Autor Wątek: Artykuły z innego świata  (Przeczytany 18510 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #195 dnia: Kwiecień 20, 2021, 23:48 »
Stosy ciał płoną non stop. Połowa ofiar COVID-19 pochodzi z jednego kraju

Indie pogrążają się w kryzysie wywołanym pandemią koronawirusa. Szpitale są przepełnione, brakuje tlenu, ludzie umierają w oczekiwaniu na lekarzy. Krematoria pracują jak fabryki, 24 godziny na dobę. Przybywa też dowodów na to, że oficjalne statystki nie zawierają prawdziwej liczby ofiar.


Stosy kremacyjne płoną cały czas w Indiach. (Getty Images)

Codziennie władze Indii informują o ok. 300 tys. nowych zakażonych. To oznacza, że w Indiach odnotowuje się połowę nowych przypadków COVID-19 na całym świecie. Jednak eksperci uważają, że to prawdopodobnie zaledwie ułamek rzeczywistej liczby zakażonych w tym kraju.

Według oficjalnych danych w Indiach z powodu koronawirusa zmarło 200 tys. osób. Każdego dnia przybywa około 2 tys. ofiar. Jednak wywiady przeprowadzane z pracownikami krematoriów w całym kraju pokazują, że ofiar koronawirusa jest znacznie więcej.



Ciała ofiar pandemii poddawane kremacji w New Delhi. (Getty Images)

Politycy i dyrektorzy szpitali mogą ze strachu zaniżać lub przeoczyć część ofiar. Z kolei rodziny zmarłych obawiają się stygmatyzacji społecznej i utrzymują przyczyny śmierci bliskich w tajemnicy.

To kompletna masakra danych. Wszystkie modele, które stworzyliśmy, pokazują, że prawdziwa liczba zgonów jest dwa do pięciu razy większa - powiedział w rozmowie z "News York Times" Bhramar Mukherjee, epidemiolog z Uniwersytetu Michigan
.


Pracownicy krematorium w New Delhi. (Getty Images)

Krematoria pracują jak fabryki, całą dobę

Jeden z dużych terenów kremacyjnych w mieście Ahmedabad na zachodzie kraju jest stale oświetlony dziesiątkami tradycyjnych stosów. Pracownicy krematorium czują się jak w zakładzie przemysłowym, w którym praca nigdy nie ustaje.

Nigdy nie było u nas takiej linii produkcyjnej. Ale w dokumentach przyczyną śmierci nie jest Covid. "Choroba" - tak piszemy. Nie wiem, dlaczego tak jest, szefowie kazali tak pisać - powiedział redaktorom "New York Timesa" Suresh Bhai, pracownik krematorium. Jego przełożeni nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami.



Kraty pieców krematoryjnych topią się od nadmiernej eksploatacji. (PAP, EPA/DIVYAKANT SOLANK)

"Urzędnicy nie chcą wywoływać paniki. Dlatego wielu zmarłych chorych nie jest rejestrowanych jako ofiary COVID-19" - uważa dr GC Gautam, kardiolog z Bhopalu. Jednym ze sposobów weryfikacji danych są właśnie cmentarze i krematoria, dlatego indyjskie media wysyłają do nich swoich reporterów.

Przykładowo w stanie Gudźarat władze zgłaszały od 73 do 121 ofiar pandemii dziennie. Tymczasem dziennikarze w ciągu jednego dnia naliczyli około 610 pochówków przeprowadzanych zgodnie z zasadami postępowania wobec ofiar COVID-19.



Rodziny zmarłych przyglądają się kremacji w Bombaju (PAP, EPA/DIVYAKANT SOLANKI)

Eksperci podkreślają jednak, że brak danych to w Indiach nic nowego. Jeszcze przed pandemią około jedna piąta zmarłych była chowana bez stwierdzenia przyczyny zgonu.

Dochodzi do tego interes polityczny. Zaniżanie liczby ofiar jest na rękę władzy centralnej. Rząd Narendry Modiego ma już na sumieniu próby zatuszowania wzrostu stopy bezrobocia w 2019 roku. Eksperci zaznaczają jednak, że w stanach rządzonych przez przedstawicieli partii opozycyjnych także zdaje się dochodzić do manipulowania danymi.

Istnieje ogromna presja ze strony rządu centralnego na rządy stanowe, aby prognozowały postęp w walce z pandemią - podkreśla dr Mukherjee.

https://www.o2.pl/informacje/stosy-cial-plona-non-stop-polowa-ofiar-covid-19-pochodzi-z-jednego-kraju-6632530312825344a

‘Like being in a war zone’: desperate Australians trapped in India as Covid crisis unfolds
Christopher Knaus Sat 24 Apr 2021 21.00 BST

The Baxter family’s repatriation flight was cancelled when the Morrison government imposed new travel restrictions


‘There’s Covid everywhere. We’ve just holed up in our house’: Australian teachers Pippa and Chad Baxter are in Bangalore with their children Emma, 4, and Kate, 6. Photograph: Baxter family

In Bangalore, a city besieged by India’s disastrous second wave of coronavirus, Pippa Baxter and her young family remained stoic.

From their empty house, living out of bags packed in anticipation, they could see a way out.

They would be on a repatriation flight back home to Australia in little over a week, leaving a nation where crematoriums and burial grounds are being overwhelmed by the dead.

It would mean an end to Baxter’s constant anxiety for her two daughters, six-year-old Kate and four-year-old Emma, who has a condition that leaves her vulnerable to respiratory illnesses.

But, about 10am on Friday, Baxter’s phone rang.

An official with the Department of Foreign Affairs and Trade had bad news.

The flight was cancelled and nothing else would be available until late June.

“There’s only so much we can take,” Baxter told the Guardian, just minutes after receiving Dfat’s call.

The department was acting on new restrictions, announced by the prime minister, Scott Morrison, a day earlier, that cut direct flights from India by almost one-third to ameliorate the risk from the country’s second wave, which has smashed records for daily transmissions and caused mass death.

Baxter and her husband, Chad, teachers in India for the past two years, have watched the situation deteriorate quickly from their suburb of Rajanukunte, in the northern outskirts of Bangalore.

“There’s Covid everywhere. We’ve just holed up in our house, we have been isolating, and we continue to isolate … but it is literally everywhere,” she says.

“Shops are shut. You can get food deliveries but you’re obviously aware of getting too many deliveries, because the likelihood of that person having Covid is too high.

“We’re just trying to stock up. It’s like being in a war zone.”

Bibhas Dutt was one Australian who was lucky enough to escape India before the new restrictions.

Dutt returned to Delhi in 2019, before Covid, to attend marriages in his family and planned to live there.

But money became tight during the second wave and he accessed superannuation early to get him through.

He spent $5,500 on a flight back to Sydney.

“I was feeling so lucky when I was on that flight that flew off from Delhi,” he tells the Guardian from quarantine. “I was feeling that I was in that movie, 2012, where everything was burning and I was on that flight.”

The chef is preparing to start his life in Australia all over again, finding a new job and home.

The solution is not to shut off flights to people like him who are trying to escape, he says. Facilities like Howard Springs, which he praises as “perfect”, should be expanded and used to reduce the risk of any quarantine outbreaks.

“At the moment, it is out of control in India,” he says. “I think the government should not stop or reduce flights, but make a plan to send at least two flights to India or whatever so they can bring them in a constant manner.”

Even those who are offered spots on repatriation flights are not safe.

The flights are only leaving from Delhi and Chennai, both epicentres of the second wave. That leaves those in other regions facing a risky journey to catch the flight.



Pippa and Chad Baxter are stuck in Bangalore, India, until late June after their repatriation flight was cancelled. Photograph: Baxter family

“To get to Delhi we have to take a domestic flight and go and get tested for Covid at one of the Qantas testing facilities,” Baxter says. “Obviously we’ll need to take a taxi to get to the testing centre, and stay overnight so we can catch the flight.”

“So we’re going to one of the epicentres of the virus to try and leave, and then, if we’re unlucky enough to catch Covid on this treacherous journey, we won’t be allowed to take our repatriation flight back to Australia.”

The longer the second wave rages on, the harder it gets.

Other nations have either considered or implemented bans, restrictions or travel cautions for India.

The UK last week added India to its “red list” of countries, banning travel for non-UK and non-Irish citizens to the UK from India.

Hong Kong, Pakistan and New Zealand have also enacted temporary bans on travellers from India.

There is also some agitation for a full suspension of travel in Australia, aired chiefly by the Western Australian premier, Mark McGowan. His state is dealing with a quarantine outbreak linked to returned travellers from India.

A similar quarantine outbreak has been witnessed in Howard Springs, but the Northern Territory health minister, Natasha Fyles, says her government has a “humanitarian responsibility” to repatriate vulnerable Australians.

For Baxter, there is little option now but to wait.

“There is literally no option available except for rowing a boat back to Australia, on my own.”

https://www.theguardian.com/australia-news/2021/apr/25/like-being-in-a-war-zone-desperate-australians-trapped-in-india-as-covid-crisis-unfolds
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 24, 2021, 23:42 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #196 dnia: Kwiecień 21, 2021, 23:46 »
Na potrzeby filmu pracowała, zbierając buraki. Nikt nie rozpoznał hollywoodzkiej gwiazdy
DAREK KUŹMA  26-03-2021 11:02

"Nomadland" to jeden z faworytów tegorocznej gali Oscarów, to słodko-gorzka opowieść o wykluczonych ekonomicznie ludziach, którzy odnaleźli nowy sens życia. Żeby ich zrozumieć, Frances McDormand zakasała rękawy i ruszyła do pracy przy zbiorach.


"Nomadland" to historia ludzi, którzy wybrali dla siebie zupełnie inny styl życia Źródło: Materiały prasowe

To niesamowite, że jednym z najlepiej ocenianych filmów sezonu jest zrealizowana za relatywnie niewielkie pieniądze i nakręcona w niezależnym duchu historia współczesnych amerykańskich nomadów. Ludzi, którzy uosabiają wartości skrajnie odmienne od tych, którymi żyje na co dzień szeroko pojmowana kultura filmowa. Opowieść fabularnie fikcyjna, bo wymyślona na potrzeby tego konkretnego projektu, lecz oparta w dużej mierze na faktach oraz twardych danych; rzecz o starszych mężczyznach i kobietach, którzy przeżyli większość życia w błogim przekonaniu, że po dekadach pracy zawodowej będą mogli spokojnie zestarzeć się we własnym ogródku, lecz na skutek recesji stracili większość tego, co pozornie posiadali.

Przesiedli się więc do kamperów, vanów czy przyczep i wspierani przez sprawnie działającą społeczność podobnych sobie osób nauczyli się żyć dzień za dniem, od miasta do miasta, od pracy sezonowej do pracy dorywczej.

W filmie Zhao świat nomadów poznajemy z punktu widzenia 61-letniej Fern (znakomita jak zwykle Frances McDormand), postaci, która jest skompilowaną z wielu różnych historii wymówką reżyserki, żeby ukazać różne oblicza "życia na kółkach".

Mąż Fern zmarł, pozostawiając po sobie emocjonalną pustkę, zaś miejsce, w którym mieszkali przez większość życia, utraciło w 2011 roku kod pocztowy i stało się miastem-widmem. Nie mając pieniędzy, by dłużej utrzymywać się w świecie kredytów i długów, pakuje manatki i rusza w drogę.

