Autor Wątek: Artykuły z innego świata  (Przeczytany 1334 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #15 dnia: Maj 12, 2020, 06:18 »
Wirus groźny nie tylko dla zdrowia. "Świat przed i po pandemii"
Data 27.03.2020 Autor Grzegorz Szymanowski

Koronawirus jest groźny nie tylko dla zdrowia, ale i dla liberalnego społeczeństwa. W czasach pandemii ustawiane są zwrotnice dla świata po koronie.


KI und Gesichtserkennung (Imago Images/H. Lucas)

Martin Voss ma w tych dniach ręce pełne roboty. Socjolog kieruje - w tych dniach zdalnie - pracami ośrodka badań nad katastrofami przy Wolnym Uniwersytecie Berlińskim. W czasach koronakryzysu doradza organizacjom pomocowym, oferuje seminaria informacyjne w sieci. Specjalistyczna wiedza naukowców jest w tych dniach bardzo na czasie. Do tego stopnia, że Voss nawet reaktywuje byłych współpracowników. - Wolałbym tego jednak uniknąć - zapewnia.

Zagrożenie wirusem, radykalne ograniczenia życia codziennego, problemy ekonomiczne - wszystko to sprawia, że koronakryzys jest największą katastrofą w Niemczech od czasów II wojny światowej. Martin Voss zwraca uwagę na jeszcze inny aspekt tej katastrofy - na to jak bardzo ta nadzwyczajna sytuacja zmieni społeczeństwa. - W przyszłości będziemy wyraźnie rozróżniać między czasem przed i po koronie - twierdzi socjolog.

Coraz silniejsza presja

Rozruchy, przemoc, sytuacje braków ważnych towarów czy usług - to niektóre z posępnych scenariuszy katastroficznych. To, że jak dotąd w Niemczech do nich nie doszło, napawa naukowca umiarkowanym optymizmem. - Wkraczamy z silnymi więziami społecznymi w ten kryzys - uważa. Jednak z czasem presja będzie rosnąć, reakcje staną się bardziej emocjonalne - przewiduje Voss. Na przykład wtedy, gdy reglamentowane będą leki i niektóre osoby ich nie otrzymają. - Wielu z tych, którzy zawsze czuli się traktowani niesprawiedliwie, będą odczuwać to jeszcze mocniej. Inni, którzy uważali, że są zabezpieczeni na każdą ewentualność, mogą doznać uczucia całkowitej klęski - tłumaczy. Jednocześnie przewiduje, że dojdzie do głębokich wstrząsów - i w konsekwencji do reorientacji w zakresie społecznych norm i wartości.

Tymi przemianami zajmują się dziś eksperci na całym świecie. "Katastrofy przyspieszają procesy historyczne" - pisze na przykład izraelski historyk Yuval Noah Harari. W USA pisarka Naomi Klein ostrzega przed "koronakapitalizmem", który może ograniczyć świadczenia socjalne. A w Unii Europejskiej bułgarski politolog Iwan Krastew spodziewa się wzmocnienia roli państw narodowych w relacjach z Brukselą.

Wzorce rodem z Chin

Jeszcze kilka tygodni temu odwoływanie imprez masowych takich jak mecze piłkarskie czy targi, zakaz opuszczania domów czy kontaktów socjalnych było w Europie nie do pomyślenia. Szczególnie w Niemczech, w których lekcja wynikająca z przerażających doświadczeń z totalitaryzmami XX wieku wpłynęła na kształt liberalnego oblicza tego kraju. Jednak wraz z pogłębianiem się kryzysu zachodnie rządy coraz bardziej sięgają po wzorce z Chin. Chińskie władze wprowadziły tam dwa miesiące temu zakaz opuszczania domów dla całej prowincji Hubei, liczącej prawie 60 mln mieszkańców. Sukcesy w opanowaniu epidemii sprawiły, że wzrosła presja w kierunku zastosowania podobnych radykalnych rozwiązań także w liberalnych społeczeństwach.

Rządy zaciągają cugle

Czy tryb kryzysowy zagraża demokratycznym pryncypiom? - Wiele zależy od tego, jak długo potrwa ten kryzys i ograniczenia praw podstawowych - twierdzi Wolfgang Merkel, berliński politolog zajmujący się badaniami nad demokracją i demokratyzacją. Szczególnie dwa możliwe scenariusze napawają go troską. Pierwszy zakłada, że rządom nie uda się opanować epidemii; liczba ofiar ogromnie wzrośnie, a zaufanie obywateli ulegnie erozji. Drugi opiera się na założeniu, że elity polityczne, rządząc dekretami "niemal w sposób autorytarny", odniosą sukces. - Możliwe, że wtedy wielu powie: po co nam w ogóle parlamenty? - obawia się Merkel.

Realne zagrożenie wynikające z pandemii może ponadto zostać wykorzystane przez niektóre rządy jako pretekst do rozszerzenia obszaru swojej władzy. Tak, jak np. na Węgrzech, gdzie premier Viktor Orban próbuje uzyskać od parlamentu zgodę na rządzenie za pomocą dekretów. W ten sposób może on w pojedynkę zawiesić obowiązujące ustawy i bez końca przedłużać stan nadzwyczajny.



Politolog prof. Wolfgang Merkel

Kontrowersyjne traktowanie mobilnych danych

Do kontrowersyjnych metod walki z koronawirusem należy wykorzystywanie mobilnych danych. - Pandemia zastaje nas w epoce digitalizacji - konstatuje socjolog Marin Voss. Na tym polu nie ma innych historycznych doświadczeń. Coraz więcej państw nakazuje przesyłanie danych z telefonów komórkowych do agend rządowych i służb. Specjalne aplikacje umożliwiają kontrolę nad dotrzymywaniem reguł kwarantanny. Także w Niemczech minister zdrowia RFN Jens Spahn planował nowelizację ustawy o epidemiach. Dzięki lokalizacji telefonów komórkowych miano identyfikować zarażonych. Po fali krytyki Spahn wycofał się z tej nowelizacji, przynajmniej na razie. Jeśli liczba zarażonych dalej będzie rosła, może jednak dojść do ponownego rozważenia, czy ważniejsze są swobody obywatelskie czy ochrona zdrowia. Decyzja może wtedy wypaść inaczej.

Martin Voss obserwuje te procesy z niepokojem.

Powrót suwerena

Politolog Wolfgang Merkel niepokoi się z kolei o Europę. To, że tyle państw UE w pojedynkę podjęło decyzję o zamknięciu granic, uważa za symptomatyczne. Jego zdaniem potrzebne jest więcej koordynacji kryzysowej ze strony Brukseli. - Jedną z negatywnych konsekwencji kryzysu będzie kontynuacja dezintegracji Unii Europejskiej, co było widać już w czasie kryzysu migracyjnego w 2015 roku - uważa politolog.

Debaty o znaczeniu praw obywatelskich w czasach kryzysu są trudne. Dopiero z perspektywy będzie można ocenić, jakie działania były skuteczne, a które przyniosły niepożądane, groźne dla demokracji skutki uboczne.

Wolfgang Merkel dlatego wzywa obywateli do czujności - jeśli kryzys zostanie zażegnany, społeczeństwo będzie musiało naciskać na restytucję praw podstawowych. Stan nadzwyczajny uczynił obywateli poddanymi. Gdy się kończy, muszą znowu stać się suwerenem.


https://www.dw.com/pl/wirus-gro%C5%BAny-nie-tylko-dla-zdrowia-%C5%9Bwiat-przed-i-po-pandemii/a-52932945

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #16 dnia: Maj 15, 2020, 03:42 »
„Fala znaczących zmian na kluczowych stanowiskach”. Eksperci o realiach po epidemii
JOANNA HOŁDA, MARIUSZ SAGAN - 13 MAJA 2020


Fot. Pixabay

Pojawienie się pandemii Covid-19 pokazało i siłę, i słabość miast, a kryzys powinien uświadomić decydentom, jak je chronić przed kolejnymi podobnymi sytuacjami i ośmielić do podejmowania często odważnych i niestandardowych decyzji.

Prezydenci i burmistrzowie powinni też potraktować go jako szansę przyspieszenia procesów reorganizujących dotychczasowe funkcje miast. Pandemia jest „anty-miejska” i nie służy typowo miejskim aktywnościom.

Jednak trudnych i dezorganizujących zjawisk oddziałujących na miasta możemy się spodziewać więcej – nie tylko epidemii, ale też, co bardziej prawdopodobne – efektów zmian klimatycznych (upałów, opadów śniegu, suszy, silnych wiatrów, powodzi itd.) oraz skutków światowej recesji gospodarczej. Czas epidemii dziesiątkujących miasta, to co prawda przeszłość, także dzięki wielkiemu programowi modernizacji metropolii europejskich w XIX wieku, na przykład Paryża. Wydaje się iż to właśnie dziś jest właściwy moment na nowy program dla miast na świecie na miarę rozwiązań i wizjonerstwa G. Haussmana, wybitnego francuskiego urbanisty.

Efekty epidemii

Epidemia ujawniła nie tylko ludzką solidarność i energię, ale też miejską wspólnotę, w którą w ostatnich latach wątpiliśmy, a która ułatwia przetrwanie dzięki pełnemu wachlarzowi pomocy sąsiedzkiej, a co ważniejsze – daje poczucie bezpieczeństwa. Wspólnota to nie tylko szybkie reakcje i decyzje setek obywatelek/li np. o szyciu maseczek i organizowaniu posiłków dla lekarzy (akcje typu #wzywamyposiłki). To troska o „ulubione miejsca” – stąd wezwanie do ich wsparcia, jeśli chce się mieć dokąd wrócić po epidemii. Tak jest właściwie we wszystkich większych polskich miastach. Ma to znaczenie nie tylko ze względu na wsparcie lokalnej przedsiębiorczości, ale także dlatego, że te miejsca – restauracje, knajpy, autorskie sklepy – „robią” miasto. Ta „nowa” wspólnota już pozostanie na dłużej, co ma także szczególne znaczenie bardzo lokalnie – w dzielnicach i osiedlach.

Współdziałanie jest niewątpliwie łatwiejsze w miejscach dobrze zorganizowanych, z dostępem do różnego i szerokiego typu usług (w tym usług publicznych), np. handlu, służby zdrowia, edukacji, kultury i sportu.

Epidemia pokazuje, jak obywatelska była urbanistyka lat 60., 70. i częściowo 80. – i powinna stanowić dziś wzór. Dla zachowania bezpieczeństwa mieszkańców dzielnice powinny być niemal samowystarczalne. Polskie miasta zdecydowanie najlepiej wypadają pod względem lokalnej dostępności kultury, np. istniejące w nich rozwinięte sieci publicznej biblioteki (tak jest w Lublinie, Krakowie czy Łodzi) mają szczególne znaczenie w przypadku luzowania ograniczeń.

Gorzej wypada ogólnodostępna infrastruktura sportowa – w epidemii tego rodzaju obiekty, co prawda, są czasowo wyłączane z użytku, ale w okresie normalnego funkcjonowania powinny jak najszerzej służyć mieszkańcom, choćby ze względów profilaktycznych.

Niestety, nowo projektowane osiedla czy dzielnice najczęściej są wolne od tak szeroko pojmowanych usług – nawet handel jest tam co najwyżej na podstawowym poziomie. XX-wieczna urbanistyka i aktualne doświadczenia pandemii powinny przewartościować myślenie o miastach, które często rozwijają się w sposób niekontrolowany i „rozlewają się”. To, co w przypadku koronawirusa nie jest jeszcze bardzo dolegliwe dla miasta, w sytuacji znacznie poważniejszych kryzysów może okazać się trudną do pokonania przeszkodą.

Klasowe oblicze wirusa

Epidemia pokazała też, niestety, swoje klasowe oblicze. Zachowanie dystansu społecznego i izolacja są znacznie łatwiejsze do przejścia dla osób zamożniejszych, które mogą korzystać ze swoich ogródków, ogrodów, działek, czy letnich domów. Dla większości jednak są to doświadczenia dolegliwe, szczególnie przy czasowym wyłączeniu z korzystania parków, skwerów, czy placów zabaw.

Inną drogą poszedł Londyn, który na czas pandemii właśnie otworzył parki dla swoich mieszkańców –zgodnie z ideą, że przebywanie na świeżym powietrzu jest zdrowe (oczywiście, przy zachowaniu wymaganego dystansu społecznego). Jest to chyba wskazówka dla polskich miast – już nie tylko ze względów ekologicznych i klimatycznych, ale też epidemicznych, powinniśmy zadbać o szeroko dostępną zieloną infrastrukturę.

Epidemia najprawdopodobniej będzie czynnikiem katalizującym dalsze rozlewanie się miast – perspektywa zamieszkania na suburbiach z „bezpiecznym” ogródkiem i pewnym dystansem od sąsiadów staje się jeszcze bardziej kusząca niż przed pandemią. Tym samym realizowane od kilkunastu lat próby rewitalizacji śródmieść wielu miast na świecie i w Polsce oraz udane w wielu przypadkach działania nakierowane na pozyskanie do nich nowych mieszkańców mogą spalić na panewce.

Być może łatwiej będzie jednak zatrzymać mieszkańców w wielofunkcyjnych dzielnicach, co zapobiegać będzie dalszemu drenowaniu mieszkańców i odpływających z nimi podatków do ościennych gmin.

Nasuwa się także kolejne pytanie: co stanie się z mieszkaniami w atrakcyjnych lokalizacjach centrów metropolii zwalnianych przez Airbnb? Czy wrócą do nich mieszkańcy czy też jednak turyści, choć wprawdzie w dłuższej perspektywie? W jaki sposób praca zdalna i prognozowany mniejszy popyt na biura, zlokalizowane głównie w centrach dużych miast, zdefiniują nowe ich oblicze?

A jak pokazała pandemia i o czym świat dyskutuje w ostatnich latach – odmiejscowienie pracy stało się epidemiczną rzeczywistością. Polacy weszli w nią bardzo łatwo. I nie rozważając w tym miejscu zalet i wad takiego rozwiązania, możliwości jego szerokiego zastosowania, czy wreszcie jego specyfiki – odmiejscowienie pracy jest nieodległą przyszłością, również ze względów ekonomicznych (szczególnie w perspektywie konieczności cięcia kosztów przez pracodawców).

Ostatnie lata to szeroka dyskusja o kształcie transportu publicznego w miastach. Pojawiła się też w kontekście Covid-19 – to przecież silne nasycenie kontaktów międzyludzkich i potencjalna droga do rozprzestrzeniania się wirusa. Dziś jednak nikt odpowiedzialny nie zawróci z wcześniej obranej ekologicznej drogi zrównoważonego transportu. To niemałe wyzwanie dla miast, które być może będą musiały zredefiniować transport publiczny. Jednak w wyniku epidemicznych doświadczeń Mediolan zmienia ulice w trasy piesze i rowerowe, natomiast Paryż – myśląc o czasie po epidemii – nie chce już wracać do samochodowej dominanty. Wydaje się, że również polskie miasta powinny wzmocnić politykę dostępnego publicznego transportu (z pełną świadomością, że transport indywidualny w czasie pandemii okazał się dobrym rozwiązaniem) i nadal inwestować w infrastrukturę rowerową. Wydaje się też, że w tym kontekście – ponownie – idea dzielnic samowystarczalnych zyskuje na znaczeniu.

Szanse i wyzwania dla polskich miast

Szukając optymistycznych aspektów pojawienia się wirusa dostrzegamy jednak szanse i wyzwania dla polskich miast. Wygraną grupą profesjonalistów, w naszej opinii, są architekci, urbaniści i projektanci w różnych obszarach, bo czas po epidemii to tworzenie nowych produktów, usług i przeprojektowywanie tego co jest, w duchu projektowania uniwersalnego po kryzysie.

Z pewnością szansą dla miast są mało wcześniej znane usługi, na które popyt wygenerowały nowe ludzkie potrzeby związane z ograniczeniem możliwości wychodzenia z domu czy przemieszczania się. Ich w zdecydowanej większości cyfrowy charakter będzie determinował rozwój nowych modeli biznesowych lokalnych przedsiębiorstw, a być może także nowych sektorów gospodarki i zawodów.

Innymi słowy, te miasta, które nie dostrzegają potrzeby wzmacniania rozwiązań cyfrowych w zarządzaniu miastem i koordynowaniu swoich ekosystemów gospodarczych, czy też budowania relacji z mieszkańcami, będą traciły dystans do czołówki. Koncepcja Smart City, szybko rozwijająca się w większości miast na całym świecie przed pandemią, stanie się normą i czymś oczywistym, tak jak elektryczne oświetlenie na początku XX wieku.

Współczesne samorządy dużych aglomeracji prowadziły przed kryzysem wyrafinowaną, ekspansywną politykę inwestycyjną: w infrastrukturę komunikacyjną i jakości życia (sport, kultura), biznesową, społeczną i rozwiązania smart city. Wydaje się, że pandemia przeorientuje strukturę wydatków dużych miast nie tylko z powodu ostrych ograniczeń budżetowych. Zmienią się same instytucje samorządowe – dzisiejszy kryzys pokazuje, że mogą realizować one większość zadań zdalnie, zaś nieobecności części pracowników wiele miast po prostu nie odczuło.

Ograniczenia finansowe spowodują, iż instytucje miejskie będą stawały się coraz bardziej smukłe i generalnie dużo mniejsze, co wszakże, przy wykorzystaniu narzędzi smart city i sztucznej inteligencji, wcale nie spowoduje ich mniejszej efektywności. I to pomimo presji politycznej na utrzymanie zatrudnienia w lokalnej administracji wszystkich swoich kolegów partyjnych i ich znajomych.

Wprawdzie presja ta będzie bardzo silna w najbliższych latach w związku z recesją w Polsce, ale powinna wygasać sukcesywnie w przyszłości. Generalnie kryzys związany z pandemią powinien być, tak jak to zaczyna mieć miejsce w biznesie, wykorzystany przez decydentów do optymalizacji struktur instytucji oraz spółek miejskich oraz bardziej efektywnej polityki zatrudnieniowej. Do outsourcingu i technologicznego przyspieszenia. Także zdefiniowania na nowo swoich słabych i mocnych stron oraz sektorów biznesów przyszłości.

Z drugiej strony mieszkańcy oczekują już chyba nowego otwarcia w sposobie sprawowania władzy od swoich prezydentów i burmistrzów. Większej otwartości, nie tylko deklarowanej, na nowe i nieoczywiste potrzeby mieszkańców. To z kolei będzie otwierało drogę do nowych przetasowań politycznych i samorządowych. Wydaje się, że w następnych wyborach samorządowych dokona się kolejna, bardzo znacząca fala zmian na kluczowych stanowiskach władz samorządowych, nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie.

Nowe miasto, to także nowa, „ludzka” urbanistyka. Musi powstać więcej przemyślanych projektów urbanistycznych, które niestety były w ostatnich 30 latach rzadkością w polskich metropoliach. I tu wracamy do punktu wyjścia: potrzeb mieszkańców miast. Rozumieją to włodarze Amsterdamu, Kopenhagi, Londynu i zapewne też części miast w Polsce.

Niestety, pandemia, tak jak zmienia już świat, ludzi i biznes, zmieni także miasta. Tymczasem patrząc na dzisiejszą praktykę kryzysowego zarządzania miastami w sytuacji zagrożenia, widzimy prawie wyłącznie bieżące działania operacyjne, choć to właśnie teraz jest najlepszy moment na odważne decyzje strategiczne i ucieczkę do przodu. Między innymi po to, aby być w jak najlepszej pozycji startowej w nowym układzie międzynarodowej konkurencji miast po epidemii. Konkurencji, bardzo trudnej i wyczerpującej, o ograniczone zasoby.


Dr Joanna Hołda – prawnik, wykładowczyni w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie
Dr Mariusz Sagan – adiunkt w Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie Szkoły Głównej Handlowej
https://regiony.rp.pl/dyskusje/25818-fala-znaczacych-zmian-na-kluczowych-stanowiskach-eksperci-o-realiach-po-epidemii
« Ostatnia zmiana: Maj 19, 2020, 01:33 wysłana przez Orionid »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #17 dnia: Maj 17, 2020, 04:34 »
How Pandemics End
By Gina Kolata Published May 10, 2020 Updated May 14, 2020

An infectious outbreak can conclude in more ways than one, historians say. But for whom does it end, and who gets to decide?


A Sicilian fresco from 1445. In the previous century, the Black Death killed at least a third of Europe’s population.Credit...Werner Forman/Universal Images Group/Getty Images

When will the Covid-19 pandemic end? And how?

According to historians, pandemics typically have two types of endings: the medical, which occurs when the incidence and death rates plummet, and the social, when the epidemic of fear about the disease wanes.

“When people ask, ‘When will this end?,’ they are asking about the social ending,” said Dr. Jeremy Greene, a historian of medicine at Johns Hopkins.

In other words, an end can occur not because a disease has been vanquished but because people grow tired of panic mode and learn to live with a disease. Allan Brandt, a Harvard historian, said something similar was happening with Covid-19: “As we have seen in the debate about opening the economy, many questions about the so-called end are determined not by medical and public health data but by sociopolitical processes.”

Endings “are very, very messy,” said Dora Vargha, a historian at the University of Exeter. “Looking back, we have a weak narrative. For whom does the epidemic end, and who gets to say?”

In the path of fear

An epidemic of fear can occur even without an epidemic of illness. Dr. Susan Murray, of the Royal College of Surgeons in Dublin, saw that firsthand in 2014 when she was a fellow at a rural hospital in Ireland.

