Autor Wątek: Artykuły z innego świata  (Przeczytany 1890 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #30 dnia: Wrzesień 12, 2020, 23:57 »
Jesień epidemii będzie gorsza od wiosny. Pojawią się infekcje złożone, a chorzy zderzą się ze ścianą (2)

Nie ma miejsc i sił

Zasoby intensywnej terapii w szpitalach innych niż te jednoimienne są niewielkie. Liczba łóżek intensywnej terapii w każdym województwie w marcu uległa zmniejszeniu o te funkcjonujące w szpitalach jednoimiennych.

Chorzy po ciężkim urazie, po udarze, po zatrzymaniu czynności serca z powodu jego zawału, zatruci, wymagający intensywnej terapii w okresie okołooperacyjnym, czy z innych przyczyn – to stale się dzieje. To nie jest też tak, że każdy chory z COVID-19 wymagający prowadzenia technik intensywnej terapii jest teraz leczony w szpitalu jednoimiennym.

Jeżeli ktoś np. z powodu ciężkich mnogich obrażeń ciała lub udaru mózgu zakwalifikowanego do leczenia trombektomią zostaje przyjęty do wielospecjalistycznego szpitala niejednoimiennego, w tym szpitalu pozostaje nawet wtedy, jeśli w trakcie badania skriningowego okaże się COVID-19.

Gdybyśmy dziś w każdym województwie na stanowiskach Wojewódzkiego Koordynatora Ratownictwa Medycznego sprawdzili, ile jest wolnych miejsc do leczenia w oddziałach intensywnej terapii (poza szpitalami jednoimiennymi), okazałoby się, że w skali województw tych miejsc byłoby od zera do kilku, a w skali kraju co najwyżej kilkadziesiąt.

Wniosek – nie ma miejsc i sił zapasowych.

Zamiast karać lekarzy, zmusić administrację do działania

Przyczyn tych niedoborów jest wiele. Jedną z nich jest konieczność przetrzymywania w oddziałach intensywnej terapii chorych ze złym wynikiem leczenia (w stanie wegetatywnym, w stanie minimalnej świadomości, wymagających stałej pielęgnacji).

Chorzy ci, choć już nie wymagają prowadzenia technik intensywnej terapii, nie są wentylowani sztucznie respiratorem, nie otrzymują silnie działających leków we wlewie ciągłym, miejsce w oddziale intensywnej terapii blokują tylko dlatego, że z różnych przyczyn nie mogą zostać przeniesieni do Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych (ZOL) lub Opiekuńczo-Pielęgnacyjnych.

Nie są też odbierani przez rodziny. Z takim samym problemem stykają się równie deficytowe jeśli chodzi o miejsca do leczenia oddziały neurochirurgii i neurologii. W skali kraju to duże liczby.

Konieczne są wszelkiego rodzaju działania, które stworzą warunki do odblokowania miejsc do leczenia przez ułatwienie wypisania chorych, dla których nie ma dalszych wskazań do leczenia w wymienionych oddziałach.

Zamiast podstępnego przemycania kolejnych sankcji karnych dla zawodów medycznych (patrz artykuł 37a Kodeksu Karnego uchwalony w „Tarczy antykryzysowej 4.0”) może warto byłoby zaproponować prawo, które w końcu stanie się przydatne.

Przykładowo zakreślenie terminu maksymalnie 7 dni

- Powiatowym i Wojewódzkim Zespołom do Spraw Orzekania o Niepełnosprawności na rozpatrzenie wniosków o wydanie orzeczenia o niepełnosprawności i o stopniu tej niepełnosprawności,

- Miejskim Ośrodkom Pomocy Społecznej i ich odpowiednikom na niższych szczeblach administracyjnych w kwestii wydawania decyzji o przyznaniu zasiłku stałego lub okresowego w związku z niepełnosprawnością,

- a Urzędom Miejskim w kwestii wydania decyzji o wyrobieniu zagubionego dowodu osobistego i wykonanie tego dokumentu w czasie kolejnych 7 dni.

Obecnie czas realizacji tych działań, niezbędnych z punktu widzenia możliwości zorganizowania kolejnych etapów sprawowania opieki nad chorym, trwa od 6 tygodni do 6 miesięcy. Konieczność ustanowienia przez sąd opiekuńczy przedstawiciela ustawowego chorego, cały ten proces wydłuża o co najmniej 3 miesiące.

Przez ten czas chory zajmuje łóżko intensywnej terapii, a każdy dzień pobytu w Oddziale Intensywnej Terapii kosztuje nas wszystkich średnio 40-45 tysięcy zł za miesiąc (dla porównania koszt opieki w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym to mniej więcej dziewięć razy mniej: ok. 6 tys. zł miesięcznie).

Ze względu na sposób finansowania świadczeń przez NFZ przenoszenie takich chorych w obrębie oddziałów tego samego szpitala nie jest ekonomicznie uzasadnione.

Tworzenie i likwidowanie

W marcu w Polsce mieliśmy 4500 miejsc intensywnej terapii, 10100 sztuk respiratorów, z czego 1400 sztuk w szpitalach jednoimiennych oraz jako zaplecze intensywnej terapii dla oddziałów zakaźnych.

Ile sztuk respiratorów mamy teraz, po kilku miesiącach trwania pandemii i po prowadzonych przez Ministerstwo Zdrowia „zakupach” sprzętu – nie wiemy.

Sieć Obywatelska Watchdog Polska poinformowała zresztą, że części z respiratorów zakupionych przez szczęśliwie już byłych Ministrów Zdrowia nie da się podłączyć do obowiązujących w Polsce instalacji tlenowych, więc na razie jakby ich nie było.

Powtórzę 1400 sztuk respiratorów w szpitalach jednoimiennych oraz jako zaplecze dla oddziałów zakaźnych. Aktualnie to te szpitale są zobowiązane do uruchomienia kolejnych, zapasowych oddziałów intensywnej terapii, gdyby ciężka pandemia postępowała.

W tych szpitalach powstały plany, gdzie i jak tworzyć takie oddziały oraz kto w nich ma pracować. Likwidując część szpitali jednoimiennych, Ministerstwo Zdrowia zdecydowało się od tych zabezpieczeń odstąpić. Odtworzenie struktur szpitala jednoimiennego (jeżeli powróci taka potrzeba) paradoksalnie może się okazać zadaniem dużo trudniejszym niż jego obecne utrzymanie.

O ile stworzenie nowych miejsc intensywnej terapii jest teoretycznie możliwe, to zatrudnienie nowego personelu medycznego, który sprzęt intensywnej terapii potrafiłby w sposób prawidłowy i bezpieczny obsługiwać, nawet w teorii możliwe już nie jest.

Czas, jaki mieliśmy od rozpoczęcia pandemii na wyszkolenie potencjalnych rezerw systemu, nie wszędzie został wykorzystany, a w szpitalach powiatowych nikt o potrzebie takich szkoleń nawet nie myślał.

Szkolić, szkolić, szkolić

Prowadzenie szkoleń personelu pomocniczego (lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych) w zakresie podstaw obsługi sprzętu intensywnej terapii, prowadzenia bezpiecznej respiratoroterapii i bezpiecznego poruszania się po oddziale intensywnej terapii jest niezbędne.

Nie wiemy, jaki będzie przebieg pandemii jesienią i zimą, z jak gwałtownymi sytuacjami się zderzymy. W północnych Włoszech tym, co w systemie ochrony zdrowia zawiodło, był brak merytorycznie przygotowanych rezerwowych kadr medycznych.

Potrzeby w zakresie prowadzenia technik intensywnej terapii stały się tak duże, że szybko zabrakło osób, które potrafiłyby uruchomić kolejny respirator i bezpiecznie kontrolować i monitorować jego pracę.

Kadry były przygotowywane „ex tempore”, co skutkowało stratami w ludziach po obu stronach. Pacjenci umierali nie tylko z powodu samego COVID-19, ale również z powodu powikłań nieprawidłowo prowadzonych technik wentylacji wspomaganej i zastępczej respiratorem.

Z kolei pracownicy ochrony zdrowia umierali z powodu braku umiejętności zachowania podstawowych zasad bezpieczeństwa w trakcie realizowania świadczeń medycznych u krytycznie chorego COVID-19.

Jest znamienne, że w liczbie zmarłych we Włoszech osób personelu medycznego nie było pielęgniarek anestezjologicznych oraz lekarzy anestezjologów i intensywistów. Pośród tych, którzy zmarli, nie było zatem osób znających i na co dzień stosujących zasady aseptyki i antyseptyki oraz świadomych dróg szerzenia się zakażenia.

My startujemy z dużo gorszej pozycji. Niedostatek kadr medycznych, każdego rodzaju, obserwujemy już teraz.

W naszym przypadku nie chodzi nawet o być może prawdopodobną potrzebę szybkiego uruchomienia wielu kolejnych miejsc intensywnej terapii. My potrzebujemy kadr medycznych, które zastępowałyby wykruszające się w trakcie trwania pandemii zespoły lekarsko-pielęgniarskie (kwarantanna / izolacja) na obecnie funkcjonujących oddziałach intensywnej terapii.

Dla bezpieczeństwa chorych, ale też personelu medycznego konieczne jest rozpoczęcie i kontynuowanie szkoleń

- poruszania się w obszarze OIT,

- obsługi respiratorów i innych skomplikowanych urządzeń intensywnej terapii (monitory funkcji życiowych, urządzenia do terapii nerkozastępczej, inne),

- wykonywania procedur pielęgnacyjno-medycznych (np. zapobieganie nieoczekiwanemu rozszczelnieniu układu oddechowego chory-respirator, stosowanie systemów zamkniętych do odsysania wydzieliny z drzewa oskrzelowego, nauka bezpiecznego obracania pacjenta intensywnej terapii do pozycji „na brzuchu”).

Od działań edukacyjnych może potem zależeć życie naszych chorych, ale również osób nam pomagających. Nawet gdyby szczęśliwie ponownie okazało się, że nie będzie potrzeby uruchamiania dodatkowych sił personelu medycznego, prowadzone szkolenia nie będą dla nich czasem straconym.

W marcu kierujący Ministerstwem Zdrowia, widząc obrazy między innymi z Włoch i Hiszpanii, byli przerażeni tym, co zapewne wydarzy się również w Polsce oraz tym, jak wytłumaczą się z nieprzygotowania kraju na pandemię.

Teraz, gdy widzą, że w przeważającej większości przypadków Polki i Polacy chorują lekko, a jedyne co psuje obraz to 2124 (stan na 7 września) oficjalnie zarejestrowane w Polsce zgony w związku z COVID-19, wahadło wychyliło się w przeciwną stronę i zdecydowano o rezygnacji ze znacznej części zabezpieczeń.

Cena tych decyzji może być wysoka. Każda strategia walki z wirusem SARS-COV-2, nawet ta nowa ogłoszona 3 września 2020 roku „strategia smart”, musi uwzględniać gorszy niż przewidywany rozwój sytuacji epidemiczno-zdrowotnej.

Dzisiaj przecież jeszcze nikt nie wie jaka będzie w Polsce sytuacja za miesiąc lub dwa, jeśli / kiedy pojawią się infekcje i zakażenia towarzyszące, wikłające leczenie również populacji osób młodych.

Nikt też nie wie, jakie wtedy będzie zapotrzebowanie na miejsca intensywnej terapii dla chorych z COVID-19 i ze wskazaniami innymi. Wiemy natomiast, że leczenie w OIT jednego chorego z niewydolnością oddechową z powodu ostrego uszkodzenia płuc np. wirusem SARS-COV-2 trwa od dwóch tygodni do nawet kilku miesięcy, a następująca potem rehabilitacja wiele kolejnych miesięcy.


https://oko.press/jesien-epidemii-bedzie-gorsza-od-wiosny/

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #31 dnia: Wrzesień 14, 2020, 00:04 »
Koronawirus w Polsce. Prof. Krzysztof Simon: Zróbmy w końcu coś dla żywych
PAWEŁ KAPUSTA 13 września



Apelujemy. Straszymy, a i tak wielka część to wszystko lekceważy. Zwykły człowiek ma inne potrzeby. Chce iść na gofry, napić się piwa, zjeść smażoną rybę i i śmiać się z tych wszystkich "idiotów" w maskach. A ja wciąż mówię: epidemia jest faktem. Trwa - mówi profesor Krzysztof Simon w książce "Pandemia. Raport z frontu".

Wywiad został przeprowadzony 19 czerwca 2020 roku. Pochodzi z książki "Pandemia. Raport z frontu" autorstwa Pawła Kapusty. (...)

Paweł Kapusta: Dla pana – specjalisty chorób zakaźnych z potężnym doświadczeniem – to co się teraz wokół nas dzieje to największe wyzwanie w zawodowej karierze?

Prof. Krzysztof Simon: A skąd! Zdecydowanie nie! To tylko kolejna epidemia, która nas dotknęła. Poważniejszym problemem i skrajnie ryzykownym byłaby Ebola, która zresztą szykowała się nam kilka lat temu. Może mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale mieliśmy tu, na naszym oddziale, cztery przypadki z kontaktu z Ebolą. Proszę pamiętać, że śmiertelność zespołu obsługującego pacjentów z tą chorobą według statystyk sięga nawet czterdziestu–pięćdziesięciu procent. Czyli co drugi pracownik by mi tu umarł. A być może i ja.

Bał się pan wtedy?

Wtedy to się bałem! I to na poważnie! A niech pan sobie wyobrazi, że dokładnie w tym czasie jakiś idiota wymyślił sobie pomoc humanitarną i chciał wysłać pięćdziesięcioro dziewięcioro dzieci z Wrocławia do obozowisk w Manrovii w Liberii. Gdzieś, gdzie był akurat szczyt epidemii Eboli! Czy pan jest to w ogóle w stanie objąć rozumem?! Bo ja nie byłem w stanie. Wyobraża pan sobie moment, w którym te dzieci wróciłyby do Polski? Gdy się o tym pomyśle dowiedziałem, poruszyłem niebo i ziemię, by to powstrzymać. Co się wtedy o sobie z różnych środowisk nasłuchałem, to moje. Na szczęście później oczywiście uruchomiły się też odpowiednie służby, które interweniowały. To był nieprawdopodobny skandal. A żeby było jasne, dziewięcioro dzieci stamtąd wróciło. I stąd strach.

Eboli na szczęście w Polsce nigdy nie było.

No na szczęście, proszę pana! Na szczęście! To jest po prostu katastrofalna choroba! Bardzo niebezpieczna! Mamy jednak dziesiątki innych, zakaźnych chorób. Niech pan popatrzy choćby na grypę albo ptasią grypę. Przebieg ma niby łagodniejszy, ale nie u osoby po białaczce albo u osoby z marskością. To też zbiera swoje żniwo.

Przypadek z Ebolą był dla nas potężnym wyzwaniem. Prosiłem wtedy o szybkie przygotowywanie obiektów szpitalnych, które służyłyby nam już przy ewentualnych, innych możliwych epidemiach. Jak pan pewnie się domyśla, do dziś nie doczekaliśmy się rozbudowy tego obiektu. No i co? No i wybuchła gigantyczna pandemia koronawirusa. Wywołana zresztą niechlujstwem Chińczyków.

Chińczycy bardzo nie lubią krytycznych głosów pod swoim adresem.

Bardzo nie lubią, ale to laboratorium wybudowane w Wuhan przez nich i Francuzów zawsze stwarzało ogromne kłopoty. Do tego stopnia, że w pewnym momencie Francuzi się z tego projektu wycofali. Nie godzili się na takie standardy. Prowadzono tam badania nad koronawirusami.