Przemierzamy wraz z nią amerykański Zachód, przyglądamy się, jak pracuje w centrum logistycznym Amazon, jak pełni funkcję opiekunki w parku narodowym, jak dorabia w knajpce blisko dziwnej atrakcji turystycznej. Obserwujemy jej relacje z innymi, zarówno z nomadami, jak i ludźmi reprezentującymi jej "dawny świat", a przy okazji poznajemy dziesiątki prawdziwych historii wplecionych w mozaikowy scenariusz filmu.

Na tym polega cała fabuła. Na niespiesznych rozmowach, nieoczywistych emocjach i refleksjach. Przy czym "Nomadland" nie jest filmem o nonkonformistycznej wolności, o ucieczce od złego kapitalizmu. Jest opowieścią o ludziach, którzy czuli się przegrani, jednak niespodziewanie odnaleźli wolność w cieple międzyludzkich kontaktów i pokornej egzystencji w zgodzie w naturą.



Materiały prasowe

Odwaga w cenie biletu

"Nomadland" to luźna adaptacja specyficznego dziennikarskiego reportażu Jessiki Bruder, która egzystowała kilka lat jako nomadka. Przejechała w vanie-domu kilka amerykańskich stanów, by zrozumieć i jak najlepiej opisać życie tych ludzi. Jej bohaterkami i bohaterami byli głównie biali przedstawiciele klasy średniej i pokolenia boomerów lat 50. i 60., którzy stracili oszczędności i stali się na starość tanią siłą roboczą.

Zbierała z nimi owoce, harowała w spiekocie słońca, przemierzała kilometry betonowych powierzchni, wysłuchiwała ich smutnych historii, po czym przelała wszystko na papier.

Barwne, szczere, przejmująco zwyczajne opowieści ludzi, którzy stworzyli z przymusu nowy styl życia. Świat Zachodu, który uparcie próbował wyprzeć ich istnienie ze zbiorowej świadomości, nie miał wyjścia i musiał się w książce "Nomadland. W drodze za pracą" (w Polsce wydanej przez Wydawnictwo Czarne) zakochać.

W reportażu Bruder zakochała się także Frances McDormand, jedna z najwybitniejszych amerykańskich aktorek. McDormand, od ponad czterdziestu lat żona Joela Coena, funkcjonowała praktycznie od zawsze poza kulturą popularną i wspierała z chęcią różne niezależne głosy, a dzięki drugiemu Oscarowi (za "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" M. McDonagha) zyskała jeszcze mocniejszą pozycję do opowiadania historii, które w innym wypadku w ogóle mogłyby nie zostać opowiedziane.

Gdy nadarzyła się okazja, nabyła prawa do książki Bruder wraz z Peterem Spearsem, producentem filmu "Tamte dni, tamte noce", i zaczęła szukać reżyserki, która oddałaby sedno "Nomadland". Przypadkiem obejrzała na festiwalu w Toronto "Jeźdźca", drugi projekt reżyserski Chloé Zhao…

…i wpadła w zachwyt. To była to miłość od pierwszego wejrzenia. Aktorka dostrzegła w filmie Zhao dokładnie to, jak wyobrażała sobie ekranowy "Nomadland".

Nomadland – polski zwiastun #2




Prawdziwe historie

Zhao to urodzona w Chinach, jednakże wychowana w zachodnim świecie reżyserka niezależnych filmów funkcjonujących głównie w obiegu festiwalowym. Dała się poznać jako twórczyni zafascynowana rubieżami amerykańskiej kultury.

W swych dwóch pierwszych filmach, "Pieśniach moich braci" i właśnie "Jeźdźcu", przyglądała się współczesnym Lakotom, którzy w rządowych rezerwatach starają się godzić wielowiekowe tradycje z chęcią wytyczania własnych ścieżek. Zhao kręciła w parku narodowym Badlands. Zwiedziła bezbrzeża Dakoty Południowej, poznała mnóstwo ludzi i kultur istniejących w samowystarczalnych światach nietkniętych toksycznością współczesności.

Zhao wypracowała styl polegający na pracy z naturszczykami, by przemycać na ekran jak najwięcej naturalności, szczerości. Nic dziwnego, że otoczyła McDormand i przewijającego się na drugim planie Davida Strathairna amatorami oraz prawdziwymi nomadami.

Wśród nich Linda May i Swankie, dwie charyzmatyczne nomadki, których historie przybliżyła już w swojej książce Jessika Bruder, a także Bob Wells, aktywista i założyciel kanału YouTube CheapRVLiving (prawie pięćset tysięcy subskrybentów), na którym dzieli się przemyśleniami i praktycznymi poradami dotyczącymi rozsądnego wydatkowania oraz utrzymywania vanów i kamperów w dobrym stanie.

Zhao poprosiła też niespełna trzydziestoosobową ekipę "Nomadland", żeby na czas trwania zdjęć stali się swoistymi nomadami. Mieszkali więc w przyczepach i kamperach (między innymi w wozie, którym na ekranie jeździ Fern), żyli wedle własnego harmonogramu. McDormand faktycznie pracowała przy zbiorach buraków i w innych miejscach, wtapiając się w kolejne mikro-rzeczywistości do tego stopnia, że mało kto rozpoznawał w niej oscarową aktorkę.



Materiały prasowe

Subtelne przesłanie

Prawda splata się zatem w "Nomadland" z fikcją tak mocno, że nie wiadomo, które sceny zostały zainscenizowane, a które nakręcone z dokumentalnym sznytem, oferując McDormand okazję do zagrania wersji samej siebie wchodzącej w szczere relacje z napotykanymi ludźmi.

Dzięki temu film potrafi zaangażować widza bez emocjonalnego czy intelektualnego narzucania się ze swym przesłaniem. Trudno natomiast nie zauważyć symboliki, którą "Nomadland" nabył przypadkiem – oto bowiem powstały przed covidowym koszmarem, ale wypuszczony po pierwszym i drugim pandemicznym szoku film o ludziach, którzy uświadomili sobie, że żyli, by karmić marzenia innych. Film, który zyskał rozgłos również dlatego, że pojawił się w czasie, gdy COVID-19 uświadomił milionom kruchość ich egzystencji.

Można się więc zachwycać fenomenalnymi pejzażami amerykańskich bezdroży i dzikich parków narodowych, które w obiektywie Joshuy Jamesa Richardsa (i z dodatkiem kompozycji Ludovico Einaudiego) nabrały iście transcendentalnego piękna. Ba, należy je chłonąć, stanowią bowiem ważny element oddziaływania filmu.

Trzeba też podziwiać Frances McDormand za emocjonalne (i fizyczne) obnażenie się przed kamerą, bowiem mało która amerykańska aktorka z jej statusem odważyłaby się na taki projekt.

Dzięki jej subtelnej grze świat nomadów dosłownie ożywa na ekranie. Jednakże "Nomadland" jest przede wszystkim opowieścią o ludziach, którzy nie dali się odstawić na bok. Historia Fern, wymyślona, ale zainspirowana tysiącami jej podobnych, służy za pretekst. I do zajrzenia za kulisy świata, o którym niewielu miało pojęcie, i do refleksji. Zhao nie każe nikomu wyruszać w drogę i zmieniać nagle życia o 180 stopni, ale zachęca do szczerego spojrzenia na siebie. W siebie. Niezależnie od tego, na jakiej szerokości geograficznej mieszkasz.


https://film.wp.pl/na-potrzeby-filmu-pracowala-zbierajac-buraki-nikt-nie-rozpoznal-hollywoodzkiej-gwiazdy-6622219698801536a
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 26, 2021, 23:29 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #197 dnia: Kwiecień 22, 2021, 23:41 »
Koronawirus. "Wyszczepiam drugie dawki i koniec". Lekarka z hukiem kończy akcję szczepień
TOMASZ MOLGA 26-04-2021 15:59

Przeciwko COVID-19 zaszczepiła około 600 osób, ale dłużej już nie może znieść absurdów biurokracji związanych z Narodowym Programem Szczepień. Dr Beata Koszewska-Jóźwiak z gminnego punktu szczepień w Łyszkowicach (łódzkie) z hukiem kończy szczepienia. To już kolejny taki przypadek, o którym informuje Wirtualna Polska.

W poniedziałek 26 kwietnia pracownicy punktów szczepień w całej Polsce mają zajrzeć do swoich lodówek i policzyć dawki. Następnie zalogować się do systemu i złożyć raport. Po co taka akcja? Ministerstwo Zdrowia stwierdza, że jest to potrzebne do "usprawnienia mechanizmu raportowania stanów magazynowych".

Raporty mają być składane na bieżąco, najrzadziej raz w tygodniu. Mają posłużyć do wychwycenia ewentualnych rozbieżności w liczbie wydanych szczepionek w stosunku do zaszczepionych pacjentów - wynika z komunikatu rozesłanego do punktów szczepień.

Przeciwko nowemu obowiązkowi protestuje część lekarzy, prowadzących małe punkty szczepień. Uznają to za zawracanie głowy.

- Organizacja szczepień to koszmar. Przecież rządowa agencja wie dokładnie, ile szczepionek mi przysłała. Ja z kolei wypełniam karty szczepień pacjentów, więc wiadomo, ile osób zaszczepiłam. Nie rozumiem, po co to liczenie. Dla mnie jest to kolejny argument, żeby zakończyć szczepienia. Podam pacjentom drugie dawki i w czerwcu kończę definitywnie z udziałem w NPS - skarży się w rozmowie z WP dr Beata Koszewska-Jóźwiak.

- Jako 4-osobowy zespół nie mamy możliwości spełniania życzeń urzędników. Oprócz szczepień musimy normalnie pracować i leczyć ludzi - dodaje.



wp.pl

Miała marzenie, by zatrzymać epidemię

Tłumaczy, że kiedy przychodnia w Łyszkowicach przystępowała do programu szczepień, czworo jej pracowników wierzyło, że mogą zrobić coś wspaniałego. Dzięki szczepieniom będą mogli powstrzymać epidemię w regionie, uratować część swoich pacjentów. Teraz ich entuzjazm zastąpiło rozczarowanie.

- W rzeczywistości mieliśmy tylko 30 szczepionek na tydzień. Biurokracja z tym była ogromna. Zdarzyło się, że przez błąd w dostawie rozmrożonych szczepionek musieliśmy pilnie przekładać wizyty pacjentom. To ja musiałam tłumaczyć się przed pacjentami, dlaczego szczepienia idą tak wolno - mówi dalej dr Beata Koszewska-Jóźwiak. Uznała, że skoro miejscowi seniorzy są już zaszczepieni, to rezygnuje z NPS. Młodszym pacjentom łatwiej pojechać na szczepienie do miasta.

Rozdrażniony lekarz kasował szczepienia z systemu

To kolejny taki głos w sprawie organizacji Narodowego Programu Szczepień. Rezygnuje także przychodnia w Damnicy koło Słupska (woj. pomorskie). Kierujący nią dr Marek Zawadzki poinformował, że z oficjalną deklaracją poczeka do czasu podania drugich dawek swoim pacjentom. On również skarżył się na chaos i biurokrację w programie szczepień.

W proteście przeciwko wysyłaniu do jego punktu osób z całego regionu wykasował z systemu szczepienia "obcych pacjentów". Tym samym chciał zrobić miejsce w kolejce do szczepień osobom, którymi opiekuje się przychodnia.

