "z marszu" standardowym sprzętem górniczym...
Nie daje mi spokoju też myśl, jak duże było ryzyko, że odwiert uszkodzi konstrukcję bunkra i spowoduje jego zawalenie. Nikt o tym nie mówi, ale na pewno musieli rozpatrzyć taki wariant.
Pozdrawiam.