In the preceding months, more than 11,000 people in West Africa had died from Ebola, a terrifying viral disease that was highly infectious and often fatal. The epidemic seemed to be waning, and no cases had occurred in Ireland, but the public fear was palpable.

“On the street and on the wards, people are anxious,” Dr. Murray recalled recently in an article in The New England Journal of Medicine. “Having the wrong color skin is enough to earn you the side-eye from your fellow passengers on the bus or train. Cough once, and you will find them shuffling away from you.”

The Dublin hospital workers were warned to prepare for the worst. They were terrified, and worried that they lacked protective equipment. When a young man arrived in the emergency room from a country with Ebola patients, no one wanted to go near him; nurses hid, and doctors threatened to leave the hospital.

Dr. Murray alone dared treat him, she wrote, but his cancer was so advanced that all she could offer was comfort care. A few days later, tests confirmed that the man did not have Ebola; he died an hour later. Three days afterward, the World Health Organization declared the Ebola epidemic over.

Dr. Murray wrote: “If we are not prepared to fight fear and ignorance as actively and as thoughtfully as we fight any other virus, it is possible that fear can do terrible harm to vulnerable people, even in places that never see a single case of infection during an outbreak. And a fear epidemic can have far worse consequences when complicated by issues of race, privilege, and language.”

Black Death and dark memories



Disinfecting an autopsy table at a plague hospital in Mukden, China, in 1910, during a wave of pneumonic plague, also caused by the bacteria Yersinia pestis.Credit...Library of Congress/Corbis/VCG, via Getty Images

Bubonic plague has struck several times in the past 2,000 years, killing millions of people and altering the course of history. Each epidemic amplified the fear that came with the next outbreak.

The disease is caused by a strain of bacteria, Yersinia pestis, that lives on fleas that live on rats. But bubonic plague, which became known as the Black Death, also can be passed from infected person to infected person through respiratory droplets, so it cannot be eradicated simply by killing rats.

Historians describe three great waves of plague, said Mary Fissell, a historian at Johns Hopkins: the Plague of Justinian, in the sixth century; the medieval epidemic, in the 14th century; and a pandemic that struck in the late 19th and early 20th centuries.

The medieval pandemic began in 1331 in China. The illness, along with a civil war that was raging at the time, killed half the population of China. From there, the plague moved along trade routes to Europe, North Africa and the Middle East. In the years between 1347 and 1351, it killed at least a third of the European population. Half of the population of Siena, Italy, died.

“It is impossible for the human tongue to recount the awful truth,” wrote the 14th-century chronicler Agnolo di Tura. “Indeed, one who did not see such horribleness can be called blessed.” The infected, he wrote, “swell beneath the armpits and in their groins, and fall over while talking.” The dead were buried in pits, in piles.

In Florence, wrote Giovanni Boccaccio, “No more respect was accorded to dead people than would nowadays be accorded to dead goats.” Some hid in their homes. Others refused to accept the threat. Their way of coping, Boccaccio wrote, was to “drink heavily, enjoy life to the full, go round singing and merrymaking, and gratify all of one’s cravings when the opportunity emerged, and shrug the whole thing off as one enormous joke.”

That pandemic ended, but the plague recurred. One of the worst outbreaks began in China in 1855 and spread worldwide, killing more than 12 million in India alone. Health authorities in Bombay burned whole neighborhoods trying to rid them of the plague. “Nobody knew if it made a difference,” the Yale historian Frank Snowden said.



Dissecting rats in New Orleans in 1914 for signs that they might be carrying bubonic plague.Credit...Corbis, via Getty Images

It is not clear what made the bubonic plague die down. Some scholars have argued that cold weather killed the disease-carrying fleas, but that would not have interrupted the spread by the respiratory route, Dr. Snowden noted.

Or perhaps it was a change in the rats. By the 19th century, the plague was being carried not by black rats but by brown rats, which are stronger and more vicious and more likely to live apart from humans.

“You certainly wouldn’t want one for a pet,” Dr. Snowden said.

Another hypothesis is that the bacterium evolved to be less deadly. Or maybe actions by humans, such as the burning of villages, helped quell the epidemic.

The plague never really went away. In the United States, infections are endemic among prairie dogs in the Southwest and can be transmitted to people. Dr. Snowden said that one of his friends became infected after a stay at a hotel in New Mexico. The previous occupant of his room had a dog, which had fleas that carried the microbe.

Such cases are rare, and can now be successfully treated with antibiotics, but any report of a case of the plague stirs up fear.

One disease that actually ended



Edward Jenner, one of the early developers of the smallpox vaccine, inoculating a child from the disease in 1796.Credit...Hulton Archive/Getty Images

Among the diseases to have achieved a medical end is smallpox. But it is exceptional for several reasons: There is an effective vaccine, which gives lifelong protection; the virus, Variola major, has no animal host, so eliminating the disease in humans meant total elimination; and its symptoms are so unusual that infection is obvious, allowing for effective quarantines and contact tracing.

But while it still raged, smallpox was horrific. Epidemic after epidemic swept the world, for at least 3,000 years. Individuals infected with the virus developed a fever, then a rash that turned into pus-filled spots, which became encrusted and fell off, leaving scars. The disease killed three out of 10 of its victims, often after immense suffering.

In 1633, an epidemic among Native Americans “disrupted all the native communities in the northeast and certainly facilitated English settlement in Massachusetts,” said Harvard historian Dr. David S. Jones. William Bradford, leader of the Plymouth colony, wrote an account of the disease in Native Americans, saying the broken pustules would effectively glue a patient’s skin to the mat he lay on, only to be torn off. Bradford wrote: “When they turn them, a whole side will flay off at once as it were, and they will be all of a gore blood, most fearful to behold.”

The last person to contract smallpox naturally was Ali Maow Maalin, a hospital cook in Somalia, in 1977. He recovered, only to die of malaria in 2013.

Forgotten influenzas

The 1918 flu is held up today as the example of the ravages of a pandemic and the value of quarantines and social distancing. Before it ended, the flu killed 50 million to 100 million people worldwide. It preyed on young to middle-aged adults — orphaning children, depriving families of breadwinners, killing troops in the midst of World War I.

In the autumn of 1918, Victor Vaughan, a prominent doctor, was dispatched to Camp Devens near Boston to report on a flu that was raging there. He saw “hundreds of stalwart young men in the uniform of their country, coming into the wards of the hospital in groups of ten or more,” he wrote. “They are placed on the cots until every bed is full, yet others crowd in. Their faces soon wear a bluish cast, a distressing cough brings up blood stained sputum. In the morning the dead bodies are stacked up in the morgue like cord wood.”

The virus, he wrote, “demonstrated the inferiority of human inventions in the destruction of human life.”



Red Cross volunteers in Piedmont, Calif., making masks in October 1918.Credit...Edward (Doc) Rogers/MediaNews Group/Oakland Tribune, via Getty Images

After sweeping through the world, that flu faded away, evolving into a variant of the more benign flu that comes around every year.

“Maybe it was like a fire that, having burned the available and easily accessible wood, burns down,” Dr. Snowden said.

It ended socially, too. World War I was over; people were ready for a fresh start, a new era, and eager to put the nightmare of disease and war behind them. Until recently, the 1918 flu was largely forgotten.

Other flu pandemics followed, none so bad but all nonetheless sobering. In the Hong Kong flu of 1968, one million people died worldwide, including 100,000 in the United States, mostly people older than 65. That virus still circulates as a seasonal flu, and its initial path of destruction — and the fear that went with it — is rarely recalled.

How will Covid-19 end?

Will that happen with Covid-19?

One possibility, historians say, is that the coronavirus pandemic could end socially before it ends medically. People may grow so tired of the restrictions that they declare the pandemic over, even as the virus continues to smolder in the population and before a vaccine or effective treatment is found.

“I think there is this sort of social psychological issue of exhaustion and frustration,” the Yale historian Naomi Rogers said. “We may be in a moment when people are just saying: ‘That’s enough. I deserve to be able to return to my regular life.’”

It is happening already; in some states, governors have lifted restrictions, allowing hair salons, nail salons and gyms to reopen, in defiance of warnings by public health officials that such steps are premature. As the economic catastrophe wreaked by the lockdowns grows, more and more people may be ready to say “enough.”

“There is this sort of conflict now,” Dr. Rogers said. Public health officials have a medical end in sight, but some members of the public see a social end.

“Who gets to claim the end?” Dr. Rogers said. “If you push back against the notion of its ending, what are you pushing back against? What are you claiming when you say, ‘No, it is not ending.’”

The challenge, Dr. Brandt said, is that there will be no sudden victory. Trying to define the end of the epidemic “will be a long and difficult process.”


https://www.nytimes.com/2020/05/10/health/coronavirus-plague-pandemic-history.html
« Ostatnia zmiana: Maj 20, 2020, 05:07 wysłana przez Orionid »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #18 dnia: Maj 17, 2020, 21:28 »
Koronabieda w Polsce. "Ludzie się dowiedzą, że w urzędzie pracy nie czeka praca"
MATEUSZ RATAJCZAK , 16 maja 2020

Szukanie pracy będzie jak... szukanie partnera na portalu randkowym. Na pewno na świecie, bo w Polsce urzędy pracy są ostatnim miejscem, w którym szuka się pracy. - Kolejek pod urzędami pracy nie ma, bo to dłuższy proces. Kolejki do ośrodków pomocy społecznej niestety się powoli tworzą - mówi Wirtualnej Polsce prof. Ryszard Szarfenberg z Uniwersytetu Warszawskiego. Takie będą skutki kryzysu.


Prof. Ryszard Szarfenberg Autor: Karol Serewis ŹRÓDŁO: EASTNEWS

Mateusz Ratajczak, Wirtualna Polska: Koronawirus to kryzys gospodarczy. Kryzys gospodarczy oznacza powrót biedy w Polsce?

Prof. Ryszard Szarfenberg: Fala biedy jest nieunikniona, nie mam wątpliwości. Dla naszej rozmowy możemy ją nazwać "koronabiedą", bo będzie wywołana właśnie przez skutki gospodarcze wirusa. I jeżeli miałbym prognozować skalę, to zamiast fali używałbym niestety sformułowania tsunami.

Tsunami?

Tsunami.

Na razie jednak nie widać ani fali, ani tsunami. Prognozy gospodarcze nie są najlepsze, ale kolejek pod urzędami pracy jeszcze nie ma. Kolejek pod ośrodkami pomocy społecznej też nie.

I jest pan w częściowym błędzie. Kolejek pod urzędami pracy nie ma, bo to dłuższy proces. Kolejki do ośrodków pomocy społecznej niestety się powoli tworzą. Mogę tylko zgadywać, że środki do życia straciły osoby, które dorabiały, pracowały w szarej strefie. Zostały bez tej możliwości i bez niczego.

Bezrobocie się dopiero pojawi. Przy takiej skali światowego kryzysu, wywołanego przez koronawirusa, naiwnym jest sądzić, że wzrost liczby osób bez pracy ominie Polskę. Dziś pocieszamy się danymi krótkoterminowymi. Nie widzieliśmy szturmu na urzędy w ostatnim miesiącu, więc zakładamy, że go już nie będzie. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Zwolnienia są rozciągnięte w czasie.

Część firm wysłała pracowników na przymusowy urlop, część na bezpłatny, inni nie są zwolnieni, ale "na gębę" dogadali się, że wypłaty będą mniejsze lub symboliczne. A część jest właśnie na okresie wypowiedzenia. Niektórzy przejadają oszczędności i szukają nowej pracy. Skalę problemu zobaczymy dopiero po wielu miesiącach.

Wtedy, gdy skończą się oszczędności?

Najpierw przyjdzie lipiec i sierpień, gdy skończą się okresy wypowiedzenia u tych osób, które straciły pracę w pierwszych tygodniach koronawirusowego kryzysu. Później przyjdzie moment, gdy oszczędności będą na wykończeniu, a pracy wciąż nie będzie. Liczba etatów w gospodarce już się drastycznie skurczyła. A przecież to dopiero pierwszy moment.

Nie wiemy, ile biznesów wróci do pełni życia. Dla części może już nie być miejsca na rynku. W końcu, czy restauratorowi wciąż będzie się opłacała knajpa w centrum miasta, gdy przyjdzie tylko połowa klientów? To są pytania, na które odpowiedzi biznes właśnie będzie poznawał. A wraz z nimi mogą przyjść kolejne zwolnienia.

Nawet najbardziej optymistyczne scenariusze zakładają wzrost bezrobocia. Jeżeli przyjmiemy, że podskoczy z obecnych 5 do 10 proc. to mówimy o niemal milionie dodatkowych osób bez pracy. Każda liczba w tym wypadku jest dramatem, którego Polska nie pamięta. Od prawie 20 lat się rozwijamy. Najgorsze bezrobocie było w latach 2002-2004 osiągając 20 proc. Dla wielu to bardzo odległa przeszłość.

Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że spod parasola ubezpieczeń wylecieli głównie… młodzi ludzie. Oni stracili pracę. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu to ich zwalniano, a nie oni się zwalniali.

Wiele osób odczuje na własnej skórze kolosalne zubożenie. Jednego miesiąca zarabiali średnią krajową 5 tys. zł brutto na umowie o pracę. Drugiego miesiąca nie mają nic lub w wariancie optymistycznym mają kilkaset złotych zasiłku dla bezrobotnych, o ile w ogóle się na niego załapią.

Wiele gospodarstw domowych spadnie poniżej progu ubóstwa. Przypominam, że minimum egzystencji w Polsce wynosi niewiele ponad 500 zł na jednego członka rodziny. Minimum socjalne jest około dwa razy wyższe. I tak są to pieniądze, które nie zabezpieczają wszystkich podstawowych potrzeb. Najbliższe miesiące pokażą skalę problemu.

I ci ubodzy bezrobotni pójdą do urzędów pracy i…

… i przeżyją szok. Albo nawet kilka. Po pierwsze, że zasiłek dla bezrobotnych nie jest automatyczny. Nie dostaje się pieniędzy od pierwszego dnia, nie dostaje się pieniędzy od chwili rejestracji w urzędzie pracy. Mało tego, w Polsce uprawniona do zasiłku jest mniejszość bezrobotnych. Po drugie, okaże się, że urząd pracy… nie jest miejscem, do którego przychodzi się w poszukiwaniu pracy.

Jak to?

Gdzie by pan zaczął szukać zajęcia dla siebie? Gazety, ogłoszenia, portale z ogłoszeniami, serwisy pracy. Urząd pracy na tej liście jest ostatni, o ile w ogóle się pojawia.

W Polsce panuje silne przeświadczenie o tym, że urząd pracy nie jest miejscem, w którym czeka praca, w szczególności dla osób z wyższym wykształceniem. Tam się idzie dopiero w sytuacji podbramkowej. Ostatecznej, gdy wszystkie inne sposoby zawiodły.

To brzmi smutno.

Też wolałbym inny świat. Ugrzęźliśmy w Polsce w przekonaniu, że bezrobocie nie jest problemem, bo jest na niewielkim poziomie, więc urzędy pracy nie muszą być reformowane. To błąd. To nie powinno być miejsce, które oferuje tylko zasiłek dla bezrobotnych, ale również kompleksowe usługi szkolenia, przeszkalania, zdobywania nowych kwalifikacji. Mało kto pamięta, ale jeszcze kilka lat temu urzędy pracy wspierały się zewnętrznymi agencjami pracy przy poszukiwaniu zatrudnienia dla bezrobotnych. W tym punkcie jesteśmy.

A zamiast być urzędami do wypłacania pieniędzy, powinny być miejscem wielu nowoczesnych usług.

A wolałby pan świat, w którym zasiłek dla bezrobotnych jest wypłacany pierwszego dnia zwolnienia?

A czemu nie? Tracę pracę, dostaję 60-70 proc. poprzedniej płacy i mam pół roku na znalezienie nowego zatrudnienia. To tworzy pewien komfort psychiczny. Sprawia, że ludzie mniej boją się utraty zatrudnienia, a stresów i tak mamy dużo w dzisiejszym świecie.

Nie boją się też wyłudzania i czekania przez sześć miesięcy na pracę.

Kwestią podstawową w normalnych czasach będzie zachęcanie ludzi do tego, żeby tej pracy poszukiwali aktywnie od pierwszego dnia, a nie od ostatniego. Zasiłek powinien być tylko częścią całego pakietu rozwiązań. Urząd pracy powinien oferować dobrej jakości usługi związane z pracą.

To oczywiście też kwestia mentalności. I udowodnili to Finowie, którzy sprawdzili, jak szybko pracy zaczynają szukać ci, którzy mają zapewniony zasiłek bez żadnego wymuszania aktywności i ci, którzy nie mają tej pewności, ale muszą odbywać szkolenia lub szukać zatrudnienia, by dostać pieniądze. Obie grupy zakończyły eksperyment z podobnymi wynikami. Z kolei po szkolenia poszli też ci, którzy w ogóle tego nie musieli robić.

Gdzie Finlandia, gdzie Polska.

Oczywiście, że to dwa różne światy. Bezrobotny nie jest przegranym w kraju, w którym oferowane są mu nowoczesne usługi doradztwa i szukania pracy. Liczę na to, że będą się rozwijały automatyczne platformy, które będą łączyć pracownika z ofertą pracy. Napisanie algorytmów, które uwzględnią doświadczenie, wiedzę i umiejętności poszukującego pracy z wymaganiami oferującego ją, nie jest najbardziej wymagającą czynnością. Prywatne firmy już w tę stronę zmierzają, państwowy system zdaje się być ślepy na te nowinki.

W zasadzie to poszukiwanie pracy mogłoby wyglądać jak szukanie partnera na portalu randkowym. Zakładam na dodatek, że znalezienie drugiej połówki jest zdecydowanie trudniejsze, a jednak znalezienie miłości romantycznej przez internet nie jest niczym nadzwyczajnym.

I niby serwisy z ogłoszeniami o pracę miałby garściami czerpać z serwisów randkowych? Taki odpowiednik Tindera, ale dla pracowników i pracodawców?

To oczywiście tylko przykład. Chodzi jednak o to, że sam proces dopasowania pracownika do potencjalnego pracodawcy można wyraźnie uprościć, zautomatyzować i przyśpieszyć. W końcu sami mówimy, że pracy i pracownika się szuka. Problemem obu stron jest brak kontaktu. Algorytmy i sztuczna inteligencja mogłaby zdecydowanie pomóc.

I tak ma wyglądać rynek pracy za 10, 15, 25 lat?

W krajach rozwiniętych z pewnością będzie tak wyglądał. Są już przykłady rządowych portali z pracą, które właśnie do tego służą. Urzędy pracy wciąż pozostaną, m.in. dla tych, którzy mają słabszą pozycję na rynku pracy.

Na jaki kraj powinniśmy zerkać pod względem wzorów?

Reformy zasiłków i usług rynku pracy są zaawansowane w wielu krajach, w tym w Wielkiej Brytanii i w Niemczech. W poprzedniej dekadzie oba kraje postawiły na rozbudowanie pakietów szkoleń, ale równocześnie na uporządkowanie kwestii zasiłkowych. W Polsce pod względem wsparcia finansowego dla osób bez pracy jest prawdziwy miszmasz. Część zadań mają na głowie urzędy pracy, część ośrodki pomocy społecznej, nikt nie czuje się odpowiedzialny w pełni. Zachód już sobie z tym poradził.

W kwestii zasiłków w Polsce na razie są tylko obietnice dot. wysokości.

Trudno mi to zrozumieć. Zasiłki dla bezrobotnych można było zwiększyć w pierwszej, drugiej, trzeciej tarczy antykryzysowej. Zaraz pojawi się czwarta, a konkretów brak. Tymczasem pojawiły się argumenty, że podnoszenie zasiłków dla bezrobotnych to zachęcanie do zwalniania.

Tyle samo logiki ma stwierdzenie, że bez urzędów pracy nie będzie bezrobocia. Pracodawca, który musi zwolnić ze względu na wynik finansowy, po prostu to zrobi. Los pracownika, niestety, nie będzie go wiele obchodził. Wysokie zasiłki nie zachęcają do wyrzucania potrzebnych pracowników. Niskie zasiłki nie zniechęcą.

Wydaje mi się, że prawda jest prostsza. Rządzący najpierw postawili na utrzymanie miejsc pracy. W drugiej kolejności będą pracować nad losem tych, którzy tę pracę stracili. Nie jestem zwolennikiem tego rozwiązania, bo pomiędzy jedną a drugą akcją mija czas. A przecież ludzie bez środków do życia go nie mają.

Z drugiej strony w tej chwili widzimy pełen zbiór pomysłów, dla każdego coś innego. Samozatrudnieni mogą liczyć na hojne wsparcie w postaci postojowego i bezzwrotnej pożyczki. Osoby na umowie cywilnoprawnej pożyczki bezzwrotnej nie dostaną, ale 2 tys. zł postojowego już tak. Z kolei etatowcy dostają teraz obniżki płac. Jeszcze mniej dostaną, gdy trafią na bezrobocie. Zaraz niektórym za to na konto wpadnie bon turystyczny, który ma wynosić 1000 zł.

To oczywista niesprawiedliwość. Najłatwiej to pokazać na przykładzie informatyka, który jest jednoosobową działalnością gospodarczą i jego zarobki skurczyły się z 15 do 10 tys. zł. Dostanie pełen pakiet wsparcia. Inny informatyk, nawet jego kolega, który pracował na etacie i go stracił, może liczyć tylko na zasiłek dla bezrobotnych.

To rodzi frustrację.