- Uznałem, że moi pacjenci są najważniejsi i powinni mieć pierwszeństwo w dostępie do szczepień. To nimi opiekuję się od lat i z myślą o nich zdecydowałem się na założenie punktu szczepień. Tymczasem centralna infolinia nagle skierowała tu pacjentów z całego regionu na miejsca, w które systematycznie wpisywaliśmy pacjentów z naszych list. Postanowiłem to zakończyć - komentował w rozmowie z WP dr Marek Zawadzki.

Zapytaliśmy Narodowy Fundusz Zdrowia, ile punktów zrezygnowało z udziału z Narodowego Programu Szczepień. Nie otrzymaliśmy jeszcze odpowiedzi.

Przypomnijmy, że do akcji szczepień przeciwko COVID-19 początkowo przystąpiło około 6 tys. podmiotów medycznych. Już w pierwszych tygodniach okazało się, że brakuje szczepionek, a limit dla małego punktu wynosi zaledwie 30 dawek na tydzień. Najwięcej szczepień przeprowadziły szpitale tymczasowe, których limit dawek nie dotyczył. Z tego powodu niektórzy zdesperowani pacjenci jeździli po dawkę nawet kilkaset kilometrów od domu.

Obecnie ciężar masowych szczepień młodszych roczników mają wziąć na barki Punkty Szczepień Powszechnych, zdolne do wykonywania tysięcy zabiegów dziennie.


https://wiadomosci.wp.pl/koronawirus-wyszczepiam-drugie-dawki-i-koniec-lekarka-z-hukiem-konczy-akcje-szczepien-6633222967659136a
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 26, 2021, 23:29 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #198 dnia: Kwiecień 23, 2021, 23:51 »
Makowski: "Doktorant z AstraZenecą. Absurd akademickich wczesnych szczepień" [OPINIA]
MARCIN MAKOWSKI  02-03-2021 12:50

To nie wina doktorantów ani wykładowców po 30., ale systemu szczepień, w którym to oni otrzymują pierwszą dawkę przed grupami ryzyka, seniorami i ratownikami medycznymi - jest systemem postawionym na głowie. Zwłaszcza, że o nauce stacjonarnej na uczelniach możemy mówić najwcześniej w październiku.


Warszawa 03.02.2021. Konferencja prasowa nt. szczepionki AstraZeneka. N/z doradca premiera ds. szczepien prof. Andrzej Horban. Źródło: Andrzej Hulimka / Forum, Fot: RM, Andrzej Hulimka / Forum

Trudno pisać tutaj o jakiejkolwiek "aferze", bo rzecz dzieje się w majestacie prawa, ale jeżeli coś zawiodło w przypadku szczepień kadry akademickiej, to na pewno zdrowy rozsądek i poczucie społecznej sprawiedliwości. W ostatnich dniach media społecznościowe zalała wręcz fala zdjęć z potwierdzeniem przyjęcia pierwszej dawki, wklejanych przez wykładowców w sile wieku. Wiele z nich opatrzonych serią suchych jak stóg siana dowcipów w stylu "podania czipa" oraz zapałania nagłą miłością do produktów Microsoftu. Wiadomo, Bill Gates kontroluje cię przez szczepionkę. Ha, ha.

Zastanawiam się, kto mógł wpaść w Ministerstwie Zdrowia na taki pomysł? Czy prawdą są pogłoski o lobbingu ministra Przemysława Czarnka, który wstawił się za profesorami? Bez względu na genezę, przekaz, który popłynął do społeczeństwa, jest fatalny. Nagle osoby po 60., pacjenci w grupie ryzyka, część medyków i służb mundurowych dowiedziała się, że ich bezpieczeństwo stawiane jest na szali niżej niż doktoranta, który prowadzi jedne ćwiczenia w tygodniu, a minimum do października będzie to robić nie na uniwersytecie, ale na Zoomie.

Śmieszy mnie nieco, gdy niejednokrotnie osoby ledwo po studiach nagle poczuły moralną odpowiedzialność poinformowania całego świata, że warto się szczepić. Czy to są jacyś influencerzy? Czy oni przekonują nieprzekonanych? Czy żyjemy w kraju, w którym szczepienia są na wyciągnięcie ręki i tylko nasza opieszałość i kołtuństwo sprawia, że albo nie chce się na wybrać do przychodni, albo się ich po prostu boimy?

Raz jeszcze podkreślam, nie oni układali ten system, ale brzmi to i wygląda więcej niż absurdalnie. Tym bardziej, że w gronie "wykładowców" często znajdują się ludzie, którzy na przeróżnych wyższych szkołach biznesu i komunikacji jedynie dorabiają, prowadząc własne firmy albo działając w mediach. Uczelnia to nie jest ich stała praca, a jedynie luka, z której postanowili skorzystać.

Gdyby jeszcze szczepionkowa mobilizacja przełożyła się na stacjonarne albo choć hybrydowe prowadzenie semestru letniego, ale dobrze wiemy, że o tym nie ma już mowy. Gdyby dotyczyła tylko uczelni medycznych, a nie wszystkiego jak leci....

"Ponieważ AstraZeneca nie była pierwotnie dopuszczona dla seniorów to rozpoczęliśmy zapisy dla kolejnej grupy nauczycieli i wykładowców. A to z kolei związane jest z priorytetem dla możliwie szybkiego przywrócenia edukacji stacjonarnej" - napisał na Twitterze minister zdrowia Adam Niedzielski komentując wątpliwości komentatorów, którzy pytali go o tę sprawę.

https://opinie.wp.pl/makowski-doktorant-z-astrazeneca-absurd-akademickich-wczesnych-szczepien-opinia-6613753076730432a

"Die Welt”: Zwodnicze nadzieje na szczepionkę Putina
Deutsche Welle OPRAC. KATARZYNA BOGDAŃSKA  02-03-2021 16:43

Nawet ekspresowe dopuszczenie Sputnika V do użytku w UE nie przyspieszyłoby szczepień przeciwko COVID-19 w krajach członkowskich - ocenia "Die Welt”. Tymczasem kolejne kraje zgłaszają się po rosyjską szczepionkę.


Koronawirus. "Czy Sputnik V jest ratunkiem w potrzebie?” Źródło: PAP

Niemiecki dziennik ocenia we wtorek, że "prezydent Władimir Putin ma powody, by czuć, że mu się nadskakuje”. Jak zauważa w korespondencji z Moskwy Pavel Lokshin, nie tylko premier Bawarii Markus Soeder jest otwarty na rosyjską szczepionkę Sputnik V. Węgry na własną rękę dopuściły preparat, nie czekając na certyfikację EMA, czyli Europejskiej Agencji ds. Leków i zamówiły dwa miliony dawek.

Także czeski premier Andrej Babisz chce stosować rosyjską szczepionkę w Czechach, dotkniętych rozpoczynającą się trzecią falą pandemii. Podobnie chce postąpić np. Chorwacja. "Czy Sputnik V jest ratunkiem w potrzebie?” – zastanawia się autor.

I dodaje, że jak na razie dostawy z Moskwy wyglądają na dużo bardziej obiecujące niż zapowiedziana przez Berlin symboliczna pomoc dla Pragi w postaci przekazania 15 tysięcy dawek szczepionki AstraZeneca. "Dla Kremla te informacje są w każdym razie sukcesem propagandowym. Sprawiają, że UE i EMA wyglądają na guzdrałów, którzy rzekomo rzucają rosyjskiej szczepionce kłody pod nogi” – ocenia Lokshin.

Ograniczone możliwości produkcyjne Rosji

Jak pisze korespondent "Die Welt”, Rosyjski Fundusz Inwestycji Bezpośrednich, odpowiedzialny za dystrybucję szczepionki za granicą, od dawna rozpowszechnia przygnębiającą tezę, że UE dąży do "geopolityzacji” szczepionki. "Całkowicie po myśli Moskwy powstaje wrażenie, że uparty Zachód odmawia przypływu szczepionki ze Wschodu. Ale to ma mało wspólnego z rzeczywistością. Nawet jeśli EMA w błyskawicznej procedurze dopuściłaby Sputnik V, w średnim okresie nie przyniosłoby to żadnych korzyści unijnej kampanii szczepień. Powodem nie jest jednak rzekoma nieżyczliwość UE wobec rosyjskiej szczepionki, ale ograniczone możliwości produkcyjne Rosji” – podkreśla autor.

Dziennikarz dodaje, że przedstawiciele Moskwy niechętnie dzielą się danymi na temat produkcji szczepionki, ale liczby, które czasem docierają do opinii publicznej, nie brzmią bardzo obiecująco. Dziesięć dni temu premier Rosji Michaił Miszustin powiedział, że Rosja wyprodukowała 10 milionów dawek Sputnika V i innej, mniej znanej szczepionki.

"Nawet na potrzeby 141 milionów własnych obywateli jest to znikoma liczba” – ocenia Lokshin. Zauważa, że Węgry otrzymały jak dotąd tyle dawek, by zaszczepić 60 tysięcy ludzi i w nadchodzących miesiącach Rosja pewnie będzie w stanie dostarczyć całe zamówienie na dwa miliony dawek. Absolutnie jednak nie da rady sama dostarczyć tylu szczepionek, by znacząco poprawić sytuację w UE, gdzie zaszczepić trzeba 448 milionów ludzi – uważa autor "Die Welt”.

EMA nie dostała wniosku ws. Sputnika V?

Jego zdaniem, to głównie przywódcy małych krajów UE pozwalają sobie działać na własną rękę w sprawie dopuszczenia Sputnika V, aby zapunktować u wyborców. "W dziesięciomilionowym kraju nawet dostawa kilkuset dawek Sputnika V może robić różnicę. 83-milionowy kraj jak Niemcy potrzebuje zupełnie innej wydajności” – pisze Lokshin.

Ocenia też, że nawet jeśli Rosja spróbuje rozwijać produkcję w europejskich krajach, będzie musiała stawić czoła silnej konkurencji z gigantami jak Pfizer czy AstraZeneca, które chcą zwiększyć swoją produkcję.

Tygodnik "Wirtschaftswoche” niedawno poinformował, że Rosyjski Fundusz Inwestycji Bezpośrednich jeszcze nie złożył wniosku o dopuszczenie Sputnika V w UE, co potwierdziły EMA oraz berliński Instytut im Paula Ehrlicha. "Rosjanie tymczasem twierdzą, że złożyli taki wniosek pod koniec stycznia, a jako dowód zamieścili na Twitterze zrzut ekranu ze strony internetowej HMA, związku europejskich europejskich urzędów ds. leków, które nie jest odpowiedzialne za proces certyfikacji EMA” – zauważa "Die Welt”.

https://wiadomosci.wp.pl/die-welt-zwodnicze-nadzieje-na-szczepionke-putina-6613807177009696a

Rosyjska szczepionka "narzędziem wojny hybrydowej"? Spór na Słowacji
2 III

Szef MSZ Słowacji Ivan Korczok uznał we wtorek rosyjską szczepionkę Sputnik V za narzędzie wojny hybrydowej. Premier Igor Matovicz, który zgodził się na sprowadzenie preparatu do kraju, uważa to za niepotrzebną polityzację tematu. Sprawa szczepionki dzieli rządzącą koalicję.

Zdaniem Korczoka sprawa rosyjskiej szczepionki dzieli Słowaków i pokazuje również zawodność Unii Europejskiej, która nie wypracowała na ten temat wspólnego stanowiska. Szef dyplomacji powtórzył także swoją poniedziałkową krytykę działań premiera, który tego dnia na lotnisku w Koszycach witał samolot z pierwszą partią rosyjskiej szczepionki.