Niewątpliwie jest to wirus dziki, który wymknął się spod kontroli. Mówi się, że na targu sprzedawano zwierzęta doświadczalne, a Chińczycy to później utajniali i opóźniali informacje o wybuchu epidemii. Czy to prawda, oczywiście nie wiem. Taka sytuacja w tak wielkim mieście i tak wielkim państwie mogła mieć tragiczny skutek. Ludzie rozjechali się po świecie, roznieśli wirusa. Gdy wprowadzano restrykcje miejskie, graniczne, było już za późno. Gdyby wcześniej zastosowano ograniczenia, można było tę epidemię opanować. Ale z pocieszających rzeczy – podobnych wirusów jest na świecie jeszcze czterysta pięćdziesiąt…
(...)
https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-w-polsce-prof-krzysztof-simon-zrobmy-w-koncu-cos-dla-zywych-6553557925653408a

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #32 dnia: Wrzesień 20, 2020, 21:51 »
Koronawirus pół roku później. Dr Grzesiowski: żadna inna szczepionka nie powstała tak szybko, i to od zera
18 września

- Nie ma co myśleć o zniesieniu zakazu noszenia maseczek. To byłby czysty idiotyzm - mówi dr Paweł Grzesiowski na łamach "Przeglądu" w rozmowie z Dorotą Bartosewicz. - Co do szczepionek, nowością jest to, że one w ogóle już są. W marcu nie było nic. Żadna inna szczepionka nie powstała tak szybko, i to od zera - zauważa specjalista.


Dr Paweł GrzesiowskiDr Paweł Grzesiowski - Bartłomiej Zborowski / PAP

- Są to nieodwracalne uszkodzenia, które mogą doprowadzić do tzw. zespołu pocovidowego, czyli nowo odkrytej choroby. Jej objawy mogą być bardzo zmienne, od zespołu przewlekłego zmęczenia po zaburzenia hormonalne i immunologiczne - mówi dr Grzesiowski na temat skutków zachorowania na COVID-19

- Nie jesteśmy w stanie inaczej „unieszkodliwić” wirusa niż przez izolację poszczególnych osób, najlepiej z zachowaniem rygorystycznych barier epidemicznych - uważa ekspert

- Nie ma czynnika, który by powodował, że wirus zniknie. Gorzej, nie ma żadnych przesłanek, że epidemia ma się ku końcowi. Wręcz przeciwnie, poszerza zakres - uważa dr Grzesiowski

Dorota Bartosewicz: Czym się różni koronawirus z dziś od tego z marca?

Dr Paweł Grzesiowski: Biologicznie różni się niewiele, bo tempo mutacji jest dość wolne, a geny, które mutują, nie zmieniają na razie właściwości wirusa. Widzimy po dwie-trzy zmiany na miesiąc, na razie nieistotne dla przebiegu zakażenia.

Pewne niuanse jednak widać, choćby w analizie porównawczej naukowców z Instytutu Genetyki Człowieka PAN.

Tak, bo mamy teraz zdiagnozowanych sześć głównych wariantów tego wirusa: L, V i S przeważają w chińskich próbkach z Wuhan, a w krajach europejskich najczęściej występują: G, GH i GR. Ale tu uwaga: są one tylko nieznacznie od siebie oddalone. Poza tym ich sekwencje jasno pokazują, że w Polsce mamy do czynienia z genetyczną mieszanką wielu wariantów wirusa SARS-CoV-2, co zapewne jest wynikiem transferu patogenu z różnych lokalizacji.

To skąd w mediach informacje o tym, że większość polskich próbek należy do typu G?

– Ale to nieprawda! Sama nadreprezentacja jednego szczepu wcale nie musi świadczyć o szczególnym kierunku ewolucji wirusa, nawet na danym terenie. Równie dobrze może być efektem wybiórczego pobierania próbek. Na ponad 60 tys. zakażonych w Polsce sprawdzono tylko 90 sekwencji SARS-CoV-2. Dla porównania w międzynarodowej bazie GISAID, która zbiera dane o wszystkich poznanych dotąd sekwencjach genomów wirusów grypy i SARS-CoV-2, jest ich aż 42 tys.! Ostatnie trzy miesiące nie przyniosły przełomowych odkryć.

W tym czasie zmieniła się za to wiedza, co i jak koronawirus uszkadza w organizmie. Początkowo dane z Azji mówiły tylko o tym, że wywołuje zapalenie płuc, i to głównie u osób starszych.

W raportach pisano też, że jego śmiertelność ogólna, czyli we wszystkich grupach wiekowych, jest relatywnie wysoka i sięga 10, a nawet 15 proc.. Tak! Zresztą właśnie te informacje, pokazujące koronawirusa jako bardzo niebezpieczną chorobę, wpłynęły na decyzję WHO o ogłoszeniu pandemii jeszcze w marcu, a także skutkowały światowym lockdownem.

Dopiero z czasem ustalono, że wirus atakuje nie tylko płuca, ale również inne narządy, bo łączy się z białkiem ACE-2, czyli receptorem znajdującym się w komórkach śródbłonka naczyń krwionośnych. To odkrycie diametralnie zmieniło podejście do patofizjologii tej choroby.

Pokazało też, że jej pierwsza faza to atak na błony śluzowe nosa lub spojówki, druga – atak na komórki tkanki płucnej, a trzecia to już tzw. hiperzapalenie, którego efektem są ciężkie powikłania w wielu narządach, z wykrzepianiem w naczyniach nerek, mózgu, wątroby itd. Zakrzepy w małych naczyniach mogą powodować podobne zmiany jak zawał serca czy udar mózgu. Są to nieodwracalne uszkodzenia, które mogą doprowadzić do tzw. zespołu pocovidowego, czyli nowo odkrytej choroby. Jej objawy mogą być bardzo zmienne, od zespołu przewlekłego zmęczenia po zaburzenia hormonalne i immunologiczne.

I to niezależnie od wieku?

– Wiek akurat w tej chorobie ma niebagatelne znaczenie. Co do zasady: u dzieci i osób młodych koronawirus najczęściej wywołuje łagodne zakażenia. Ciężkie przypadki zdarzają się raz na tysiąc, a zgony nawet na 10-100 tys. przypadków. Generalnie przyjmuje się, że chorych pełnoobjawowych w tej grupie wiekowej jest nie więcej niż 5 proc., podczas gdy wśród osób po 50. roku życia już ok. 20 proc.. Najcięższą postać choroby z uszkodzeniem wielu narządów ma mniej więcej co trzecia osoba z tej grupy. Po 50. roku życia rośnie też śmiertelność z powodu zakażenia koronawirusem, u osób po 70. roku życia dochodzi ona nawet do 15 proc..

Jaki mechanizm tutaj działa? Czym to tłumaczyć?

Starzeniem się układu odporności. Przy czym chodzi tu nie tylko o zużywanie się z wiekiem pewnych elementów, ale i – co również teraz wiadomo – o zaburzenie regulacji odpowiedzi zapalnej, które prowadzi do nadmiernej produkcji białek zapalnych.

Przenieśmy to na grunt inny niż immunologia: starszy człowiek szybciej się niecierpliwi, częściej denerwuje i jest mniej stabilny emocjonalnie, choć rzecz jasna nie wszyscy. Tak samo niektóre osoby doznają burzy zapalnej, my to nazywamy burzą cytokinową, w wyniku której ulegają uszkodzeniu różne narządy. Inaczej mówiąc, dochodzi do autodestrukcyjnego uruchomienia odpowiedzi zapalnej; najczęściej powiązanej właśnie z wiekiem.

Inni naukowcy wskazują głównie siłę odpowiedzi immunologicznej.

Zgoda, jednak nie ma tu sprzeczności, bo to element tej samej hipotezy. Są wśród nas osoby, które szybko neutralizują koronawirusa, a jeśli nawet chorują, to krótko i bezobjawowo. Pojawienie się COVID-19 w organizmie powoduje u nich natychmiastową produkcję białek i komórek odpornościowych, a przez to eliminację SARS-CoV-2 w 7-10 dni.

U osób starszych z kolei wirus dłużej przebywa w organizmie, co pozwala mu namnażać się w większej liczbie komórek i w efekcie powoduje rozległy stan zapalny. Reakcja układu odpornościowego to zresztą bardzo świeży temat; on dopiero przed nami się otworzył. Pierwsze szersze badania immunologiczne pochodzą z maja-czerwca.

Co jeszcze na podstawie tych badań wiadomo o tym, jak organizm odpowiada na atak wirusa?

Dowiedziono, że dominujące znaczenie mają limfocyty, czyli komórki odpornościowe, które odpowiadają za pamięć immunologiczną. A nie – jak wcześniej sądzono – przeciwciała. Początkowo to one miały nas chronić przed koronawirusem, tymczasem okazało się, że są nawet słabym wyznacznikiem diagnostycznym infekcji. Po pierwsze, nie wszyscy je wytwarzają, po drugie – są często nieswoiste, a po trzecie – szybko zanikają.

Jak szybko?

U prawie połowy pacjentów bezobjawowych przeciwciał nie ma już po dwóch miesiącach. To bardzo szybko. Po ciężkich przebiegach zanikają wolniej, chociaż nie będą obecne do końca życia.

Ale to oznacza, że chińskie testy oparte na przeciwciałach…

…które miały dawać szybką odpowiedź: mam koronawirusa czy nie, okazały się niewypałem. Niestety. To duża frustracja, bo w wielu innych chorobach wirusowych pozwalają na szybkie rozpoznanie.

Szybkie testy na odporność komórkową – może one już są?

A skąd. Wykonuje się je tylko w specjalistycznych laboratoriach naukowych i pewnie długo jeszcze tak zostanie, bo to badania skomplikowane i bardzo kosztowne. Na szczęście są już nowe technologie, do których zaliczyć możemy choćby skrócony test PCR (z wymazu) czy np. testy antygenowe. Miejmy nadzieję, że te nowe testy szybko się pojawią w zastosowaniach masowych.

W takim razie co tu i teraz może pomóc lekarzom?

Choćby samo rozróżnienie trzech grup chorych, z których każda ma inne odzwierciedlenie w reakcji immunologicznej. Bezobjawowi to ci, u których przeciwciała pojawiają się na krótko, co jednak nie znaczy, że są oni nieodporni. Wytwarza się u nich pamięć komórkowa. A skoro tak, to znaczy, że nie powinni drugi raz zachorować na COVID-19. A przynajmniej na razie nie stwierdzono na świecie ani jednego udokumentowanego przypadku ponownego pełnoobjawowego zachorowania. Ostatnie doniesienie z Hongkongu mówi o pacjencie, u którego po czterech i pół miesiąca od pierwszego, łagodnego zakażenia wykryto nowy wariant wirusa, ale pacjent nie miał żadnych objawów.

Druga grupa to osoby, które mają wysoką gorączkę…

…bóle mięśniowe, osłabienie, kaszel, ból gardła czy np. skarżą się na utratę smaku i węchu – te ostatnie także po marcu zostały wpisane na listę objawów przy SARS-CoV-2. Umiarkowanie chorzy – bo o nich teraz mowa – mają przeciwciała na wyższym poziomie i dłużej obecne, zwykle po 10 dniach eliminują wirusa. Trzecia grupa to ci najbardziej chorzy – z dusznością, zapaleniem płuc i powikłaniami pozapłucnymi, u których eliminacja wirusa trwa około trzech tygodni. Z pełną odpowiedzią immunologiczną: dużą liczbą przeciwciał i odpornością komórkową. Ta grupa jest zresztą najmniejsza. Wśród wszystkich chorych nie większa niż 10-15 proc.

Skoro już o klasyfikacji mowa, to COVID-19 nie jest pierwszym znanym nam koronawirusem. Wcześniej był np. SARS. Co dokładnie je łączy?

Wirus z Wuhan ma genom w 80 proc. podobny do SARS; reszta to nowe mutacje. Oba dają podobne objawy ze strony dróg oddechowych i są przenoszone drogą kropelkową. Z człowieka na człowieka, choć mają pochodzenie odzwierzęce. Pojawiły się też w tej samej chińskiej prowincji Guangdong.

Tyle podobieństw, bo inne są już okresy inkubacji (u koronawirusa wynoszą od jednego do 14 dni; w przypadku SARS pięć-sześć dni – przyp. red.). Ba, z najnowszych badań porównawczych koronawirusów nietoperzowych wynika, że SARS-2 jest bardziej zakaźny, czyli szybciej się rozprzestrzenia niż SARS-1, za to mniej od niego agresywny. Śmiertelność w przypadku wirusa z Wuhan jest stosunkowo niewielka; WHO szacuje ją na 0,5-1 proc., dla SARS – 10 proc.

Czy na tych analogiach można oprzeć to, jak walczyć i jak wygrać z koronawirusem?

To, co można było zrobić, już zrobiono – pamiętajmy, że oba wirusy namnażają się w organizmie ludzkim, a każdy zakażony może zakażać kolejne osoby jeszcze przed wystąpieniem objawów. Dlatego nie jesteśmy w stanie inaczej „unieszkodliwić” wirusa niż przez izolację poszczególnych osób, najlepiej z zachowaniem rygorystycznych barier epidemicznych. I tutaj wiele zaczerpnięto właśnie z walki z SARS-1. Szybko podjęto decyzje o kwarantannie, ograniczono transport publiczny, w tym zamknięto lotniska, a także zamrożono gospodarkę…

A nie ma innych mechanizmów walki z tego rodzaju chorobami, dopóki nie będzie skutecznej szczepionki?

To wydaje się dramatyczne, ale nie. Mimo całego postępu technologicznego nie ma innych możliwości. Liczy się przede wszystkim izolacja, a z drugiej strony leczenie objawów z wykorzystaniem leków, które hamują reakcje zapalne. I to znacznie, bo zmniejszają śmiertelność o 30 proc. Choć, co też trzeba przyznać, jak z każdym lekiem przeciwwirusowym często możemy po nie sięgać wtedy, kiedy jest już za późno. Bo wirus szybko atakuje komórki; inaczej niż bakterie – tu zakażenie rozwija się stopniowo. Dlatego wczesne rozpoznanie ma gigantyczne znacznie. A im wcześniej podamy lek, tym lepsze będą efekty.

Zresztą tak samo działa surowica ozdrowieńców. To gotowe przeciwciała, które mają neutralizować wirusa. Ale mają sens tylko wtedy, kiedy podamy je we wczesnej fazie zakażenia. A co do szczepionek, nowością jest to, że one w ogóle już są. W marcu nie było nic. Żadna inna szczepionka nie powstała tak szybko, i to od zera! W lutym zaczęły się badania na poziomie eksperymentalnym, teraz trwają badania trzeciej fazy. Od razu ośmiu produktów. Przy czym każdy oparty jest na innej technologii. Są wśród nich szczepionki RNA, DNA, pełnokomórkowe, adenowirusowe, wektorowe…

I kiedy pierwsza może być dostępna?

Wyniki wstępne badań trzeciej fazy będą do końca roku. Jeżeli okażą się dobre, rejestracja warunkowa nastąpi wiosną 2021 r. Jeżeli nie, wszystko się przedłuży.

Rosja tymczasem już ogłosiła, że szczepionka na COVID-19 została zarejestrowana. Produkcja planowana jest na wrzesień, a pierwsze szczepienia – na październik.

To bardzo zła informacja, bo wiadomo, że ten prototyp nie przeszedł badań trzeciej fazy, a rząd wywarł presję na naukowców, którzy przyznają, że nie mają pełnych danych o skuteczności i bezpieczeństwie tego preparatu. To wielka nieodpowiedzialność ze strony władz, bo łamią wszelkie zasady dopuszczania leków do masowego użycia. Świat naukowy jest porażony ingerencją polityków w procesy badawcze; zresztą podobną presję wywiera prezydent Trump w USA, krytykując za domniemaną opieszałość naukowców i agencję rejestracji.

Czyli jest ryzyko, że koronawirus może z nami zostać na zawsze?!

Na teraz tak. Nie ma czynnika, który by powodował, że wirus zniknie. Gorzej, nie ma żadnych przesłanek, że epidemia ma się ku końcowi. Wręcz przeciwnie, poszerza zakres. Jest właściwie na całym globie, niezależnie od rasy, klimatu i innych czynników. Jedyne, co powoduje, że przygasa, to nasze działania prewencyjne.

Te jednak na niewiele mogą się zdać. Przecież na jesieni chorych będzie jeszcze więcej. Do koronawirusa dołączy sezonowa grypa – biją na alarm eksperci.

Szacuje się, że w szczycie sezonu będziemy mieli dziennie w Polsce 50-80 tys. pacjentów z objawami grypy (w poprzednich latach w sezonie grypowym, czyli między wrześniem a marcem, było ich ok. 4 mln). I oni będą nie do odróżnienia od zakażonych COVID-19 – w obu przypadkach organizm zareaguje tak samo, pojawią się gorączka, kaszel, bóle mięśniowe i np. ogólne zmęczenie.