To przemyślenia na dziś. Słuszne, ale nic z nimi nie da się zrobić. Polski rynek pracy od dawna jest zdominowany przez pomieszanie z poplątaniem. Nikt nie kwestionuje już nawet tego układu. Więc i frustracja szybko minie.

Dochód podstawowy, czyli pieniądze dla każdego to jakieś rozwiązanie?

To temat, który wraca przy okazji każdego kryzysu. Dochód podstawowy to koncepcja, która zakłada bezwarunkowe świadczenie pieniężne wypłacane regularnie przez państwo wszystkim dorosłym obywatelom. Bez kryteriów behawioralnych takich jak podejmowanie pracy lub szukanie pracy, ale również bez kryterium dochodowego. Pieniądze dla każdego. To oczywiście program wart gigantyczne pieniądze, którego szanse na wejście są… niskie.

Dlaczego?

Bo przy dochodzie podstawowym, który miałby w jednym skupiać zabezpieczenie finansowe obywateli, dość szybko pojawiają się kontrowersje. Pierwsza to tworzenie kryteriów odcinających bogatych od świadczenia. Dość łatwo zapytać, dlaczego najbogatsze osoby w Polsce miałyby dostawać co miesiąc tyle samo, co najbiedniejsze osoby w Polsce.

Głównym założeniem tego systemu jest zapewnienie każdemu niezbędnych środków utrzymania. Klasyczna opieka społeczna ma jasne uzasadnienie w motywie wsparcia potrzebujących i ubogich. Jakie zatem uzasadnienie ma dochód podstawowy? To alternatywa dla innych opcji zabezpieczenia obywateli - zasiłków, rent, wsparcia. U niektórych to strategia na rzecz zmniejszania nierówności, bo to rozwiązanie wymaga znacznego zwiększenia redystrybucji poprzez podatki dochodowe.

Koszt takiego rozwiązania, jakich kryteriów byśmy nie przyjęli, jest gigantyczny. A to już sprawia, że pomysł uważny jest za mało realny. Czymś innym jednak jest gwarantowany dochód podstawowy na czas kryzysu. Na przykład na trzy miesiące, pół roku. Koszt nie byłby już tak duży. Jeszcze mniejszy, gdy wprowadza się kryterium dochodowe, co wybrały Stany Zjednoczone Ameryki - każdy obywatel mający dochody do 75 tysięcy dolarów otrzyma świadczenie, by pobudzać spadającą konsumpcję.

To jak w takim razie będzie wyglądać wsparcie dla Polaków za 25 lat? Skoro nie będzie to akurat dochód podstawowy.

Za 25 lat? Wielu chciałoby to wiedzieć. Jestem przekonany, że zostanie z nami program "Rodzina 500+". Oczywiście będzie waloryzowany, kwota się zmieni, może nazwa. Cel jednak się nie zmieni. Im większy problem będzie miała Polska z demografią, tym większy nacisk będzie na finansowanie takich programów.

Wydaje mi się, że pod pewnymi względami jesteśmy w tej chwili na poziomie… Niemiec z lat 90. Tam wtedy pojawił się Kindergeld, czyli odpowiednik polskiej "Rodziny 500+". Po latach Niemcy zmienili jednak podejście i oprócz finansów ważna stała się infrastruktura rodzinna i edukacyjna. Żłobki, przedszkola, szkoły. To stało się elementem tej układanki i jestem przekonany, że i w Polsce do tego dojdziemy.

A jeżeli chodzi o inne programy? Kolejne 25 lat to kilka kampanii wyborczych. Zapewne przyniosą nam wiele ciekawych rozwiązań, które zbudują rozwinięte państwo opiekuńcze (śmiech).


Profesor ucz. Ryszard Szarfenberg. Politolog, ekspert polityki społecznej z Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczący EAPN Polska.

Tekst jest częścią cyklu Wirtualnej Polski "Rozmowy o przyszłości". #RazemZmieniamyInternet od 25 lat.

Mateusz Ratajczak Od sześciu lat dziennikarz Wirtualnej Polski i money.pl. Współprowadzący codzienny program wideo "Money. To się liczy". W 2016 roku nominowany do nagrody Grand Press w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne za multimedialny reportaż "Łowcy frajerów" ujawniający kulisy pracy warszawskich naciągaczy. Finalista konkursu im. Dariusza Fikusa za "dziennikarstwo najwyższej próby". Nominowany do nagrody im. Andrzeja Woyciechowskiego w 2018 roku. Laureat nagrody im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie" w 2018 roku.

https://magazyn.wp.pl/finanse/artykul/koronabieda-w-polsce-ludzie-sie-dowiedza-ze-w-urzedzie-pracy-nie-czeka-praca
« Ostatnia zmiana: Maj 20, 2020, 12:44 wysłana przez Orionid »

Polskie Forum Astronautyczne

Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #18 dnia: Maj 17, 2020, 21:28 »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #19 dnia: Maj 19, 2020, 01:49 »
Koronawirus w Polsce. Zaskakujące słowa dr Dawida Ciemięgi z Tychów, który walczy z ruchami antyszczepionkowymi
Agata Pustułka 21 marca

Koronawirus to już pandemia. Słowa dr Dawida Ciemięgi wywołały ogrommhy odzew. - Nawet jak nie było pandemii, to brakowało już wielu rzeczy, w tym wolnych miejsc z respiratorami. To był problem przed koronawirusem, ale kogo to interesowało? Słyszeliście wcześniej o tym, że ludzie umierają, bo brakuje sprzętu, personelu? A umierali - pisze dr Dawid Ciemęga z Tychów, znany z walki z antyszczeponkowcami.

Koronawirus w Polsce wg dr Dawida Ciemięgi

- To będzie test systemu opieki medycznej, którego ten kraj za nic w świecie nie zda. Nawet jak nie było pandemii to brakowało już wielu rzeczy, w tym wolnych miejsc z respiratorami. To był problem przed koronawirusem, ale kogo to interesowało. Słyszeliście wcześniej o tym, że ludzie umierają bo brakuje sprzętu, personelu itd ? A umierali - te wstrząsające słowa można przeczytać na profilu lekarza z Tychów dr Dawida Ciemięgi, który zasłynął w walce z ruchami antyszczepionkowymi.

- Teraz się dopiero okaże, jak kończy się pompowanie pieniędzy we wszystko, co ludziom najmniej potrzebne, w propagandę, Rydzyka, kościoły, F16, pomniki, świątynie, luksusy, a nie zabezpiecza się należycie obywateli i realnych potrzeb. Wiele z tych potrzeb od lat zabezpieczał Owsiak, tylko dzięki sprzętom od Owsiaka, wiele wcześniaków żyje. Facet uratował setki dzieci, a władza na niego pluje.

- Proszę Państwa, proszę śledzić komunikaty Główny Inspektorat Sanitarny, doktor Pinkas ciężko pracuje, to jest bardzo rzetelny facet, którego znam osobiście. Wielu lekarzy narażać będzie dla was swoje życie, zdrowie i swoje rodziny. Ci którzy na nas pluli, donosili, wyzywali od morderców, teraz zobaczą kto ratuje zdrowie i życie ludzi w prawdziwym świecie, nie na FB. To nie znachorzy będą się narażać, oni pouciekają, zostaną lekarze, pielęgniarki, ratownicy, diagności, panie w rejestracji, wszyscy pracownicy placówek medycznych. Świat walczy z pandemią, zamykane są placówki w przestrzeni publicznej, a w Polsce ? Setki ludzi się gromadzi w kościołach, co jest zaprzeczeniem wszelkiemu rozsądkowi.

Dr Dawid Ciemięga pisze też:

- Minister Nauki Jarosław Gowin powiedział, że kościoły to "szpitale dla duszy" i nie możemy nikomu nic narzucać. Oczywiście, wolność religii, modlitwa nas uzdrowi itd. Także, powodzenia Polsko z takimi politykami, wybraliście geniuszy. Nasi liderzy powinni w końcu zacząć racjonalnie myśleć, słuchać ekspertów, naukowców, co jest ważne na świecie, a nie zajmować się głupotami i walką o władzę, bo co teraz z tego mają ? Ja myślałem, że to da do myślenia oszustom, oszołomom, antyszczepionkowcom, ale ludzie zamiast zacząć myśleć, brną w teorie spiskowe, w głupoty. Jak widać, prawdziwą plagą jest zwykła głupota, która ten świat już zniszczyła i wykończy go do końca. Proszę Państwa, proszę unikać tłumów, nie chodzi o to, żeby się zabarykadować w domu, ale unikać jeśli możecie.

Pamiętajcie, że to wciąż choroba będąca dużym zagrożeniem dla ludzi starszych. Osoby młodsze w większości przechodzą ją łagodnie. Mimo już globalnej paniki, to wciąż nie epidemia eboli. Osobiście i szczerze uważam, że ta pandemia to lekcja dla ludzkości od matki natury. Niestety ludzie nie nauczyli się niczego z pierwszej i drugiej wojny światowej, z całej historii niczego się nie nauczyli, z tego też lekcji na długo nie wyciągną.


https://polskatimes.pl/koronawirus-w-polsce-zaskakujace-slowa-dr-dawida-ciemiegi-z-tychow-ktory-walczy-z-ruchami-antyszczepionkowymi/ar/c1-14856867

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #20 dnia: Maj 19, 2020, 01:49 »
Dr Dawid Ciemięga: Koronawirus to zwiastun prawdziwej katastrofy. Rozmowa z pediatrą z Tychów
Agata Pustułka 3 kwietnia


Koronawirus w Polsce. Dr Dawid Ciemięga z Tychów: "Koronawirus to taki trailer. Prawdziwa katastrofa dopiero nadejdzie"

Dr Dawid Ciemięga bez ogródek mówi o koronawirusie i wieszcze jeszcze większą katastrofę. Bo pandemia to nauczka, z której niewielu wyciągnie wnioski. Jego wypowiedzi zawsze wzbudzają kontrowersje. Tym razem zapowiedź katastrofy gorszej niż koronawirus wywołała burzę. To słowa bardzo mocne i zmuszają do przemyśleń. - Mam wielu kolegów podróżników, biologów, ekologów. Często zastanawiamy się, do czego ten świat zmierza i zwykle przychodzi jedna odpowiedź: do rozpadu, czego początkiem jest historia koronawirusa. Ale koronawirus to zaledwie trailer, zwiastun tego, co nas czeka. A będą to ogromne, nie do opanowania przez ludzkość zmiany klimatyczne - mówi dr Dawid Ciemięga, pediatra, zwolennik szczepień, obrońca przyrody.

Czego pandemia koronawirusa, z którą się teraz mierzmy, może nas nauczyć?

Ona jest nauczką, ale tylko część z nas wyciągnie z niej wnioski. Większość na pewno nie, co podpowiada nam nieodległa historia kilkunastu lat. Niedawne epidemia SARS i MERS były takim początkiem, ale generalnie nie przełożyliśmy tych doświadczeń na praktyczne działania. Oprócz tego, że jestem lekarzem, działam na rzecz ochrony przyrody. Mam wielu kolegów podróżników, biologów, ekologów. Często zastanawiamy się do czego ten świat zmierza i zwykle przychodzi jednak odpowiedź, że do rozpadu, czego początkiem jest historia koronawirusa. Ale koronawirus to zaledwie trailer, zwiastun tego, co nas czeka. A będą to ogromne, nie do opanowania przez ludzkość zmiany klimatyczne.

A może ta pandemia zmieni nas na lepsze?

Nie sądzę. Z jednej strony, od dawna biolodzy przestrzegali przed tym, co to dzieje się np. na rynku dzikich zwierząt, o bezpowrotnym wyginięciu niektórych gatunków. Z drugiej strony, popatrzmy, jak zaczął się ten rok, co też jest symboliczne - od wielkich pożarów w Australii. Byłem tam wtedy, ale nie przypuszczałem, że przybiorą tak wielki rozmiar. Nie ma wątpliwości, że Australia się ociepla, a niestety niektórzy wpływowi ludzie nie wierzą, że klimat zmienia się i że te zmiany mogą unicestwić ludzkość, i nic sobie z tego nie robią. Podobnie zresztą było w przypadku koronawirusa. Gdy dochodziły do nas niepokojące sygnały z Chin, były bagatelizowane, choć niektórzy przypuszczali, że dojdzie do epidemii, bo były dowody. Zauważmy jednak, jak informacje ze strony ekspertów, biologów, epidemiologów są bagatelizowane. Są ośmieszani, hejtowani. Teraz, jak świat chce pomocy, szczepionki, leków, to nagle do tych niezbyt dobrze opłacanych, lekceważonych, wyciąga się ręce z prośbą o pomoc. Jeszcze niedawno byliśmy ekoterrorystami, a niebawem zacznie się do nas wołać: ekolodzy ratujcie. Zawsze tak jest w wypadku kryzysu - na początku ludzie jednoczą się, pomagają sobie. Potem szybko zapominają o tych chwilach jedności i jadą pełnym gazem na egoizmie.

Jeszcze niedawno byliśmy ekoterrorystami, a niebawem zacznie się do nas wołać: ekolodzy ratujcie. Zawsze tak jest w wypadku kryzysu - na początku ludzie jednoczą się, pomagają sobie. Potem szybko zapominają o tych chwilach jedności i jadą pełnym gazem na egoizmie.

Poważni politycy uważają, że nie istnieje smog, antyszczepionkowcy, dla których jest pan jednym z głównych wrogów, są zapraszani do sejmu. Ogarnęło nas jakieś szaleństwo, pomieszanie wartości...

Problem smogu jest bagatelizowany od lat. Dopiero oddolne ruchy społeczne przyniosły zmianę nastawienia. My, lekarze, ten "smog" widzimy w pracy. Dzieci intensywnie kaszlą, rodzice czują pieczenie w gardle. To fakty, które nie były brane na poważne. Teraz mamy całkiem sporą grupę fanów teorii spiskowych, którzy mówią, że ta koronawirusowa pandemia w ogóle nie istnieje, że to fikcja, albo że jest spowodowana siecią 5G, albo wydostała się z chińskiego laboratorium wojskowego celowo. Jeszcze inna grupa uważa, że wirusa stworzono po to, by za chwilę wynaleźć na niego szczepionkę, żeby na jej sprzedaży zarobiły firmy farmaceutyczne. Spora część społeczeństwa wierzy w te głupoty, mimo że mamy XXI wiek i takie wielkie osiągnięcia w nauce. My z tymi poglądami do końca nie wygramy, my możemy tylko je marginalizować, by nie stały się przedstawicielami głównego dyskursu. To idiotyzm, że tak wiele osób musi marnować swój cenny czas, by obalać te bzdurne teorie, ale od tego nie uciekniemy.

Pojawia się wiele mitów dotyczących leczenia koronawirusa: a to że witamina C na niego działa, a to, że zachorowanie zależy do grupy krwi, albo żeby nie brać ibuprofenu...

Takie informacje przynoszą więcej szkody niż pożytku. Budzą strach. Radzę: słuchajmy tylko ekspertów i sprawdzonych informacji. Proszę nie brać na poważnie informacji związanych z zagrożeniem i leczeniem koronawirusa, które pokazują się codziennie w mediach, gdzie nie jest to autoryzowane i komentowane przez ekspertów. To jest prawdziwa plaga spekulacji, które już niektórzy koledzy po fachu rozsyłają. Niemal wszystkie te informacje są po dwóch dniach prostowane i zmieniane. Wszystko to opiera się o kluczowe stwierdzenia "być może", "zauważono", "chińscy jacyś naukowcy". Grupa krwi A jest po prostu najbardziej powszechna, więc oczywiste jest to, że najwięcej chorych ma taką grupę. Ja mam grupę krwi A i niczego to nie zmienia dla mnie. Nie ma również oficjalnego stanowiska, żeby nie zażywać ibuprofenu, o którym pojawiło się wiele informacji niesprecyzowanych. Nie ma dowodu na to, aby zażywanie ibuprofenu prowadziło do zwiększenia ryzyka choroby lub jej ciężkiego przebiegu. Proszę opierać się tylko na oficjalnych komunikatach lub na tym, co mówią w mediach eksperci od chorób zakaźnych czy wirusolodzy, a nie na tym, co ktoś na Facebooka wysyła.

Czy w Polsce dobrze radzimy sobie z epidemią koronawirusa? Powszechna jest opinia, że wykonujemy za mało testów.

Robienie testów każdemu nie ma sensu. Zrobienie testu zbyt szybko mija się z celem. Mamy jednak problem, że wiele osób siedzi na kwarantannie, to dotyczy obecnie lekarzy i pozostałego personelu medycznego, i nie wiedzą oni, czy są zarażeni. Gdyby takim osobom po kilku dniach wykonać test, miałoby to sens, bo po pierwsze wiemy, czy mogli zarazić innych, czy będą mogli wrócić do pracy. Takie czekanie na kwarantannie to często czekanie w zawieszeniu. Brakuje testów w sytuacjach, gdy ludzie siedzą w domach mając objawy przeziębienia, ale mogą być zarażeni koronawirusem, a przebywają w domu z całą rodziną zupełnie nie wiedząc, w jakiej są sytuacji. A jeśli są zarażeni, to pozostali członkowie rodziny nie tylko są narażeni, ale mogą przenosić wirusa dalej.

Powtarzam zawsze: proszę opierać się tylko na oficjalnych komunikatach lub na tym, co mówią w mediach eksperci od chorób zakaźnych czy wirusolodzy, a nie na tym, co ktoś na Facebooka wysyła.

Jak pan widzi przyszłość pandemii w Polsce ? Respiratorów, leków, lekarzy, pielęgniarek już od dawna brakuje!

W pandemię weszliśmy z katastroficznego poziomu, jeśli chodzi o służbę zdrowia. Wszystko ledwo się trzymało. Zamykano oddziały. My, lekarze, pielęgniarki, od środka widzieliśmy katastrofę. Jedynym ratunkiem jest solidarność ludzka. Mamy obecnie zbiórki, pomoc od przedsiębiorców, prywatne inicjatywy, a medycy sami kupują, co się da, aby się chronić. Ale to moim zdaniem jest desperacja. Wszystko robimy na ostatni moment. Bardzo boję się, że zarażać się będzie coraz więcej medyków, a na leczenie czekają nie tylko chorzy na koronawirusa, są przecież także pacjenci do wycięcia wyrostka, osoby z chorobami serca, nowotworami. To niewyobrażalne problemy, wręcz - przy naszych możliwościach - nie do ogarnięcia. Mamy wciąż wielu pacjentów potrzebujących zwykłej medycyny. Na razie nie mamy wielu chorych na koronawirusa w ciężkim stanie. Mamy jednak sporo osób w grupach ryzyka.

Trzeba dbać o to, żeby być w dobrej formie, w gotowości na walkę z wirusem. Jak najmniej stresu, jak najwięcej snu, jak najwięcej zbilansowanej diety, bogatej w rośliny i owoce.

Jednak szczyt zachorowań ma dopiero nadejść.

Może uda się ominąć scenariusz włoski. Szacuje się, że znaczna część społeczeństwa się zarazi, niektórzy twierdzą, że cała ludzkość prędzej czy później się zarazi. Po przechorowaniu wytwarzamy przeciwciała, które dają odporność i ograniczy to epidemię po jakimś czasie. Prawdą jest, że były przypadki ponownych zachorowań, ale bardzo sporadyczne. Jednak wciąż wielu kwestii jeszcze nie zweryfikowano, dlatego są one w sferze przypuszczeń. Najważniejsze jest to, że większość osób przechodzi tę chorobę bez poważnych komplikacji, zagrożone są osoby starsze, a choroby przewlekłe układu krążenia, płuc, cukrzyca, nadwaga czy choroby autoimmunologiczne są czynnikami ryzyka. Dla sporej części społeczeństwa sytuacja ma dobre perspektywy. Śmiertelność koronawirusa w chwili obecnej wynosi ok. 4 proc. i jest istotnie wyższa niż grypy, ale finalnie może się okazać, że to tylko 1-2 proc., ponieważ te 4 proc. zgonów dotyczy przypadków zbadanych.

Bardzo wiele osób nawet nie wie, że jest zarażona koronawirusem...

Są to osoby bezobjawowe lub skąpoobjawowe, niezdiagnozowane. Na ostateczne podsumowanie trzeba będzie zaczekać, nie sądzono, że tak wiele osób może być zarażonych i nie mieć objawów lub mieć je słabo nasilone. Sytuacja jest ciągle rozwojowa, dlatego na porównania statystyczne z innymi choroba przyjdzie czas, na tę chwilę grypa w liczbach zachorowań i zgonów na całym świecie wciąż wyprzedza aktualna pandemię.

Wiele osób odczuwa lęk, ścisk w gardle, ucisk w klatce, a nawet objawy choroby, której nie ma. To wszystko nadmiar bodźców i stresu, a to w czasie epidemii jest bardzo niewskazane. Ludzie teraz łatwo popadają w panikę.

Jak długo jeszcze potrwa ten stan?

Epidemia wirusa może trwać jeszcze kilka miesięcy i wcale nie musi się skończyć z ociepleniem i wiosną, jak niektórzy twierdzą. Wiele kwestii to spekulacje, podobnie jak doniesienia o przełomach, które często zanim w ogóle będą mieć znaczenie praktyczne, to minie wiele miesięcy. Nie można tego brać za pewnik. Dlatego polecam w ogóle jak najbardziej odcinać się od śledzenia non stop wiadomości. Wiele osób odczuwa przez to lęk, ścisk w gardle, ucisk w klatce, a nawet objawy choroby, której nie ma. To wszystko nadmiar bodźców i stresu, a to w czasie epidemii jest bardzo niewskazane. Ludzie teraz łatwo popadają w panikę. Żeby przetrwać, trzeba zachowywać się racjonalnie.