Godzinę po wystąpieniu Korczoka Matovicz bronił na konferencji prasowej zakupu rosyjskiego preparatu. Premier podkreślił, że według badań opinii publicznej dla 300 tys. Słowaków jest to szczepionka pierwszego wyboru. Moglibyśmy wreszcie przestać myśleć o tym, skąd pochodzi ta szczepionka. Dla mnie osobiście, jeśli byłaby produkowana w Korei Północnej, to kupilibyśmy ją w Korei Północnej. Gdyby była produkowana w Australii, kupilibyśmy ją w Australii - powiedział Matovicz. Według niego decydującym czynnikiem przy zakupie rosyjskiej szczepionki było to, że ma prawie 92-proc. skuteczność i została pozytywnie oceniona przez naukowców i ekspertów w renomowanym czasopiśmie medycznym "Lancet".

Matovicz przypomniał, że jeszcze przed podjęciem decyzji o zakupie Sputnika V, nawet przeciwnicy takiego kroku uznawali, że minister zdrowia Marek Krajczi ma prawo, by sprowadzić szczepionkę bez zatwierdzenia jej do użytku w całej UE przez Europejską Agencję Leków (EMA). Premier przekazał, że Krajczi już podpisał zgodę na stosowanie na Słowacji rosyjskiej szczepionki.

Koalicja się rozpadnie?

Słowackie media podkreślają, że sprawa Sputnika V podzieliła rządzącą od zeszłorocznych wyborów koalicję czterech partii.

Jeszcze we wtorek wieczorem ma zebrać się kierownictwo partii Wolność i Solidarność (SaS), która rozważa wystąpienie z gabinetu Matovicza. Obserwatorzy są zdania, że podobną decyzję może podjąć także liberalna partia Na rzecz Ludzi (Za Ludi).

Sprowadzenie na Słowację rosyjskiej szczepionki poparł za to inny koalicjant premiera, przewodniczący parlamentu Boris Kollar, będący liderem konserwatywnego ruchu Jesteśmy Rodziną (Sme Rodina).

Koalicja utworzona przez Matovicza, którego ugrupowanie Zwyczajni Ludzie i Niezależne Osobistości (OLaNO) zdobyło najwięcej miejsc w parlamencie, ma konstytucyjną większość. Ewentualne odejście dwóch partnerów oznaczałoby stratę nawet zwykłej większości.

W poniedziałek na Słowację dotarło 200 tys. z zamówionych 2 mln dawek Sputnika V.

Źródło: PAP
https://www.rmf24.pl/raporty/raport-program-szczepien-przeciw-covid/swiat/news-rosyjska-szczepionka-narzedziem-wojny-hybrydowej-spor-na-slo,nId,5082202
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 27, 2021, 23:25 wysłana przez Orionid »

Polskie Forum Astronautyczne

Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #198 dnia: Kwiecień 23, 2021, 23:51 »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #199 dnia: Kwiecień 24, 2021, 23:45 »
Koronawirus. Polski "covidowy alkomat" w firmach i na lotniskach? Koniec testów planowany w przyszłym tygodniu
ANA |10.04.2021 8:51

Testy skuteczności polskiego urządzenia do wykrywania koronawirusa z oddechu mają zakończyć się na dniach. Co dalej z "covidowym alkomatem"? Producent, firma ML System, rozważa dwa warianty wejścia na rynek. Być może już niedługo zobaczymy Covid Detector na lotniskach czy w zakładach pracy.


Koronawirus. Polski "covidowy alkomat" w firmach i na lotniskach? Koniec testów planowany w przyszłym tygodniu
Koronawirus w Polsce. W lutym prezydent Andrzej Duda odwiedził siedzibę ML System w Zaczerniu koło Rzeszowa. (PAP, Darek Delmanowicz)


W lutym Covid Detector przeszedł do kolejnej fazy testów, a zakład producenta w Zaczerniu koło Rzeszowa odwiedził z tej okazji prezydent Andrzej Duda. Inwestorzy zareagowali entuzjazmem - kurs akcji producenta, notowanej na warszawskiej giełdzie spółki ML System, w ciągu jednego dnia poszedł w górę o 20 proc.

– Po wizycie pana prezydenta, zgłosiło się do nas wiele podmiotów, a także rządy różnych krajów, które są zainteresowane wykorzystaniem urządzenia – mówi money.pl Dawid Cycoń, prezes ML System.

Dodaje, że rozmowy na ten temat trwają, a Covid Detector mógłby zostać wykorzystany np. na lotniskach, imprezach masowych czy w zakładach pracy. Jednak na razie, wszyscy zainteresowani czekają na wyniki testów skuteczności urządzenia.

Testy mają zakończyć się w przyszłym tygodniu. Prowadzi je Centrum Medyczne Medyk w Rzeszowie. Notabene, to samo centrum medyczne, o którym zrobiło się głośno w Święta Wielkanocne, kiedy placówka masowo szczepiła praktycznie wszystkich chętnych.

Co dalej z "covidowym alkomatem"? Jeśli testy potwierdzą skuteczność urządzenia, zaraz potem ML System opublikuje strategię wejścia z produktem na rynek. – W tej chwili rozważamy wejście na rynek w sposób profesjonalny i bardziej masowy – mówi Dawid Cycoń.

Jak wyjaśnia prezes, w pierwszym wariancie Covid Detector obsługiwaliby profesjonaliści, czyli np. diagności, choć nie tylko w laboratoriach, lecz także w przestrzeni publicznej. Z kolei drugi wariant zakłada, że urządzenia mógłby używać każdy, tak samo, jak np. ciśnieniomierza czy termometru. Wtedy mogłyby z niego korzystać np. zakłady pracy.

– Na przykład taka firma jak nasza, która jest typową firmą średniej wielkości. Dla mnie zamknięcie jednej zmiany produkcyjnej na dwa tygodnie to strata rzędu 1-1,5 mln zł. Takie urządzenie bardzo by mi się przydało. Mogłoby wykazać, że pracownik nie zaraża i w ten sposób ograniczyć liczbę osób, która musi przebywać na kwarantannie – mówi Dawid Cycoń.

Takie urządzenie na pewno byłoby przydatne teraz, kiedy walczymy z trzecią falą. Jednak czy zainteresowanie nim nie spadnie wraz z przyspieszeniem tempa szczepień?

– Oczywiście z punktu widzenia biznesowego jest to pewne ryzyko. Jednak im bardziej będziemy luzować obostrzenia, tym pewniej będziemy się czuć, a mobilność będzie rosła, więc selekcjonowanie osób potencjalnie roznoszących wirusa w dalszym ciągu będzie potrzebne –  mówi prezes ML System, który jest także członkiem Rady ds. Przedsiębiorczości przy Prezydencie RP.

Dodaje, że diagnostyka z wykorzystaniem Covid Detector - w przeliczeniu na pojedynczy test - byłaby zdecydowanie tańsza w porównaniu np. z testami PCR.

Covid Detector ma w czasie rzeczywistym, bezinwazyjnie diagnozować zakażenia wywołane przez wirus SARS-CoV-2. Urządzenie zostało sparametryzowane tak, by wykrywać koronawirusa w oddechu. Będzie to możliwe dzięki zjawiskom związanym z fizyką kwantową i wykorzystaniu modelowań matematycznych w odniesieniu do pomiarów z użyciem spektroskopii rozproszeniowej.

Nie tylko Covid Detector

Firma ML System weszła w branżę medyczną po wybuchu pandemii. Jej flagowy produkt to nie urządzenia medyczne, lecz BIPV, czyli fotowoltaika zintegrowana z budynkiem.

W piątek spółka pochwaliła się wynikami za 2020 rok. Jej zysk wzrósł w ubiegłym roku o ponad 190 proc. do 10,2 mln zł. Z kolei przychody ze sprzedaży wyniosły 127,3 mln zł. Natomiast w nowy, 2021 rok firma weszła z rekordowym portfelem zamówień, przewyższającym 100 mln zł.

W segmencie fotowoltaiki zintegrowanej z budynkiem ML System chce umacniać pozycję zagraniczną, a szczególną perspektywę wzrostu dostrzega w Skandynawii oraz krajach Beneluksu.

"Dodatkowo cieszy nas zwrot w polityce USA w kierunku zielonej energii. To również interesujący nas bardzo perspektywiczny rynek. Na rynku krajowym z kolei popyt będą napędzały nowe wymagania w zakresie warunków technicznych i usytuowania budynków, a także Europejska Polityka Zielonego Ładu" – czytamy w raporcie rocznym.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy kurs akcji ML System wzrósł o prawie 600 proc. Rok temu jedna akcja kosztowała mniej niż 30 zł, dziś to już 171 zł.

Kurs akcji ML System w ciągu ostatniego roku:



https://www.money.pl/gielda/koronawirus-polski-covidowy-alkomat-w-firmach-i-na-lotniskach-koniec-testow-lada-dzien-6627221359069888a.html

Exploring the vulnerability of coronavirus to sunlight
31st March 2021 Maria Casinos

A team of researchers has examined the vulnerability of the SARS-CoV-2 coronavirus, which causes COVID-19, to sunlight.

Researchers from UC Santa Barbara, Oregon State University, The University of Manchester, and ETH Zurich have examined SARS-CoV-2’s vulnerability to sunlight, concluding that there could be another mechanism at play aside from RNA inactivation by UV-B rays.

Findings from their experiments have been detailed in a letter in the Journal of Infectious Diseases.

Inactivation of SARS-CoV-2

The team theorised that an additional mechanism might be at play following the comparison of data from a July 2020 study that demonstrated the rapid inactivation of SARS-CoV-2 by sunlight in a lab setting, with a theory of coronavirus inactivation by solar radiation. According to the researchers’ letter, the experiments demonstrated virus inactivation times of about 10-20 minutes, which was much faster than predicted by the theory.

UC Santa Barbara mechanical engineering professor and lead author, Paolo Luzzatto-Fegiz, said that the theory assumes inactivation works by having UV-B hit the RNA of the virus and damaging it. However, he highlighted that from the discrepancies between the experimental results and the predictions of the theoretical model, which predicts that inactivation should happen an order of magnitude slower, the team felt that RNA inactivation by UV-B might not be the whole story.

In the experiments, viruses in simulated saliva and exposed to UV-B lamps were inactivated more than eight times faster than predicted by the theory, while those cultured in a complete growth medium before exposure to UV-B were inactivated more than three times faster than expected.

According to the letter, to make the math of the theory fit the data, SARS-CoV-2 would have to exceed the highest UV-B sensitivity of any currently known virus, or there could be another mechanism at play such as UV-A rays, another, less energetic component of sunlight.

Luzzatto-Fegiz said: “People think of UV-A as not having much of an effect, but it might be interacting with some of the molecules in the medium. So, scientists don’t yet know what’s going on. Our analysis points to the need for additional experiments to separately test the effects of specific light wavelengths and medium composition.”

Such experiments might provide clues into new ways of managing the virus with widely available and accessible UV-A and UV-B radiation.

UV-A and UV-C rays

UV-C is the most damaging form of radiation, but it has proved to be effective against the SARS-CoV-2 virus. These rays do not reach the Earth’s surface and must be manufactured for use in air filtration and other settings.

Co-author Julie McMurry said: “UV-C is great for hospitals. But in other environments – for instance kitchens or subways – UV-C would interact with the particulates to produce harmful ozone.”

While risk cannot be entirely eliminated with this method, it would provide another option for reducing exposure and slowing transmission.