„COVID-19 odróżnia od grypy przede wszystkim duszność, czyli spłycenie oddechu”, piszą zagraniczne media. I wyliczają, że we wczesnej diagnozie zakażenia koronawirusem pomóc może kolejność, w jakiej pojawiają się dolegliwości – zwykle najpierw są gorączka, kaszel i bóle mięśni, a następnie nudności oraz wymioty oraz biegunka.

Niestety, ani kaszel, ani duszność, ani kolejność objawów nie są typowe jedynie dla koronawirusa – wiele innych drobnoustrojów powoduje te same dolegliwości. Bez badań wirusologicznych nie da się potwierdzić przyczyny zakażenia.

A COVID-19 jako COVID-19 na jesieni będzie więcej?

Nie z powodu jesieni, bo on nie reaguje na klimat. A fakt, że koronawirus najlepiej czuje się w temperaturze 4-8 st. C, wcale nie wpływa na jego zakaźność. Przecież my nie schładzamy naszego oddechu. Ale jak będzie chłodniej, to chętniej będziemy przebywać w zamkniętych pomieszczeniach, rzadziej będziemy je wietrzyć, a to spowoduje, że wirus będzie miał więcej okazji do przenoszenia.

Wirus dłużej przeżyje na powierzchni.

Zgoda, w niższej temperaturze może przeżyć nawet kilka dni, w wyższej – maksymalnie kilka godzin. Ale co z tego, czy my liżemy podłogi?! Nie! Czyli jeśli chodzi o główną drogę zakażenia, aerozol wydychany przez chorych, to temperatury nie miały i nie mają znaczenia. Latem były piki zachorowań. I jeszcze jedno: nie ma co myśleć o zniesieniu zakazu noszenia maseczek. To byłby czysty idiotyzm. Skoro wiemy, że wirus wnika przez usta i nos, nośmy je! Kropka. Nie wiem, co się stało, że kwestionujemy ten prosty środek.

Skąd w nas takie myślenie?

Być może dlatego, że popełniono wiele błędów komunikacyjnych. Początkowo pozamykano lasy, wprowadzono obowiązek chodzenia w maseczkach w parkach... Mógłbym tak długo wyliczać. Dlatego teraz ktoś powinien wyjść i powiedzieć: „Pomyliliśmy się. Zastosowaliśmy nadmierne środki ochrony, bo baliśmy się wirusa. Wszyscy się bali. Ale dziś już wiemy, że wirus nie przenosi się raczej w przestrzeniach otwartych, chyba że są szalone tłumy, ludzie stoją blisko siebie. Jeżeli więc idziemy na spacer, do parku, do lasu albo np. jeździmy na rowerze, zakładanie maseczki jest absurdem”.

A te inne błędy?

Zrównanie szalika z maseczką czy przyłbicą. One nie chronią tak samo! Nie może być zasadą, że stosujemy je w przestrzeni publicznej. Owszem, jeśli zapomniałeś maseczki, to skorzystaj z tego, co masz, zasłoń się kołnierzem, żeby nie dać się „opluć”, ale to na pewno nie uchroni przed wirusem, jeśli kontakt będzie dłuższy. I wreszcie ostatnia sprawa: w przestrzeni publicznej maseczki zostały zdeprecjonowane przez… przedstawicieli władzy. W środku pandemii paradowali oni bez nich na niemal każdym przedwyborczym spotkaniu. Przecież to daje Kowalskiemu jasny przekaz, że maseczka jest niepotrzebna. A to nieprawda! Efekt? Odbudowa zaufania do tego narzędzia będzie teraz dużo trudniejsza. Ale trzeba to zrobić. Nie ma na razie innej drogi.


(dp) Źródło: Przegląd
https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/koronawirus-w-polsce-dr-pawel-grzesiowski-podsumowuje-pol-roku-pandemii-w-polsce/wb4r3td,79cfc278

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #33 dnia: Wrzesień 21, 2020, 20:03 »
Szwecja: nikt już nie umiera od koronawirusa, zakażonych jest mało. Jak Szwedzi to zrobili?
Kazimierz Sikorski 16 września

Szwecja krytykowana przez wielu za to, że nie zastosowała surowych ograniczeń w walce z pandemią, może dziś powiedzieć: a jednak wygraliśmy! Jak to zrobiono?

Szwedzki sposób walki z koronawirusem – tak mocno krytykowany przez wielu na świecie – jednak wygrywa. Kraj ten odnotowuje najmniej przypadków Covid-19 od marca, czyli od wybuchu pandemii.

Główny epidemiolog przypisuje niewielką liczbę zakażeń zrównoważonemu podejściu do pandemii.

Podejście to polegało między innymi na tym, że starsi uczniowie wrócili do klas w Szwecji w sierpniu, zaś szkoły dla młodszych dzieci pozostały otwarte.

Podczas gdy dziś wiele krajów europejskich odnotowuje wzrost infekcji do poziomów, których nie obserwowano od szczytu pandemii Covid-19, Szwecja – której podejście uczyniło z niej światowy wyjątek – odnotowuje najmniejszą liczbę dziennych zachorowań od momentu pojawienia się wirusa.

Średnia z siedmiu dni nowych przypadków wyniosła we wtorek (15 września) 108, czyli najniższy poziom od 13 marca.

Dane szwedzkiej krajowej agencji zdrowia wykazały, że tylko 1,2 proc. ze 120 tys. testów zrobionych w ubiegłym tygodniu dało wynik pozytywny.

Według Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób, skumulowana suma nowych zakażeń w Szwecji w ciągu 14 dni wynosi 22,2 na 100 tysięcy mieszkańców. Dla porównaniu w Hiszpanii ten wskaźnik wynosi 279, a 158,5 we Francji, 118 w Czechach, 77 w Belgii i 59 w Wielkiej Brytanii, a wszystkie te kraje wprowadziły blokady tej wiosny.

Szwecja ma też mniej nowych codziennych infekcji niż Norwegia i Dania, jej nordyccy sąsiedzi.

Tylko trzynastu pacjentów z Covid-19 znajduje się na oddziałach intensywnej terapii w szwedzkich szpitalach, a średnia siedmiodniowych zgonów związanych z koronawirusem wynosi... zero!

– Nie mamy odrodzenia choroby, którą ma wiele krajów – powiedział w wywiadzie dla stacji France-24 Anders Tegnell, główny epidemiolog w Szwecji i architekt strategii „no-lockdown”, dodając, że kraj jest ogólnie zadowolony z tej strategii.

– W końcu zobaczymy, jak dużą różnicę przyniesie strategia, która jest bardziej zrównoważona i którą można utrzymać przez długi czas, zamiast strategii, która oznacza: ​​blokujesz, otwierasz i blokujesz i jeszcze raz – dodał Tegnell.

W przeciwieństwie do wielu krajów Szwecja zamknęła szkoły dla osób powyżej 16 roku życia, ale zostawiła otwarte placówki dla młodszych uczniów, nalegając na pełną frekwencję. Szkoły i uniwersytety są teraz ponownie otwarte.

Zakazano zgromadzeń powyżej 50 osób i nakazano osobom powyżej 70. roku życia oraz innym z grup ryzyka izolowanie się, pozostawanie w domach itp. Poproszono też, a nie kazano 10-milionowej społeczności, jeśli to było możliwe, o zachowanie dystansu, co w dużej mierze ludzie robili. Sklepy, bary, restauracje i siłownie pozostały otwarte, a noszenie masek nie było zalecane.

Tegnell podkreślał, że celem nie było osiągnięcie szybkiej odporności stadnej, ale spowolnienie rozprzestrzeniania się koronawirusa na tyle, aby służba zdrowia mogła sobie z nim poradzić.

Tegnell konsekwentnie twierdzi, że strategia Szwecji może okazać się bardziej zrównoważona w dłuższej perspektywie.

Takie podejście do pandemii było krytykowane w kraju i za granicą na początku, gdy wzrosła liczba zgonów.

574 ofiar koronawirusa w Szwecji na milion mieszkańców to ponad pięć razy więcej niż w Danii i 10 razy więcej niż w Norwegii i Finlandii, ale mniej niż w niektórych krajach, które wprowadziły blokady, takich jak Wielka Brytania, Hiszpania i Włochy.

Zdaniem Tegnella, że wysoki wskaźnik śmiertelności nie był związany z ogólną strategią, ale z niepowodzeniem w zapobieganiu katastrofalnemu rozprzestrzenianiu się wirusa w domach opieki, gdzie doszło do większości z 5846 zgonów w Szwecji.

– Oczywiście, że coś tam poszło nie tak – powiedział.

Szwedzki rząd podał, że znosi zakaz odwiedzania domów opieki. Minister ds. Społecznych Lena Hallengren: Zniesienie zakazu wiąże się z ryzykiem. Chcę, by teraz wszyscy wzięli na siebie odpowiedzialność.

Johan Carlson, dyrektor generalny szwedzkiej agencji zdrowia publicznego, również mówi, że strategia odniosła sukces, bo oznacza, że ​​komunikaty skierowane do opinii publicznej były jasne i spójne, kładąc nacisk na osobistą odpowiedzialność.

Celem naszego podejścia jest to, aby ludzie sami zrozumieli potrzebę przestrzegania istniejących zaleceń - powiedział. Nie ma innych sztuczek, nim środki medyczne, głównie szczepionki, nie staną się dostępne. Szwedzi wzięli to sobie do serca.

Jonas Ludvigsson, profesor epidemiologii Karolinska Institutet w Sztokholmie: „Strategia Szwecji jest spójna i zrównoważona. Prawdopodobnie mamy teraz mniejsze ryzyko rozprzestrzeniania się koronawirusa w porównaniu z innymi krajami.


https://polskatimes.pl/szwecja-nikt-juz-nie-umiera-od-koronawirusa-zakazonych-jest-malo-jak-szwedzi-to-zrobili/ar/c1-15182654

Polskie Forum Astronautyczne

Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #33 dnia: Wrzesień 21, 2020, 20:03 »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #34 dnia: Wrzesień 22, 2020, 23:53 »
Przełamanie spadkowego trendu w Sztokhomie. Rośnie liczba zakażeń koronawirusem
Opracowanie: Malwina Zaborowska 22 września (19:30)

W Sztokholmie znów rośnie liczba zakażeń koronawirusem - poinformowały władze regionu, obejmującego stolicę Szwecji. Główny epidemiolog kraju nie wyklucza wprowadzenia dodatkowych obostrzeń.

Wiosną Sztokholm był jednym z najbardziej dotkniętych pandemią miast Europy, od lata sytuacja systematycznie się poprawiała.

Trend spadkowy, zgodnie z którym coraz mniej mieszkańców Sztokholmu jest zakażonych koronawirusem, został przełamany. Jeśli krzywa nadal będzie rosła, istnieje ryzyko, że sytuacja stanie się poważna - powiedział dyrektor ds. opieki zdrowotnej regionu Sztokholmu Bjoern Eriksson.

Według niego mają miejsce "niepokojące oznaki nasilania się infekcji". Na razie jest to niski poziom, ale trend jest rosnący - uściślił Eriksson.

W ubiegłym tygodniu pozytywny wynik potwierdzono u 2,2 proc. testowanych mieszkańców Sztokholmu i okolic, dwa tygodnie temu wskaźnik ten wynosił 1,1 proc.

Z danych Urzędu Zdrowia Publicznego wynika, że w minionym tygodniu odnotowano w Sztokholmie 305 nowych przypadków zakażeń koronawirusem. W poprzednich tygodniach było to odpowiednio - 254 oraz 240.

Główny epidemiolog kraju Anders Tegnell, odnosząc się do sytuacji w Sztokholmie na konferencji prasowej, przekazał, że "jeśli w tym mieście obecny trend się nie odwróci, możliwe będą lokalne restrykcje". Tegnell, będący twórcą szwedzkiej liberalnej strategii walki z epidemią, jest generalnie przeciwny surowym obostrzeniom. W Szwecji wciąż nie obowiązuje nawet zalecenie o stosowaniu maseczek.

Według Tegnella innym regionem Szwecji, w którym zaobserwowano wzrost zakażeń, jest położona w środkowej części kraju Dalarna. Za źródło rozprzestrzenienia się koronawirusa w tym regionie uznano rozgrywki ligi hokeja na lodzie oraz piłki nożnej.

We wtorek poinformowano o pięciu kolejnych ofiarach Covid-19 w Szwecji, które zmarły od piątku. W tym samym okresie potwierdzono w Szwecji 1 199 nowych przypadków koronawirusa. To niewielki wzrost w skali całego kraju - ocenił Tegnell.

Do tej pory w Szwecji wirusem SARS-CoV-2 zainfekowało się 89 436 osób, spośród których 5 870 zmarło.

Źródło: PAP
https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/europa/news-przelamanie-spadkowego-trendu-w-sztokhomie-rosnie-liczba-zak,nId,4747391

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #35 dnia: Wrzesień 23, 2020, 22:25 »
Koronawirus. Czołowy wirusolog Niemiec: Nieprędko zrzucimy maski
Deutsche Welle OPRAC. REDAKCJA WIADOMOSCI WP 18 września

To jego słuchają Niemcy w czasie pandemii - wirusolog Christian Drosten opracował pierwszy na świecie test na koronawirusa. Teraz naukowiec ostrzega: zima nie będzie łatwa.

Profesor Christian Drosten jest dyrektorem Instytutu Wirusologii berlińskiej kliniki Charité. W 2003 roku był jednym z odkrywców pierwszego koronawirusa SARS. Na początku tego roku opracował pierwszy na świecie test diagnostyczny na SARS-CoV-2. Drosten doradza rządowi Niemiec.

Jak długo jeszcze świat będzie zmagał się z pandemią koronawirusa?

Christian Drosten: Trudno o globalną prognozę. Mamy wiele różnych, poważnych sytuacji w Europie. Zima nie będzie łatwa. W przyszłym roku będziemy mieli szczepionki. Myślę, że potrwa to do końca przyszłego roku, zanim pewne grupy społeczeństwa będą mogły z nich skorzystać.

Nieprędko pożegnamy się z maskami. Bo nawet, jeśli zaczniemy już szczepić, to zdecydowana większość społeczeństwa nadal będzie musiała je nosić. W krajach, takich jak Niemcy, gdzie jest niewiele zachorowań, nie będzie szerokiej odporności. W innych krajach europejskich pewnie też nie.

Jeśli chodzi o inne regiony, to trudno powiedzieć. Na przykład w Afryce przebieg choroby wydaje się być mniej ciężki. Może to się wiązać ze strukturą wieku i młodymi społeczeństwami, ale w zasadzie obserwujemy tylko regiony miejskie. Nie wiemy jak wirus zachowa się, gdy zacznie rozprzestrzeniać się na wsiach. Nie wiemy też w jakim stadium jest tam epidemia. Są dane, według których liczba infekcji maleje. Ale nie wiemy, czy na tej podstawie można uogólniać. Możliwe, że epidemia słabnie w miastach, ale równie możliwe jest, że dopiero nadchodzi.

Które regiony szczególnie pana martwią?

Chwilowo najbardziej Indie. Kraj ten ma bardzo dużą gęstość zaludnienia. Wirus rozprzestrzenia się tam. Nie powiedziałbym, że bez kontroli, ale prawie tak jest. Potem oczywiście też regiony Ameryki Południowej. Mówiłem już o Afryce, że kontynent afrykański to chwilowo zagadka. Ale chodzi też o północ. Zima się zbliża i są regiony, także w Europie, gdzie tylko w niewielkim stopniu kontroluje się wirusa, a także kraje, które wchodzą w jesień, mając już dużo przypadków zachorowań. A także gdzie jest nieduże zaufanie w zaplecze medyczne i służbę zdrowia. Są kraje, także w Europie, które - moim zdaniem - bardzo prędko powinny podjąć rygorystyczne kroki.

Inne kraje uważają Niemcy za wzór w postępowaniu z pandemią. Co Niemcy robią dobrze?

