W dyskusji "ludzie kontra roboty", cały czas odnoszę wrażenie, że pokutuje ścieżka wytyczona w latach 50 i 60. Myślmy "eksploracja kosmosu" i momentalnie stają nam przed oczami wszystkie te śliczne obrazki z Colliers "Man will Conguer Space soon", pogadanek von Brauna, ówczesnych filmów Disneya oraz Odysei Kosmicznej. Z czasów kiedy nie doceniano kosztów tego typu przedsięwzięć, za to roboty były naprawdę głupie. Na przykład, jednym z głównych problemów ówczesnych satelitów zwiadowczych było to, że robiły zdjęcia bez względu na zachmurzenie na danym terytorium, przez co zużywały ograniczone zasoby kliszy fotograficznej. Nic dziwnego, że w tamtych czasach, kiedy komputery ważyły tony, uważano, że cała robotę, Osobiście i na Miejscu, musi wykonać człowiek.
I tak do dziś z uporem maniaka budujemy stacje kosmiczne, do dziś poświęcamy masę papieru misjom załogowym, które nie mają najmniejszych szans na realizację, do dziś astronauci "kradną przedstawienie" w sposób zupełnie nie proporcjonalny do swoich zasług. Od taki przykład z mojej półki. Z około piętnastu książek poświęconych astronautyce jakie posiadam, zaledwie jedna jest w pełni poświęcona eksploracji bezzałogowej. Zadziwiająco cienka pozycja PWN w porównaniu z niedawno wydanymi po polsku opasłymi księgami poświęconymi Apollo.