Co-author and UCSB mechanical engineering professor Yangying Zhu added that UV-A turning out to be capable of inactivating the virus could be beneficial, as there are now inexpensive LED bulbs that are many times stronger than natural sunlight, which could help to accelerate inactivation times.

Fernando Temprano-Coleto, also a co-author of the letter, also pointed out that UV-A could potentially be used far more broadly to augment air filtration systems at relatively low risk for human health, especially in high-risk settings such as hospitals and public transportation.

https://www.healtheuropa.eu/exploring-the-vulnerability-of-coronavirus-to-sunlight/107169/
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 28, 2021, 23:40 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #200 dnia: Kwiecień 25, 2021, 23:01 »
Obowiązkowe szczepienia przeciw COVID-19. Pierwsze polskie miasto podjęło taką uchwałę
PAP 29 IV 15:45


Rada Wałbrzycha przyjęła uchwałę o obowiązkowym szczepieniu przeciw COVID-19. Na zdjęciu urząd miasta. (Google Maps)

Rada Miasta Wałbrzycha przyjęła w czwartek uchwałę o obowiązkowym szczepieniu przeciwko COVID-19 wszystkich mieszkańców i osób pracujących w mieście. - Chcemy tą uchwałą doprowadzić do tego, że więcej wałbrzyszan, więcej Polaków będzie myślało o tym, że warto się zaszczepić - przekonywał prezydent Wałbrzycha Roman Szełemej. Uchwałę musi jednak zaakceptować jeszcze wojewoda dolnośląski.

- Wałbrzych jest jednym z pionierów szczepień masowych - tu powstał pierwszy punkt szczepień powszechnych. Został on uruchomiony zanim jeszcze o ich budowie zdecydował rząd

- Chcemy tą uchwałą doprowadzić do tego, że więcej wałbrzyszan, więcej Polaków będzie myślało o tym, że warto się zaszczepić, żeby być zdrowym, żeby nie stwarzać zagrożenia dla bliskich - mówi Roman Szełemej

- W czwartek miejscy radni przyjęli także apel do ministra zdrowia o wpisanie COVID-19 na listę chorób zakaźnych, objętych obowiązkiem szczepień

Z inicjatywą uchwały o wprowadzenie obowiązkowych szczepień dla dorosłych mieszkańców Wałbrzycha i osób pracujących w mieście wystąpił do rady miejskiej prezydent Wałbrzycha i jednocześnie lekarz Roman Szełemej. Za przyjęciem uchwały głosowało w czwartek 22 radnych, 3 było przeciw.

Podczas czwartkowej sesji prezydent Wałbrzycha tłumaczył, że wystąpił z inicjatywą po licznych konsultacjach w gronie wielu środowisk i na podstawie obserwacji programu szczepień w Polsce.

Wałbrzych pionierem masowych szczepień w Polsce

Przypomniał też, że Wałbrzych uruchomił punkt masowych szczepień znacznie wcześniej, niż w innych miastach w Polsce. Szełemej poinformował, że do tej pory w Wałbrzychu zaszczepionych zostało ok. 100 tys. osób. Wskazał jednak, że zaledwie 35-40 proc. tej liczby stanowią mieszkańcy miasta.

"Wiemy, że dostępność szczepionki przeciwko COVID-19 będzie właściwie już pełna za kilkanaście dni. Rząd, samorząd i my wszyscy musimy zadać sobie pytanie, co zrobić, żeby te szczepionki były wykorzystane. Podobnie jak chyba wszyscy lekarze w Polsce widzę doskonale, jak straszną chorobą jest COVID-19, jak wielu wałbrzyszan, Polaków zmarło z jej powodu. Niestety, patrząc na statystyki, jeżeli nie zrobimy jakiegoś niebywałego wysiłku mobilizującego do szczepienia, to do końca roku liczba Polaków, która umrze w wyniku tej choroby osiągnie 100 tys." - podkreślał prezydent dodając, że już dzisiaj z powodu COVID-19 zmarło 60 tys. Polaków.

Szełemej wskazywał, że obecnie jedynym skutecznym lekiem chroniącym przed śmiercią z powodu COVID-19 oraz przed ciężkim przebiegiem tej choroby jest zaszczepienie się.

Tylko połowa Polaków deklaruje gotowość zaszczepienia

"Wszystkie dostępne szczepionki, które są przebadane i zaakceptowane są bezpieczne i chronią przed śmiercią. W sytuacji, kiedy nie ma skutecznego lekarstwa, trudno powstrzymać się od refleksji, że wszyscy powinniśmy się zaszczepić" – przekonywał.

Prezydent zwracał też uwagę, że mimo kampanii edukacyjnych prowadzonych zarówno przez rząd, jak i poszczególne samorządy, gotowość do zaszczepienia się deklaruje poniżej 50 proc. Polaków. "To oznacza, że jeśli ta tendencja się utrzyma, czeka nas nieuchronnie jesienią kolejna, czwarta fala, a co za tym idzie zamkniecie gospodarki, restauracji, sklepów, kin, szkół i przedszkoli" - podkreślił.

"Chcemy tą uchwałą doprowadzić do tego, że więcej Wałbrzyszan, więcej Polaków będzie myślało o tym, że warto się zaszczepić, żeby być zdrowym, żeby nie stwarzać zagrożenia dla bliskich" – przekonywał Szełemej. Dodał przy tym, że nie chodzi tu o penalizację, czyli o karanie mandatami.

"Chodzi o stworzenie przestrzeni do dyskusji czy na przykład mój pracodawca będzie mnie tak samo traktował, jak osobę zaszczepioną, czy nie będzie mnie w jakiś sposób izolował" – mówił.

Szełemej poinformował też, że miasto pracuje obecnie nad regulaminami, które pozwolą na korzystanie ze zniżek w miejskich instytucjach dla osób już zaszczepionych.

Uchwała wałbrzyskiej rady miejskiej musi teraz zostać zaakceptowana przez służby wojewody dolnośląskiego.

https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/obowiazkowe-szczepienia-przeciw-covid-19-decyzja-walbrzycha/ndmc1tf

https://www.o2.pl/biznes/w-tym-miescie-szczepienia-sa-obowiazkowe-zaskakujaca-uchwala-6634375553985440a
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 29, 2021, 23:40 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #201 dnia: Kwiecień 26, 2021, 23:30 »
Makowski: "Doktorant z AstraZenecą. Absurd akademickich wczesnych szczepień" [OPINIA]
MARCIN MAKOWSKI  02-03-2021 12:50

To nie wina doktorantów ani wykładowców po 30., ale systemu szczepień, w którym to oni otrzymują pierwszą dawkę przed grupami ryzyka, seniorami i ratownikami medycznymi - jest systemem postawionym na głowie. Zwłaszcza, że o nauce stacjonarnej na uczelniach możemy mówić najwcześniej w październiku.


Warszawa 03.02.2021. Konferencja prasowa nt. szczepionki AstraZeneka. N/z doradca premiera ds. szczepien prof. Andrzej Horban. Źródło: Andrzej Hulimka / Forum, Fot: RM, Andrzej Hulimka / Forum

Trudno pisać tutaj o jakiejkolwiek "aferze", bo rzecz dzieje się w majestacie prawa, ale jeżeli coś zawiodło w przypadku szczepień kadry akademickiej, to na pewno zdrowy rozsądek i poczucie społecznej sprawiedliwości. W ostatnich dniach media społecznościowe zalała wręcz fala zdjęć z potwierdzeniem przyjęcia pierwszej dawki, wklejanych przez wykładowców w sile wieku. Wiele z nich opatrzonych serią suchych jak stóg siana dowcipów w stylu "podania czipa" oraz zapałania nagłą miłością do produktów Microsoftu. Wiadomo, Bill Gates kontroluje cię przez szczepionkę. Ha, ha.

Zastanawiam się, kto mógł wpaść w Ministerstwie Zdrowia na taki pomysł? Czy prawdą są pogłoski o lobbingu ministra Przemysława Czarnka, który wstawił się za profesorami? Bez względu na genezę, przekaz, który popłynął do społeczeństwa, jest fatalny. Nagle osoby po 60., pacjenci w grupie ryzyka, część medyków i służb mundurowych dowiedziała się, że ich bezpieczeństwo stawiane jest na szali niżej niż doktoranta, który prowadzi jedne ćwiczenia w tygodniu, a minimum do października będzie to robić nie na uniwersytecie, ale na Zoomie.

Śmieszy mnie nieco, gdy niejednokrotnie osoby ledwo po studiach nagle poczuły moralną odpowiedzialność poinformowania całego świata, że warto się szczepić. Czy to są jacyś influencerzy? Czy oni przekonują nieprzekonanych? Czy żyjemy w kraju, w którym szczepienia są na wyciągnięcie ręki i tylko nasza opieszałość i kołtuństwo sprawia, że albo nie chce się na wybrać do przychodni, albo się ich po prostu boimy?

Raz jeszcze podkreślam, nie oni układali ten system, ale brzmi to i wygląda więcej niż absurdalnie. Tym bardziej, że w gronie "wykładowców" często znajdują się ludzie, którzy na przeróżnych wyższych szkołach biznesu i komunikacji jedynie dorabiają, prowadząc własne firmy albo działając w mediach. Uczelnia to nie jest ich stała praca, a jedynie luka, z której postanowili skorzystać.

Gdyby jeszcze szczepionkowa mobilizacja przełożyła się na stacjonarne albo choć hybrydowe prowadzenie semestru letniego, ale dobrze wiemy, że o tym nie ma już mowy. Gdyby dotyczyła tylko uczelni medycznych, a nie wszystkiego jak leci....

"Ponieważ AstraZeneca nie była pierwotnie dopuszczona dla seniorów to rozpoczęliśmy zapisy dla kolejnej grupy nauczycieli i wykładowców. A to z kolei związane jest z priorytetem dla możliwie szybkiego przywrócenia edukacji stacjonarnej" - napisał na Twitterze minister zdrowia Adam Niedzielski komentując wątpliwości komentatorów, którzy pytali go o tę sprawę.

https://opinie.wp.pl/makowski-doktorant-z-astrazeneca-absurd-akademickich-wczesnych-szczepien-opinia-6613753076730432a

"Die Welt”: Zwodnicze nadzieje na szczepionkę Putina
Deutsche Welle OPRAC. KATARZYNA BOGDAŃSKA  02-03-2021 16:43

Nawet ekspresowe dopuszczenie Sputnika V do użytku w UE nie przyspieszyłoby szczepień przeciwko COVID-19 w krajach członkowskich - ocenia "Die Welt”. Tymczasem kolejne kraje zgłaszają się po rosyjską szczepionkę.


Koronawirus. "Czy Sputnik V jest ratunkiem w potrzebie?” Źródło: PAP

Niemiecki dziennik ocenia we wtorek, że "prezydent Władimir Putin ma powody, by czuć, że mu się nadskakuje”. Jak zauważa w korespondencji z Moskwy Pavel Lokshin, nie tylko premier Bawarii Markus Soeder jest otwarty na rosyjską szczepionkę Sputnik V. Węgry na własną rękę dopuściły preparat, nie czekając na certyfikację EMA, czyli Europejskiej Agencji ds. Leków i zamówiły dwa miliony dawek.

Także czeski premier Andrej Babisz chce stosować rosyjską szczepionkę w Czechach, dotkniętych rozpoczynającą się trzecią falą pandemii. Podobnie chce postąpić np. Chorwacja. "Czy Sputnik V jest ratunkiem w potrzebie?” – zastanawia się autor.