Jakie są, według pana, najważniejsze zalecenia?

Główne źródło zarażenia to chory człowiek, który kaszle i kicha, wirus przenosi się też przez różne powierzchnie, poręcze, klamki itd., więc trzeba je odkażać i myć ręce, ale przede wszystkim unikać dotykania rękami podejrzanych powierzchni. Trzeba dbać o to, żeby być w dobrej formie, w gotowości na walkę z wirusem. Jak najmniej stresu, jak najwięcej snu, jak najwięcej zbilansowanej diety, bogatej w rośliny i owoce, wtedy witaminy jakich potrzebujecie macie z najlepszego źródła. Nie ma absolutnie żadnych rzetelnych informacji, aby suplementy diety miały realny wpływ na profilaktykę i leczenie choroby wywołanej koronawirusem.

Pan był jedną z pierwszych osób, które biły na alarm, że zmierzamy w złym kierunku, że świat zmierza w złym kierunku...

Mnie głównie zarzucano, że biorę pieniądze od firm farmaceutycznych, albo że jestem opłacany za swoją działalność w mediach, prawda jest jednak zupełnie inna. Za swoją działalność nigdy nie otrzymałem złotówki i zawsze jestem gotowy to udowodnić w sądzie tym, którzy mi to zarzucają. Jak dotąd nikt się na to nie odważył, kiedy przychodzi do zmierzenia się z faktami, nagle nikt nie jest zainteresowany. Hejterów podałem do do sądu, w toku jest wciąż sporo spraw. Myślałem, że czas pandemii da do myślenia oszustom, oszołomom, antyszczepionkowcom, ale ludzie zamiast zacząć myśleć, brną w teorie spiskowe, w głupoty. Jak widać, prawdziwą plagą jest zwykła głupota, która ten świat już zniszczyła i oby nie wykończyła go do końca.


https://polskatimes.pl/dr-dawid-ciemiega-koronawirus-to-zwiastun-prawdziwej-katastrofy-rozmowa-z-pediatra-z-tychow/ar/c1-14874319
« Ostatnia zmiana: Maj 22, 2020, 02:03 wysłana przez Orionid »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #21 dnia: Maj 19, 2020, 01:49 »
Dr Paweł Grzesiowski: Wszyscy, którzy spotkają się z koronawirusem, łapią go [wywiad]
Dorota Kowalska 14 marca

Nie ma sensu mówić, że 20 czy 70 procent wszystkich mieszkańców Ziemi zarazi się koronawirusem, bo docelowo cała ludzkość może się nim zarazić – mówi dr med. Paweł Grzesiowski, ekspert w dziedzinie immunologii i terapii zakażeń, wykładowca Szkoły Zdrowia Publicznego CMKP, prezes Fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń.

Panie doktorze, można się było spodziewać, że koronawirus pojawi się w Polsce, prawda? To chyba nie jest dla nikogo zaskoczeniem?

Nie jest.

Liczba zakażonych rośnie dość szybko.

Wcale nie! Proszę nie szerzyć paniki. W poniedziałek mieliśmy siedemnaście przypadków zachorowań, we wtorek dwadzieścia jeden. W środę łącznie dwadzieścia pięć, czyli wzrasta o kilka przypadków dziennie, a nie kilkaset. Więc proszę nie używać słów, które nie pasują do rzeczywistości - liczba zarażonych koronawirusem na razie szybko nie wzrasta, co nie oznacza, że za kilka dni do tego nie dojdzie.

Przecież nawet sam minister zdrowa Łukasz Szumowski mówił na konferencji prasowej, że trzeba się spodziewać, iż chorych będzie przybywać.

Tak, minister Szumowski uprzedza, zapowiada pewne rzeczy. Miesiąc temu mówił, że wirus pewnie pojawi się w Polsce, i się pojawił. To nie jest powód do paniki, ale do uspokojenia. Jeśli mówię, że za dwa dni będzie burza, to czy jest to powód, aby uciekać, czy raczej, aby zabrać rzeczy z balkonu? Nikt nie straszy przed koronawirusem, tylko ostrzega. Pewnie po to, żeby nie było jak we Włoszech, bo Włosi w piątek poszli spać jakby nigdy nic, a w poniedziałek obudzili się już w innej rzeczywistości.

Dobrze, więc zweryfikujmy, co jest prawdą, a co fikcją, bo w internecie wiadomości o koronawirusie jest bardzo dużo i pewnie sporo osób je czyta. Mówi się, że koronawirus jest groźniejszy od wirusa grypy sezonowej choćby z tego powodu, że osoba z grypą zaraża jedną osobę, a ta z koronawirusem od dwóch do czterech osób. To prawda?

Tak, to prawda. Wskaźnik zakaźności koronowirusa to około dwa, dwa i pół. Oficjalnie nie zwiększono go do czterech. Krótko mówiąc: średnio jeden chory na koronawirusa zaraża dwie, trzy osoby - takie są aktualne obliczenia.

Można w jakiś sposób wyjaśnić, dlaczego osoba chora na grypę zaraża jedną osobę, a ta chora na koronawirusa dwie, trzy?

Dlatego, że wirus grypy krąży w świecie od kilkuset lat. Ludzie, chorując, uodparniają się. Ten wirus jest nowy - za dziesięć, dwadzieścia lat będzie z nim jak z wirusem grypy, ludzie na koronawirusa będą chorowali rzadziej, bo prawie wszyscy po przechorowaniu będą na niego uodpornieni. To normalna sytuacja dla nowego wirusa - kiedy się pojawia, nikt nie jest na niego odporny i każdy może zachorować.

Pojawiły się informacje, że koronawirus może wywołać chorobę u 20 do 70 procent wszystkich mieszkańców Ziemi, tak jest rzeczywiście?

Przed chwilą to powiedziałem. Wszyscy, którzy spotkają się z tym wirusem, łapią go - jest to tylko kwestia czasu, ilości kontaktów. Dlatego nie ma sensu mówić, że to będzie 20 czy 70 procent wszystkich mieszkańców Ziemi, bo docelowo cała ludzkość może się zarazić koronawirusem. Cała rzecz polega na tym, żeby się to nie stało w ciągu jednego miesiąca. Musimy robić wszystko, aby spowolnić, opóźnić rozwój wirusa, ale biologicznie tak będzie - praktycznie każdy będzie mógł tego wirusa złapać. 20 procent, 70 procent ludzkości - to raczej kwestia sezonu. W jednym sezonie jesienno-zimowym grypa atakuje około 10 procent mieszkańców planety, a ten wirus ma potencjał dwukrotnie wyższy, więc łatwo policzyć, że to będzie 20-25 procent populacji. 70 procent to wizja apokaliptyczna, nie wiem, kto to wymyślił! Realistycznie - choroba pojawi się u 20-25 procent ludzi, biorąc pod uwagę, że koronawirus ma dwukrotnie większy potencjał niż wirus grypy - to czysta matematyka.

Pojawiły się informacje, że 5 milionów ludzi może umrzeć z powodu koronawirusa.

A kto te informacje rozsiewa?

Ktoś, kto sobie policzył, ile osób może się zarazić koronawirusem i jaka jest jego śmiertelność.

Ale ten ktoś zapominał zapytać o zdanie lekarza i epidemiologa, bo nie chodzi o zwykłe procenty. Nie mamy żadnych przesłanek do tego, aby takie obliczenia robić, bo prawdziwa śmiertelność koronawirusa prawdopodobnie wynosi około jednego procenta, a nie trzy czy pięć procent, jak podają w tej chwili statystyki.

Dlaczego?

Dlatego, że tworzymy statystyki na podstawie tylko potwierdzonych przypadków zakażeń, a przecież nie każdemu robimy badania, czyli prawdziwa śmiertelność koronawi-rusa może być trochę wyższa niż śmiertelność przy grypie. I już się robi zupełnie inna sytuacja. Trzeba być odpowiedzialnym za swoje słowa - to bardzo ważne w takich sytuacjach. Nikt z nas, epidemiologów, takich wypowiedzi by nie autoryzował.

Ale to chyba WHO podało, że śmiertelność koronawirusa wynosi 3,4 procent.

Ale jaką śmiertelność?! Zastrzega się przecież, że szacunek śmiertelności dotyczy wyłącznie przypadków, które zostały potwierdzone badaniami. I to jest prawda - wynosi 3,4 procent. Tyle tylko, że wiemy, iż chorych jest pięć razy więcej, czyli rzeczywista śmiertelność jest pięć razy niższa.

Wyczuwam, że denerwują pana te pytania!

Tak, bo cały czas prostujemy rzeczy, które pojawiają się w internecie. Wszyscy mówimy o pewnych sprawach czy liczbach od początku pojawienia się koronawirusa, ale najwidoczniej nie wszyscy nas słuchają - trzeba na te sytuacje spojrzeć racjonalnie i obliczać, co może się zdarzyć, a nie siać panikę.

Zapytam w takim razie o to, czy faktycznie jest tak, że wirus zniknie, kiedy będzie cieplej? Niektórzy twierdzą, że tak właśnie się stanie.

To bzdura! Niech ci, którzy tak twierdzą, sprawdzą, w jakiej temperaturze ten wirus żyje - w nas w temperaturze 36,6 stopni Celsjusza. To dlaczego ma zniknąć, jak będzie 20 czy 30 stopni? Nie ma takiej opcji. To są wymysły ludzi, którzy patrzą z nadzieją, że niebezpieczeństwo minie późną wiosną czy latem. Oczywiście, na powierzchniach wirus będzie żył krócej, to zostało już wyliczone: koronawirus w 4 stopniach Celsjusza żyje miesiąc, a w 20 stopniach - dwa dni. Z całą pewnością przy wyższych temperaturach wirus na świeżym powietrzu będzie żył krócej, więc ta zakaźność będzie mniejsza. Ale w 80 procentach zarażamy się drogą kropelkową, co ponad wszelką wątpliwość wykazali Chińczycy, czyli zarażamy się, chuchając na siebie - a tu wysoka temperatura nie ma żadnego znaczenia. Jeśli ktoś chory kichnie, będzie kasłał na kogoś zdrowego z małej odległości, to nie ma żadnego znaczenia, że panuje upał - ta osoba się zarazi i tyle.

Czyli nie jest tak, jak twierdzą niektórzy, że przyjdą upały i koronawirus się skończy?

Nie, tak nie będzie. Może być tak, że wirus wygaśnie do tego czasu spontanicznie, bo jak patrzymy na krzywą epidemii, to okres bardzo dużej aktywności wirusa po szybkim wybuchu zakażeń trwa około dwóch miesięcy. W związku z tym być może w czerwcu epidemia powolutku przygaśnie sama, ale nie ma takiej pewności. Nawet jeśli do takiej sytuacji dojdzie, to nie z powodu wysokich temperatur, tylko dlatego, że wirus sam się ogranicza, atakując dużą liczbę ludzi.

Od czego zależy, czy ten wirus sam wygaśnie, czy nie?

Wirus musi mieć podatny grunt. To tak jakby pani miała siać zboże: jeśli wrzuca pani ziarno na czyste pole - każde pani wyrośnie. I to jest stan, w którym się epidemia zaczyna: nie ma odporności, wszystkie ziarenka wykiełkują, czyli każdy zarażony zachoruje. Ale jeśli przyjdzie pani na pole już wcześniej zasiane, będzie na nim rosło już jakieś zboże, i tam pani wysieje ziarno, to wyrośnie tylko co dziesiąte czy co piętnaste, bo miejsce już jest zajęte. To jest stan, kiedy epidemia trwa, bo każda osoba, która przechorowała, będzie dla wirusa barierą - taka osoba już drugi raz nie zachoruje, a jej odporność powoduje, że nie zaraża innych. Krótko mówiąc: im więcej zarażonych osób w kraju czy województwie, tym szybciej wirus zaczyna spowalniać, bo już nie ma kogo zarazić. Załóżmy, że idziemy do klasy, w której jest piętnaścioro dzieci - nikt w niej nie zachorował, więc nikt nie jest odporny. Jeśli wpuścimy do takiej klasy wirusa, zachorują wszystkie dzieci. Ale jeśli w tej klasie jest siedmioro dzieci, które już przechorowały, to wirus nie jest w stanie zarazić wszystkich - kiedy spadnie na Zosię, która jest już odporna na tego wirusa, Zosia nie zarazi Krzysia. To tajemnica wygasania każdej epidemii i idea, która przyświeca szczepieniom. Jeśli będzie szczepionka na koronawirusa, to jeśli zaszczepi się co najmniej 50 procent ludzi, to epidemii na dużą skalę nie będzie.

W mediach pojawiły się informacje, że przeprowadzone w Chinach sekcje zwłok wykazały, iż ofiary koronawirusa miały poważnie uszkodzone płuca, osłabiony system odpornościowy i choroba może doprowadzić do nieodwracalnego zwłóknienia płuc.

Wirus, jeśli zaatakuje płuca, powoduje ich ciężkie zapalenie, które prowadzi w 20-30 proc. przypadków do śmierci. Mechanizm uszkodzenia płuc polega na zniszczeniu tkanki płucnej przez wylewy, zatory, a także silny proces zapalny. To powoduje zniszczenie części płuc, ale pozostałe nieuszkodzone części płuc podejmują pracę i zapewniają prawidłowe funkcjonowanie. Czy u ozdrowieńców będą odległe następstwa choroby, nie da się dziś przewidzieć, ale istnieje pewne ryzyko, że u tych osób płuca będą przez wiele lat nosiły ślady choroby, podobnie jak po przebytej gruźlicy.

Jak pan myśli, co teraz powinien zrobić rząd? Jak powinniśmy się wszyscy zachowywać?

Na takie pytanie nie będę odpowiadać. Nie jestem w rządzie. Mam nadzieję, że władza ma zespół doradców. Ja pracuję na samym dole, najbliżej szpitali i pacjentów. Zajmuję się aktywnie sytuacją, która ma miejsce - mogę mówić o tym, co mamy robić my - ludzie odpowiedzialni za ochronę zdrowia. Są zalecenia WHO, jak się należy zachowywać w sytuacji epidemii, i rząd powinien wypełniać zalecenia WHO. Przygotowywać zaplecze przede wszystkim oddziałów intensywnej terapii. Bo w tej chwili najpoważniejszy problem, jaki może się pojawić i pojawia się w każdym kraju, gdzie występuje masowość zachorowań - to niedobór łóżek i sprzętu do intensywnej terapii. Z tego powodu mogą umierać ludzie. Tak naprawdę największym problemem i głównym zadaniem wszystkich jest zabezpieczenie łóżek, respiratorów, leków, środków ochrony, dezynfekcyjnych, gazów medycznych i personelu, bo pacjentów może być wielu. A druga rzecz to podstawowe działanie przeciwepidemiczne, to, co się robi dzisiaj: kontrole na granicach, kontrole na ulicach, izolowanie wszystkich potencjalnie chorych. To może robić rząd, bo nikt z nas nie ma takich uprawnień, żeby z termometrem biegać po mieście i mierzyć ludziom gorączkę.

Uważa pan, że zamykanie szkół czy odwoływanie imprez masowych to dobre rozwiązania?

Jak będzie nadchodzić epidemia, tak. W tej chwili jest ten czas, bo mamy pierwsze zakażenia własne, u ludzi, którzy nie wyjeżdżali z kraju. To początek epidemii. Dlatego masowe imprezy należy wstrzymywać, tym bardziej że biorą w nich udział ludzie z różnych terenów, często także z zagranicy. Więc duże imprezy nie powinny się odbywać, bo one już same w sobie niosą ryzyko kontaktów międzyludzkich, a wirus przenosi się głównie przez kontakty międzyludzkie. Takie działania mają więc sens. Szkoły, przedszkola zamykamy wtedy, kiedy zachodzi obawa o rozprzestrzenianie się wirusa w sposób niekontrolowany. Wczoraj nie było takiego zagrożenia, dziś jest. I pamiętajmy, zamknięcie szkół oznacza znacznie więcej niż tylko brak dzieci w zbiorowiskach. To także mniejszy ruch na mieście, mniejszy tłok w środkach komunikacji miejskiej, ale i mniej ludzi w pracy, bo ktoś dorosły musi zapewnić opiekę dzieciom.

Robić zapasy żywnościowe, zapasy środków czystości czy nie?

Nie, to niepotrzebna panika. Robienie zapasów w tej chwili uważam za zupełnie bezzasadne. Nie ma żadnych powodów, aby myśleć, że dostawy podstawowych produktów zostaną wstrzymane. W tej chwili należy raczej organizować się w ten sposób, żeby zapewnić seniorom i ludziom chorym możliwość zaopatrzenia się w produkty pierwszej potrzeby bez wychodzenia z domu - na tym się trzeba skupić: jak doprowadzić do tego, aby starsze osoby miały leki, jedzenie, środki higieniczne bez wychodzenia z domu. Trzeba sobie zorganizować lokalną samopomoc, bo właśnie te osoby są najbardziej zagrożone. Nie boimy się wirusa u osób młodych, wirus działa jak wilk polujący na stado owiec, atakuje osoby słabsze, starsze i schorowane. Trzeba o tym mówić i pisać, zmobilizować lokalne społeczności, żeby się zorganizowały i pomagały właśnie tym, którzy są najbardziej narażeni, żeby ludzie pomagali sobie wzajemnie. Wszystko dziś da się załatwić na telefon albo przez internet. Osoby starsze nie powinny pojawiać się w miejscach publicznych jak można najdłużej: nie chodzić do lekarza, nie chodzić do apteki, nie chodzić do kościoła, nie chodzić do sklepu, bo te osoby są w największym niebezpieczeństwie. To widać nawet na polskich przypadkach - młodzi, którzy zachorowali i przebywają w polskich szpitalach, czują się świetnie, a starsze osoby, chyba we Wrocławiu, walczą o życie.

Jaki błąd popełnili Włosi?

W pierwszych tygodniach zbagatelizowali sprawę. Początek ewidentnie przespali, uznając, że u nich do epidemii nie dojdzie - tyle mogę powiedzieć. Na pewno nie docenili, kiedy wirus zaczął się u nich rozprzestrzeniać, potrzeby zorganizowania dużej liczby łóżek, oddziałów intensywnej terapii - to w tej chwili największy problem, na który Włosi narzekają. Nie mają gdzie kłaść pacjentów, którzy potrzebują respiratorów.

Z kolei w Chinach widać to, o czym pan mówił, tam epidemia powoli wygasa, prawda?

Tak, ale dlaczego wygasa? Dlatego że Chińczycy zamknęli prawie 50 milionów ludzi w kwarantannie na 3-4 tygodnie. Kwarantanna jest po to, aby w okresie wylęgania, czyli w ciągu dwóch, trzech tygodni nie doszło do masowych kontaktów międzyludzkich. Kto ma zachorować w tym czasie, zachoruje, ale nie zarazi nikogo następnego. Tyle że opowiadanie o Chinach bez mówienia o tym, co oni tam zrobili, jest bez sensu, bo tam zadziałał cały złożony system. Wszystko można było zamówić przez internet, towary dostarczano do domów, dzieci nauczano przez internet - Chińczycy wszystko, co można było, przenieśli do sieci, a jednocześnie stosowali drastyczne, drakońskie wręcz sposoby wyłapywania chorych. Stosowali kontrolę gorączki na ulicach, jeśli ktoś ją miał, kierowali kogoś takiego natychmiast na badania i w ciągu trzech godzin było wiadomo, czy ma koronawirusa, czy nie - trafiał do kwarantanny lub szedł do domu. To są działania, których żaden kraj jeszcze nie podjął i nie wiem, czy podejmie, bo to działania nieprawdopodobnie kosztowne i drastyczne. Chińczycy ściągnęli w pewnym momencie do Hubei kilkadziesiąt tysięcy pracowników medycznych z innych części Chin. Czy u nas tysiąc lekarzy i pielęgniarek przyjedzie nagle z Warszawy na Pomorze? Byłoby ciężko, a takie działania hamują epidemie, jeśli wejdzie ona na wysoki poziom. To, że Włosi zamknęli w tej chwili cały kraj, wydaje się działaniem spóźnionym. Powinni to zrobić co najmniej tydzień temu.

Jak, pana zdaniem, rozwinie się sytuacja? Jakie są możliwe scenariusze?

Są dwa scenariusze: albo będziemy mieli tych zakażeń tak wiele jak Włosi, gdzie co dwa, trzy dni podwaja się liczba osób zakażonych i „zatykają” się wszystkie oddziały intensywnej terapii, albo będziemy mieli bardziej płaską krzywą zachorowań, bo będziemy każdy przypadek wyłapywali tak, jak dzieje się to dzisiaj. Wtedy tych ludzi zachoruje pewnie tyle samo, co w tym pierwszym scenariuszu, ale ten proces rozciągnie się na trzy, cztery miesiące, a o to chodzi, żeby nie było szczytu zachorowań w ciągu tygodnia, bo żaden system nie jest wtedy w stanie zapewnić takiej jak trzeba ilości łóżek. I pojawia się poważny problem.

Szczepionka na koronawirusa to ponoć kwestia roku, może ośmiu miesięcy, tak?