To połączenie wielu przyczyn. Jedną z nich jest z pewnością zdecydowane działanie na początku pierwszej fali. To, że Niemcy zadziałały szybko, miało prawdopodobnie decydujące znaczenie. I nie w odniesieniu do daty w kalendarzu, ale do relatywnego momentu, w którym ogłoszono ograniczenie kontaktów, zwane czasem lockdownem. Wiedzieliśmy o epidemii dzięki naszym testom. Także szeroki dostęp do tych testów różni Niemcy od innych krajów.

Inne wytłumaczenie jest takie, że epidemia zaczęła się u nas nieco później. Pierwsze przywiezione z zagranicy przypadki koronawiusa nie rozwinęły się do rozmiaru epidemii już w styczniu, ale dopiero pod koniec lutego. Pierwsze "importowane" przypadki udało się kontrolować. Prawdopodobnie to jest powodem, dla którego nasze działania były bardzo efektywne. Po lockdownie, powiedzmy od połowy maja, notowano w Niemczech już niewiele przypadków i tak też zostało. Do teraz, nawet jeśli znowu obserwujemy lekki wzrost zachorowań.

Przed nami jesień i zima. Co będzie się działo w Niemczech?

Jeśli chodzi o strukturę ludności i inne parametry, to nie ma większych różnić między europejskimi krajami. Dlatego musimy patrzeć na innych - Francję, Wielka Brytanię, Hiszpanię. To, co tam się dzieje, będziemy mieli także w Niemczech, jeśli nie będziemy bardzo wcześnie reagować. To bardzo trudne zadanie, aby określić właściwy moment, w którym trzeba zmienić obowiązujące obecnie środki.

Wygląda na to, że będziemy musieli jeszcze dość długo żyć z wirusem. Kiedy znowu będzie się można objąć na powitanie?

To sprawa uzależniona regionalnie. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby w przyszłym roku, w jakiś częściach świata, ludność była już chroniona. Ale to oznacza, że przeszli epidemię, która ze względu na strukturę wiekową tej ludności, nie wydawała się być tak poważna. Może tak być choćby w Afryce. W innych częściach świata, w których postawiono na zapobieganie zarażeniom, czekając na opracowanie szczepionki, można spodziewać się, że maski trzeba będzie nosić do końca 2021 roku. Nie da się tego dokładnie przewidzieć, ale przyszły rok będzie rokiem z maską.


https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-czolowy-wirusolog-niemiec-niepredko-zrzucimy-maski-6555476727355936a

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #36 dnia: Wrzesień 24, 2020, 21:34 »
Genetic or immune defects may impair ability to fight Covid-19
Laura Spinney Thu 24 Sep 2020 19.00 BSTLast modified on Thu 24 Sep 2020 19.24 BST

Exclusive: significant proportion of severely ill people have inborn errors, study finds


 The discovery may help to explain why coronavirus leaves some sufferers sick or dying in intensive care, while others remain barely affected. Photograph: Murdo MacLeod/The Guardian

A significant proportion of patients who develop life-threatening forms of Covid-19 have genetic or immunological defects that impair their ability to fight the virus, research has found.

In papers published in the journal Science, the Covid Human Genetic Effort international consortium describes two glitches in severely ill Covid-19 patients that prevent them from making a frontline immune molecule called type 1 interferon.

The patients would have carried these glitches for years before the pandemic, or in the case of the genetic errors, all their lives. The discovery may help to explain a mystery surrounding the coronavirus: why it leaves some sufferers sick or dying in intensive care, while others remain barely affected or asymptomatic.

The consortium sequenced all or part of the genomes of 659 severely ill Covid-19 patients from around the world, as well as those of 534 people with asymptomatic or mild infection, and found that

In the second study, involving nearly 1,000 severe Covid-19 patients, they found at least one in 10 patients carried antibodies to their own interferon, which block its action. No such auto-antibodies were found in asymptomatic or mild patients, and they were detected in only a tiny fraction (0.3%) of healthy controls. These findings were described by one scientist as “astonishing”.

Together, the two types of error account for about 15% of life-threatening Covid-19 cases, according to the immunologist Jean-Laurent Casanova of the Rockefeller University in New York City and the Necker Hospital for Sick Children in Paris, who co-directs the consortium.

Casanova suspects human genetics will end up explaining the majority of such cases, however, because the consortium has only looked for mutations in 13 of the 300-odd type 1 interferon-related genes so far – already a huge undertaking. Many other genes, including ones not related to interferon, could affect a person’s response to the virus.

Type 1 interferon is a molecule produced by the immune system as soon as it detects infection. It works by stopping a virus from replicating. If this first-line defence is effective, a person may not even feel unwell. Even if it is not, it buys the body time to mount an immune response that is more targeted to the virus in question, involving antibodies and immune cells.

Without interferon, severely ill Covid-19 patients rely solely on this second defence mechanism, which may take several days to reach full strength – giving the Sars-CoV-2 virus a head start on damaging the body’s tissues.

Casanova said the finding of inborn genetic errors in severe Covid-19 patients came about serendipitously: “We have a two-year-old girl from Angers in France to thank for it.”

The toddler turned up in the Necker intensive care unit in 2011 with life-threatening flu. Doctors saved her life but, wondering why she was unable to shrug off the infection like most children, Casanova sequenced her genome and found she carried two copies of a recessive genetic trait that meant she could not make interferon. Vaccinated annually against flu, she has thrived ever since because her antibodies work normally.

The auto-antibody finding is especially exciting, said the consortium member and infectious diseases physician Vanessa Sancho-Shimizu of Imperial College London, because 95% of severe patients who carry the auto-antibodies are male and over 50. “It explains the age and gender bias that we’re seeing in the severe patient population,” she says.

It is not clear why those patients have such antibodies, but the cause could also be genetic. Another mystery is why the patients with genetic errors survived earlier infections, though the researchers have a theory about this: “We propose that Sars-CoV-2 is a particularly virulent pathogen that imposes a much greater requirement for type 1 interferon than, say, flu,” said Sancho-Shimizu.

Stephen Chapman, a respiratory medicine physician at the Wellcome Centre for Human Genetics in Oxford, who was not involved in the research, said the papers made an important contribution towards explaining why disease severity varies so dramatically between individuals. Of the auto-antibody finding, he said: “If this is true it is an astonishing result.”

It should guide diagnosis and treatment, since patients arriving at hospital and testing positive for auto-antibodies could undergo plasma exchange to remove those antibodies from their blood – potentially keeping them out of intensive care. Since the auto-antibodies spare one particular form of interferon – the beta form – these patients might also benefit from the experimental treatment inhaled interferon beta.

Magnús Gottfređsson, an infectious diseases doctor at the University of Iceland, said the findings should sound a note of caution to those conducting clinical trials of convalescent plasma because if the donated plasma contains auto-antibodies to interferon it could potentially do more harm than good.


https://www.theguardian.com/world/2020/sep/24/genetic-immune-defects-may-impair-ability-fight-covid-19
« Ostatnia zmiana: Wrzesień 25, 2020, 01:55 wysłana przez Orionid »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #37 dnia: Wrzesień 25, 2020, 23:40 »
https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/polska/news-ostatni-dzwonek-dla-sceptykow-modele-mowia-o-nawet-kilkuset-,nId,4753543

Ostatni dzwonek dla sceptyków. Modele mówią o nawet kilkuset zgonach dziennie
Kuba Kaługa 25 września (15:06)

"To jest ostatni moment na to, aby ta część społeczeństwa, która twierdzi, że pandemii nie ma, że nie ma koronawirusa, zastosowała się do trzech podstawowych, prostych zasad: dystans, dezynfekcja, maseczka" - mówi RMF FM Tomasz Augustyniak, Pomorski Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny. Wczoraj w Pomorskiem padł rekord nowych zakażeń – 143 nowych chorych. Dziś przybyło kolejnych 128

Sytuacja epidemiczna na Pomorzu jest coraz poważniejsza. W strefie czerwonej od jutra znajdzie się powiat kartuski, a w żółtej Sopot i powiat bytowski, który był wcześniej strefą czerwoną. Kolejne cztery powiaty: wejherowski, pucki, kościerski i nowodworski, a także miasto Słupsk są na liście rejonów zagrożonych wprowadzeniem specjalnych stref, a co za tym idzie dodatkowych obostrzeń. Niestety wszystko wskazuje na to, że nowych zakażeń będzie jeszcze więcej. Myślę, że musimy się przyzwyczaić do trzycyfrowych wzrostów zakażeń dziennych. To wynika z wielu aspektów. Z tego co dzieję się też w innych województwach. To także efekt zmiany samej strategii testowania, ale wydaje się, że w dużej mierze też efekt poluzowania zwyczajów społecznych w kwestii stosowania obostrzeń - mówi RMF FM Tomasz Augustyniak, Pomorski Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny.

Druga fala?

Szef sanepidu na Pomorzu podkreśla, że nie chce spekulować, ani straszyć. Dane, statystyki i modele rozwoju epidemii dają jednak realne powody do niepokoju. Niektórzy już mówią otwarcie, że jest to druga fala zachorowań. My podchodzimy w tym zakresie z dużą ostrożnością, aczkolwiek te modele, które wykorzystujemy w naszej pracy i które się zwykle sprawdzały, pokazują, że zakażeń w najbliższym czasie będzie istotnie przybywać. Mam oczywiście nadzieję, że nie będzie tak źle, jak może być, natomiast wiele wskazuje na to, że najbliższy czas będzie bardzo niespokojny, jeśli chodzi o zakażenia COVID-19 na Pomorzu i w kraju. To też widać w Europie. Warto podkreślać, że nie jesteśmy w tym zakresie wyjątkiem" - mówi Augustyniak.

Ostatni dzwonek

Jak przyznaje modele rozwoju epidemii w Polsce pokazują bardzo różne scenariusze. Od "mało spektakularnych", wskazujących na to, że w statystykach, w stosunku do aktualnie odnotowywanych wskaźników, niewiele się zmieni, po takie, które przewiduję, że w grudniu 2020 w Polsce może dochodzić do nawet kilkuset zgonów dziennie. Wszystkie te modele mówią o jednej podstawowej kwestii: że te modele albo spełnią się, albo nie, w zależności od tego jak będą stosowane zasady bezpieczeństwa. Nie możemy od nich odstąpić, aby rzeczywiście można było powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko co można było w tej sprawie zrobić - mówi Augustyniak, zaznaczając, że ci, którzy bagatelizują epidemię, bądź jej zaprzeczają, powinni - dla siebie i dla dobra innych - zmienić swoje postępowanie.

To jest ostatni moment na to, aby ta część społeczeństwa, która twierdzi, że pandemii nie ma, że nie żadnego ma koronawirusa, zastosowała się do trzech podstawowych, prostych zasad: dystans, dezynfekcja, maseczka. To jest naprawdę ostatni moment, abyśmy mogli zareagować na to, co za chwilę może się wydarzyć, bo wszystko wskazuje na to, że zakażeń będziemy notować z dnia na dzień coraz więcej - apeluje Tomasz Augustyniak.

Coraz więcej ciężkich przebiegów

Pomorski Wojewódzki Inspektor Sanitarny przyznaje także, że jednoznacznie zwiększa się liczba osób, które przechodzą zakażenie koronawirusem z różnymi objawami choroby COVID-19. To przekłada się także na liczbę osób, które muszą być hospitalizowane. Na Pomorzu wczoraj liczba hospitalizowanych przekroczyła 120 przypadków. Rośnie też liczba osób, które przechodzą COVID-19 w sposób ciężki.

To można wyjaśnić w prosty sposób. Zwiększa nam się dość istotnie liczba tak zwanych aktywnych przypadków zakażeń. Wiemy, że jeśli notujemy tak istotnie duże przyrosty zakażeń dziennych, to z prostej statystki wynikać będzie, że pewna cześć tych, którzy zostali zakażeni wirusem SARS-CoV-2, rozwinie chorobę jaką jest COVID-19. Procentowo, pewna część z osób, które rozwiną tę chorobę, będzie miała ciężki przebieg, a z kolei spośród osób, które będą chorować w sposób ciężki, część po prostu umrze. To jest statystyka i w zakresie tej choroby tego typu prawidła mają zastosowanie. Niestety - mówi Augustyniak.

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #38 dnia: Październik 16, 2020, 23:48 »
Prosím nenakažte se. Jste v nebezpečí, že pro vás lůžko nezbyde, vyzývá biochemik Konvalinka
Praha 18:41 15. října 2020 Barbora Tachecí, Katka Brezovská

Ministr zdravotnictví Roman Prymula (za ANO) připouští, že kolaps nemocnic je kvůli rekordnímu přírůstkům nakažených lidí i nakažených lékařů koronavirem reálný. Před zlehčováním situace varuje i biochemik Jan Konvalinka. „Situace je velmi vážná. Viděl jsem modely, podle kterých vláda o restrikcích rozhodovala, a vypadají nebezpečně, velmi pesimisticky. A realita za poslední tři dny je horší než pesimistický scénář,“ říká.


Prorektor Univerzity Karlovy pro vědu a výzkum a vedoucí výzkumné skupiny na Ústavu organické chemie a biochemie Akademie věd České republiky Jan Konvalinka | Foto: Khalil Baalbaki | Zdroj: Český rozhlas

„Nemocnice stále ještě nejsou plné, máme volná lůžka, ale růst je exponenciální. To, že současné kapacity budou úplně naplněny, je bohužel jisté skoro s matematickou jistotou. Podle modelů to vypadá, že k tomu dojde někdy na konci října. Lidé, kteří se nakazili minulý týden, ještě lůžko v nemocnici mít budou. Lidé, kteří se nakazí během tohoto týdne, už ne,“ varuje pravidelný host Osobnosti Plus.

Připomíná, že přestože v pořadu na posluchače neapeluje, tentokrát přichází s výzvou: „Prosím nenakažte se. Jestli se během tohoto týdne nakazíte, jste ve velkém nebezpečí, že pro vás lůžko nezbyde.“

Podle zkušeností z Česka i ze zahraničí končí v nemocnici čtyři procenta nakažených. „To je dlouhodobý průměr, který se spíš malinko zvyšuje. Vlak už je rozjetý, můžeme ho zpomalovat, ale na sto metrech ho nezastavíme. Teď jde o to, co se bude dít druhý a třetí týden v listopadu, aby nakažení nepřibývali tak raketovou rychlostí jako teď,“ upozorňuje.

Za kritický problém označuje Konvalinka hlavně dostupnost kvalifikovaného zdravotnického personálu. „Naše univerzita už vysílá mediky na pomoc nemocnicím. Ale kvalifikovaná obsluha intenzivního lůžka jsou profesionálové, kteří se učí léta, a to se nedá přes noc naučit. Musíme se modlit, aby neodpadli a nebyli nemocní,“ přiznává prorektor Univerzity Karlovy.

Zaveďte osobní lockdown

Biochemik se připojil k výzvě multioborového panelu vědců, pod níž jsou podepsaní experti z různých oblastí, mimo jiné rektor ČVUT Vojtěch Petráček, jaderná fyzička Dana Drábová, epidemiolog Petr Smejkal, datoví vědci, infektologové i ekonomové. Vyzývají veřejnost k zavedení osobního lockdownu.

„Ta výzva je tady hlavně na podporu tohoto, co se pokouší ministerstvo zdravotnictví v posledních dnech a možná týdnech. To znamená: berte to proboha vážně. Aby lidé vycházeli jen v nejnutnějších případech, neshlukovali se, aby třeba ti, kteří nemusí nutně do práce, byli na home office,“ popisuje Konvalinka pro Český rozhlas Plus.

Motivací, proč se k výzvě připojil, je podle něj také silné pole dezinformací, konspiračních teorií a nesmyslů, které se v Česku strašně rychle šíří.

Lepší látková rouška než nic

Ve výzvě se také uvádí, že kontakt s lidmi je třeba zastavit buď vzdáleností, nebo kusem látky. Konvalinka to komentuje: „Hlavním autorem výzvy je (datový vědec a publicista) Petr Ludwig, který stál za iniciativou Češi šijí roušky. A já mu dávám za pravdu, že lepší látková rouška než nic, lepší respirátor než látková rouška, lepší FFP3 respirátor než FFP2 respirátor. Ale hlavně proboha něco,“ říká.

Připouští, že virus prochází i respirátorem nižší třídy a rozhodně látkovou rouškou. Ale zároveň upozorňuje, že jejich používání statisticky snižuje pravděpodobnost nakažení.