I dodaje, że jak na razie dostawy z Moskwy wyglądają na dużo bardziej obiecujące niż zapowiedziana przez Berlin symboliczna pomoc dla Pragi w postaci przekazania 15 tysięcy dawek szczepionki AstraZeneca. "Dla Kremla te informacje są w każdym razie sukcesem propagandowym. Sprawiają, że UE i EMA wyglądają na guzdrałów, którzy rzekomo rzucają rosyjskiej szczepionce kłody pod nogi” – ocenia Lokshin.

Ograniczone możliwości produkcyjne Rosji

Jak pisze korespondent "Die Welt”, Rosyjski Fundusz Inwestycji Bezpośrednich, odpowiedzialny za dystrybucję szczepionki za granicą, od dawna rozpowszechnia przygnębiającą tezę, że UE dąży do "geopolityzacji” szczepionki. "Całkowicie po myśli Moskwy powstaje wrażenie, że uparty Zachód odmawia przypływu szczepionki ze Wschodu. Ale to ma mało wspólnego z rzeczywistością. Nawet jeśli EMA w błyskawicznej procedurze dopuściłaby Sputnik V, w średnim okresie nie przyniosłoby to żadnych korzyści unijnej kampanii szczepień. Powodem nie jest jednak rzekoma nieżyczliwość UE wobec rosyjskiej szczepionki, ale ograniczone możliwości produkcyjne Rosji” – podkreśla autor.

Dziennikarz dodaje, że przedstawiciele Moskwy niechętnie dzielą się danymi na temat produkcji szczepionki, ale liczby, które czasem docierają do opinii publicznej, nie brzmią bardzo obiecująco. Dziesięć dni temu premier Rosji Michaił Miszustin powiedział, że Rosja wyprodukowała 10 milionów dawek Sputnika V i innej, mniej znanej szczepionki.

"Nawet na potrzeby 141 milionów własnych obywateli jest to znikoma liczba” – ocenia Lokshin. Zauważa, że Węgry otrzymały jak dotąd tyle dawek, by zaszczepić 60 tysięcy ludzi i w nadchodzących miesiącach Rosja pewnie będzie w stanie dostarczyć całe zamówienie na dwa miliony dawek. Absolutnie jednak nie da rady sama dostarczyć tylu szczepionek, by znacząco poprawić sytuację w UE, gdzie zaszczepić trzeba 448 milionów ludzi – uważa autor "Die Welt”.

EMA nie dostała wniosku ws. Sputnika V?

Jego zdaniem, to głównie przywódcy małych krajów UE pozwalają sobie działać na własną rękę w sprawie dopuszczenia Sputnika V, aby zapunktować u wyborców. "W dziesięciomilionowym kraju nawet dostawa kilkuset dawek Sputnika V może robić różnicę. 83-milionowy kraj jak Niemcy potrzebuje zupełnie innej wydajności” – pisze Lokshin.

Ocenia też, że nawet jeśli Rosja spróbuje rozwijać produkcję w europejskich krajach, będzie musiała stawić czoła silnej konkurencji z gigantami jak Pfizer czy AstraZeneca, które chcą zwiększyć swoją produkcję.

Tygodnik "Wirtschaftswoche” niedawno poinformował, że Rosyjski Fundusz Inwestycji Bezpośrednich jeszcze nie złożył wniosku o dopuszczenie Sputnika V w UE, co potwierdziły EMA oraz berliński Instytut im Paula Ehrlicha. "Rosjanie tymczasem twierdzą, że złożyli taki wniosek pod koniec stycznia, a jako dowód zamieścili na Twitterze zrzut ekranu ze strony internetowej HMA, związku europejskich europejskich urzędów ds. leków, które nie jest odpowiedzialne za proces certyfikacji EMA” – zauważa "Die Welt”.

https://wiadomosci.wp.pl/die-welt-zwodnicze-nadzieje-na-szczepionke-putina-6613807177009696a

Rosyjska szczepionka "narzędziem wojny hybrydowej"? Spór na Słowacji
2 III

Szef MSZ Słowacji Ivan Korczok uznał we wtorek rosyjską szczepionkę Sputnik V za narzędzie wojny hybrydowej. Premier Igor Matovicz, który zgodził się na sprowadzenie preparatu do kraju, uważa to za niepotrzebną polityzację tematu. Sprawa szczepionki dzieli rządzącą koalicję.

Zdaniem Korczoka sprawa rosyjskiej szczepionki dzieli Słowaków i pokazuje również zawodność Unii Europejskiej, która nie wypracowała na ten temat wspólnego stanowiska. Szef dyplomacji powtórzył także swoją poniedziałkową krytykę działań premiera, który tego dnia na lotnisku w Koszycach witał samolot z pierwszą partią rosyjskiej szczepionki.

Godzinę po wystąpieniu Korczoka Matovicz bronił na konferencji prasowej zakupu rosyjskiego preparatu. Premier podkreślił, że według badań opinii publicznej dla 300 tys. Słowaków jest to szczepionka pierwszego wyboru. Moglibyśmy wreszcie przestać myśleć o tym, skąd pochodzi ta szczepionka. Dla mnie osobiście, jeśli byłaby produkowana w Korei Północnej, to kupilibyśmy ją w Korei Północnej. Gdyby była produkowana w Australii, kupilibyśmy ją w Australii - powiedział Matovicz. Według niego decydującym czynnikiem przy zakupie rosyjskiej szczepionki było to, że ma prawie 92-proc. skuteczność i została pozytywnie oceniona przez naukowców i ekspertów w renomowanym czasopiśmie medycznym "Lancet".

Matovicz przypomniał, że jeszcze przed podjęciem decyzji o zakupie Sputnika V, nawet przeciwnicy takiego kroku uznawali, że minister zdrowia Marek Krajczi ma prawo, by sprowadzić szczepionkę bez zatwierdzenia jej do użytku w całej UE przez Europejską Agencję Leków (EMA). Premier przekazał, że Krajczi już podpisał zgodę na stosowanie na Słowacji rosyjskiej szczepionki.

Koalicja się rozpadnie?

Słowackie media podkreślają, że sprawa Sputnika V podzieliła rządzącą od zeszłorocznych wyborów koalicję czterech partii.

Jeszcze we wtorek wieczorem ma zebrać się kierownictwo partii Wolność i Solidarność (SaS), która rozważa wystąpienie z gabinetu Matovicza. Obserwatorzy są zdania, że podobną decyzję może podjąć także liberalna partia Na rzecz Ludzi (Za Ludi).

Sprowadzenie na Słowację rosyjskiej szczepionki poparł za to inny koalicjant premiera, przewodniczący parlamentu Boris Kollar, będący liderem konserwatywnego ruchu Jesteśmy Rodziną (Sme Rodina).

Koalicja utworzona przez Matovicza, którego ugrupowanie Zwyczajni Ludzie i Niezależne Osobistości (OLaNO) zdobyło najwięcej miejsc w parlamencie, ma konstytucyjną większość. Ewentualne odejście dwóch partnerów oznaczałoby stratę nawet zwykłej większości.

W poniedziałek na Słowację dotarło 200 tys. z zamówionych 2 mln dawek Sputnika V.

Źródło: PAP
https://www.rmf24.pl/raporty/raport-program-szczepien-przeciw-covid/swiat/news-rosyjska-szczepionka-narzedziem-wojny-hybrydowej-spor-na-slo,nId,5082202
« Ostatnia zmiana: Kwiecień 30, 2021, 23:56 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #202 dnia: Kwiecień 27, 2021, 23:28 »
https://www.money.pl/gospodarka/polska-jak-niemcy-pod-wzgledem-szczepien-daleko-nam-do-danii-i-izraela-6606418099186336a.html

Polska jak Niemcy pod względem szczepień. Daleko nam do Danii i Izraela
Mateusz Ratajczak 09.02.2021 19:37


Proces szczepień dopiero się rozkręca w Europie. W Izraelu zbliża do połowy. (KPRM, Adam Guz)

Do europejskich i światowych liderów wciąż nam daleko. W tyle zostawiamy jednak europejską średnią. Pod względem w pełni przeprowadzonych szczepień i ogółu wydanych dawek Polska nie odstaje od takich krajów jak Niemcy, Portugalia czy Czechy.

1 na 100 Polaków jest w pełni zaszczepiony. Przyjął wszystkie przygotowane dla niego dawki preparatu, o koronawirusie może myśleć o wiele spokojniej. A jak wygląda to w innych krajach? Niemal identyczną statystykę zaszczepionej populacji mają nasi zachodni sąsiedzi, czyli Niemcy.

I tu również można powiedzieć, że około 1 na 100 Niemców w pełni przeszedł już proces szczepienia.

O zbliżonym stopniu zaawansowania całej akcji mogą mówić również nasi południowi sąsiedzi, czyli Czesi. Tu o COVID-19 może powoli zapominać 1 na 100 Czechów. Zapominać oczywiście tylko o ryzyku ciężkiego zachorowania, a nie o obostrzeniach, które wciąż obowiązują w tym kraju.

Podobnie sytuacja wygląda w Portugalii, na Węgrzech i w Estonii. Jednak i Polakom, i Niemcom, i Czechom, i wszystkim tym krajom daleko do lidera. A jest nim niewielki skandynawski kraj.

Jak wynika z międzynarodowych danych, w Europie najlepiej - pod względem stopnia zaszczepienia ogółu populacji - radzi sobie w tej chwili Dania. Wszystkie wymagane przepisami dawki preparatu przyjęło już blisko 2,5 proc. społeczeństwa. Duńczycy przewidują, że do końca czerwca 2021 roku podadzą szczepionki wszystkim dorosłym w kraju. Mają zatem na to jeszcze tylko 5 miesięcy.

Warto podkreślić, że skuteczność programu szczepień można mierzyć na kilka sposobów.

Można uwzględniać wyłącznie liczbę podanych preparatów. Tu jednak naturalną przewagę mają największe kraje. Można też analizować liczbę wydanych szczepionek w przeliczeniu na każde 100 tys. mieszkańców, co uwzględni różnice w liczbie mieszkańców poszczególnych państw. W tej statystyce nie odgrywa jednak żadnej roli fakt, że część osób musi pojawić się jeszcze po drugą dawkę.

Można również sprawdzać, jaki poziom pełnego zaszczepienia jest już w danym społeczeństwie. Co ważne, ta statystyka będzie uwzględniać różnice pomiędzy poszczególnymi szczepionkami, choć na razie dostępne szczepionki (AstraZeneca, Pfizer/BioNTech, Moderna) wymagają dwóch dawek. W tym wypadku mówimy zatem o liczbie osób, które zaczęły i skończyły cały proces.

Kraj/Liczba osób w pełni zaszczepionych:

USA   9,52 mln

Izrael   2,16 mln

Włochy   1,18 mln

Niemcy   981 tys.

Hiszpania   786 tys.

Wielka Brytania   512 tys.

Polska   462 tys.

Francja   248 tys.

Rumunia   230 tys.

I przyjrzeliśmy się wszystkim tym statystykom. Międzynarodowe dane dostarcza serwis "Our World in Data". W przypadku wszystkich tabel i map są to ostatnie dostępne dane dla danego kraju.