Wiele zespołów badawczych pracuje nad szczepionkami, ale realistycznie nie wcześniej niż za rok będą szanse na masową produkcję. Dlatego teraz nie ma co liczyć na cud, tylko trzeba podwinąć rękawy i wszystkie ręce na pokład w walce z wirusem.


https://polskatimes.pl/dr-pawel-grzesiowski-wszyscy-ktorzy-spotkaja-sie-z-koronawirusem-lapia-go-wywiad/ar/c15-14853523
« Ostatnia zmiana: Maj 22, 2020, 02:05 wysłana przez Orionid »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #22 dnia: Maj 20, 2020, 14:25 »
Seminarium forumIdei: Co wiemy o społeczeństwie w czasie epidemii?
48 wyświetleń•18 maj 2020

<a href="http://www.youtube.com/watch?v=WO3RmU-59Bg" target="_blank">http://www.youtube.com/watch?v=WO3RmU-59Bg</a>

Link do materiału: https://www.youtube.com/watch?v=WO3RmU-59Bg

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #23 dnia: Czerwiec 08, 2020, 07:10 »
Dr Paweł Grzesiowski: Jesteśmy na początku walki z pandemią. Teraz świadomie uruchamiamy dla koronawirusa bardzo sprzyjające okoliczności (1)
Dorota Kowalska 5 czerwca

Miarą walki z pandemią jest liczba osób, które zachorowały, a według światowych szacunków wygląda na to, że w zależności od kraju, miasta, regionu zachorowało od 20 procent w Nowym Jorku do 2 czy 3 procent w polskiej populacji - mówi dr Paweł Grzesiowski, immunolog.

Panie doktorze, mamy za sobą trzy miesiące walki z koronawirusem. Na jakim właściwie etapie pandemii jesteśmy?

Mimo upływu czasu, jesteśmy właściwie w tym samym miejscu, na początku walki z pandemią. Miarą walki z nią, jest liczba osób, które zachorowały, a według światowych szacunków wygląda na to, że w zależności od kraju, miasta, regionu zachorowało od 20 procent w Nowym Jorku do 2 czy 3 procent w polskiej populacji. Do niektórych części świata wirus w ogóle jeszcze nie dotarł.

Z Ministerstwa Zdrowia płyną sprzeczne komunikaty: raz mówi nam się, że jesteśmy przed szczytem zachorowań, innym razem, że wygaszamy pandemię. To w ministerstwie nie wiedzą, na jakim etapie tej walki jesteśmy?

Nie chciałbym zajmować się komentowaniem tego, co władza wie lub czego nie wie, bo komunikuje nam to w sposób ograniczony. Wołałbym jednak interpretować to w ten sposób, że w marcu zachowaliśmy się, jak na ringu bokserskim, na którym naprzeciwko nas stanął nieznany bokser. Zrobiliśmy głęboki unik, przez to ilość ciosów, które otrzymaliśmy, była bardzo mała. Władze właściwie wszystkich krajów na świecie poza nielicznymi wyjątkami zachowały się podobnie: miały do czynienia z nieznanym zagrożeniem, więc ogłosiły „lockdown” i przyglądały się, co się dzieje. Uważam, że to była decyzja słuszna, zwłaszcza że nie znaliśmy wroga. Ludzkość wie, czym jest pandemia - od wielu lat świat naukowy i medyczny powtarzał, że pandemia się pojawi, że jest to tylko kwestia czasu. Więc myślę, że pojawienie się tego nowego wirusa, zwłaszcza w Azji, gdzie mamy ogromne zaludnienie, miliony ludzi w miastach, mogło wzbudzić ogromne lęki. Pewnie, gdyby COVID-19 pojawił się gdzie indziej, sytuacja mogłaby wyglądać inaczej. W każdym razie pojawienie się tego nowego koronawirusa nie było specjalnym zaskoczeniem dla naukowców i lekarzy. Przypomnę, że WHO już kilka lat temu ogłosiła możliwość pojawienia się choroby X, choroby jeszcze nieistniejącej, ale pandemicznej. Na początku wiele wskazywało na to, że COVID-19 jest właśnie ową chorobą X, więc reakcja świata była dość paniczna, ale miała dać szansę rozpoznać zagrożenie, a przede wszystkim przygotować zaplecze do walki z nowym zagrożeniem. I tak się stało w wielu krajach, im głębszy był ten „lockdown”, tym mniej osób wirus zaraził. I dziś jesteśmy w takiej sytuacji w Polsce: mamy zakażeń dużo mniej niż kraje sąsiednie, co odbyło się kosztem wygaszenia gospodarki, a teraz przyszedł czas na drugą rundę w tym ringu bokserskim. Wiemy już znacznie więcej, zrozumieliśmy, jakiego mamy przeciwnika, wiemy, jak się przed nim bronić, wiemy, jak go zaatakować, ale brak nam jeszcze skutecznych leków i szczepionki.

I jak ta druga runda powinna wyglądać?

Druga runda powinna wyglądać tak, jak cała walka bokserska, czyli powinna być bardzo dobrze zaplanowana od strony taktycznej. I nie można zapominać o gardzie, czyli o tym, że może nas spotkać niezapowiedziany cios, a garda, to inaczej przygotowanie zaplecza medycznego na pojawienie się ogniska epidemiologicznego. Zresztą, widać, że w tej chwili to właśnie się dzieje: mamy okresowo niby sytuację dobrą, ale w niektórych regionach Polski rośnie liczba zachorowań z powodu ognisk epidemicznych. To są właśnie takie niespodziewane ciosy, na które musimy być przygotowani.

Dobrze, tylko w innych krajach chociażby Europy Zachodniej dzienna liczba zachorowań maleje, u nas utrzymuje się na mniej więcej tym samym poziomie.

To kwestia sposobu walki z pandemią, który przyjęliśmy - zastosowaliśmy bardzo głęboki „lockdown”, niewiele krajów zdecydowało się na taki krok i w tych krajach było więcej zachorowań. To kwestia tej pierwszej decyzji, albo wszyscy się chowamy przed wirusem, albo opóźniamy „lockdown” przez bagatelizowanie problemu. W Polsce tego problemu na początku absolutnie nie bagatelizowano. Nie wiem, czy pani pamięta pierwsze decyzje rządu i głośne dyskusje na temat tego, czy zamykać szkoły, czy nie, czy zamykać galerie handlowe, restauracje. Te trudne decyzje zostały podjęte szybko i w sposób zdecydowany, trochę na wzór Chin. My zamknęliśmy miasta, tak naprawdę dwa dni po ogłoszeniu pandemii przez WHO, byliśmy jednymi z pierwszych, którzy zablokowali wirusowi drogę. Słowem, ten unik był tak głęboki, że wielu z nas w ogóle nie zachorowało. Przychodzą do nas ludzie do przychodni, który byli chorzy na przełomie stycznia i lutego, mówią o objawach podobnych do zakażenia koronawirusem i kiedy ich badamy, wszyscy są ujemni w zakresie przeciwciał przeciw koronawirusowi. Więc przechodzili inne choroby, najczęściej grypę. W Polsce zaczęliśmy chorować na COVID-19 gdzieś od połowy marca, osób zachorowało, na szczęście, niewiele, ale to spowodowało, że niestety nie osiągnęliśmy stanu odporności populacyjnej. W Polsce jakieś 2-3 procent populacji przeszło COVID-19, często w ogóle niezauważalnie, ale to jest strasznie mało! Milion osób w całej Polsce - to nic dla wirusa. Gdyby zachorowało 10 milionów, mielibyśmy częściową odporność populacyjną, ale za cenę nawet 100 tysięcy zgonów! To jest problem na przyszłość - jak robić inteligentny „lockdown”, aby uniknąć epidemii, a jednocześnie nabywać stopniowo odporność populacyjną nie paraliżując gospodarki. Niestety dziś, po trzech miesiącach pandemii koronawirusa, odporność populacyjna nie przeszkadza mu, aby bez problemu się szerzyć.

Użył pan słowa „niestety”, to może błędem był ten głęboki „lockdown”?

Nie można oceniać tego w kategoriach błędu, uratowaliśmy dzięki temu być może nawet 10 tysięcy istnień ludzkich… „Lockdown” był organizowany wtedy, kiedy nie było wiadomo, o co chodzi, kiedy nie było wiadomo, czy ten wirus zabija 10 procent chorych, czy 20 procent. Pierwsze dane z Chin były zatrważające i myślę, że to jest powód, dla którego świat nabrał bardzo głęboko powietrza w płuca i szybko „zanurkował” w kwarantannę. Zresztą, przecież pomysł, żeby zamykać szkoły, restauracje, kina nie był pomysłem Polski, tylko WHO i ECDC (Europejskie Centrum Kontroli Chorób). Cały świat zareagował podobnie, chociaż każdy kraj w trochę inny sposób. Problemem nie jest głęboki „lockdown”, czyli unik, bo ten powinien być zawsze tak głęboki, żeby spowodować jak najmniejsze straty, zwłaszcza kiedy nie wiemy, jak bije nasz przeciwnik. Natomiast najważniejsze jest wychodzenie z tego uniku. I tu już mamy ogromne problemy.

Wychodzimy dość szybko. Decyzją rządu, wracamy na stadiony, wracają wesela do 150 osób, otwarto już restauracje, kina.

No właśnie, to budzi największe obawy, że przedwcześnie, mając sytuacje epidemiczną niewiele różniącą się od tej z marca uruchamiamy wszystkie drogi rozprzestrzeniania się wirusa, których jeszcze dwa miesiące temu bardzo się baliśmy. Już dziś wiemy, że wirus przenosi się głównie drogą kropelkową między ludźmi podczas bliskiego kontaktu z odległości poniżej 2 metrów. To nie jest tak, że wirus od chorego na Tarchominie przeleci przez Wisłę i zaatakuje kogoś na Mokotowie - to tak nie działa. Wirus przenosi się w bezpośrednich kontaktach międzyludzkich: trzeba być razem w autobusie, mieszkaniu, biurze czy zakładzie pracy co najmniej kilkanaście minut. Teraz świadomie uruchamiamy dla wirusa bardzo sprzyjające okoliczności - proszę sobie wyobrazić: na takie wesela czy stadiony przyjadą ludzie z całej Polski, są w różnym wieku i będą obcować ze sobą przez kilka albo kilkanaście godzin, będąc bardzo blisko siebie. To na pewno bardzo ryzykowane działanie, obliczone na to, że wirusa w Polsce nie ma, a to fałszywe założenie. Wirus w Polsce jest, będzie cały czas aktywny, a im więcej sposobności spotykania się wielu ludzi bez zabezpieczeń z różnych stron kraju, tym większe zagrożenie szerzenia się epidemii.

To skąd takie decyzje rządzących, jak pan myśli? Chodzi wyłącznie o gospodarkę?

Nie, nie sądzę, aby organizacja wesel czy rozgrywek sportowych miała ogromny wpływ na gospodarkę. Myślę, że to typowe podejście współczesnych elit władzy, że kryzysy trzeba rozwiązywać szybko, bo traci się popularność, więc trzeba dać ludziom igrzyska, w rozumieniu dania przyjemności.

Po co ?

Żeby lepiej psychicznie funkcjonowali. Zresztą, nie mam bladego pojęcia, jakie są prawdziwe powody tego, że pozwalamy pójść gromadzić się ludziom w kościołach, na imprezach czy na stadionach. Umówmy się, żadna gospodarka nie ruszyła do przodu tylko dlatego, że ludzie kibicują na stadionach, że oglądają mecze z trybun. Oczywiście na stadionach obowiązują pewne obostrzenia, które mają dawać pozory bezpieczeństwa, ale, moim zdaniem, to działania czysto propagandowe. Pozwolenie na wesela czy mecze przy pełnych trybunach sprzyja szerzeniu się epidemii i nie jest podyktowane względami medycznymi ani naukowymi.

Ludzie też zachowują się jakby coraz mniej ostrożnie. Może zmęczeni są tym wiecznym strachem?

Na pewno długotrwały stres odbija się niekorzystnie na ludziach, a dodatkowo teraz, ja uważam, że ludzie są skołowani. Są zagubieni, bo najpierw bardzo mocno uwierzyli w zagrożenie, podporządkowali się nowym regułom, a teraz, gdy pandemia jeszcze trwa, zalecenia są odwrotne. Rozmawiam z tymi ludźmi codziennie w gabinecie lekarskim i oni mówią tak: „Zaraz, mieliśmy tyle a tyle zachorowań i wprowadzano obostrzenia, teraz mamy tyle samo, a może i więcej, a zdejmujemy te obostrzenia. To o co właściwie chodzi?”. Mamy problem niekonsekwencji, a nie ma nic gorszego, jak niekonsekwencja w decyzjach władz, bo to rodzi niebezpieczeństwo utraty zaufania. Zwykły człowiek myśli sobie tak: „Skoro oni nie wiedzą, co robią, to ja przejmuję kontrolę nad tym, co się ze mną dzieje”. A decyzje zwykłego człowieka mogą być czasami bardzo ryzykowne, bo wiemy, że ludzie wolą chodzić bez maski niż z maską, wolą rzadziej dezynfekować ręce, niż częściej, wolą nie zachowywać dystansu dwóch metrów - bo to zachowania, które nie leżą w naszej naturze. Człowiek jest raczej istotą stadną, lubi być blisko innych, lubi kogoś objąć, uścisnąć mu rękę. Zakazaliśmy tego, a teraz pozwalamy na spotkania w kościołach, weselach czy na stadionach. To kompletnie wbrew wcześniejszym zaleceniom. Uważam, że tu jest ogromny problem sprzeczności w komunikacji, a to się zawsze kończy tak samo: utratą zaufania, a tak naprawdę utratą kontroli nad tym, co ludzie robią. Dopóki trwał „lockdown” mieliśmy jakąś kontrolę nad społeczeństwem, w tej chwili tę kontrolę całkowicie utracono. Każdy robi, co chce: jeden ma maskę, inny nie ma maski, jeden myje ręce, inny mówi, że koronawirus wymyśliły rządy, żeby nad nami zapanować. Mamy potworny bałagań. Uważam, że to bardziej niebezpieczne niż w marcu, bo teraz w tym bałaganie najlepiej odnajdzie się wirus. On będzie atakował etapami tak, jak robi to w tej chwili: tu jedno ognisko epidemiczne, tu drugie, tu piąte, za chwilę zapełnią się szpitale starszymi i schorowanymi pacjentami z powikłaniami, wzrośnie liczba zgonów, a tego przecież najbardziej się boimy.
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 12, 2020, 18:30 wysłana przez Orionid »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #24 dnia: Czerwiec 08, 2020, 07:10 »
Dr Paweł Grzesiowski: Jesteśmy na początku walki z pandemią. Teraz świadomie uruchamiamy dla koronawirusa bardzo sprzyjające okoliczności (2)

Pana opinia nie jest chyba odosobniona, bo w tych światowych rankingach jesteśmy na końcu walki z pandemią.

Polska jest krajem o niepewnym statusie epidemicznym. Nie wiadomo tak naprawdę, co się w Polsce dzieje: czy mamy pierwszą falę zachorowań przed sobą, w trakcie czy jest już za nami? Na razie wygląda na to, że wciąż jesteśmy na tak zwanej wznoszącej krzywej, a nie spadającej. Cały czas mamy problem z wykonywaniem testów na dużą skalę, co powoduje, że dane nie są, moim zdaniem, pełne. Nie są przede wszystkim danymi, które umożliwiają podejmowanie racjonalnych decyzji. Jeśli władza przyjęła założenie, że w Polsce kończy się pierwsza fala pandemii, to decyzje, które się z tym wiążą, są błędne, bo samo takie założenie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Wszyscy jesteśmy uczestnikami wielkiego eksperymentu, co uważam, że powinno być jasno przekazane społeczeństwu. My nie wiemy, jak to się skończy, dlatego musimy być przygotowani na każdy scenariusz - zarówno wybuch masowych zachorowań, jak zupełne wygaśnięcie epidemii w tym sezonie.

Uważa pan, że tych testów robi się w Polsce za mało?

Zdecydowanie tak, robi się ich nie tylko za mało w sensie ilościowym, ale robi się ich za mało przede wszystkim w sensie jakościowym, czyli nie można narzekać tylko, że robimy za mało testów na milion mieszkańców, ale że przede wszystkim - robimy je w sposób niecelowany. Testy powinno się robić głównie w środowiskach, gdzie wyśledzimy kontakty osób z chorymi. Walka z epidemią polega na robieniu precyzyjnych śledztw: kto z kim, kiedy, gdzie i jak długo się skontaktował. Jeżeli to prawidłowo ustalimy w wyniku rozmów z pacjentami, to jesteśmy w stanie dość szybko wygasić ognisko epidemiczne. Bo jeśli szybko obejmiemy kwarantanną otoczenie chorego, przebadamy to otoczenie po upływie siedmiu dni od kontaktu, wykażemy, że ktoś jest zakażony, to poddamy tego kogoś izolacji i ta osoba nie będzie mogła zarażać następnych. To jest najwłaściwsza metoda walki z tą epidemią. Powinny działać wielkie grupy dochodzeniowe, a dziś ich zadania wykonuje garstka niedofinansowanych inspektorów w sanepidach, która nie ma nowoczesnych narzędzi, a na dodatek jest obciążona dodatkowymi obowiązkami, na przykład wystawianiem mandatów za nieprzestrzeganie przepisów pandemicznych. To całkowite szaleństwo, te osoby nie mają czasu na właściwe postępowanie. Tymczasem powinny drobiazgowo analizować powiązania między ludźmi po to, aby ustalić, kogo wysłać na kwarantannę, a kogo na izolację oraz kiedy i komu wykonać testy.

Ministerstwo Zdrowia zapowiada testy przesiewowe dla całego społeczeństwa, które miałyby wykazać, ilu z nas przeszło lub przechodzi COVID-19. To dobry pomysł?

Jeżeli to będzie badanie naukowe, zaplanowane w odpowiednich grupach ludzi, w odpowiednich grupach wiekowych z uwzględnieniem różnic regionalnych, to oczywiście tak. Natomiast, jeśli to będzie przypadkowa grupa ludzi, których nie wiem, będziemy testować na ulicach, w samochodach - to będzie nonsens, strata pieniędzy. Mieliśmy okazję zobaczyć, czym się kończy testowanie na „chybił trafił” przedszkolanek i osób pracujących w żłobkach w Łodzi. Okazało się, że nikt tam nie jest zakażony, chociaż w pierwszych testach wyszło mnóstwo fałszywie dodatnich wyników. Więc to jest najlepszy przykład, jak nie należy testować ludzi. Nie należy testować ludzi przypadkowych, trzeba testować albo tych, którzy są wyznaczeni na podstawie naukowych analiz, albo mieli kontakt z chorymi. Mamy na przykład epidemię na południu Polski, gdzie grupa osób z jednej ulicy spotykała się na kawie z osobami na kwarantannie, a potem w kościele, na ławeczce przed domem, w sklepie - takich ludzi testujmy.

Mnie ostatnio zaintrygowała wypowiedź rzecznika Ministerstwa Zdrowia, który stwierdził, że w jednej z kopalń, w której było ognisko koronawirusa, większość górników przechodziła zakażenie bezobjawowo.

To odrębny temat tej pandemii. Otóż, okazuje się, że ponad 90, a może nawet 95 procent osób chorych to bez-objawowi nosiciele, czyli osoby nieposiadające objawów. Na początku uważano, że ten wirus zabija bardzo dużo więcej osób. To, co dzieje się w tej chwili, wymusza korektę w podejściu do wirusa - już wiemy, że COVID-19 nie zabija wszystkich, zabija być może trzy, cztery osoby na tysiąc. Ta korekta powoduje, że wiele osób uważa, iż to niezbyt groźny wirus, mało albo w ogóle nieszkodliwy. Ten fakt powinien być mocno podkreślany w komunikacji do społeczeństwa, przez ludzi zarządzających zdrowiem publicznym, bo chodzi o to, żebyśmy wskazali tych, którzy w wyniku tej epidemii są najbardziej zagrożeni. A kto to jest? To są ludzie 60 plus i osoby przewlekle chore. Te osoby powinny wiedzieć, że są w tzw. Grupie ryzyka powikłań COVID-19, wtedy będą świadomie podejmować decyzje, czy na przykład zakładać maskę czy nie, czy jechać na wesele czy pójść na stadion albo do kościoła. Reszta społeczeństwa także musi wiedzieć, kogo ma chronić w pierwszej kolejności - osoby starsze i schorowane powinny być otoczone szczególną opieką, to do nich i ich rodzin i opiekunów powinny być wysyłane jasne zalecenia zachowania dystansu, higieny rąk i noszenia maseczki w zamkniętych przestrzeniach, gdy są tam inni ludzie.

Mówi pan, że jesteśmy właściwie w punkcie wyjścia, w marcu. Jak ta sytuacja się rozwinie, pana zdaniem?

Epidemiologicznie jesteśmy w tym samym miejscu, ale wiemy znacznie więcej. Wszystko zależy od tego, jak będziemy się zachowywać wiedząc, że wirus przenosi się głównie drogą kropelkową. Jeżeli zachowamy dystans, jeżeli będziemy zakładali maski w miejscach gromadzenia się dużej liczby obcych sobie osób, to jest szansa, że nie dojdzie do wybuchu epidemii, że nie powtórzy się scenariusz włoski z marca. Natomiast, jeśli o tym zapomnimy, jeśli będziemy zachowywać się tak, jakby już wirusa nie było, to jestem pełen największych obaw. Uważam, że dojdzie do katastrofy, jak przed trzema miesiącami we Włoszech, Hiszpanii czy we Francji, czyli będziemy mieli bardzo dużo chorych, będziemy mieli przepełnione oddziały szpitalne ludźmi mającymi ciężki przebieg zakażenia, a to osoby głównie starsze. Dopóki te osoby siedzą w domach, a myślę, że jeszcze w nich siedzą, to są bezpieczne. Ale, jeśli to się zmieni, te osoby masowo zaczną wychodzić z domów i zaczną się spotykać z wieloma osobami, to spodziewam się drastycznego wzrostu zachorowań i najgorszego ze scenariuszy.