„Když budeme od sebe tři metry, máme menší pravděpodobnost, že se infikujeme, než když to budou dva metry. Když si budete dvakrát denně mýt ruce, máte menší pravděpodobnost, že to dostanete, než když to bude jednou. Když budete mít látkovou roušku, snižujete pravděpodobnost, že to dostanete, o desítky procent. Když to všechno zkombinujete, tak jste velmi slušně chráněni,“ upozorňuje biochemik.

Konvalinka souhlasí s názorem, že málo pravděpodobná je infekce dotykem, přesto však nelze vyloučit. „Největší je, když si brzo po tom, co se dotknete infikovaného povrchu, promnete oči. Přes oční spojivky. To je docela důležitý a nebezpečný zdroj nákazy,“ upozorňuje biochemik Jan Konvalinka.


https://www.irozhlas.cz/zpravy-domov/jan-konvalinka-koronavirus-cesko-luzka_2010151841_oro

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #39 dnia: Październik 22, 2020, 00:29 »
Profesor Flegr odhalil plán, jak porazit koronavirus. Není to lockdown, ale líbit se nebude
By Aleš Kulhánek Posted on 18. 10. 2020


Foto: archiv J. Flegra

Profesor Jaroslav Flegr patří v současné době k nejcitovanějším odborníkům v souvislosti s koronavirem. Ač zaměřením evoluční biolog, dokázal Flegr velmi přesně predikovat vývoj epidemie a jeho nové prognózy se opět naplňují. Naposledy uvedl, že do týdne bude v nemocnicích šest tisíc lidí s koronavirem a do konce měsíce se toto číslo vyšplhá pravděpodobně na deset tisíc. Tito lidé už jsou přitom dnes nakažení a nelze tak s tím vůbec nic dělat.

Poučme se tam, kde koronavirus porazili

Přesto Flegr nehází flintu do žita a na rozdíl od jiných předkládá plány na to, jak se s koronavirovou krizí vyrovnat a jak virus pokud možno porazit. Vychází přitom z postupů, které slavily úspěch jinde ve světě. Naposledy si vzal příklad z rozvinutých asijských ekonomik, kde koronavirus – při pohledu ze současného Česka – zvládli až neuvěřitelně dobře. Jde především o Tchajwan, kde nákazu zarazili v zárodku několika desítek případů nebo Jižní Koreu, kde se sice poměrně citelně rozjela, ale systematickým konáním se ji podařilo zcela ztlumit.

Podle Flegra je jedním z klíčů k takovému výsledku omezení občanských práv. Na to jsou občané západních společností velmi citliví, zatímco Asiaté takovou váhu osobním svobodám nepřikládají. Snad proto, že mají mnohem větší zkušenosti s epidemiemi a dobře vědí, že bez jejich osekání se mnohdy nedají zvládnout. Flegr ostatně správně upozorňuje, že i zde salámovou metodou k omezení občanských práv došlo. Řada lidí nemůže podnikat, je nutné nosit roušku, není možné se libovolně shromažďovat a navíc je pravděpodobné, že opět přijde plošná karanténa.

Příprava obranné linie na třetí vlnu

“Myslím, že za situací, jako je ta dnešní, je nutné navíc na přechodnou dobu omezit i ochranu soukromí,” navrhuje Flegr s tím, že je mu jasné, že se to mnohým nebude líbit. ” Konkrétně, státním orgánům by mělo být povoleno využívat neanonymizovanou informaci o poloze jednotlivých osob z mobilních telefonů i bankovních transakcí.” Byl to právě tento zásah, který velmi pomohl asijským státům zefektivnit vyhledávání nově nakažených a porazit tak epidemii covidu.

“Je jasné, že takový zásah do občanských práv musí být pečlivě regulován zákonem. Povolení by muselo platit na jasně vymezenou dobu, získané informace by se nesměly využít na nic jiného než pro účely boje s epidemií (tedy ani pro účely trestních řízení) a za jakékoli zneužití těchto informací by musely hrozit mnohaleté, vždy nepodmíněné tresty,” píše na svém facebookovém profilu Jaroslav Flegr.

Podle něj už tuto vlnu epidemie, kterou přivodila vláda svou nečinností, budeme muset zvládnout prostředky, které máme k dispozici. Bylo by však chybou domnívat se, že jakmile toto období překonáme, bude nad koronavirem vyhráno. Podle Flegra přijde na přelomu podzimu a zimy další vlna, která bude poháněna tím, že koronavirus v chladnějším počasí sílí a snáze se přenáší. Tehdy už bychom měli mít připraven příslušný zákon omezující soukromí, ale zároveň dávající státu účinný prostředek, jak s epidemií bojovat.


https://www.mix24.cz/profesor-flegr-odhalil-plan-jak-porazit-koronavirus-neni-to-lockdown-ale-libit-se-nebude/?utm_source=www.seznam.cz&utm_medium=sekce-z-internetu

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #40 dnia: Październik 22, 2020, 23:56 »
W epidemicznych prognozach próżno dziś szukać otuchy. Scenariusze są czarne
Witold Głowacki 15 października

Twórcy prognoz rozwoju sytuacji epidemicznej są zgodni, że dzisiejsze poziomy wzrostów dziennej liczby zachorowań to niestety nie koniec. O szansie na wypłaszczenie epidemicznej krzywej będzie można mówić dopiero po przejściu przynajmniej części szkół na naukę zdalną.

Lawinowy wzrost dziennych liczb nowych zakażonych nie pozostawia nam złudzeń - druga fala epidemii koronawirusa w Polsce przebiega o wiele gwałtowniej niż pierwsza. W czwartek padł kolejny rekord liczby nowych zakażeń - było ich aż 8099 - o ponad półtora tysiąca więcej niż dzień wcześniej. Rosną też statystyki zgonów. W środę odnotowano ich 116, w czwartek 91, a w piątek aż 132. Tempo, w jakim zaostrza się sytuacja epidemiczna w Polsce skłania do dość oczywistych pytań - jaka może być dalsza skala wzrostów liczby zakażonych. I czy mamy szansę na jakieś „wypłaszczenie się” epidemicznej krzywej?

Wstępne odpowiedzi na oba pytania nie nastrajają optymizmem. Wzrosty liczby zakażonych mogą nas wręcz szokować. Natomiast o spowolnieniu ich tempa będzie można mówić dopiero w wypadku podjęcia przez rządzących działań, które miałyby realną szansę na ograniczenie rozprzestrzeniania się koronawirusa. Należą do nich, niestety, głównie rozwiązania ze znanej nam już puli określanej zbiorczo mianem lockdownu. Na pierwszym miejscu wśród nich stoi dziś czasowe zamknięcie szkół i objęcie uczniów nauką zdalną.

Skąd to wszystko wiemy? Z prognoz. W Polsce działa kilka zespołów badawczych zajmujących się analizą danych i prognozowaniem na ich podstawie tempa rozprzestrzeniania się koronawirusa. Ich obecne prognozy zakładają niestety dalsze gwałtowne wzrosty liczby zakażonych.

Trzykrotny wzrost do 11 listopada?

Od pierwszych tygodni epidemii w Polsce jej przebieg prognozuje z niezłymi skutkami firma analityczna ExMetrix. Ich estymacje nie odbiegały od realiów więcej niż o 15 procent (co w wypadku epidemii wywołanej przez nowoodkrytego wirusa jest obiektywnie dobrym wynikiem), jednak ich uśredniona sprawdzalność to 94 procent. W ostatnich miesiącach odchylenia prognoz ExMetrix od realiów były zaledwie kilkuprocentowe. W pierwszej fazie pandemii i latem prognozy ExMetrix były - zgodnie z faktami - dość optymistyczne, dlatego chętnie podpierał się nimi rząd - również w tak kontrowersyjnych kwestiach jak próba organizacji „koronawyborów”. Mimo związanych z tym pytań i wątpliwości, z perspektywy czasu stało się jednak dość jasne, że prognozy ExMetrix były generalnie trafione.

Dziś z ust przedstawicieli władz niemal o nich nie słyszymy. ExMetrix nie ma dla nas dobrych wiadomości. Najnowsza prognoza z 11 października przewiduje ostry wzrost poziomów zakażeń przez kolejny miesiąc, minimalnie spowalniający od ostatniego tygodnia października - wypłaszczeniem tego jednak nazwać nie można. Według najbardziej optymistycznego scenariusza przedstawionego przez ExMetrix 11 listopada mielibyśmy mieć w Polsce łącznie sporo ponad 250 tysięcy zakażeń (w ujęciu od pierwszego dnia epidemii), w wersji pesymistycznej prawie 400 tysięcy. Aktualna liczba zakażeń to zaś nieco ponad 150 tysięcy, więc do listopada możliwe byłyby wzrosty liczby zarejestrowanych nowych chorych nawet o kilkanaście tysięcy dziennie. W skali całego kraju widoczne jest - podobnie zresztą jak w wypadku statystyk zachorowań - spore zróżnicowanie regionalne. Zdecydowanie najgorzej zapowiada się sytuacja w województwach małopolskim i mazowieckim, sporych wzrostów liczby chorych należy się też spodziewać w województwie kujawsko-pomorskim. Ale to nie koniec prognoz.

„200 tysięcy zachorowań dziennie”

Ta liczba obiegła ostatnio media w związku z prognozami Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego UW znanego szerzej jako ICM. Ten ośrodek już od lat słynął między innymi z bardzo precyzyjnych krótko i średnioterminowych prognoz pogody opartych na modelach komputerowych - korzystają z nich na potęgę choćby żeglarze czy miłośnicy wysokogórskich wypraw. Od początku pandemii naukowcy z ICM modelują także jej możliwy przebieg. Choć stosują inną metodologię niż ExMetrix, ich prognozy okazały się wysoce sprawdzalne.

Dziś mamy do czynienia ze spełnieniem pesymistycznych prognoz ICM z sierpnia. W przygotowanej wtedy symulacji naukowcy z ICM przestrzegali przed skutkami otwarcia szkół od 1 września, zapowiadając możliwość wynikających z tego szybkich wzrostów zachorowań nawet do poziomu kilku tysięcy zachorowań dziennie. By tego uniknąć, w pierwszej kolejności ICM rekomendowało przesunięcie rozpoczęcia roku na połowę września, tak by dzieci i młodzież odbyły rodzaj naturalnej kwarantanny po wakacjach. W sierpniu - gdy zachorowań było po kilkaset dziennie - brzmiało to dla laików jak wieszczenia Kasandry, już pod koniec września stało się jednak jasne, że prognostycy z ICM mieli stuprocentową rację. Dziś również w modelach ICM szkoły mają szczególne miejsce. Zdaniem naukowców z tego ośrodka są one dziś tymi najbardziej wydajnymi „wylęgarniami” wirusa, miejscami, w których przenosi się on w zasadzie swobodnie pomiędzy uczniami - w ogromnej większości przechodzącymi COVID-19 całkowicie bezobjawowo.

To zaś ma ogromny wpływ i na statystyki i na właściwą identyfikację ognisk choroby. Dopiero bowiem zarażeni przez dzieci rodzice i dziadkowie odczuwają objawy - i tym samym trafiają do statystyk. Daje to bardzo mylący efekt finalny - i wpływa na niewłaściwą ocenę sytuacji przez służby sanitarne.

Teraz ICM prognozuje możliwość wzrostu liczby rejestrowanych zakażeń do nawet około 20 tysięcy dziennie. Skąd więc liczba 200 tysięcy? Stąd, że eksperci ICM cały czas przypominają, że niemal na całym świecie realna liczba zachorowań jest wielokrotnie wyższa od tej odnotowywanej w oficjalnych statystykach. Epidemiolodzy zgadzają się dziś, że oficjalne dane należy mnożyć nawet przez dziesięć, by w ten sposób oszacować realną liczbę osób, które zostały już zakażone koronawirusem. Wynika to i z faktu, że większość ogółu zakażonych przechodzi chorobę całkowicie bezobjawowo, jak i z tego że znaczna część chorych o skąpych objawach albo z różnych powodów unika kontaktu ze służbą zdrowia (choćby po to, by jej nadmiernie nie obciążać), albo też nie ma szans na doczekanie się przeprowadzenia potwierdzonego testu.

Dowodem na to, że ten dziesięciokrotny mnożnik może sprawdza się również w Polsce, jest aktualny współczynnik zgonów z powodu COVID-19. Gdybyśmy mieli po prostu porównywać dotychczasowe oficjalne statystyki zachorowań z odnotowaną liczbą zgonów, w niektórych okresach współczynnik zgonów zbliżałby się do 4 procent - co byłoby wynikiem zupełnie przerażającym. W rzeczywistości jednak realnych zachorowań było już wielokrotnie więcej niż wskazują na to realne statystyki, tym samym też realny współczynnik zgonów jest wielokrotnie niższy.

Paradoks superzarażaczy

Jest jeszcze jeden mechanizm związany ściśle z pandemią koronawirusa i coraz częściej uwzględniany przez twórców prognoz. To zarazem jedyna dobra wiadomość w tym tekście. Chodzi o rolę tzw. superzarażaczy - których obecność w społecznościach dotkniętych epidemią naukowcy stwierdzali od pierwszych miesięcy walki z koronawirusem. To osoby, które z wciąż nieznanych przyczyn biologicznych mają ponadprzeciętnie wysokie stężenie koronawirusa w wydychanym powietrzu i w wydzielinach dróg oddechowych. Do tego przechodzą chorobę bezobjawowo lub skąpoobjawowo. A jednocześnie pełnią określone funkcje w swych społecznościach, które sprawiają, że w ciągu typowego dnia pracy kontaktują się ze znacznie większą liczbą osób niż pozostali obywatele. Superzarażaczem może być wiec i listonosz, i reporter uganiający się po mieście, i ratownik medyczny, i barman, i wreszcie na przykład beztroski imprezowicz, który stara się wykorzystać każdy wieczór na zabawę w jak największej liczbie miejsc, nie mówiąc już o zdarzających się także wśród superzarażaczy osób ze środowisk „antycovidowców”. Od pierwszych tygodni epidemii było jasne, że superzarażacze potrafi w pojedynkę zarażać od kilkudziesięciu do nawet ponad stu osób - tym samym stanowiąc znaczne potencjalne zagrożenie dla osób z grup ryzyka.

Dopiero po jakimś czasie zaczęto jednak uwzględniać także fakt, że z racji swych funkcji społecznych superzarażacze sami także należą do osób najbardziej narażonych na zakażenie. Tym samym prawdopodobieństwo, że to oni właśnie zetkną się z koronawirusem jest nawet wielokrotnie wyższe niż w wypadku pozostałych osób. A zatem superzarażacze zarażają się w pierwszej kolejności - następnie wykonują swą nieświadomą misję rozprzestrzeniania koronawirusa - po czym zyskują odporność, przynajmniej na dłuższy czas. Dlatego większość z nich pójdzie niejako na pierwszy ogień, oczywiście jeszcze bardziej przyczyniając się do gwałtownych wzrostów w pierwszym okresie rozwoju sytuacji epidemicznej. Później jednak - wraz z biegiem czasu i postępami epidemii - superzarażacze będą odgrywać coraz mniejszą rolę w dalszym procesie zarażania.

To z kolei może mieć znaczący wpływ na kwestię progu tzw. odporności stadnej, czyli warunku naturalnego wygasania epidemii. Odporność stadna może zostać osiągnięta w danej populacji wtedy, gdy osób mających chorobę za sobą - i tym samym przynajmniej czasowo na nią odpornych - jest na tyle wiele, że nowi chorzy już nie bardzo mają kogo zarażać. Współczynnik R spada poniżej 1 i epidemia zaczyna wygasać.

Dotąd naukowcy uznawali, że odporność stadna na koronawirusa może wystąpić po przechorowaniu COVID-19 przez jakieś 60-65 procent ogółu społeczeństwa. Ale ICM szacuje, że w Polsce wstępem do odporności stadnej może być przechorowanie COVID-19 przez około 9 milionów obywateli. To skutek uwzględnienia opisanej wyżej roli superzarażacy i zarazem ich specyficznej pozycji w łańcuchu zakażeń. Skoro to oni zarażają się jako jedni z pierwszych, to wśród chorych na początku epidemii powinno ich być nieproporcjonalnie wielu - ale w dalszych jej etapach powinno ich być coraz mniej i mniej. Tym samym zaś ich wpływ na szerzenie się zakażeń powinien znacząco maleć. Finalnie próg odporności stadnej znalazłby się więc znacznie niżej niż początkowo szacowano.