Czołówka ucieka

W europejskiej czołówce są jeszcze Słoweńcy, którzy wymaganą liczbę dawek szczepionki podali również około 2 proc. mieszkańców (to około 40 tys. z 2 mln). Podobnie jest na Malcie. Blisko tego poziomu są jeszcze Włosi, a to już jeden z największych europejskich krajów. Na liczniku mają w sumie 1,1 mln w pełni zaszczepionych obywateli. A to odpowiada około 2 proc. społeczeństwa.

W zupełnie innym punkcie są takie kraje jak Wielka Brytania czy Francja. W Wielkiej Brytanii pełen proces szczepienia ukończyło zaledwie 0,76 proc. społeczeństwa. Choć ten kraj jest niemal dwukrotnie większy niż Polska, to w liczbie w pełni zaszczepionych osób idziemy "łeb w łeb". W Polsce mówimy o około 450 tys. osób. W przypadku Wielkiej Brytanii proces szczepień zakończyło niewiele ponad 500 tys. osób.

A wszystko to oczywiście wynika z odmiennej strategii, którą przyjął ten kraj. Brytyjczycy uznali, że lepiej jak najwięcej osób zaszczepić przynajmniej jedną dawką szczepionki. I bez znaczenia jest tutaj ryzyko, że zabraknie drugiej dawki. Takie stanowisko krytykuje m.in. prof. Andrzej Horban, doradca premiera ds. COVID-19 oraz prof. Krzysztof Simon. Eksperci mówili wprost: to hazard. - Przerwanie dostaw szczepionek byłoby fatalne w skutkach - mówił w programie "Newsroom" w Wirtualnej Polsce prof. Simon.

W tyle jest jednak również Francja. W przypadku tego kraju śmiało można mówić o porażce procesu szczepień. Pełen proces przeszło zaledwie 0,37 proc. obywateli. Francuzi dopiero w ostatnich tygodniach zaczęli odrabiać straty z pierwszych tygodni akcji.

Wszyscy patrzą na Izrael

A warto przy okazji dodać, że światowym liderem jest Izrael. Co czwarty obywatel tego kraju przeszedł proces szczepienia. I widać to w najważniejszych statystykach dotyczących koronawirusa. W około dwa tygodnie po rozpoczęciu szczepienia drugą dawką zaczęły spadać hospitalizacje wśród najstarszych osób. A to właśnie one są narażone na poważne konsekwencje wirusa.

Co działa na korzyść Izraela? Czynników jest kilka. Po pierwsze jest go kraj gęsto zaludniony, bo niespełna 9 mln osób zamieszkuje powierzchnię 15 razy mniejszą niż ma Polska. Po drugiej jest to oczywiście kraj silnie zmilitaryzowany.

Oceniając stopnień zaawansowania procesu szczepień, należy spojrzeć również na drugą statystykę - liczbę wydanych dawek w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców. Warto pamiętać, że to liczba pojedynczych preparatów. Nie będzie się zatem pokrywać z liczbą osób w pełni zaszczepionych.

I tak w Europie numerem jest Wielka Brytania. Kraj ten rozdysponował już 18 tys. preparatów na każde 100 tys. mieszkańców. Tu jednak znów trzeba przypomnieć o zupełnie innej strategii, którą podąża kraj z Wysp.

Około 8,8 tys. dawek na każde 100 tys. mieszkańców rozdysponowała już Malta. Podium zamyka Dania, która zagospodarowała 5,8 tys. preparatów na każde 100 tys. mieszkańców.

Od 4 do 5 tys. preparatów na każde 100 tys. mieszkańców wydała spora część europejskich krajów - w tym i Polska. To tutaj są takie kraje jak Włochy, Hiszpania, Szwajcaria, Słowacja, Węgry, Estonia, Norwegia i Grecja. I tu warto powiedzieć, że Polska jest powyżej średniej europejskiej. Ta w tej chwili wynosi 3,8 tys.

Proces szczepienia nawet pierwszą dawką o wiele gorzej idzie w takich krajach jak Szwecja, Austria, Francja, Luksemburg, Holandia, Chorwacja, Łotwa i Bułgaria. Bułgarzy od początku całej akcji są na jednym z ostatnich miejsc.

W tym miejscu warto podkreślić, że kluczowy etap szczepień jeszcze się nie zaczął. Największym wyzwaniem pod względem organizacyjnym będą masowe szczepienia wszystkich dorosłych osób. Tymczasem większość europejskich krajów - w tym Polska - jest na razie na etapie szczepienia seniorów i części grup pierwszeństwa (w tym np. nauczycieli). Statystyki z kolejnych etapów pokażą najlepiej, który z krajów poradził sobie z akcją szczepień.
« Ostatnia zmiana: Maj 02, 2021, 22:29 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #203 dnia: Kwiecień 28, 2021, 23:42 »
How Iceland hammered COVID with science
25 NOVEMBER 2020  CORRECTION 01 DECEMBER 2020 Megan Scudellari

The tiny island nation brought huge scientific heft to its attempts to contain and study the coronavirus. Here’s what it learnt.


Iceland’s science has been pivotal in understanding the COVID-19 pandemic. Credit: Jon E. Gustafsson

Driving along Reykjavik’s windswept roads on a cold March morning, Kári Stefánsson turned up the radio. The World Health Organization had just announced that an estimated 3.4% of people infected with SARS-CoV-2 would die — a shockingly high fatality rate, some 30 times larger than that for seasonal influenza.

There was a problem with that estimate, however: it was based on reported cases of COVID-19, rather than all cases, including mild and asymptomatic infections. “I couldn’t figure out how they could calculate it out without knowing the spread of the virus,” recalls Stefánsson, who is the founder and chief executive of deCODE genetics, a human-genomics company in Reykjavik. He became convinced that making sense of the epidemic, and protecting the people of Iceland from it, would require a sweeping scientific response.

When Stefánsson arrived at work, he phoned the leadership of Amgen, the US pharmaceutical company that owns deCODE, and asked whether he could offer deCODE’s resources to track the spread of the virus, which had landed on Icelandic shores only six days earlier. “The response I got from them was, ‘For heaven’s sake, do that,’” says Stefánsson.

Over the ensuing nine months, deCODE and Iceland’s Directorate of Health, the government agency that oversees health-care services, worked hand-in-hand, sharing ideas, data, laboratory space and staff. The high-powered partnership, coupled with Iceland’s diminutive size, has put the country in the enviable position of knowing practically every move the virus has made. The teams have tracked the health of every person who has tested positive for SARS-CoV-2, sequenced the genetic material of each viral isolate and screened more than half of the island’s 368,000 residents for infection.

Late nights analysing the resulting data trove led to some of the earliest insights about how the coronavirus spreads through a population. The data showed, for example, that almost half of infected people are asymptomatic, that children are much less likely to become sick than adults and that the most common symptoms of mild COVID-19 are muscle aches, headaches and a cough — not fever. “Scientific activities have been a huge part of the entire process,” says Runolfur Palsson, director of internal-medicine services at Landspitali — The National University Hospital of Iceland. Researchers at deCODE and the hospital worked day in and day out to gather and interpret the data.

Their achievements aren’t merely academic. Iceland’s science has been credited with preventing deaths — the country reports fewer than 7 per 100,000 people, compared with around 80 per 100,000 in the United States and the United Kingdom. It has also managed to prevent outbreaks while keeping its borders open, welcoming tourists from 45 countries since mid-June. The partnership again kicked into high gear in September, when a second large wave of infections threatened the nation.

Careful steps

COVID-19 is not the first pandemic to reach Iceland’s shores: in October 1918, two ships carrying pandemic influenza docked in Reykjavik’s downtown harbour. Within six weeks, two-thirds of the capital city’s inhabitants were infected1.

A century later, the Icelandic government was better prepared, enacting a national pandemic preparedness plan at the beginning of January, two months before COVID-19 arrived. “We decided from the beginning we would use isolation, quarantine and contact tracing,” says Þórólfur Guðnason, chief epidemiologist at the Directorate of Health. As part of that plan, the microbiology laboratory at the university hospital began testing citizens in early February.

On 28 February, a man returning from a skiing holiday in northeastern Italy tested positive for the virus. Within a week, the number of cases had climbed from 1 to 47, the opening notes of a coming crescendo. As health-care workers began ordering hundreds of tests per day, one of the hospital’s machines for isolating and purifying RNA broke from overuse. “We were not able to cope with all the specimens coming in,” recalls Karl Kristinsson, the university hospital’s chief of microbiology.

By 13 March, deCODE had begun screening the general public and was able to quickly take over much of the hospital’s testing. The company repurposed a large phenotyping centre that it had been using to study the genetics of Icelanders for more than two decades into a COVID-19 testing centre. “It almost looked like these 24 years preceding COVID-19 had just been a training session,” says Stefánsson. “We dove into this full force.”



One of the first families in Iceland to be screened with deCODE’s COVID-19 test.Credit: Jon E. Gustafsson

The company has the staff and machinery to sequence 4,000 whole human genomes per week as part of its regular research activities, says Stefánsson. Throughout the spring, it would set that aside to devote its analytical and sequencing heft to the pandemic response.

deCODE’s main activity has been COVID-19 screening, including open invitations to the general population. Today, any resident with even the mildest symptom can sign up to be tested. Residents sign up online using dedicated COVID software built by deCODE programmers. At a testing centre, they show a barcode from their phone to automatically print a label for a swab sample. Once taken, the sample is sent to a laboratory at deCODE’s headquarters that is run jointly by the university hospital and deCODE and operates from 6 a.m. to 10 p.m. Results are always available within 24 hours, but are often ready in just 4 to 6. “We now have the capacity for about 5,000 samples per day,” says Kristinsson. As a whole, the collaborators have so far screened 55% of the country’s population.

If the test is negative, the person receives an all-clear text. If the test is positive, it triggers two chains of action: one at the hospital and one at the lab.

At the hospital, the individual is registered in a centralized database and enrolled in a tele-health monitoring service at a COVID outpatient clinic for a 14-day isolation period. They will receive frequent phone calls from a nurse or physician who documents their medical and social history, and runs through a standardized checklist of 19 symptoms. All the data are logged in a national electronic medical record system. A team of clinician-scientists at the hospital created the collection system in mid-March with science in mind. “We decided to document clinical findings in a structured way that would be useful for research purposes,” says Palsson.

In the lab, each sample is tested for the amount of virus it contains, which has been used as an indicator for contagiousness and severity of illness. And the full RNA genome of the virus is sequenced to determine the strain of the virus and track its origin.

The same approach could work in other countries that have suitable resources, such as the United States, where all the methods deCODE is currently using were developed, says Stefánsson. In fact, early in the pandemic, many US labs pivoted to offer coronavirus testing, but were stymied by regulatory and administrative obstacles, which critics attribute to a lack of federal leadership. “This was a wonderful opportunity for academia in the United States to show its worth, and it didn’t,” Stefánsson says. “I was surprised.”

Viral fingerprints

Researchers at deCODE, the university hospital and the Directorate of Health began analysing the wealth of data in early March, and quickly published several early results. “Once we started to generate data, we couldn’t resist the temptation to begin to try to pull something cohesive out of it,” says Stefánsson.

Iceland’s COVID-19 results are limited by the fact that cases are occurring in a small and genetically homogeneous population compared with other countries, notes Palsson. But in some cases, that small sample size is also a strength, because it has led to detailed, population-wide data.