Ale mówiło się, że w lecie ta epidemia powinna słabnąć, że jeśli wróci, to jesienią.

Nie ma przesłanek, aby tak sądzić. Jeśli ktoś patrzy na to, co dzieje się na świecie, to nie może tak stwierdzić. Jedyne, co wiemy, to to, że wirus, jeśli już wydostanie się z organizmu, gorzej funkcjonuje w temperaturach wyższych przy wyższej wilgotności. Ale proszę zwrócić uwagę, mamy w tej chwili epidemie w Afryce czy Ameryce Południowej, gdzie panują wysokie temperatury i wysoka wilgotność. Nic nie przeszkadza wirusowi w tym, żeby się mnożyć. Absolutnie nie możemy zakładać, że nie ma zagrożenia, bo jest coraz cieplej, a za chwilę przyjdzie lato. Oczywiście, wszystkie wirusy oddechowe zmniejszają swoją aktywność w lecie, zakażeń jest mniej, ale to nie oznacza wygaśnięcia pandemii.

Ja jestem jednak pesymistką: wydaje mi się, że nasza czujność została uśpiona, także przez decyzje rządu, który dość szybko znosi kolejne obostrzenia. Nie ma pan takiego wrażenia?

Mam takie wrażenie i bardzo się o to martwię. To nie jest kwestia optymizmu czy pesymizmu, tylko racjonalnego spojrzenia na sytuację. Jeśli nowy wirus nie wytworzył odporności na poziomie kilkudziesięciu procent w Polsce, a nie wytworzył, to jesteśmy wciąż w marcu, mamy wciąż sytuację sprzed fali epidemicznej i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ta fala się pojawiła. Nie wiemy też do końca, jakie będzie tempo tej fali. Jeśli ludzie będą się grupować, będą biesiadować, będą razem przesiadywać w zamkniętych pomieszczeniach, to nowe ogniska się pojawią - to oczywiste.

Myśli pan, że wybory prezydenckie 28 czerwca to dobry pomysł?

Uważam, że nic się w naszym kraju nie zmieniło pod względem epidemiologicznym między marcem, majem a czerwcem. W dalszym ciągu uważam, że wybory są „imprezą” masową. Biorą w tej imprezie udział nie tylko osoby głosujące, ale i komisje, które siedzą w zamkniętych pomieszczeniach. Więc takie wybory będą wymagały dużego wysiłku, dodatkowych wydatków i bardzo starannej organizacji tak, aby te osoby nie uległy zakażeniu. To często osoby w wieku 60 plus, a więc bardziej narażone na powikłania. Trzeba być bardzo racjonalnym, aby przeprowadzić to wydarzenie w bezpieczny sposób. Na pewno głosowanie korespondencyjne zmniejsza ryzyko zakażeń, nie ma ludzi głosujących w lokalach, ale to nie zmienia faktu konieczności organizacji komisji wyborczych. Jeżeli ktoś te wybory dobrze zaplanuje mając na uwadze bezpieczeństwo członków komisji wyborczych, to wyobrażam sobie, że można te wybory przeprowadzić mając czas, a my mamy na to tylko trzy tygodnie. Sam akt wyborczy nie jest szkodliwy, szkodliwe może być gromadzenie się podczas wyborów ludzi w zamkniętych pomieszczeniach.

Nie boi się pan jesieni?

Powtórzę, to nie jest kwestia strachu. To kwestia racjonalnej oceny ryzyka wynikającej z wiedzy, którą już mamy na temat tego wirusa. Wiemy, że liczba ofiar jest pochodną liczby zachorowań, głównie wśród osób po 60. roku życia i przewlekle chorych, wiemy, że jeśli w Polsce wirus zacznie być szeroko obecny w tych środowiskach, to pojawią się również przypadki ciężkie i śmiertelne. Nie mam złudzeń, co do tego, że wirus, jeśli nie zmutuje, to pozostanie z ludzkością na wiele lat. Jest nadzieja, że może zmutować, złagodnieć, ale to 50 procent prawdopodobieństwa. Pół na pół. Nie ma żadnego powodu, aby ten wirus złagodniał sam z siebie, bo i tak jest dość łagodny. Pamiętajmy, że ponad 90 procent ludzi choruje lekko albo bez objawowo, czyli właściwie nie zauważa tego wirusa. Więc COVID-19 może się szerzyć bez konieczności mutowania, bo mutacje są często wymuszane presją środowiska. Porównałbym tę sytuacje do tej, kiedy mamy gronkowca w nosie. Wielu z nas ma w nosie jakieś bakterie i nawet nie wie, że je w sobie nosi. I wszystko byłoby dobrze, gdyby ta bakteria nie powodowała u jednej na dwieście pięćdziesiąt osób ciężkiego przebiegu choroby prowadzącego do śmierci. Tak właśnie jest z COVID-19.


https://polskatimes.pl/dr-pawel-grzesiowski-jestesmy-na-poczatku-walki-z-pandemia-teraz-swiadomie-uruchamiamy-dla-koronawirusa-bardzo-sprzyjajace/ar/c15-15009880
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 12, 2020, 18:31 wysłana przez Orionid »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #25 dnia: Lipiec 10, 2020, 22:19 »
Olga Tokarczuk 1 kwietnia ·
Szanowni Państwo,
w związku z toczącą się w internecie dyskusją wokół mojego felietonu opublikowanego w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i kontrowersjami narosłymi z powodu faktu, że cytowane są jego wyrwane z kontekstu fragmenty, postanowiłam udostępnić Państwu całość oryginalnego tekstu w języku polskim.
Zapraszam do lektury :)

Okno

Z mojego okna widzę białą morwę, drzewo, które mnie fascynuje i było jednym z powodów, dlaczego tu zamieszkałam. Morwa jest hojną rośliną - całą wiosnę i całe lato karmi dziesiątki ptasich rodzin swoimi słodkimi i zdrowymi owocami. Teraz jednak morwa nie ma liści, widzę więc kawałek cichej ulicy, po której rzadko ktoś przechodzi, idąc w kierunku parku. Pogoda we Wrocławiu jest prawie letnia, świeci oślepiające słońce, niebo jest błękitne, a powietrze czyste. Dziś podczas spaceru z psem, widziałam jak dwie sroki przeganiały od swojego gniazda sowę. Spojrzałyśmy sobie z sową w oczy z odległości zaledwie metra.

Mam wrażenie, że zwierzęta też czekają na to, co się wydarzy.

Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo. Za dużo, za szybko, za głośno.

Nie mam więc „traumy odosobnienia” i nie cierpię z tego powodu, że nie spotykam się z ludźmi. Nie żałuję, że zamknęli kina, jest mi obojętne, że nieczynne są galerie handlowe. Martwię się tylko, kiedy pomyślę o tych wszystkich, którzy stracili pracę. Kiedy dowiedziałam się o zapobiegawczej kwarantannie, poczułam coś w rodzaju ulgi i wiem, że wielu ludzi czuje podobnie, choć się tego wstydzi. Moja introwersja, długo zduszana i maltretowana dyktatem nadaktywnych ekstrawertyków, otrzepała się i wyszła z szafy.

Patrzę przez okno na sąsiada, zapracowanego prawnika, którego jeszcze niedawno widywałam, jak wyjeżdżał rano do sądu z togą przewieszoną przez ramię. Teraz w workowatym dresie walczy z gałęzią w ogródku, chyba wziął się za porządki. Widzę parę młodych ludzi, jak wyprowadzają starego psa, który od ostatniej zimy ledwie chodzi. Pies chwieje się na nogach, a oni cierpliwie mu towarzyszą, idąc najwolniejszym krokiem. Śmieciarka z wielkim hałasem odbiera śmieci.

Życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie. Zrobiłam porządek w szafie i wyniosłam przeczytane gazety do pojemnika na papier. Przesadziłam kwiaty. Odebrałam rower z naprawy. Przyjemność sprawia mi gotowanie.
Uporczywie wracają do mnie obrazy z dzieciństwa, kiedy było dużo więcej czasu i można było go „marnować”, godzinami gapiąc się przez okno, obserwując mrówki, leżąc pod stołem i wyobrażając sobie, że to jest arka. Albo czytając encyklopedię.

Czy aby nie jest tak, że wróciliśmy do normalnego rytmu życia? Że to nie wirus jest zaburzeniem normy, ale właśnie odwrotnie – tamten hektyczny świat przed wirusem był nienormalny?

Wirus przypomniał nam przecież to, co tak namiętnie wypieraliśmy - że jesteśmy kruchymi istotami, zbudowanymi z najdelikatniejszej materii. Że umieramy, że jesteśmy śmiertelni.

Że nie jesteśmy oddzieleni od świata swoim „człowieczeństwem” i wyjątkowością, ale świat jest rodzajem wielkiej sieci, w której tkwimy, połączeni z innymi bytami niewidzialnymi nićmi zależności i wpływów. Że jesteśmy zależni od siebie i bez względu na to, z jak dalekich krajów pochodzimy, jakim językiem mówimy i jaki jest kolor naszej skóry, tak samo zapadamy na choroby, tak samo boimy się i tak samo umieramy.

Uświadomił nam, że bez względu na to, jak bardzo czujemy się słabi i bezbronni wobec zagrożenia, są wokół nas ludzie, którzy są jeszcze słabsi i potrzebują pomocy. Przypomniał, jak delikatni są nasi starzy rodzice i dziadkowie i jak bardzo należy im się nasza opieka.

Pokazał nam, że nasza gorączkowa ruchliwość zagraża światu. I przywołał to samo pytanie, które rzadko mieliśmy odwagę sobie zadać: Czego właściwie szukamy?

Lęk przed chorobą zawrócił więc nas z zapętlonej drogi i z konieczności przypomniał o istnieniu gniazd, z których pochodzimy i w których czujemy się bezpiecznie. I nawet gdyśmy byli, nie wiem jak wielkimi podróżnikami, to w sytuacji takiej, jak ta, zawsze będziemy przeć do jakiegoś domu.

Tym samym objawiły się nam smutne prawdy – że w chwili zagrożenia wraca myślenie w zamykających i wykluczających kategoriach narodów i granic. W tym trudnym momencie okazało się, jak słaba w praktyce jest idea wspólnoty europejskiej. Unia właściwie oddała mecz walkowerem, przekazując decyzje w czasach kryzysu państwom narodowym. Zamknięcie granic państwowych uważam za największą porażkę tego marnego czasu – wróciły stare egoizmy i kategorie „swoi” i „obcy”, czyli to, co przez ostatnie lata zwalczaliśmy z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie formatowało nam umysłów. Lęk przed wirusem przywołał automatycznie najprostsze atawistyczne przekonanie, że winni są jacyś obcy i to oni zawsze skądś przynoszą zagrożenie. W Europie wirus jest „skądś”, nie jest nasz, jest obcy. W Polsce podejrzani stali się wszyscy ci, którzy wracają z zagranicy.

Fala zatrzaskiwanych granic, monstrualne kolejki na przejściach granicznych dla wielu młodych ludzi były zapewne szokiem. Wirus przypomina: granice istnieją i mają się dobrze.

Obawiam się też, że wirus szybko przypomni nam jeszcze inną starą prawdę, jak bardzo nie jesteśmy sobie równi. Jedni z nas wylecą prywatnymi samolotami do domu na wyspie lub w leśnym odosobnieniu, a inni zostaną w miastach, żeby obsługiwać elektrownie i wodociągi. Jeszcze inni będą ryzykować zdrowie, pracując w sklepach i szpitalach. Jedni dorobią się na epidemii, inni stracą dorobek swojego życia. Kryzys, jaki nadchodzi, zapewne podważy te zasady, które wydawały się nam stabilne; wiele państw nie poradzi sobie z nim i w obliczu ich dekompozycji obudzą się nowe porządki, jak to często bywa po kryzysach. Siedzimy w domu, czytamy książki i oglądamy seriale, ale w rzeczywistości przygotowujemy się do wielkiej bitwy o nową rzeczywistość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powoli rozumiejąc, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem. Sytuacja przymusowej kwarantanny i skoszarowania rodziny w domu może uświadomić nam to, do czego wcale nie chcielibyśmy się przyznać: że rodzina nas męczy, że więzi małżeńskie dawno już zetlały. Nasze dzieci wyjdą z kwarantanny uzależnione od internetu, a wielu z nas uświadomi sobie bezsens i jałowość sytuacji, w której mechanicznie i siłą inercji tkwi. A co, jeśli wzrośnie nam liczba zabójstw, samobójstw i chorób psychicznych?

Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas.

Nadchodzą nowe czasy.

https://twitter.com/tokarczuk_olga
https://www.facebook.com/OlgaTokarczukProfil/posts/2716151888513431?__tn__=-R

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #26 dnia: Sierpień 06, 2020, 22:39 »
Covid-srovid, czyli epidemia w kraju, w którym nie ufa się władzy, a opinie na temat wirusa kelnera i profesora medycyny ważą tyle samo
Dorota Abramowicz 6 sierpnia

Dlaczego dla wielu rodaków informacje o zagrożeniu Covid-19 są bajką, wciskaną nam przez władzę i rzekomych ekspertów? Co mają ze sobą wspólnego osoby negujące istnienie koronawirusa, antyszczepionkowcy i zwolennicy teorii spiskowych? Czy jest szansa, by osoby negujące rozwijającą się w kraju epidemię i lekceważące nakazy i zakazy zmieniły poglądy? I dlaczego nawet bardzo inteligentni ludzie są przekonani, że za pandemią stoi Bill Gates? - Inteligencja nie jest wystarczającym regulatorem, który mógłby pomóc przeciwstawić się tej swoistej infodemii. Bywa, że skłonność do analitycznego myślenia wręcz pogłębia problem. Ludzie zamiast weryfikować swoje poglądy, racjonalizują je. Jeśli jakiś temat jest wrażliwy społecznie, traktowany jako polityczny albo spostrzegany jako ideologiczny, inteligencja przestaje odgrywać znaczenie w twardej ocenie faktów, utrudnia racjonalny osąd, a wręcz staje się „pałką” do bicia przeciwnika o innych poglądach - mówi prof. Marcin Szulc z Zakładu Psychologii Osobowości i Psychologii Sądowej Instytutu Psychologii Uniwersytetu Gdańskiego.

W czasie, gdy codziennie pada kolejny rekord zakażeń w Polsce, na mszy w małym miasteczku na Podlasiu 98 procent wiernych  modli się bez maseczek, a ksiądz pytany, czy nie obawia się zagrożenia odpowiada: "wirus świrus, covid srovid". Dlaczego wielu Polaków tak naprawdę nie wierzy w koronawirusa?

Mam przeczucie, że jest to coś na kształt konfliktu cywilizacyjnego. Wirusa nie widać. Skoro ani my, ani nikt z naszych znajomych nie doświadczył takiego dramatu jak Włosi, to dlaczego mamy wierzyć, że on jest? Wiąże się to dodatkowo z niskim zaufaniem do władzy. Kościół, szczególnie w małych miejscowościach bywa jedyną poza szkołą instytucją kulturotwórczą. I niestety nie zawsze stoi po stronie nauki.

Od wieków po epokach głoszących siłę rozumu i nauki nastawał czas buntu wobec racjonalistycznego pojmowania świata. Może jesteśmy znów w momencie, kiedy "czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko"?

To bardzo ciekawa koncepcja. Jesteśmy na etapie kontestacji istniejącego porządku. W polityce pojawiają się partie, które głosząc tezy mocno kontrowersyjne, mają coraz większe poparcie. Jest to związane ze zmianami społeczno-kulturowymi, również widocznymi w mediach, mających także na te zmiany wpływ. W wyniku procesów społecznych i medialnych, wskutek których bierny odbiorca komunikatu otrzymał równocześnie możliwość bycia aktywnym jego nadawcą, ludzie łatwiej zaczęli sobie uświadamiać, że ich poglądy (nawet absurdalne) mogą podzielać inni. Taka uniwersalizacja daje poczucie siły, likwiduje poczucie osamotnienia i utwierdza we własnych przekonaniach nie mających oparcia w nauce. To właśnie na Facebooku są strony negujące istnienie koronawirusa lub lekceważące zagrożenie z nim związane. Ot, po prostu taka sobie kolejna grypka, a u niektórych osób nawet bezobjawowa. Można tam przeczytać niezwykłe, często groteskowe wypowiedzi, które wiąże jednak pewna wspólna cecha. Osoby wątpiące w istnienie COVID-19, czy też ryzyko związane z zakażeniem, równie często deklarują także niechęć wobec szczepień, przekonanie o szkodliwości 5G oraz, że lekarze sprzedali się koncernom farmaceutycznym.

Dlaczego bardziej ufamy opinii urzędnika, kelnera czy aktora, niż ekspertom?

Być może dlatego, że ekspert przestał być kimś, kim jeszcze do niedawna był, czyli autorytetem. Co gorsza, na razie nic nie wskazuje, żeby coś miało się zmienić. Ten problem to tylko fragment szerszego kontekstu, jakim jest ogólny kryzys zaufania do instytucji, różnych organizacji i władzy. Ludzie dziś częściej ufają tym, którzy raczej podważają status quo, a nie go utrzymują. Jesteśmy wręcz świadkami desakralizacji autorytetów. Ekspert coś napisze, a ja mogę - nawet nie ujawniając nazwiska - przywalić mu w komentarzu.

Przekonanie, że oto moje zdanie na temat wirusa waży tyle samo co zdanie profesora medycyny, desakralizuje autorytet i pokazuje, że w mediach społecznościowych jesteśmy sobie równi. Dodajmy do tego specyfikę tych mediów, które posługując się algorytmem proponowania nam treści, z którymi się zgadzamy, zapędzają nas do zagród zwanych bańkami informacyjnymi. Kisimy się we własnym sosie, pogłębiając przepaść między nami, a tymi, którzy mają odmienne poglądy.

Jest to zjawisko bardzo niebezpieczne, bo tworzy w nas przekonanie o rzeczywistości, która wcale nie musi odzwierciedlać prawdy. Może na przykład powodować przecenianie wystąpienia zagrożeń ze strony różnych grup, czy sytuacji, albo odwrotnie – niedocenianie ich, jak ma to miejsce w przypadku koronawirusa.

Kim są niedowiarkowie?

Cechuje ich pewien określony sposób myślenia. Jedną z cech charakterystycznych osoby wierzącej w teorie spiskowe jest poczucie wyjątkowości, przekonanie, że widzi się więcej, niż widzą inni. Michael Barkun wyróżnia trzy cechy myślenia spiskowego: wiara, że nic nie dzieje się przez przypadek (wszystkie wydarzenia zostały świadomie zaplanowane), nic nie jest tym, na co wygląda (wszystko jest mistyfikacją, a spiskowcy próbują ukryć się pod płaszczykiem najprostszych wyjaśnień, np. pożar w katedrze Notre Dame nie może być wynikiem przypadkowego zaprószenia ognia)  i wreszcie w związku z tym, że nic się nie dzieje przez przypadek, trzeba ciągle szukać ukrytych połączeń i tajnych związków. Poszukiwanie takich związków łatwo przychodzi, zwłaszcza wtedy, gdy sami eksperci wyrażają odmienne opinie na jakiś temat. Bywa, że także specjaliści wywołują chaos (na szczęście to pojedyncze przypadki), brnąc w ezoterykę, ignorując dowody naukowe i głosząc teorie, które wprawiają w zakłopotanie naukowców i władze uczelni, z którymi są związani. To również podważa zaufanie do naukowego konsensusu w kwestiach już rozstrzygniętych. Daleko nie szukając - Linus Pauling, wybitny uczony, podwójny noblista, zaliczony przez magazyn „New Scientist” do grona 20 naukowców wszechczasów, w pewnym momencie życia zaczął głosić kontrowersyjne poglądy na temat cudownego wpływu witaminy C na zdrowie, zwłaszcza w kontekście leczenia raka.

Dlaczego ludzie nauki od niej odchodzą?

Mogą to być powody finansowe, ambicjonalne - w branży naukowej ludzie też chcą zaistnieć, a konkurencja jest ogromna, więc czasem szukają alternatywnej drogi. Narażają się na ostracyzm środowiska, ale zyskują popularność. Guru antyszczepionkowców, Andrew Wakefield celowo manipulował danymi, by potwierdzić swe hipotezy, ale mimo wycofania artykułu z pisma "Lancet", jest on nadal przywoływany przez przeciwników szczepień.

Naukowcy także popełniają błędy.

Chciałbym zostać dobrze zrozumiany. Nie twierdzę, że nauka się nigdy nie myli, ale w mojej ocenie to jedyna droga do poznania prawdy, nie dostrzegam alternatywy. Bywa, że błędne przekonania zwolenników spiskowych teorii mają swoje źródło nie złych intencjach czy szkodliwych ideologiach, lecz w niewiedzy. Wszak nie wszyscy nasi koledzy ze szkoły byli orłami. Zatem konieczna jest próba zrozumienia wątpliwości oponentów i rzetelne wyjaśnienia ich wątpliwości.  Dlatego tak bardzo ważna jest tu uczciwość badaczy i trzymanie się rzetelnej metodologii badań.

A  może autorytety nie potrafią zrozumiale przekazać ludziom wiedzy?