Jeśli to prawdziwa teza, to najszybciej znajdziemy jej potwierdzenie w Szwecji. Tamtejsi epidemiolodzy szacują, że w rejonie Sztokholmu COVID-19 ma już za sobą ponad 20 procent społeczności - do najniższego możliwego progu odporności stadnej jest więc już stosunkowo niedaleko.

Pośrednie ofiary epidemii

Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednych badaniach - których wyniki odnoszą się wprawdzie do pierwszej połowy roku, ale są też czarną prognozą dotyczącą kolejnych miesięcy.

W magazynie Journal of American Medical Association, znanym pod akronimem JAMA, opublikowano właśnie raport z badań naukowców Virginia Commonwealth University. Prześwietlili oni amerykańskie statystyki zgonów od marca do sierpnia tego roku i stwierdzili, że na każde dwie bezpośrednie ofiary koronawirusa przypada jeszcze jedna, która wprawdzie nie zachorowała na COVID-19, ale zmarła na skutek zaostrzenia stanów innych chorób związanego z sytuacją epidemiczną.

Badacze odnotowali na przykład aż dwukrotne czasowe wzrosty liczby zgonów z powodu choroby Alzheimera i znaczące skoki śmiertelnych statystyk związanych z chorobami serca.

Badacze analizowali statystyki wyłącznie z obszaru Stanów Zjednoczonych, gdzie ogólna liczba zgonów wzrosła w okresie pandemii o aż 20 procent.

Do wzrostów statystyk zgonów z powodu innych niż COVID-19 chorób przyczynia się według badaczy z Virginia Commonwealth University przede wszystkim stres wywołany sytuacją pandemiczną a dotyczący zarówno spraw zdrowia, jak i kwestii ekonomicznych oraz ograniczenie dostępu do usług medycznych z powodu obciążenia systemu ochrony zdrowia przede wszystkim walką z COVID-19.

Z badań naukowców z VCU płynie jasny wniosek, że epidemia COVID-19 pociąga za sobą znaczny wzrost śmiertelności z powodu innych chorób - co sprawia, że jej śmiertelne żniwo jest znacząco większe niż wynikałoby z samych statystyk dotyczących ofiar koronawirusa.

***
Jest całkiem jasne, że obecnie naukowcy nie mają dla nas zbyt wielu dobrych wiadomości. Prędzej czy później najprawdopodobniej będziemy musieli się zmierzyć z sytuacją przeciążenia systemu ochrony zdrowia i w konsekwencji z jakąś formą lockdownu. Dopiero wtedy możemy od twórców modeli rozwoju sytuacji epidemicznej usłyszeć jakieś lepsze wieści.


https://polskatimes.pl/w-epidemicznych-prognozach-prozno-dzis-szukac-otuchy-scenariusze-sa-czarne/ar/c1-15237637

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #41 dnia: Październik 25, 2020, 23:59 »
Lekarka-zakaźnik: Test na koniec kwarantanny? Jestem "za"
Opracowanie: Monika Kamińska 25 października (09:07)

"Dla mnie, jako lekarza to testowanie na koniec kwarantanny jest bardzo istotną strategią" - przyznaje dr hab. Monika Bociąga-Jasik, zastępca kierownika Oddziału Klinicznego Chorób Zakaźnych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. W rozmowie z RMF FM wyjaśnia, jak długo zakaża chory na Covid-19 i jak chronić się przed wirusem. Jednocześnie przypomina, że choroba jest nieprzewidywalna.

Marek Wiosło, RMF FM: Pani profesor, jak w tym momencie wygląda praca na oddziale zakaźnym, z jakimi problemami najczęściej się spotykacie?

Monika Bociąga-Jasik: Najważniejszy problem teraz: to emocjonalne i fizyczne wyczerpanie zespołu. W przeciwieństwie do marca, lutego, kiedy zaczynaliśmy pracę z pacjentami z Covidem-19, kiedy baliśmy się tej pracy, teraz jesteśmy z tym problemem już oswojeni. Ale, ponieważ pracujemy już 7 miesięcy w środkach ochrony osobistej, czujemy się zmęczeni. Zmęczeni fizycznie i psychicznie.

Widzi pani z bliska, od początku pandemii, jak ten wirus się rozwija. Jaki jest przebieg choroby, kto częściej się zaraża?

Na pewno teraz znacznie więcej mamy chorych, którzy są w cięższym stanie, wymagają stosowania tlenoterapii, czasami takiej wysoko-przepływowej tlenoterapii. Więcej chorych mamy na oddziale intensywnej terapii. Czy to wynika, z jakiejś zmiany dotyczącej samego charakteru wirusa? Nie jestem pewna. Jest to też wyraz liczb, które teraz mamy. Jest dużo zachorowań. A biorąc pod uwagę, że około 15 proc. chorych będzie miało ciężki przebieg, około 2-3 bardzo ciężki, to my automatycznie będziemy widzieli to w naszej codziennej pracy.

Choroba jest bardzo nieprzewidywalna. My mamy często taki przekaz, że te ciężkie przebiegi dotyczą tylko osób starszych, że o nich powinniśmy szczególnie dbać, natomiast my widzimy osoby, które mają lat 30, 40, 50, które są zdrowe, wysportowane, a które mają przebiegi krytyczne. Nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. Nie ma takiego algorytmu, który by nam pomógł powiedzieć, że po zakażeniu na pewno będziemy w tej grupie bezobjawowej lub skąpoobjawowej.

Ile osób może się w Polsce zarazić tym wirusem?

Nie potrafię powiedzieć. Nie jestem epidemiologiem.

Ale myślę, że czeka nas teraz takie tsunami. Faktycznie jest duża skala problemu, który się wymknął w tym momencie spod kontroli. Zakażenia obserwujemy bardzo często w domu i to są zakażenia rozproszone. Nie mamy takich ognisk jak wcześniej, gdy były to tylko wyłącznie duże zakłady pracy. Zakażamy się różnych miejscach. Trudno się faktycznie od tego zakażenia uchronić.

Zdarzają się przypadki, że jakieś osoby, które już u państwa były, zakaziły się ponownie?

Wydaje mi się, że w ciągu tych siedmiu miesięcy widziałam jeden taki przypadek, w którym doszło do reinfekcji. My nie wiemy wszystkiego o tym wirusie, nie wiemy również jak przebiega taka odpowiedź immunologiczna naszego organizmu. To nie jest tak, że przebycie zakażenia chroni nas na pewno przed następną infekcją. Te środki zabezpieczenia dotyczą również tych osób, które przebyły Covid- 19, bo nie jesteśmy pewni, że oni nie zachorują ponownie.

Chodzi o przeciwciała?

Tak. Przeciwciała mogą chronić przez chwilę. Nie wiemy, na ile chronią. W związku z tym musimy liczyć się z tym, że nie będziemy zabezpieczeni przed ponownym zachorowaniem. Tak może być.

Skoro choroba jest tak nieprzewidywalna, czy wobec tego np. powrót do pracy, do biura, do szkół osób, które np. przybyły kwarantannę, bez wykonanego testu, jest obarczone jakimś ryzykiem zakażenia innych.

Podkreślę, że trzeba dokładnie rozróżnić co jest izolacją, a co jest kwarantanną.

Jeżeli to jest izolacja, czyli przebywanie w odosobnieniu osoby, u której stwierdziliśmy, że to jest zakażenie, i ona miała przebieg bezobjawowy, to po 10 dniach wraca do pracy. Przy zastosowaniu obowiązujących zasad, czyli noszeniu maseczki, taka osoba nie stanowi ryzyka.

Ale proszę pamiętać, to jest epidemia. Tu nie ma takich zero jedynkowych odpowiedzi.
Natomiast szereg badań wykazuje, że po 5 do 8 dniach od zakażenia ten wirus, który jeszcze możemy przez jakiś czas wydzielać w naszych drogach oddechowych, który może być w ślinie, nie jest już zakaźny.

Natomiast nie do końca jestem spokojna, jeśli chodzi o kwestie kwarantanny. Kwarantanny to jest przebywania w odosobnieniu osoby, która miała kontakt z kimś zakażonym. Która przybywa w niej, dlatego że obawiamy się, że mogła się zakazić. I teraz wypuszczenie takiej osoby z kwarantanny bez wykonywania testów na koniec tego odosobnienia, nie jest dla mnie do końca bezpieczną strategią. Dla mnie jako lekarza, dla zakaźnika, bo rozporządzenia mówią inaczej.

Uważa pani, że taka osoba powinna mieć wykonany test?

Jeżeli to jest kwarantanna nałożona z powodu jakiegoś istotnego kontaktu, czyli np. jesteśmy w domu z osobą zakażoną, byliśmy z nią, przebywaliśmy przez jakiś czas i teraz musimy się odizolować, mamy kwarantannę, to moim zdaniem taka kwarantanna powinna zakończyć się testem.

Ile trwa okres inkubacji? Jak długo możemy zakażać innych?

Okres wylęgania choroby, to od 2 do 14 dni, czyli dość szeroki, tak jak to bywa w różnych infekcjach wirusowych.

Ja jeszcze z początku epidemii pamiętam sytuacje, kiedy na osoby nakładano kwarantanną - wtedy trwały 14 dni - i po jej zdjęciu ta osoba rozwija objawy, zaczynała gorączkować.


Czyli nie jest tak, że na pewno w ciągu 10 dni te objawy się muszą pojawić.

Dla mnie, jako lekarza to testowanie na koniec kwarantanny jest bardzo istotną strategią.

Zakaźni jesteśmy najczęściej na kilka dni przed pojawieniem się objawów, bo tak jest w infekcjach wirusowych. Wtedy pojawia się ten wirus, zaczyna się namnażać w naszym organizmie i my możemy jeszcze nie czuć się chorzy, natomiast już możemy zakażać. To jest obserwowane w większości chorób infekcyjnych wirusa.

A przestajemy zakażać, kiedy te objawy miną?

Tak, przestajemy zakażać dopiero wtedy, kiedy objawy miną. Uznaje się, takie jest przyjęte kryterium, że przynajmniej 3 dni bez objawów, to jest okres, w którym możemy mówić, że taka osoba przestaje być zakaźna.

Zapytam o sposób przenoszenia wirusa. Co w momencie, kiedy np. w jednym pokoju siedzą dwie osoby, ale każda w innym kącie, czy jest prawdopodobieństwo zakażenia się?

Jeżeli mają maseczki, to prawdopodobieństwo zakażenia jest małe. Faktycznie to ryzyko zostaje zminimalizowane. To jest najlepsza strategia, ale ona jest bardzo trudna.

My również w Szpitalu Uniwersyteckim zaczynamy obserwować zakażenia, wśród personelu, wśród nas, które przynosimy z domu, bo nikt z nas w domu nie nosi maseczki. Mamy dzieci... zakaża się najczęściej tą drogą.

Ja teraz siedząc z kolegami w dyżurce, bo część pracy lekarskiej to jest praca biurowa, muszę siedzieć w maseczce. Muszę starać się minimalizować to ryzyko, żeby nie zakazić koleżanki...

To bardzo ważna strategia. Stąd też taka nasza pewnie złość, że skoro my możemy spędzić w maseczce tyle czasu - nie tylko na strefie brudnej, ale później również na strefie czystej - to dlaczego inni nie mogą. Nie do końca rozumiem ludzi, którzy nie potrafią tej maski mieć porządnie ubranej np. w sklepie. Noszenie maseczki pod nosem, pod brodą nic nie daje.

Czyli najlepiej, żeby wszyscy - także w biurach - mieli maseczki.

Myślę, że ze względu na sytuację, którą mamy w naszym kraju - tak.

Jak długo wirus może utrzymywać się na przedmiotach, na pieniądzach, na klamkach, na telefonach?

Wirus głównie przenosi się drogą kropelkową. To jest główna droga, którą się zarażamy, czyli te maseczki są bardzo ważne. Natomiast oczywiście wirus może znajdować na różnych powierzchniach. Są różne badania. Te badania były prowadzone w warunkach eksperymentalnych i wykazały, że ten wirus faktycznie ma dłuższą zdolność przeżycia w środowisku zewnętrznym niż np. wirus grypy, że są niektóre powierzchnie tak, jak np. plastik, powierzchnie metalowe, gdzie on przeżywa dłużej. Krótszy czas przeżycia jest na powierzchniach miedzianych. Czyli higiena rąk jest bardzo ważna.

Ja większy nacisk kładę na to, żeby myć ręce, dezynfekować, starać się nie dotykać twarzy, kiedy coś wykonujemy niż nosić rękawiczki. Te rękawiczki to jest dla mnie taka pozorna ochrona.

Bardzo często ludzie nie zmieniają ich, robią w nich wszystko, wkładają je do ust... I to jest zachowanie bezsensowne. Czyli rękawiczki niekoniecznie, ale dezynfekowane rąk, zwłaszcza kiedy gdzieś jesteśmy w miejscach publicznych, gdy dotykamy różnego rodzaju przedmiotów, faktycznie jest bardzo ważną strategią. Ale mniej istotną niż ochrona dróg oddechowych.

Jak pani odniesie się do powrotu dzieci do szkół? Czy wszystkie dzieci powinny zostać w domu? Czy te młodsze, z klas 1-3 mogą chodzić do szkoły?

To był bardzo trudny problem to rozwiązania. I myślę, że nie ma idealnego rozwiązania. Zamknięcie dzieci w domach nie jest dobrą strategią. Sama mam syna nastoletniego. Wiem, że już teraz przejście na zdalne nauczanie odbywa się kosztem jakiegoś jego zdrowia psychicznego. W związku z tym ja rozumiem to podejście, że dzieci powinny wrócić do szkół, że te szkoły powinny pracować. Mam wątpliwości do tego jak ta praca jest organizowana w tych liceach, w których liczba dzieci jest bardzo duża. Czy w tych placówkach była szansa utrzymania jakiejkolwiek strategii, która dałaby możliwość minimalizowania zakażenia. To wydaje mi się był główny problem, że były infekcje wśród młodzieży, a później w domach wśród rodziców szerzyły się bardzo mocno.

Jeśli decydujemy się na samoizolację, kwarantannę, to jaki jest najkrótszy czas przebywania na niej?

10 dni. Najkrótszy taki okres, kiedy stosujemy jeszcze tę strategię testowania - czyli robimy test na koniec naszej kwarantanny - to jest 7 dni. Np. dla personelu medycznego, ponieważ jesteśmy ważni strategicznie w pracy, tak po 7 dniach wykonujemy testy i wtedy wiemy, że możemy bezpiecznie wrócić do pracy, do naszych obowiązków.

I jeszcze pytanie dotyczące zakupów. Czy te produkty, których przecież dotykało wiele osób, powinniśmy przemyć?

Myślę, że na początku miałam ten poziom lęku wyższy i starałam się przecierać produkty, które wkładałam do lodówki. W tym momencie tego nie robię. Myślę, że tak się nie zakażamy. Pewnie, że przetarcie przedmiotów nie zaszkodzi. To wszystko bardziej zależy od tego, jak ktoś czuje się bardziej komfortowo. Ważniejszy jest sam pobyt w tym sklepie. Czy w maseczce, czy bez...


https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/polska/news-lekarka-zakaznik-test-na-koniec-kwarantanny-jestem-za,nId,4811426

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #42 dnia: Listopad 03, 2020, 23:46 »
Koronawirus w Polsce. Dr Szułdrzyński: Nasz system opieki zdrowotnej już jest przeciążony
Grzegorz Jasiński 3 listopada (06:47) (1)

Polski system opieki zdrowotnej już jest przeciążony - mówi RMF FM dr Konstanty Szułdrzyński, kierownik Centrum Terapii Pozaustrojowych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Jak podkreśla, nie tylko opieka nad pacjentami z koronawirusem jest wyznacznikiem jakości i sprawności działania służby zdrowia. "Ci, którzy dzisiaj się zakazili, będą trafiać do szpitali za tydzień albo dwa, ale w tych szpitalach leżą pacjenci, którzy się zakazili miesiąc temu. I mamy taką wielką kumulację, która niestety nie jest łatwa do rozładowania. Tutaj wielką nadzieję pokładam w szpitalach tymczasowych. Tam mniejsza liczba personelu jest w stanie zabezpieczyć większą liczbę pacjentów" - dodaje w rozmowie z Grzegorzem Jasińskim dr Szułdrzyński.