Racja, kolejnym problemem jest naukowy język. Badacze często wypowiadają się w sposób hermetyczny, ale i ostrożny (to jest oczywiście konieczne), co utrudnia komunikację z osobami nieprzygotowanymi do dyskusji naukowej. Jednocześnie ludzie potrzebują jasnej odpowiedzi na pytania typu: czy noszenie maseczek jest szkodliwe, czy pożyteczne? Tu ogromną nadzieję pokładam w popularyzatorach nauki. Poza tym konkluzje z badań bywają dość niewygodne, bo zmuszają nas do myślenia i samoograniczeń, a tego bardzo nie lubimy. Trzeba byłoby np. zrezygnować z jednorazowych opakowań, oszczędzać wodę, szanować własne dzieci, albo nosić te niewygodne maseczki lub powstrzymać się przed udziałem w masowych imprezach w czasie pandemii.

Zauważył pan, że często negowaniu doniesień naukowych towarzyszy szukanie winnych?

Zabawne, że na początku pandemii dominowała spiskowa teoria, głosząca, że wirus którego główne epicentrum znajdowało się w Chinach, to tajna broń Donalda Trumpa wymierzona w chińską gospodarkę. Po dotarciu wirusa do USA i hekatombie, którą tam spowodował, narracja spiskowa uległa zmianie – wirus wymknął się Chińczykom z tajnego laboratorium, żeby uderzyć w Amerykanów. Zresztą obie te koncepcje są aktualne do dziś.

Skąd biorą się teorie spiskowe?

Jest kilka powodów. Spiskowym teoriom sprzyja radykalizm polityczny, i to po każdej ze stron. Jan Willem van Prooijen wraz z zespołem badawczym udowodnił, że liberałowie częściej są przekonani, że media i partie polityczne są na usługach kapitalistów i korporacji. Z kolei konserwatyści sądzą, że media i partie polityczne służą liberalnym elitom i naukowcom, którzy coś „dłubią” w swoich laboratoriach, a ich wnioski są mętne lub, o zgrozo, sprzeczne.

A to nieprawda?

Rzeczywiście tak jest.

Tym różni się nauka od sekty, że nie daje prostych odpowiedzi na trudne pytania. Zmuszeni jesteśmy niuansować nasze refleksje, zgodnie z przestrogą Alberta Einsteina, że wszystko należy upraszczać, lecz nie bardziej niż jest to konieczne. Liberałowie mogą twierdzić, że koronawirus ogranicza ich wolność i prawa obywatelskie, służy władzy do nakładania kagańca, zaś radykałowie uznają, że to spisek naukowców z siłami lewicowymi, które dążą do ograniczenia populacji albo zastraszania ludzi „wymyślonym wirusem”, żeby trzymać ich w ryzach.

Wierze w teorie spiskowe sprzyja także  potrzeba unikatowości. Im dana teoria miała mniejsze poparcie społeczne, tym większym uznaniem cieszyła się w oczach osoby mającej skłonność do wiary w takie koncepcje. Jedne z bardziej egzotycznych teorii głosiły, że za koronawirusa odpowiada rodzina Rotschildów, która w ten sposób chce wprowadzić komunizm na świecie, albo że to Bill Gates ma plan wczepienia ludziom implantów, by przejąć władzę nad światem...

Wie pan, że słyszałam coś takiego z ust bardzo inteligentnych ludzi?

Inteligencja nie jest wystarczającym regulatorem, który mógłby pomóc przeciwstawić się tej swoistej infodemii. Bywa, że skłonność do analitycznego myślenia wręcz pogłębia problem. Ludzie zamiast weryfikować swoje poglądy, racjonalizują je. Tutaj dochodzimy też do kwestii wykształcenia. Generalnie osoby lepiej wyedukowane są bardziej skłonne do analitycznego i krytycznego myślenia, ale nie musi to być regułą. Jeśli jakiś temat jest wrażliwy społecznie, traktowany jako polityczny albo spostrzegany jako ideologiczny, inteligencja przestaje odgrywać znaczenie w twardej ocenie faktów, utrudnia racjonalny osąd, a wręcz staje się „pałką” do bicia przeciwnika o innych poglądach.

Dlaczego teorie te są dziś tak powszechne?

Wynika to z braku poczucia kontroli nad sytuacją. Polskie społeczeństwo cechuje niskie zaufanie do instytucji, ale także do  innych ludzi. Wiara w globalne spiski związana jest z anomią i niepewnością, zwłaszcza w grupach słabszych społecznie, nieuprzywilejowanych. Ten problem jest oczywiście szerszy i wiąże się z rozwarstwieniem społecznym, którego najbardziej  wyraźnym wskaźnikiem jest rozwarstwienie dochodowe. W Polsce Wskaźnik Nierówności Społecznej jest znacznie powyżej średniej europejskiej.

W jaki sposób ufać władzy, która z jednej strony robi całkowity lockdown spowodowany zagrożeniem epidemiologicznym, bezwzględnie egzekwuje prawo, używając nieadekwatnych, surowych, horrendalnych, niezgodnych z prawem kar, gdy za chwilę ta sama władza w sposób nonszalancki ogłasza, że zagrożenie minęło i zachęca osoby starsze, szczególnie narażone na ryzyko, do wzięcia udziału w wyborach? To w końcu jest ten wirus, czy go nie ma? A może nie był taki straszny, jak o tym mówili? Pytania pojawiają się naturalnie, stajemy się podejrzliwi i przesądni, więc szukamy odpowiedzi.

A dziś paradoksalnie łatwo je znaleźć w Internecie, postrzeganym jako pozornie wolne i niezależne medium. Teorie spiskowe dostarczają satysfakcjonujących wyjaśnień, są wewnętrznie spójne i pozwalają wyjaśnić to, co dzieje się na świecie w obliczu niepewności. Gdy oficjalne wyjaśnienia są niejasne i niespójne, te są zrozumiałe i przede wszystkim dostępne.

Nieufność jest tarczą, która pozwala nam zmierzyć się z niespotykaną od dawna katastrofą epidemiologiczną?

Charakterystyczną cechą człowieka jest skłonność do uprzedzeń negatywnych i wykrywanie intencjonalności. Negatywne zdarzenia częściej uznajemy za przejaw działania innych ludzi, niż przypadku. Stąd przekonanie o wyprodukowaniu wirusa w tajnym laboratorium, czego wprawdzie nie potwierdzają naukowcy, ale jak wiadomo oni też są przecież „na usługach”. Mamy też skłonność do przypisywania sprawstwa różnym zdarzeniom. Świat składa się z sojuszników i wrogów, zatem należy rozpoznać „swojego” i „obcego”. Ryzykownie byłoby szastać własnym zdrowiem, a niektóre błędy bywają bardziej kosztowne niż inne. Dobór naturalny sprzyjał przezornym, preferując osobniki, które popełniały błędy mniej kosztowne. Jeśli wirus jest wymysłem, albo nie jest tak groźny jak mówiono, to po co siedzieć w domu? Trzeba żyć i zarabiać. Ale co, jeśli jest zagrożeniem śmiertelnym? W tej kwestii statystyki nie pozostawiają wątpliwości. Chyba, że uznamy, że są przekłamane, bo „wiadomo kto je tam robi”.

Czy tylko zetknięcie się sceptyka z koronawirusem doprowadzi do zmiany poglądów?

Nawet doświadczenie choroby może być interpretowane na różne sposoby. Nie wiem, czy jest jedna recepta na przekonanie człowieka do określonego sposobu myślenia. Jednym ze znanych w psychologii  błędów poznawczych jest efekt potwierdzenia (błąd konfirmacji). Preferujemy  informacje, które potwierdzają to, co już wiemy na dany temat, niezależnie od faktów. Błąd konfirmacji, od którego nie są wolni także naukowcy, prowadzi do lekceważenia dowodów, by chronić własne zapatrywania - wierzenia religijne, poglądy polityczne oraz osobiste przekonania. Jeśli dwadzieścia badań mówi, że COVID -19 nie jest zwykłą grypą, lecz niebezpiecznym śmiercionośnym wirusem, ale jedno przedstawia konkluzje zgoła odmienne, osoba taka będzie uporczywie powoływać się na ten właśnie artykuł, gdyż on jest zgodny z jej poglądami.

Brzmi to groźnie w sytuacji, gdy poglądy negujące zagrożenie Covid-19 mogą wpływać na bezpieczeństwo zdrowotne tysięcy ludzi.

Zmiana poglądów to proces. Do tego potrzebny jest wzrost zaufania do władzy, aby to co mówi, było respektowane. Takiej władzy, która powie: macie prawo nie bać się wirusa, ale musicie rozważyć odczucia waszych bliskich, sąsiadów, innych obywateli i przestrzegać obowiązujące rygory, gdyż samoograniczanie się jest konieczne dla dobra nas wszystkich. Przy okazji będzie faktycznie troszczyć się o obywateli, a nie tylko mówić o tym, że się troszczy. Szczerze mówiąc jestem pesymistą, bo jak dotąd żadnej władzy w Polsce nie udało się zbudować takiego zaufania.

Jest więc sens dyskutować?

A jaki mamy wybór? Jestem zwolennikiem dyskusji na argumenty, a nie na emocje. Uważam jednak, że nie należy polemizować w Internecie. Z moich obserwacji wynika, że media społecznościowe zdecydowanie nie sprzyjają dialogowi. Jeden trzy razy pomyśli, zanim coś napisze, ale inni uznają ten wpis za wojnę ideologiczną. Wchodzimy w narrację polityczną, w dominujące w wielu przekonanie, że przez lata byli oszukiwani przez władzę. Czy zatem jest na to rada? Czy żeglujemy na wzburzonym oceanie dezinformacji jedynie w małej łódeczce własnego rozsądku i logiki? Profesor Dan Kahan uważa, że szansą odnalezienia się w obecnej rzeczywistości i nabycia odporności na uprzedzenia jest rozwijanie w sobie naukowej ciekawości. Dodajmy, że wykształcenie i inteligencja są czymś innym, niż naukowa ciekawość i nie muszą wiązać się z pasją odkrywania świata. W badaniach Kahana osoby, które cechowała naukowa ciekawość, sięgały po wiadomości, które mogły rzucić nowe światło na ich opinie, a nie po te, które potwierdzały ich światopogląd.  Żeby jednak  rozwinąć w dzieciach rozumowanie naukowe bez uprzedzeń i ideologicznych ograniczeń,  konieczna jest całkowita zmiana myślenia o edukacji, głównie przez osoby decydujące o jej kształcie. Cóż, złośliwi mówią, że frak dobrze leży dopiero w czwartym pokoleniu, zatem poczekajmy.

Przekonamy naszą rozmową choć kilka osób?

Bardziej liczę się z tym, że już startują hejty na opłacanego przez koncerny farmaceutyczne i możnowładców psychologa, który comiesięczne środki na życie otrzymuje w szeklach od Sorosa.


https://polskatimes.pl/covidsrovid-czyli-epidemia-w-kraju-w-ktorym-nie-ufa-sie-wladzy-a-opinie-na-temat-wirusa-kelnera-i-profesora-medycyny-waza-tyle/ar/c1-15114332

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #27 dnia: Sierpień 13, 2020, 23:35 »
Coronavirus in Context: CDC Director Discusses Next Steps in the War Against COVID

JOHN WHYTE: You're watching Coronavirus in Context. I'm Dr. John Whyte, chief medical officer at WebMD. Today, I'm joined by Dr. Robert Redfield, the director of the Centers for Disease Control and Prevention. Dr. Redfield, thanks for joining me.

ROBERT REDFIELD: Great to be here. Thanks for having me.

JOHN WHYTE: You're a virologist by training. What has surprised you about this novel coronavirus?

ROBERT REDFIELD: Well, you know, I think that it's important that we don't really know this virus very well. We just got introduced about seven months ago. I think the things that surprised us the most-- me the most-- was how infectious this virus is. You know, when we saw that it was a coronavirus, I think we were thinking it was going to be more like SARS or MERS.

Or even with the first cases we identified in the US, the first 12 cases that we did contact tracing in over 850 people, we only found two of those contacts, who were infected both spouses. So we-- we had a view that this virus was probably going to be more like MERS and SARS, but we rapidly understood that this is a highly infectious disease.

And I think that's probably the first thing that surprised us. And the second thing is that, probably for a majority of individuals under the age of 50, it's disproportionately asymptomatic. And I think those were the two things that we learned. I wish we had been invited in early. I had asked my counterpart George Gao, you know, to have us come join in back on January 3, to put CDC in to work alongside him, to try to understand the outbreak as it was unfolding in Wuhan.

You know, I think if we had been able to get in at that time, we probably would've learned quicker than we learned here that, in fact, it is highly infectious and two, that asymptomatic disease is going to be a critical hallmark of this infection.

JOHN WHYTE: While we're at 5 million cases. But as you know, to put it in perspective for our listeners, we're at 4 million cases roughly, you know, three weeks ago. So the trajectory in terms of the number of new cases is higher than we would like. How do you think we got to 5 million?

Is it people aren't doing the safeguards that they need to be doing? Are people not taking it seriously? I was told you're in one of the old war rooms in the old executive office building. How are we doing in this war against COVID 19?

ROBERT REDFIELD: Well, I think you're right. It is a war. I think the first thing that I'd like to say is that we're pretty confident that this virus slowly entered the United States in late January and February. And there wasn't extensive infection throughout February. We have about five different lines of evidence to support that conclusion that we've published.

But clearly in March, there started to be more introduction, particularly from Europe and basically ceded large parts of the United States. When we looked at March, April, and May, we had about 2 million infections that were diagnosed, as you alluded to. What's interesting, we went back and do antibody testing during that period.

We actually had evidence that, for every one case that was diagnosed, there was actually 10 more infections. Probably in those first three months, we actually had 20 million people in. But if you divide 20 million by 90 days, you can see that we're looking at probably over 200,000 infections a day even though we were only recognizing 10,000 or 15,000.

JOHN WHYTE: Dr. Redfield, we're over 160,000 deaths in the United States so far. Do you expect COVID to be a leading cause of death by the end of the year?

ROBERT REDFIELD: You know, John, I think it's-- it's clearly going to be one of them. If you looked back and used our surveillance systems that we have-- and we have one that looks death by pneumonia. And we had either pneumonia, influenza like illness, or COVID like illness. And they really all probably represented COVID.

At one point in time in April, early May, 27% of all deaths in the United States was caused by pneumonia, influenza, or a COVID like. So clearly-- and I can show you the curve-- a huge spike when this outbreak hit New York and then the follow up deaths. So it's clearly going to be a major cause of death in the United States.

Luckily, the mortality is improving really for two reasons. One is we're recognizing more infections, so the denominator is different. But also we really are getting better as physicians and managing these patients. Good recognition of the hypercoagulable state. The importance of anticoagulation. The recognition that steroids has a role in advanced disease.

The earlier ability to use remdesivir. So the mortality, I think, continues to decline.

JOHN WHYTE: Yeah. We've also changed ventilator protocols as well. We're not treating it as much as the.

ROBERT REDFIELD: Very important, that the agent in ventilator protocols, as you know. And I think we've learned a lot in escalations-- I'm an internist too-- and how to manage these patients. And hopefully, we'll see on the horizon not too distant-- we'll see additional new therapeutics come into add to the armamentarium that clinicians have.

So-- and eventually this virus is going to have its day. It's either going to infect a majority of the global population, or we're going to have a biological countermeasure, that's going to be an effective vaccine, that's going to prevent it from affecting [INAUDIBLE].

JOHN WHYTE: [? We only hope. ?] Let's talk about vaccines. But first I want to talk about the flu vaccine. And you've been talking about and cautioning how important it is, especially this year, to get the flu vaccine as we fight COVID. Last year, you know, roughly not even 50% of those that should I've gotten the flu vaccine received it.

How do you think we're going to do better this year? And remind viewers why it's so important this year.

ROBERT REDFIELD: You know, it is really important. And I've said if there's one thing we all can do besides the importance of wearing a mask, social distancing, hand washing, and be smart about gatherings-- that basically ultimately prepare ourselves, for the fall, to get the flu vaccine. As you mentioned, about 47% people got the flu vaccine.

JOHN WHYTE: CDC often recommends the goal is 60% to 70%.

ROBERT REDFIELD: That's right. Yeah, my goal this year was to get it up to 65%. And I think one of the messages we're trying to do is that really switch it from the anti vax or vaccine hesitancy that the campaign of to vaccinate with confidence. You know, and trying to tell the American public, please don't leave this important accomplishment of American medicine on the shelf for yourself, your family, your church, your-- your workforce.

By getting vaccinated, you can protect your children. Clearly, when we look at the mortality that we see with flu, one thing is for certain. The kids who get vaccinated, they basically get protected against death. It also has an impact on the rest of us in terms of severity of illness and hospitalization.

Some people don't realize. In the last 10 years, 360,000 people died in this country from flu. Flu is a major cause of death. We have a biological countermeasure and a vaccine, and we do have treatment. And this is the year I'm asking people to really think deep down about getting the flu vaccine.

We've worked with industry. Industry is plussing up the amount of vaccine they're going to make available. So probably over close to 100 million doses this year. 190 million doses. The CDC and myself, we've purchased an extra 10 million doses. Normally, we only purchase about 500,000 doses for uninsured adults to give to the States.

This year, I've purchase 10 million doses for uninsured adults of the States to make sure States can get this flu vaccine now. And the real reason is we're going to have COVID in the fall, and we're going to have flu in the fall. And either one of those by themselves can stress certain hospital systems.

I've seen hospital intensive care units stretch by a severe flu season, and clearly, we've all seen it recently with COVID. So by getting that flu vaccine, you may be able to then negate the necessity to have to take up a hospital bed. And then that hospital bed can be more available for those that potentially get hospitalized for COVID.

JOHN WHYTE: Let's talk about the COVID vaccine. How optimistic are you that we'll see a vaccine early next year? And can you give us a better sense of time frame? As you know, Russia announced today, Sputnik V, their vaccine is approved while they're still in phase two. So how realistic is it that we're going to have something January, February? Or are we thinking more later first quarter?

ROBERT REDFIELD: I'm very cautiously optimistic that we're going to have one or more vaccines deployed before the first of the year. Right now, this operation work speed-- I'm on the board of it. I've been in vaccine development all my life. And the [INAUDIBLE] plus years I've spent in the military at Walter Reed and then at the University of Maryland, I've never seen vaccine development move like this.

There's actually a very effective private public partnership with the private sector. And there's six vaccines now that are moving forward extremely rapidly. Three of which now are already in phase III trials. And I suspect there'll be a fourth. So very optimistic that we're going to have one or more vaccines available.

I want people to realize, since we're going so fast, some people worry about we're cutting corners. And really there's no scientific integrity to cut-- corners being cut. There's no corner cut for safety. The corner that we're cutting is the investment in being able to make the vaccine. So when companies are ready for phase III trials, the US government started production of 100 million doses of the vaccine, as if it was going to work.

JOHN WHYTE: But in fairness and timelines, we're in August. You know, some of the industry had 5,000. They still need 25,000 more participants to, you know, reach their phase III [INAUDIBLE]. People still have to catch the virus, right? And then we have a control group that we have to compare to.

So the timeline is pretty compressed if we're thinking of something by the end of the year. Isn't that right? Early next year and then it still has to be reviewed.

ROBERT REDFIELD: Very quickly, if there's any light to the fact of the sudden surge and the challenge of all the new cases we're having is, you know, a number of the trial sites are up and running. They started two weeks ago. They're enrolling very rapidly. I do think they'll all have their enrollment done between now and the end of September. And, uh-- and then we'll see what the data shows.

The other thing I want to say that's so different and so important here is, unlike the trials that you may have been involved with, and I know I was involved with, we're not excluding the elderly.

JOHN WHYTE: That's right.

ROBERT REDFIELD: So you can actually get in the trial if you're 65 or 70-year-olds. We're not excluding people with diabetes, and obesity, and heart disease, which normally don't get in trial. We're not excluding pregnancy. So the high risk individuals, that we're hoping this vaccine is used for, are being included in these phase III trials, so we can determine whether it's potentially going to have a immunogenicity and safety in the population at most risk. Because that's really where we want to get this vaccine as quick as possible.

JOHN WHYTE: My understanding was that there aren't anyone enrolled under age 18. Is that right?

ROBERT REDFIELD: You're right [? there. ?] The current trials have not included children. That doesn't mean there's not going to be companion trials. But now all the trials over 18. But unlike many of them that I've been involved in the past that don't enroll people over the age 45, this one's enrolling people all the way up to over 70. Same with multiple medical illnesses.

So they'll have to be follow-up trials for children under the age of 18, but clearly, there's a comprehensive trial right now that will accommodate the people that are either most at risk because of comorbidities and age or are most at risk because of their jobs. You know, there are physicians, nurses, intensivists, et cetera.

JOHN WHYTE: What does Thanksgiving look like this year, Dr. Redfield?

ROBERT REDFIELD: Well, I pray it is a moment of Thanksgiving. You know-- you know, this whole thing started for me on New Year's Eve. And I can say it's been-- it's just been all hands on deck since then when I got my first call about the new mysterious pneumonia in China on December 31.

Clearly, it's almost a tale of two cities. If the American public will really take to heart what I've asked, wear a mask, the social distance, to use great hand-- hand hygiene, and to be smart about crowds, and we all do that. And I keep telling people, I'm not asking some of America to do it. We all got to do it. This is one of those interventions that got to be 95%, 96%, 97%, 98%, 99%, if it's going to work for us.

JOHN WHYTE: Why can't we get people to wear masks? It seems like a small price.

ROBERT REDFIELD: Well, we got to keep trying. We've got to keep trying. You know, I was-- it's interesting. It's very different in different cities. You know, I was recently in an area where I-- you know, three, four, five-year-olds were all wearing their masks. Every-- all the parents. I didn't see anybody without a mask.