Dr Konstanty Szułdrzyński/Grzegorz Jasiński /RMF FM

Grzegorz Jasiński, RMF FM: Muszę zacząć od brutalnego pytania. Czy jeśli chodzi o opiekę zdrowotną w pandemii stajemy się drugą Lombardią?

Dr Konstanty Szułdrzyński: Wydaje mi się, że niestety tak. Natomiast nie tylko Lombardią. To jest problem, który dotknął bardzo wiele różnych krajów, choćby Hiszpanię, czy Wielką Brytanię. Problem wynikający z tego, że system opieki zdrowotnej jest jednym z najdroższych elementów działania państwa. Nikt nie konstruuje takiego systemu z bardzo dużym zapasem, z bardzo dużymi rezerwami. Ponieważ takie pandemie, jak ta nie zdarzają się specjalnie często, ostatnio to byłą grypa hiszpanka, równo 100 lat temu, czyli długo przed powstaniem nowoczesnych systemów opieki zdrowotnej. Te systemy nie mają takich rezerw. Ich funkcjonowanie jest bardzo kosztowne. Staje się z roku na rok niestety coraz kosztowniejsze. Metody, którymi dysponujemy, są coraz doskonalsze, ale z drugiej strony coraz bardziej wyrafinowane technicznie, za czym idzie duży stopień komplikacji technologicznej i wysoka cena rezonansów magnetycznych, tomografów komputerowych czy choćby testów PCR.

Czy w związku z tym widzi pan ryzyko przeciążenia naszego systemu opieki zdrowotnej? Czy mamy z tym już do czynienia?

Z tych doniesień medialnych, które mogę obserwować, trochę mniej z własnego doświadczenia, można powiedzieć, że to przeciążenie już nastąpiło. Skoro czas oczekiwania na przyjazd karetki pogotowia do domu wynosi kilka godzin zamiast kilkunastu minut, jeśli przed Szpitalnymi Oddziałami Ratunkowymi tworzą się kolejki karetek, w których pacjenci oczekują po kilka, a czasem nawet kilkanaście godzin i są odsyłani od jednego szpitala do drugiego, to ten system już jest przeciążony. Natomiast to nie tylko opieka nad pacjentami z koronawirusem jest wyznacznikiem jakości i sprawności działania systemu opieki zdrowotnej, ale myślę, że przede wszystkim utrzymanie wydajności i jakości leczenia tych chorób, które ten system leczył do tej pory: zawały serca, przewlekłe choroby płuc, czy choćby choroby nowotworowe. Jeśli teraz nie jesteśmy w stanie zapewnić pacjentom takiej samej jakości opieki, jaka była wcześniej to oznacza, że ten system nie działa dobrze. Nie działa dobrze, bo już wcześniej nie miał rezerw. Przecież czas oczekiwania na wiele rutynowych zabiegów wynosił niejednokrotnie po kilka miesięcy, a czasem nawet kilka lat. Nie mieliśmy tych rezerw już dużo wcześniej. Teraz jeszcze musimy leczyć pacjentów z koronawirusem, musimy tworzyć specjalne przestrzenie do izolacji tych pacjentów, które zajmują ogromną ilość miejsca. Mamy znaczną część personelu na kwarantannie, albo walczącego z czynną infekcją, w związku z tym mamy ogromne braki.

O drugiej fali pandemii mówiono od samego początku. O tym, że przyjdzie, będzie groźna, że to na nią musimy się przygotowywać. Czy ma pan teraz wrażenie, że ta fala jest jednak potężniejsza niż ktokolwiek w całej Europie, mógł sobie wyobrazić?

Tak dokładnie jest. Ona jest znacznie większa. Ta pandemia koronawirusa jest czymś zupełnie nowym. Wyciąganie wniosków z przebiegu pandemii sprzed stu lat jest tak nieprzystające do aktualnych realiów, że wnioski, które mamy na podstawie zapisów, jak to wyglądało w 1918 czy 1919 roku są nie bardzo przydatne. Obecnie mamy znacznie większe ruchy ludności, znacznie większą gęstość zaludnienia. Z drugiej strony mamy znacznie większe szpitale, znacznie większe możliwości. Z tamtych wniosków niewiele wynika na teraz. W związku z tym my się cały czas uczymy. To jest zupełnie nowa sytuacja, nikt do końca nie wie, jak to wygląda. Mówię to też trochę na obronę władz, które z jednej strony, jak się mówi, trochę uwierzyły we własną propagandę, ale z drugiej strony - nikt nie miał danych, jak to będzie wyglądało. Wystarczy przypomnieć, jak wyglądała sytuacja w 2010 roku, kiedy do Polski dotarła pandemia wywołana wirusem grypy AH1N1, czyli tzw. świńskiej grypy. Wówczas wszyscy wieszczyli najbardziej hiobowe scenariusze, które się zupełnie nie ziściły i okazało się, że rację miała ówczesna pani minister zdrowia Ewa Kopacz, która nie zamówiła tych słynnych szczepionek na grypę. Okazało się, że to nie doszło do Polski. W związku z tym może nam się wydawało, że my jesteśmy jakoś odmienni i skoro pierwsza fala (koronawirusa - przyp. red.) nie bardzo nas dotknęła, to druga też nas oszczędzi. Bo my nie gęsi, bo my jesteśmy inni niż tamci i to dotyczy nie tylko naszej wyższości moralnej, ale i najwyraźniej innej fizjologii. To się okazało mrzonką jak wiele innych mesjańskich teorii. Przekonujemy się o tym teraz. Natomiast - powtarzam jeszcze raz - nie mamy na czym budować wiarygodnych modeli. Jedni mówią, że będzie źle. Inni mówią, że będzie bardzo źle. A jak naprawdę będzie? Nie wiem.
« Ostatnia zmiana: Listopad 09, 2020, 19:00 wysłana przez Orionid »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #43 dnia: Listopad 03, 2020, 23:46 »
Koronawirus w Polsce. Dr Szułdrzyński: Nasz system opieki zdrowotnej już jest przeciążony
Grzegorz Jasiński 3 listopada (06:47) (2)

Zaczęliśmy od ogółu, to może teraz przejdźmy do szczegółu, czyli sytuacji w pana szpitalu. Tego, jak wygląda w tej chwili praca na pierwszej linii frontu. Jak państwo dajecie radę w szpitalu, który jest nowoczesny i dobrze wyposażony? Jak to teraz wygląda?

Szpital Uniwersytecki w Krakowie jest rzeczywiście bardzo nowoczesny i bardzo dobrze wyposażony, ale ani budynek, ani sprzęty nie leczą. Leczą ludzie. Jeśli ci ludzie są zmęczeni i zaczyna ich brakować, bo część z nich jest chorych, to mamy wówczas problem. Tak jest trochę u nas w tej chwili. Kilkadziesiąt pielęgniarek jest albo w trakcie choroby, albo na kwarantannie, albo tuż po przebyciu choroby i mocno osłabionych. W niektórych oddziałach zespoły lekarskie też są mocno nadszarpnięte przez wirusa. Właściwie szpital nie jest w stanie w tej chwili leczyć nikogo innego poza pacjentami z koronawirusem. Choć staramy się utrzymywać nasze funkcje jako centrum udarowego czy centrum urazowego. Ale jest to bardzo, bardzo trudne, bo liczba pacjentów, którzy spływają z regionu, jest gigantyczna. O ile na zwykłych oddziałach w zwykłych szpitalach miejsca gdzieś się znajdują, o tyle miejsc na intensywnych terapiach w Małopolsce już de facto od dawna nie ma. Bardzo wielu pacjentów, którzy wymagają respiratora, jest leczonych z pomocą tego respiratora albo na zwykłych oddziałach, albo w oddziałach ratunkowych. To oczywiście nie jest zgodne z najnowszymi standardami, ale to jest to, na co nas stać. Nie jesteśmy w stanie zapewnić im lepszej opieki, bo też stworzenie łóżek intensywnej opieki nie jest takie proste.

W mediach pojawiają się różne doniesienia, różne plotki. Czy jesteśmy już w sytuacji, w której trzeba wybierać pacjentów, którzy mogą być poddani leczeniu z użyciem respiratora, czy jeszcze nie?

To w sumie dość trudny temat, bo my zawsze wybieramy. To, że medycyna zanotowała ostatnio ogromny postęp, że mamy bardzo dużo niezwykle zaawansowanych technik, to nie znaczy, że te techniki zawsze, każdemu pacjentowi, przynoszą korzyść. Lekarz, decydując się na zastosowanie jakiejś techniki, musi rozważyć między niedogodnością i niebezpieczeństwami związanymi ze stosowaniem takiego leczenia a korzyścią pacjenta. Respirator jest jedną z takich terapii, które mogą być dla pacjenta bardzo nieprzyjemne, czasem wręcz niebezpieczne, pogarszające istotnie jego jakość życia, natomiast nie zawsze przynoszące skutek. Nie każdemu respirator pomoże. Przepraszam za takie obrazowe, ale myślę, że trafiające do wyobraźni porównanie, ale jeśli ktoś w wypadku komunikacyjnym traci głowę, bo doznał ogromnego urazu, to wtedy respirator mu życia nie uratuje, bo głowy nie jesteśmy w żaden sposób odtworzyć. Jeśli ktoś jest w szalenie podeszłym wieku i ma bardzo wiele różnych innych chorób to podłączenie go do respiratora często może nie dawać korzyści w postaci wydłużenia mu życia, a już na pewno nie przywrócenia zdrowia, bo jego organizm nie ma szans poradzić sobie z tą chorobą. W takiej sytuacji staje się to już dla pacjenta tylko źródłem cierpienia i niedogodności, natomiast nie przynosi mu korzyści. Tego rodzaju decyzje lekarze podejmują zawsze. Sytuacja pandemii nie różni się aż tak bardzo. Różni się o tyle, że tych pacjentów nagle mamy bardzo dużo, musimy uruchamiać respiratory w nowych miejscach. My respiratory wciąż mamy. Podejmując te decyzje kierujemy się nie dostępnością respiratorów, bo je w tej chwili w naszym szpitalu mamy, ale tym czy pacjent odniesie z tego korzyść i czy to leczenie nie będzie związane dla pacjenta z nieuzasadnionym cierpieniem.

Podczas naszej rozmowy w maju wspominał pan, że w Polsce państwo możecie generalnie ograniczyć czas pozostawania pacjenta pod respiratorem do 6-7 dni. To krócej niż wtedy mówiono o tym, co się dzieje we Włoszech, czy w Nowym Jorku. Czy dalej tak jest, dalej to państwo obserwujecie, czy sytuacja się już zmieniła?

To się bardzo szybko zmieniło. Widzimy pacjentów z dwoma możliwymi scenariuszami. Jedni to są pacjenci, którzy mają wirusowe zapalenie płuc. To w zależności od wieku trwa od 5 do 10 dni i pacjenta da się odłączyć od respiratora. Drugi scenariusz jest nieco gorszy, gdy ta choroba nie dotyczy tylko i wyłącznie płuc. Zresztą ona rzadko dotyczy tylko i wyłącznie płuc, natomiast jeśli objawy ze strony innych narządów będą dominujące, niewydolnych jest kilka narządów naraz, to organizm przestaje sobie dawać radę z walką z wirusem. Jeszcze jest jeden scenariusz, niestety też nieprzyjemny. To wtedy, gdy co prawda w przebiegu tego zakażenia wirusowego organizm zwalczy agresora, poradzi sobie z wirusem, natomiast niestety w płucach zostaną uruchomione nieprawidłowe procesy. One nie dążą do naprawienia takiego płuca, ale jego zwłóknienia. Ten proces zwłóknienia, czyli zamiany normalnego zdrowego płuca na tkankę włóknistą, czyli rodzaj dużej blizny, przebiega już niezależnie od wirusa. Czyli wirusa już dawno nie ma, a ten proces postępuje. To też jest bardzo niekorzystny scenariusz, na który my niestety nie mamy wpływu. W ogóle na zwłóknienia płuc wpływ mamy bardzo niewielki. Ta rozmaitość obrazów klinicznych, z którymi mamy do czynienia, jest teraz znacznie większa, niż to było na początku.

"Tak naprawdę nie wiemy, ilu pacjentów się zakaża"

Pojawiają się opinie, że wirus teraz łatwiej zakaża i w związku z tym tych przypadków jest dużo więcej, ale jest dla pacjentów łagodniejszy w tym sensie, że nie tak wysoki procent wymaga hospitalizacji czy respiratorów. Czy pana codzienne doświadczenie to potwierdza?

Bardzo trudno tu o wiarygodne dane. Choćby ze wzglądu na naszą zdolność testowania. Tu jest mój wielki żal o to, że mamy tak małą zdolność testowania. To nie pozwala nam wykryć wiarygodnie nie tylko wszystkich, ale znaczącej części zakażeń. W związku z tym my tak naprawdę nie wiemy, ilu pacjentów się zakaża. A to oznacza, że nie mamy mianownika do tego ułamka, którym byłby stosunek liczby pacjentów wymagających pobytu w szpitalu czy w intensywnej terapii w stosunku do wszystkich zakażonych. Ilu jest tych zakażonych - nie wiemy. Jeśli wiemy, że we Włoszech wykonuje się około 200 tysięcy testów dziennie, czasem więcej, a Włosi mają o 50 proc. większą liczbę ludności niż my, to w Polsce powinno się wykonywać 120-150 tysięcy testów dziennie. W Wielkiej Brytanii, która ma 70 milionów ludności, wykonuje się ponad 300 tysięcy testów. U nas rzadko udaje się przekroczyć 60 tysięcy. To moim zdaniem między 30 a 50 proc. tego, co powinniśmy robić, żeby mieć pojęcie o zasięgu epidemii. To, z czym mamy teraz do czynienia, to jest głównie zdolność potwierdzenia podłoża choroby u pacjentów objawowych. Jeśli ktoś ma objawy to my możemy powiedzieć na podstawie tego testu, czy on ma rzeczywiście koronawirusa, czy nie i w związku z tym, na którym oddziale go trzeba położyć. To jest właściwie tyle, ile nasz system jest w stanie w tej chwili zrobić. Pamiętajmy też, że ze względu na kiepską dostępność tych testów, często bardzo długie kolejki do wykonania takiego testu, a potem wielodniowe oczekiwanie na wyniki, bardzo wiele osób, których krewni czy domownicy mają typowe objawy koronawirusa i dodatni test, już po pojawieniu się u nich objawów na test nie jadą. Pierwsza więc rzecz, nie mamy odpowiedniej liczby testów. Po drugie, ze względu na duże trudności logistyczne bardzo wielu ludzi w ogóle nie zgłasza się do testów. I nie liczymy nawet tych, którzy po prostu obawiają się wyniku takiego testu.

Czy przestawienie się na testy antygenowe, jak rozumiem najnowszej generacji, jest tu jakimś wyjściem z sytuacji? Słowacja prowadzi masowe testy właśnie z wykorzystaniem testów przeciwciał...

To jest oczywiście wyjście. Te testy mają dwie zalety. Pierwsza jest taka, że one są wielokrotnie tańsze niż testy PCR. Druga jest taka, że dają wynik po kilkunastu minutach. Z pomocą tych testów można choćby zrobić testy przesiewowe w całym zakładzie pracy czy całej szkole w ciągu jednego dnia. Nawet jeśli część tych wyników jest fałszywych, choćby fałszywie dodatnich, to można je już potwierdzać z pomocą testów PCR. To jest istotny postęp.

Proszę powiedzieć, jak pana zdaniem praca naukowców przez ostatnie pół roku, badania nad szczepionką, nowa wiedza medyczna, pomaga państwu w pracy na bieżąco, jeśli chodzi o wybór metody terapii, wybór momentu, gdy trzeba kogoś poddać terapii z wykorzystaniem respiratora. Jak te postępy wiedzy medycznej pomagają w leczeniu?