But I've been in other areas where it's the opposite. We really do need to get the mask really does work. It's really important. So when you ask me what Thanksgiving's going to be like, I think it's just dependent upon how the American people choose to respond. We're going to continue to try to do what we can to be effective.

In-- in speaking, I've said before, when John Kennedy said, "don't ask what your country can do. Ask for what you can do for your country." Kind of try to paraphrase that. For your country right now and for the war that we're in against COVID, I'm asking you to do four simple things. Wear a mask, social distance, wash your hands, and be smart about crowds.

You do those four things, it will bring this outbreak down. But if we don't do that, as I said last April, this could be the worst fall from a public health perspective, we've ever had.

JOHN WHYTE: Tell us what you miss, Dr. Redfield. Is it you miss traveling? How has this impacted you personally?

ROBERT REDFIELD: Well, first, when I decided to accept the opportunity to be the CDC director, I had to give up something that I really love dearly, and that's the practice of medicine. I've cared for with some of my patients with HIV for more than 25 years. In a way, I'm looking forward to, when my tour of duty is over, get back to the practice of medicine, because I truly love practicing medicine.

At CDC, I think what's really is the intensity of what we're doing. You know, love someone like yourself to get into the agency and see how much is going on. I mean, there are thousands and thousands of people working 24/7 on this pandemic. And the fact is that really all of our focus is on this pandemic right now.

I have other important initiatives. Ending the AIDS epidemic in America, that the president started, that we're still committed to, you know. But obviously, some of that effort gets sidetracked. Getting tobacco use in children. All the progress we've made with these cigarettes. Want to get that back on.

Making progress on maternal mortality. You know, there's no reason why 700 to 800 mothers have to die in this country every year giving birth to babies.

JOHN WHYTE: Women of color particularly.

ROBERT REDFIELD: That's right. And the progress that we're trying to make in getting people treated for hepatitis C, virus with diabetes. So there's a lot of programs. And when you look at the collateral damage of the COVID, it is that we've all had to turn our focus disproportionately.

I tell my colleagues at CDC, please, you know, do the extra effort to keep the main programs you're doing moving forward, which is not a time to lose ground. You know, I think the last seven months have been just, just as you said before, we're kind of in a war. I will say we're in a war.

And I hope people realize, and one of the things I recognized when I became the director, we really haven't invested, in this nation, in the core capabilities of public health. It's always been something we left, you know, for leftovers. And hopefully, I've tried to make the argument. Now is the time to invest in public health.

Data, data analytics, predictive data analysis, laboratory resilience in our public health labs, public health workforce. You know, we have some states that we're down to less than 40, 30, 20 contact tracers. And then, of course, we need to have the emergency resources to operationalize that with a global footprint, and hopefully pick these things up where they start, and to put them out before they become here.

That's one of my hopes that we'll take from this is that people now realize that public health matters. This nation is going to spend somewhere between $3, 4, 5, 6, 7 trillion in responding to this pandemic. And I do think if-- if-- if we could make that investment in those core capabilities, data lab people. And make sure we do it for the whole nation.

I think many people may not realize CDC is the background funding for the public health infrastructure of every city and every state in this nation. We need to over-invest. Get over-prepared. I will say that-- that in four or five decades of investment when this-- when the big one came.

And this is not a minor one. This is the greatest public health crisis that hit this nation in a century. That we were under-prepared. And we need to owe it to our children and grandchildren that this nation is never under-prepared again for a public health crisis.

JOHN WHYTE: Well, Dr. Redfield, I want to thank you and all of your colleagues at CDC for working tirelessly to protect us, you know, during this time of the pandemic. And I hope we can check in with you to discuss some of those other priorities, that that CDC is working on, to really protect and advance the health of Americans. And as you said, really refocus and invest in public health and public health strategies. Thank you.

ROBERT REDFIELD: Thank you very much. We look forward to that. God bless.


https://www.webmd.com/coronavirus-in-context/video/robert-redfield

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #28 dnia: Sierpień 19, 2020, 21:30 »
Covid-19: Zanny Minton Beddoes interviews Bill Gates
882 wyświetlenia•19 sie 2020
https://www.youtube.com/watch?v=m7StkvQ7kos&feature=emb_title

The covid-19 pandemic will be over by the end of 2021, says Bill Gates
Aug 18th 2020

But millions of deaths are yet to come in poor countries

MILLIONS MORE are going to die before the covid-19 pandemic is over. That is the stark message of Bill Gates, a co-founder of Microsoft and one of the world’s largest philanthropists via the Bill & Melinda Gates Foundation, in an interview with Zanny Minton Beddoes, The Economist’s editor-in-chief, in early August. Most of these deaths, he said, would be caused not by the disease itself, but by the further strain on health-care systems and economies that were already struggling. He also lamented the politicisation of the response to the virus in America, and the spread of conspiracy theories—some implicating him—both of which have slowed efforts to contain the disease’s spread. But he offered reasons for hope in the medium term, predicting that by the end of 2021 a reasonably effective vaccine would be in mass production, and a large enough share of the world’s population would be immunised to halt the pandemic in its tracks.

Mr Gates had spent much of his time thinking about viruses, and vaccines, well before the novel coronavirus was first detected in Wuhan in the Chinese province of Hubei late last year. The Gates Foundation is central to the global alliance trying to eradicate polio by vaccinating everyone and to ease the burden of malaria and find a vaccine against it. It is several years since he warned that a new disease causing a global pandemic was a matter of if, not when, and called for the world to hold “Germ Games” along the lines of the wargames carried out by armies. The foundation has already pledged more than $350m to the covid-19 pandemic response, much of which is focused on reducing its impact in the developing world. But more is needed. “We all need to spend billions to get the vaccine out to save the trillions that the economic damage is doing,” he says.

Patchy data make it hard to assess the true extent of the damage in many poor countries. By August 17th the Africa Centres for Disease Control and Prevention, a public-health body, had recorded over 1m cases and over 25,000 covid-19 deaths in Africa. In India, almost 52,000 are recorded to have died from the disease. The true number in both places is probably much higher. But the coronavirus is not the only deadly force at play in the pandemic-struck developing world. The millions of deaths that Mr Gates predicts will be caused not only directly by covid-19, but by the knock-on effects. Almost 90% will be indirect deaths, he says. Lockdowns will reduce access to immunisation and medicine for other diseases. Deaths from malaria and HIV will rise. Lower agricultural productivity will see hunger spread and education rates fall. When it comes to the fight against poverty, the virus could wipe out a decade of gains.

To mitigate that risk, Mr Gates is calling on rich countries to buy vaccines for poor ones. This is not entirely altruistic: if some countries remain reservoirs for the disease, it will continue to pop up again in others. If vaccines are priced high enough in rich countries to cover the fixed costs of production—clinical trials, building factories and so on—then the marginal cost of supplying poor countries would be relatively modest: of the order of $10bn-12bn in total. He sees the bulk of that money coming from America, which he also gives “by far the highest grade” on research and development for a vaccine, accounting for 80% of the global total. He hopes to see money pledged to buy vaccines for the poor world in Congress’s next supplemental spending bill.

Whether that happens depends on politics. Congressional negotiations on America’s next stimulus package have been stalled for weeks. The country’s stark political polarisation has complicated its response to the virus, introducing problems that other countries do not face. The simple act of wearing a mask has become a political statement, rather than a matter of seeking and then following expert advice, as is the case almost everywhere else. Depressingly, Mr Gates thinks that this cannot be undone, even if November’s election means a change of direction at the top. Once public trust is lost, and a policy has shifted from the realms of cost-benefit analyses into partisanship, it is not easy to reverse. Under a Joe Biden presidency, Mr Gates thinks, refusing to wear a mask might become a way for supporters of Donald Trump to signal their anger and resistance.

Lack of leadership in America has hampered the response to the pandemic outside the country’s borders, too. The world’s sole superpower has long taken the lead on global public-health efforts, and without it, consensus is that much harder to forge. And the mood in many countries is one of retreat from multilateralism and co-operation via international institutions. It is hard to see that trend reversing, since the disease is hitting government revenues hard everywhere. Generosity, no matter how beneficial for donor as well as recipient, is in short supply when budgets are being squeezed.

It is not enough for there to be a vaccine: people have to be willing to take it. And on this, too, Americans are lagging behind. A recent poll by Gallup found that one in three would not agree to receive an FDA-approved vaccine, even if it were free. But here the news is more favourable. The latest research, Mr Gates explained, suggests that the other coronaviruses in circulation, and partial immunity afforded by vaccines already in use for other diseases, already grant a measure of protection against covid-19. It is also not as contagious as some other diseases. The current best estimate is that 30-60% of the world’s population will need an effective vaccine in order to halt the pandemic. “Fortunately, this isn't measles. We don't need over 90% of people to take the vaccine.”

In 2000, when Mr Gates stepped down as Microsoft’s chief executive, the Gates Foundation launched GAVI, a global alliance for providing vaccines in poor countries. His involvement in vaccines for polio and measles have made him an expert in ensuring equitable distribution—especially in poor countries. And this is where Mr Gates’s outlook is most positive. He believes the covid-19 vaccine will be the fastest ever made. If it is ready for distribution in the time he predicts, it will be by far the quickest vaccine ever to come to market.

The world is on track to meet this target. More than 150 vaccines are being developed worldwide, with six in final, large-scale clinical trials. Mr Gates has already donated hundreds of millions to the cause. He is willing to donate a lot more. But money from private foundations has limits—governments have to take the lead, he thinks, both because it is their health-care infrastructure that will have to be used for distribution, and in order to gain public support and trust. So far they have pledged a mere $10bn or so to global efforts to manufacture and distribute vaccines. This is not enough.


https://www.economist.com/international/2020/08/18/the-covid-19-pandemic-will-be-over-by-the-end-of-2021-says-bill-gates

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/najnowsze-fakty/news-bill-gates-o-szczepionce-na-koronawirusa-zakonczy-pandemie,nId,4679000

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14365
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #29 dnia: Wrzesień 12, 2020, 23:57 »
Jesień epidemii będzie gorsza od wiosny. Pojawią się infekcje złożone, a chorzy zderzą się ze ścianą (1)
CEZARY PAKULSKI 7 WRZEŚNIA 2020

Przebieg COVID-19 w Polsce przeważnie jest łagodniejszy niż w innych krajach UE, a ciężkich płucnych postaci dużo mniej. Takiego obrazu pandemii można się u nas spodziewać jeszcze mniej więcej do połowy września. Później zapewne będzie gorzej

Dr hab. n. med. Cezary Pakulski – kierownik Kliniki Anestezjologii, Intensywnej Terapii i Medycyny Ratunkowej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. Lekarz kierujący oddziału intensywnej terapii Centrum Leczenia Urazów Wielonarządowych w SPSK nr 1 PUM w Szczecinie.

Kilka tysięcy zachorowań dziennie?

Od ponad miesiąca liczba nowo rozpoznanych zakażeń COVID-19 każdego dnia przekraczała 500 nowych przypadków. Liczba zakażeń spadła w ostatnich dwóch dniach, 7 września osiągając wartość najniższą od 20 lipca (302 zdiagnozowane zakażenia), ale najprawdopodobniej kwestią czasu jest osiągnięcie krytycznej wartości 1000 nowych zakażeń jednego dnia.

O powadze sytuacji niech świadczy fakt, że były Główny Inspektor Sanitarny (Marek Posobkiewicz – polityk PIS) przewiduje, że „dzienne liczby zakażeń koronawirusem mogą już niedługo sięgać kilku tysięcy, a skala problemu na jesieni będzie robiła wrażenie. Odzwierciedleniem powagi sytuacji będzie liczba zgonów oraz dostępność respiratorów dla osób w najcięższym stanie” (wypowiedź 23.08.2020 program „Gość Wydarzeń” Polsat News).

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy mamy do czynienia z drugą falą zakażeń, czy raczej jest to efekt nieodpowiedzialnego zachowania i nieodpowiedzialnych decyzji polityków. Decyzji o uwolnieniu wesel, o otwarciu stadionów i wcześniejszych wypowiedzi o pokonaniu pandemii w żaden sposób nie da się wytłumaczyć.

Dotychczasowe polskie doświadczenia wskazują, że o ile rzeczywista zachorowalność na COVID-19 jest zbliżona do tej obserwowanej w innych krajach Unii Europejskiej, to sam przebieg choroby przeważnie jest znacząco łagodniejszy, a częstość występowania ciężkich płucnych postaci dużo mniejsza.

Takiego obrazu pandemii w Polsce można się spodziewać mniej więcej do połowy września. Później zapewne będzie gorzej.

Pojawienie się dodatkowych zachorowań spowodowanych zakażeniem wirusami grypy i paragrypy będzie skutkowało gwałtownym wzrostem częstości hospitalizacji i izolacji (każda infekcja wirusowa do wykluczenia jej tła SARS-COV-2 będzie traktowana jako kolejne zachorowanie COVID-19).

Pojawią się superinfekcje

Pojawią się infekcje złożone, w których wirus grypy uszkadzając dolne drogi oddechowe ułatwi inwazję koronawirusom, ale również rozwój bakteryjnych nadkażeń płuc. Najcięższe postaci tych nadkażeń, określane potocznie terminem „superinfekcji”, będą prowadziły do zapaleń płuc powikłanych niewydolnością wielu narządów.

Czynnikiem sprawczym będą tu pneumokoki i pałeczki krztuśca, ale również wszystkie inne wysokooporne drobnoustroje kolonizujące oddziały szpitalne.

Zatem z punktu widzenia lekarza intensywisty wcale nie jest takie pewne, że najgorsze mamy już za sobą.

Ponownie powinniśmy zwrócić uwagę na

- posiadane kadry medyczne i możliwości ich uzupełnienia,
- na liczbę wolnych dla nowych przyjęć miejsc intensywnej terapii,
- liczbę respiratorów,
- punktów dostępu do tlenu, powietrza i próżni, zapasy ciekłego tlenu.

Jeszcze dwa tygodnie temu mogło się wydawać, że w przypadku pojawienia się natłoku chorych COVID-19 (np. 10-14 dni po rozpoczęciu roku szkolnego), łatwo będzie stworzyć dodatkowe łóżka izolacyjne w nowo tworzonych jednostkach jednoimiennych.

Po raczej niespodziewanej dezercji kierujących Ministerstwem Zdrowia i po przedstawieniu przez pana wiceministra Waldemara Kraskę przygotowanej właśnie przez tych odchodzących z Ministerstwa „strategii na jesień”, można naprawdę zacząć się bać.

Strategia smart, czyli POZ-y na front

Przedstawiona 3 września 2020 roku strategia w wersji „smart” tylko trochę ten strach pacyfikuje. Szpitale jednoimienne, które w niektórych regionach kraju już pękają w szwach, mają być częściowo likwidowane (pozostanie jeden szpital jednoimienny na dwa województwa), a

ciężar walki z koronawirusem ma zostać przesunięty na nieprzygotowane szpitale powiatowe i w części wciąż trudno dostępne dla swoich pacjentów praktyki Podstawowej Opieki Zdrowotnej.

Może dziwić, że „Wytyczne konsultanta krajowego w dziedzinie medycyny rodzinnej dotyczące teleporad w podstawowej opiece zdrowotnej udzielanych w czasie epidemii wywołanej wirusem SARS-CoV-2” z 14 sierpnia 2020 roku muszą przypominać, że „teleporada nie może być jedyną formą udzielania świadczeń w POZ”.

Wszystkie praktyki POZ muszą się otworzyć na pacjentów również w trybie kontaktu bezpośredniego i muszą być z tego trybu szczegółowo rozliczane. Upoważnienie jednostek POZ do zlecania wykonywania testów potwierdzających infekcję COVID-19 z automatycznym kierowaniem tych osób na kwarantannę to dobre posunięcie.

Czy tak samo dobrą propozycją jest zalecenie obowiązku osobistego kontaktu lekarza rodzinnego z chorym podejrzanym o COVID-19 przed zleceniem wykonania wymazu? Raczej nie.

Skoro przez pół roku Ministerstwo Zdrowia i NFZ same tolerowały, a wręcz promowały zasadę funkcjonowania POZ opartą o e-porady, e-skierowania i e-recepty, to nagła walka z telemedycyną przez wymaganie osobistego kontaktu lekarza POZ z chorym potencjalnie covidowym jest złym pomysłem.

W przypadku wypełnienia znamion prawdopodobnego zakażenia wirusem SARS-COV-2, skierowanie na wykonanie wymazu różnicującego rodzaj infekcji powinno mieć charakter elektronicznego i wystawionego w ramach e-porady.

W przeciwnym razie jednostki POZ staną się na długi czas zupełnie niedostępne dla potencjalnych pacjentów bez COVID-19.

Już 2 września 2020 roku „Porozumienie Zielonogórskie” wystąpiło do ministra zdrowia z apelem „o rozwagę i wspólne wypracowanie rozwiązań przy podejmowaniu decyzji związanych z opieką nad zakażonymi koronawirusem”.

Federacja ostrzegła, że „jeśli resort zdrowia przerzuci ciężar tej opieki na podstawową opiekę zdrowotną, dojdzie do załamania systemu, przychodnie POZ staną się wylęgarnią COVID-19, a starsi pracownicy (najbardziej zagrożeni infekcją) odejdą z pracy”.

Zdjęcie obowiązku osobistego kontaktu lekarzy POZ z chorym podejrzanym o COVID-19 przed zleceniem wykonania wymazu uczyniłoby ten i inne protesty bezzasadnymi.

Przez ostatnich 6 miesięcy pracownicy SANEPID-u, w swojej znacznej części bez zawodowego przygotowania medycznego, lepiej lub gorzej ale dawali sobie radę z pandemią i z dzwoniącymi o każdej porze dnia i nocy potencjalnymi chorymi.

Lekarze rodzinni nie powinni mieć z wykonaniem tych zadań żadnych problemów.

Pojawia się jedynie pytanie, czy rządzący mają przygotowany plan „B” na wypełnienie zadań POZ w godzinach popołudniowych, nocnych i w tzw. dni wolne.

Kataklizm popołudniowy, nocny i weekendowy

Przy gwałtownym zwiększeniu liczby infekcji wirusowych, zmniejszenie dostępności do jednostek POZ dotychczas w tym czasie zamkniętych będzie równoznaczne z kataklizmem, który obejmie jednostki ratownictwa medycznego oraz szpitalne oddziały ratunkowe i je zablokuje.

Pamiętajmy też, że w planach Ministerstwa Zdrowia jest zamiar uruchomienia w październiku programu TOP SOR, który sam z siebie, nawet bez pandemii, sprowadzi na SOR-y Armagedon.

Ograniczenie liczby szpitali jednoimiennych do 9 w takim momencie można rozumieć wyłącznie jako chęć pozyskania jakichś oszczędności. Za leczenie chorego w szpitalu jednoimiennym Narodowy Fundusz Zdrowia płaci więcej niż za leczenie takiego samego chorego w szpitalu niejednoimiennym (powiatowym, wojewódzkim). Do tego dochodzą dodatki finansowe wypłacane personelowi zatrudnionemu w szpitalu jednoimiennym, które mają zrównoważyć straty wynikające z zakazu pracy w drugim i kolejnych jednostkach ochrony zdrowia.

Czy ktoś jednak wziął pod uwagę koszty transportu medycznego chorych ze szpitala powiatowego do wojewódzkiego niejednoimiennego zakaźnego lub do jednej z 9 wysokospecjalistycznych jednoimiennych jednostek covidowych?

Dla miasta Szczecina, w którym szpital jednoimienny został zlikwidowany, ten wysokospecjalistyczny jest w Poznaniu. Kto będzie płatnikiem za te transporty medyczne: Ministerstwo Zdrowia, służby wojewody, czy znowu praktyki POZ i zadłużone szpitale ?

Dotychczas transporty karetkami „covidówkami” były dla zgłaszających ten transport bezpłatne, ale od teraz to już historia.

Szpitale powiatowe nieprzygotowane

Wreszcie skąd personel do kolejnych zespołów transportowych, skoro już teraz każdego dnia w Szczecinie nie ma obsady ratowników medycznych do jednego – kilku zespołów ratownictwa medycznego podstawowych pracujących w systemie.

Wskazanie szpitali powiatowych jako tych w procesie diagnostyczno-terapeutycznym teraz najważniejszych może trochę dziwić.

Przez kolejne miesiące trwania pandemii szpitale jednoimienne wytworzyły swoje schematy, wręcz automatyzmy działań, wprowadziły procedury zabezpieczające, a mimo to ogniska zakażeń personelu wciąż się w nich zdarzają.

Nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, żeby przewidzieć co będzie się działo w jednostkach, które do tej pory miały raczej iluzoryczną styczność z chorym na COVID-19 i tych wszystkich procedur (nawet jeśli one były przygotowane) nie miały okazji przetestować.

W jaki sposób szpitale powiatowe mają w ciągu kilku najbliższych dni stworzyć kolejne izolatki, w sąsiedztwie których będzie pomieszczenie z możliwością prowadzenia wentylacji zastępczej?

Należy się obawiać, że w szpitalach powiatowych takimi miejscami okażą się wyłącznie obszary intensywnej terapii, które w większości szpitali powiatowych jako jedyne są izolowane i posiadają możliwość prowadzenia wentylacji zastępczej respiratorem.

Gdzie wtedy będziemy mogli leczyć chorych, którzy stosowania technik intensywnej terapii będą wymagali z innych przyczyn?

Polskie Forum Astronautyczne

Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #29 dnia: Wrzesień 12, 2020, 23:57 »