Praca lekarza to nie jest tylko wiedza naukowa, ale też pewne zobowiązanie moralne, które stawia dobro pacjenta na pierwszym miejscu. Zatem możemy stosować takie leczenie, co do którego dowody wskazują na jego skuteczność. Każdy lek ma działania niepożądane, absolutnie każdy, a część leków ma dużo większe działanie niepożądane niż witamina C. Musimy być pewni albo mieć bardzo poważne argumenty przemawiające na rzecz skuteczności, która przeważa nad potencjalnymi działaniami niepożądanymi. Jeśli mamy lek, o którym dokładnie wiemy, jakie ma spektrum działań niepożądanych i przyjmujemy, że być może na podstawie jego mechanizmu on może być skuteczny w tej chorobie, ale nie mamy na to żadnych dowodów, to taki lek możemy stosować tylko i wyłącznie w ramach badania klinicznego u osób, które wyraziły na to zgodę. I to w ramach eksperymentu medycznego wymaga jeszcze zgody komisji bioetycznej. Nie ma takiej możliwości, że jeśli nie wiemy, co działa, będziemy dawać wszystko co nam do głowy przyjdzie, bo a nuż coś zadziała. To "a nuż" często jest związane z bardzo małym prawdopodobieństwem poprawy i korzyści dla pacjenta. Na drugiej szali jest często bardzo duże ryzyko wystąpienia ciężkich działań niepożądanych. To, co miało miejsce z chlorochiną czy hydroksychlorochiną, to było takie zachłyśnięcie się, że oto może jest lek, który byłby skuteczny, to dawano go wszystkim pacjentom. W ten sposób dość powszechnie stosowano lek, którego działania niepożądane były znane od dziesięcioleci, bez jakichkolwiek danych na temat jego skuteczności. Ja nie chcę mówić, że w ten sposób szkodzono pacjentom. Ale na pewno działano w sposób bardziej oparty na emocjach niż na naukowym podejściu do tego, co jest skuteczne, a co nie. Ostatnio się pojawiają plotki o skuteczności amantadyny. To są wszystko doniesienia oparte na bardzo wątłych przesłankach. Jeśli to są racjonalne przesłanki to można i należy je weryfikować, ale w badaniach klinicznych a nie w powszechnym stosowaniu. Nasza chęć niesienia pomocy i empatia, którą znakomita większość lekarzy ma, nie powinna nas skłaniać do porzucania zasad naukowości w medycynie. Ta naukowość nie jest wartością samą w sobie, ale jest zdolnością do rozsądzenia między dobrem i złem, czyli korzyścią dla pacjenta i ryzykiem. O tym nie powinniśmy zapominać. Będąc pod wpływem emocji, chęci pomocy pacjentowi za wszelką cenę, jesteśmy w stanie czasem przymknąć oko na możliwe działania niepożądane różnych leków w imię zupełnie nieokreślonych i czasem bardzo iluzorycznych korzyści. Nie wolno na to pozwolić. Medycyna, nawet w stanie tak wielkiego napięcia, jak w trakcie tej pandemii, nie powinna sobie pozwolić na odejście od rozumu w stronę emocji. Bo przestaje być medycyną a staje się tak naprawdę szamaństwem.

"Nie każde osocze pomoże"

Wiele nadziei towarzyszyło podawaniu preparatów z osocza krwi ozdrowieńców. Czy państwo macie jakieś nowe doświadczenia jeśli chodzi o tę metodę, czy ją stosujecie, widzicie jakieś konkretne skutki?

W naszym szpitalu się tej metody nie stosuje. Doniesienia z dużych badań nie wskazują na to, żeby stosowanie osocza ozdrowieńców przynosiło jakąś korzyść. natomiast tu jest pewien problem metodologiczny. O ile w stosunku do zwykłych leków my możemy powiedzieć, że aspiryna jest w dawce 500 mg co znaczy, że kwasu acetylosalicylowego w tej białej tabletce jest pół grama. Jak damy pacjentom te pół grama to im spadnie gorączka albo nie będą się zatykać bajpasy. Jeśli natomiast chodzi o osocze ozdrowieńców, to trzeba by w nim bardzo wiarygodnie oznaczać poziom przeciwciał, a ponadto wiedzieć, które z przeciwciał skierowanych przeciw koronawirusowi są odpowiedzialne za rzeczywistą odporność organizmu. Organizm produkuje różne przeciwciała i niekoniecznie wszystkie ich typy biorą udział i są ważne w odpowiedzi immunologicznej i walce z zakażeniem. Z osoczem mamy taki problem, że pobieramy je od różnych ludzi i nie do końca wiemy, co w nim za każdym razem jest. To osocze od różnych osób, różnych ozdrowieńców może mieć różne właściwości. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi, jeśli sobie zażartuję, że nie każda woda jest wodą z Lourdes. Jeśli weźmiemy wodę z Wisły, to obawiam się, że może zaszkodzić. Nie każde osocze pomoże. Myślę, że to jest główny problem metodologiczny. Jak mówiłem, dane z dużych badań nie są pod tym względem optymistyczne. To jednak nie oznacza, że nie uzyskamy kiedyś zdolności do zagęszczania takich przeciwciał i podawania koncentratów, które być może byłyby skuteczne. Takie koncentraty przeciwciał stosowano np. u prezydenta Donalda Trumpa. Co by było, gdyby on tych przeciwciał nie dostał, nie wiem, ponieważ żeby ocenić to wiarygodnie, nie można tego podawać jednemu pacjentowi, tylko tysiącom albo dziesiątkom tysięcy, gdzie połowa dostanie, a połowa nie dostanie. Wtedy dopiero możemy porównać, czy ta interwencja badana rzeczywiście działa, czy nie. Na tym polega naukowość w medycynie. To, co jest rozczarowujące dla wielu osób, jest źródłem zwątpienia i podważa zaufanie do medycyny to fakt, że te wyniki przychodzą tak późno. Na pytania, co działa, a co nie w walce z koronawirusem, ludzie chcieliby mieć odpowiedź tu i teraz. Niestety, żeby medycyna spełniała te kryteria naukowości, potrzebny jest czas, potrzebny jest odpowiedni okres obserwacji pacjentów, którzy otrzymali leczenie i tych, którzy tego leczenia nie otrzymali, albo otrzymali inne. Chodzi o to, byśmy wiarygodnie i z bardzo dużym prawdopodobieństwem, że wiemy, o czym mówimy, mogli ocenić skuteczność działania tych leków i ewentualne działania uboczne. To samo dotyczy szczepionek. Jeśli oczekujemy ich z tak wielkim utęsknieniem, musimy pamiętać, że pośpiech jest bardzo niewskazany. Chcielibyśmy bowiem wiedzieć, że stosowanie szczepionki przyniesie więcej korzyści, niż strat. Korzyści oznaczają, że szczepionka będzie dawała odporność, a ta odporność będzie w miarę trwała. Cóż nam po szczepionce, która da odporność na trzy tygodnie? Potrzebujemy takiej, która da odporność przynajmniej na rok, wtedy to ma sens. Z drugiej strony powinna być bezpieczna, czyli poważne powikłania nie będą się zdarzały często, a najlepiej żeby się nie zdarzały w ogóle. Na to jest potrzebny czas, jest potrzebny pewien okres obserwacji. Tego rodzaju substancje biologiczne, jakimi są szczepionki, przynoszą konsekwencje często po kilku miesiącach i tego okresu się nie da skrócić. Ludzie mówią, że skoro nauka nie może dać odpowiedzi na te pytania tu i teraz, to znaczy, że jest na nic. Właśnie nauka jest po to, by ten czas obserwacji pozwolił nam na wyciągnięcie wiarygodnych wniosków, żebyśmy nie stwierdzili po kolejnym roku, że jednak się myliliśmy, że jednak lepiej było nie dawać tej szczepionki. Tego chcemy wszyscy uniknąć i dlatego musimy się uzbroić w cierpliwość.

Na koniec nie mogą pana nie zapytać o to, co przewiduje pan na niedaleką przyszłość, biorąc pod uwagę wszystko to, co się w kraju dzieje. Czy o najbliższym tygodniu, czy dwóch tygodniach z punktu widzenia szpitala, który przyjmuje pacjentów, myśli pan z lękiem, czy już z przerażeniem?

To, co mogą powiedzieć na pewno na temat najbliższych dwóch tygodni, to że będzie padał deszcz. Bo tak jest w listopadzie. Natomiast jeśli chodzi o koronawirusa to bardzo trudno wyrokować. Niestety wydaje się, że epidemia jest na tyle już rozpowszechniona w społeczeństwie, jest tyle osób, które zakażają, często nie mając zupełnie świadomości, że należy się spodziewać, że fala nie będzie opadać. Ona się może wypłaszczy, natomiast wydaje się - choć ja nie jestem ekspertem w tej dziedzinie - że ta liczba przypadków będzie narastać jeszcze przez dobrych kilka miesięcy. Nie zdziwiłbym się gdybyśmy sobie jako tako z tym poradzili dopiero w styczniu czy w lutym. To, co mnie martwi w tym wszystkim to fakt, że ludzie się znacznie szybciej zakażają niż leczą z tej choroby. Bardzo łatwo złapać infekcję, codziennie mamy informacje o kolejnych kilkunastu tysiącach zakażeń. Mam wrażenie, że po wejściu testów antygenowych to będą dziesiątki tysięcy przypadków dziennie. Przebieg tej choroby w optymistycznym przebiegu to jest około 3 tygodni, a u pacjentów w szpitalu często jeszcze kilka tygodni dłużej. Ci ludzie, którzy dzisiaj się zakazili, będą trafiać do naszych szpitali za tydzień albo dwa, ale w tych szpitalach leżą pacjenci, którzy się zakazili miesiąc temu. I mamy taką wielką kumulację, która niestety nie jest łatwa do rozładowania. Tutaj wielką nadzieję pokładam w szpitalach tymczasowych, które w jakiś sposób nam w tym pomogą.

Czy dzięki nim mamy szansę, że polska służba zdrowia te dwa, trzy miesiące, o których pan mówi, przetrwa?

Taki jest cel. Tak postępują prawie wszystkie kraje. My mamy małą rezerwę łóżek szpitalnych, mamy mało lekarzy. To, co budzi niepokój to pytanie, czy znajdziemy wystarczającą liczbę personelu medycznego. Z lekarzami jest problem, ale znacznie większy problem jest ze zdobyciem odpowiedniej liczby pielęgniarek. Czy my jednak zdobędziemy wystarczającą liczbę personelu, by takie szpitale obsadzić? One się tym różnią od szpitali zwykłych, że zamiast dwu, czy czteroosobowych sal, one są w postaci dużych otwartych przestrzeni. Tam mniejsza liczba personelu jest w stanie zabezpieczyć większą liczbę pacjentów. Poza tym, że tam są dodatkowe łóżka, to aranżacja tej przestrzeni sprzyja temu, żeby lepiej wykorzystać te wątłe zasoby personelu medycznego, które mamy. Tyle, że ten system działa źle nie od wczoraj, nie od przedwczoraj. Ja 25 lat temu skończyłem medycynę, wszyscy mówili, nic się nie przejmuj, jak będziesz pracował to będzie znacznie lepiej. Tak czekam, kiedy będzie lepiej i ciągle nie jest. Problem jest w braku konsensusu. W krajach o ugruntowanej demokracji wydaje się, że pewne strategiczne elementy działania państwa, jak edukacja, bezpieczeństwo, czy to energetyczne, militarne, czy zdrowotne są elementem konsensusu. Niezależnie od tego, kto dochodzi do władzy, nawet jeśli modyfikuje politykę, to tylko w pewnym zakresie, rdzeń i pryncypia pozostają te same. W związku z tym kraj może się rozwijać w jakimś kierunku z drobnymi modyfikacjami w prawo lub w lewo, natomiast postęp jest zauważalny. U nas w systemie opieki zdrowotnej czegoś takiego nie mamy. Od 25 lat odbijamy się od ściany do ściany, żadnego sensownego kierunku w tym nie widać. I niestety teraz za to płacimy.


Opracowanie: Maciej Nycz
Źródło: RMF FM

https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/komentarze-ekspertow/news-koronawirus-w-polsce-dr-szuldrzynski-nasz-system-opieki-zdro,nId,4831081
« Ostatnia zmiana: Listopad 09, 2020, 19:01 wysłana przez Orionid »

Online Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 14994
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #44 dnia: Listopad 10, 2020, 23:59 »
BioNTech's Covid vaccine: a shot in the arm for Germany's Turkish community
Philip Oltermann in Berlin Mon 9 Nov 2020 17.12 GMT

Couple who set up and run firm are children of long-maligned ‘guest workers’ from Turkey


Ugur Sahin, BioNTech’s CEO, and his wife Özlem Türeci, its chief medical officer, founded the firm in 2008. Photograph: Fabian Bimmer/Reuters

When the German biotechnology company BioNTech picked a street called An der Goldgrube or At the Goldmine in the western city of Mainz for its headquarters, the couple behind it could not have predicted how prophetic the address would turn out to be.

The company’s shares shot up 23.4% on Monday morning after the Covid-19 vaccine it is developing with the US pharma giant Pfizer became the first candidate worldwide to show positive results in phase 3 trials, the crucial final stage of testing.

The total value of BioNTech’s stock is currently $21.9bn (£16.6bn), more than four times that of German national carrier Lufthansa and a triumph for a company that only made its debut on the US stock market a year ago.

Founded in 2008 by the married scientists Özlem Türeci and Ugur Sahin and the Austrian oncologist Christoph Huber, the company originally set out to develop new types of immunotherapy against cancer, modifying patients’ T cells to target cancer-specific antigens.

When news of the coronavirus first surfaced at the start of the year, BioNTech, which employs 1,300 people, was quick to reallocate its resources. Sahin, its CEO, told Germany’s Manager Magazin that when he read about the Covid-19 outbreak in Wuhan in January, he told his wife that “in April they’ll have to shut the schools here”.

Germany entered its first lockdown in March, earlier than Sahin had anticipated, but by then his company had already developed 20 candidates for a vaccine, of which it would go on to test five for immune reactions in a research programme accompanied by 500 scientists called Lightspeed.


Cytuj
Latest global Covid-19 data
Total cases 50 504 068
Total deaths 1 253 979
New daily cases 487 173
New daily deaths 6819
Data from JHU CSSE Covid-19 Data at 17.25 on 10 November 2020

Sahin said in an interview in late October that the company could have managed to develop a vaccine on its own, but it would have struggled with the challenge of distribution.

Pfizer, which has collaborated with BioNTech on flu vaccines since 2018, paid $185m upfront toward the development of the coronavirus vaccine. It will release another $563m when the development is complete.

Monday’s milestone of interim results showing 90% efficacy is a triumph for Pfizer’s and BioNTech’s scientific method. Their vaccine pioneers an entirely new technology that involves injecting part of the virus’s genetic code in order to train the immune system.

In a country where a debate about the willingness of German citizens with Turkish roots to integrate into public life has never been far from the headlines for the last decade, the story of BioNTech’s founders is also salient.

Türeci and Sahin are children of Turkish Gastarbeiter or “guest workers” who came to Germany in the late 1960s. Sahin was born in southern Turkey but moved to Cologne when he was four. Türeci, the company’s chief medical officer, was born in Lower Saxony.

The couple, who hold German citizenship and have a teenage daughter, met at Saarland University in Homburg and have been married since 2002. In an interview with Süddeutsche Zeitung, Türeci said she and her husband started their wedding day in lab coats and resumed their research after a brief dash to the registry office.

The Berlin newspaper Tagesspiegel wrote that their success was “balm for the soul” of Germans with Turkish roots after decades of being stereotyped as lowly educated greengrocers.

The year 2020 also marks the 10th anniversary of the publication of Germany Does Away With Itself, a book in which a former government official argued that Turkish migrants were dumbing down education standards in the country.

https://www.theguardian.com/world/2020/nov/09/biontechs-covid-vaccine-a-shot-in-the-arm-for-germanys-turkish-community

Polskie Forum Astronautyczne

Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #44 dnia: Listopad 10, 2020, 23:59 »