In early spring, most of the world’s COVID-19 studies focused on individuals with moderate or severe disease. By testing the general population in Iceland, deCODE was able to track the virus in people with mild or no symptoms. Of 9,199 people recruited for population screening between 13 March and 4 April, 13.3% tested positive for coronavirus. Of that infected group, 43% reported no symptoms at the time of testing2. “This study was the first to provide high-quality evidence that COVID-19 infections are frequently asymptomatic,” says Jade Benjamin-Chung, an epidemiologist at the University of California, Berkeley, who used the Iceland data to estimate rates of SARS-CoV-2 infection in the United States3. “It was the only study we were aware of at the time that conducted population-based testing in a large sample.”

A smaller population study, carried out in an Italian town, came to similar results on asymptomatic infection months later. When a 78-year-old man died in the northern Italian town of Vo’, Italy’s first COVID-19 death, the region’s governor locked the town down and ordered that its 3,300 citizens be tested. After the initial round of government testing, Andrea Crisanti, head of microbiology at the University of Padua in Italy, asked the local government whether his team could run a second round of testing. “Then we could measure the effect of the lockdown and the efficiency of contact tracing,” says Crisanti, who is currently on leave from Imperial College London. The local government agreed. On the basis of the results of the two rounds of testing, the researchers found that lockdown and isolation reduced transmission by 98%, and — in line with Iceland’s results — that 43% of the infections across the two tests were asymptomatic4.

In addition to tracking asymptomatic infections, the researchers in Iceland concluded that children under 10 were about half as likely to test positive as people aged 10 and older — a finding confirmed in Crisanti’s study of Vo’, as well as studies in the United Kingdom5 and United States6. Additionally, the deCODE team analysed the viral genetic material of every positive case, and used that fingerprint to track where each strain of the virus came from and how it spread. Most of the initial cases, the researchers found, were imported from popular skiing destinations, whereas later transmission occurred mainly locally, within families (see ‘Iceland’s three COVID waves’).



Infographic: Iceland's three COVID waves. Charts showing the COVID-19 infections and sources of transmission in Iceland. Source: http://www.covid.is/data; deCODE genetics

That genetic-tracing approach, called molecular epidemiology, was similarly applied in New Zealand to good effect. In March, New Zealand’s government implemented a stringent countrywide lockdown aimed at eliminating the virus. “Essentially, the New Zealand population more or less stayed at home for 7 weeks. After that, we emerged into a virus-free country,” says Michael Baker, a public-health researcher at the University of Otago in Wellington. That’s a feat for a country of 5 million people, more than 13 times larger than Iceland.

Genetic analysis of the first New Zealand wave, from March to May, showed that the strict lockdown began working right away. The rate of transmission — the number of people infected by each person with the virus — dropped from 7 to 0.2 in the first week in the largest cluster7. Sequencing data also showed that an August outbreak in Auckland, the source of which remains unknown, was from a single lineage, reassuring public-health authorities that there had only been one breach. “Genomics has played a vital role in tracking the re-emergence of COVID-19 in New Zealand,” says Jemma Geoghegan, a microbiologist at Otago who co-led the project with Joep de Ligt at the Institute of Environmental Science and Research in Porirua.

Getting the full picture

This summer at the university hospital, Palsson’s team used the clinical data to investigate8 the full spectrum of disease caused by SARS-CoV-2. The most common symptoms among the 1,797 people who tested positive between 31 January and 30 April were muscle aches, headache and a non-productive cough — not fever, a symptom listed in both the US Centers for Disease Control and the World Health Organization case definitions for COVID-19. When used to guide testing, those definitions are likely to miss some symptomatic people, says Palsson. “Hopefully others will come to a similar conclusion and that will result in changes in the criteria,” he says.

The results from Palsson’s team led to direct medical intervention in Iceland: individuals showing any sign of a common cold or aches are now encouraged to get tested, and the hospital categorizes new patients into one of three stages according to their symptoms, which dictates their level of care.

The most recent study from Iceland focused on a major COVID-19 question: how long does immunity to SARS-CoV-2 last? deCODE’s team found that anti-SARS-CoV-2 antibodies remained high in the blood of 91% of infected people for 4 months after diagnosis9, running counter to earlier results suggesting that antibodies decline quickly after infection10,11. It is possible that the conflicting results represent two waves of antibodies. In an editorial accompanying the paper12, Galit Alter at Harvard Medical School in Boston, Massachusetts, and Robert Seder at the US National Institutes of Health’s Vaccine Research Center in Bethesda, Maryland, suggest that a first wave is generated by short-lived plasma cells in response to acute infection, then a second wave, produced by longer-lived cells, bestows lasting immunity.

And finally, Stefánsson was able to pin down the elusive statistic that first intrigued him — the infection fatality ratio (IFR), or the proportion of infected people who die from the disease. Since the beginning of the pandemic, IFR estimates have ranged from less than 0.1% to a whopping 25%, depending on the size of the study and the age of the population. A growing number of studies are converging at about 0.5 to 1%. In Iceland, where the median age is 37 — relatively young compared with other wealthy nations — and patients have access to good health care, Stefánsson’s team found it to be 0.3%.

New wave

On 15 June, Iceland opened its borders to non-essential visitors from 31 European nations. A month later, on 16 July, the country also lifted restrictions on visitors from 12 more countries, including Canada, New Zealand and South Korea. The opening gave a boost to the struggling tourism industry, although numbers of visitors remained low, with about 75–80% fewer summer tourists than in 2019, according to the Icelandic Tourist Board.



Bars in Reykjavik reopened on 31 May, after a two-month closure.Credit: Haraldur Gudjonsson/AFP via Getty

Then, on 10 August, a pair of tourists at Reykjavik airport tested positive for SARS-CoV-2, ignored regulations and went into town. That incursion led to a small bump of cases in August centred on two pubs and a fitness centre visited by the tourists. Then, in mid-September, the number of infections increased abruptly, from 1 to 55 in a week. “This one clone of virus was able to spread around and cause lurking infections all over, especially in Reykjavik, and all of a sudden, we saw this increase,” says Guðnason. “It’s evidence of how difficult the virus is to contain.”

By October, coronavirus was more widespread in the community than it had been in the first wave, peaking at a rate of 291 infections per 100,000 people over 2 weeks. On 17 October, the number of active infections finally began to decline, which researchers attribute to widespread testing, tracing and quarantine procedures, as well as fresh government restrictions and emphasis on mask wearing. “Hopefully we can start relaxing our restrictions soon,” says Guðnason.

Despite the outbreak, the country continues to keep its borders open to tourists from some countries, although entry requirements are now stricter. Travellers must either self-quarantine for 14 days after arrival or participate in two screening tests: one on arrival, followed by five days of quarantine, then a second test. This method has led to the discovery that 20% of people who ended up testing positive received a negative test in the first round, notes Guðnason. That is a high number, but seems consistent with other analyses13. The new requirement is likely to have caught many strains of virus that would have otherwise entered the country.

Unlike New Zealand, which closed its borders, elimination was never supported in Iceland for fears that the country would go bankrupt without tourism. So it is possible that new cases will continue to arise, says Guðnason. Furthermore, he and others think the current outbreak might be in large part due to pandemic fatigue, as people disregard health precautions after months of being careful. “I think we’re going to be dealing with the virus, trying to suppress it as much as possible, https://www.nature.com/articles/d41586-020-03166-8 until we get the vaccine,” he says.

And research continues in any and every spare hour. Palsson’s team is planning to analyse the effect of viral loads on patient outcomes and viral transmission, and to use contact-tracing data to tease out the risk factors for a super-spreading event. “We’ve had households where almost everybody gets infected, then other places where people carry the infection and stay in the workplace and nobody gets infected,” says Palsson. “It’s very difficult to understand.”

At deCODE, Stefánsson and his colleagues are investigating cellular immune responses and whether people with COVID-19 who are very sick produce antibodies directed against their own tissues. And together, the deCODE and university-hospital teams are collaborating on the long-term effects of COVID and how genetics affects susceptibility and responses to the disease.

“We’ve been committed for a long time to take everything we learn about human disease and publish it,” says Stefánsson. “There is no way in which we would have not utilized the opportunity.”


Nature 587, 536-539 (2020)
doi: https://doi.org/10.1038/d41586-020-03284-3

UPDATES & CORRECTIONS

Correction 01 December 2020: This feature incorrectly stated that 20% of travellers to Iceland tested positive for COVID-19 in a second round of testing five days after they arrived. In fact, 20% of the travellers who tested positive did so only in that second round. It also understated the daily number of infections in October. it has now been updated.

References
(...)

https://www.nature.com/articles/d41586-020-03284-3
« Ostatnia zmiana: Maj 02, 2021, 22:29 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #204 dnia: Kwiecień 29, 2021, 23:41 »
"Był młody i zdrowy". 27-letni Brytyjczyk zmarł 3 tygodnie po szczepionce AstraZeneca
Tatiana Kolesnychenko 3 V

Brytyjska służna zdrowia (NHS) wszczęła dochodzenie w sprawie zgonu 27-letniego inżyniera. Według rodziny mężczyzna był zdrowy i wysportowany, ale trzy tygodni przez zgonem przyjął szczepionkę AstraZeneca.

1. 27-latek zmarł w szpitalu

27-letni inżynier Jack Last został przyjęty do szpitala 9 kwietnia, ponieważ skarżył się na silne bóle głowy. Niestety, zmarł 11 dni później, gdy jego stan zaczął się pogorszać.

NHS potwierdziła, że wszczęła dochodzenie w sprawie okoliczności towarzyszących tragedii.



27-letni inżynier Jack Last został przyjęty do szpitala 9 kwietnia (Archiwum rodzinne)

Według informacji brytyjskich mediów, 30 marca Jack otrzymał szczepionkę AstraZeneca. Zaledwie tydzień później brytyjska Komisja Szczepień i Immunizacji (JCVI) zaleciła, aby lekarze prowadzący szczepienia, jeśli będzie to możliwe, oferowały osobom poniżej 30. roku życia alternatywne preparaty. Oznacza to, że obecnie Brytyjczycy w wieku od 18-29 lat będą mieli możliwość wyboru między szczepionkami Pfizera lub Moderny.

2. "Jacka zaskoczyło zaproszenie na szczepienie"

Rodzina Jacka jest zrozpaczona i czeka na sekcję zwłok, która ma potwierdzić przyczynę zgonu. Jak mówią, śmierć 27-latka była ogromnym zaskoczeniem.

"Kiedy brat rejestrował się na na szczepienie, był zdrowy i sprawny, jak zawsze" - opowiada Jasmine, siostra Jacka.

Według relacji Jasmine, Jacka zaskoczyło zaproszenie na szczepienie. "Jednak kiedy otrzymał wiadomość, że powinien się zarejestrować, zrobił to bez problemu. Jack był bardzo wyluzowanym facetem - nie robił zamieszania. Taka była jego natura" - mówi Jasmine.



Jacka zaskoczyło zaproszenie na szczepienie (Facebook)

Jasmine opowiada, że Jack zawsze był uśmiechnięty i miał ducha poszukiwacza przygód. W wieku 18 lat uzyskał licencję pilota turystycznego i regularnie latał nad wschodnią Anglią i Wielką Brytanią. W 2018 roku udał się do Kalifornii i po otrzymaniu amerykańskiej licencji pilota latał nad mostem Golden Gate i znakiem Hollywood. Inżynier spędził również sześć miesięcy pracując w British Antarctic Survey na Antarktydzie.

"Tak wiele robił ze swoim życiem. Uprawiał kajakarstwo, pływał w klatce z rekinami, skakał na bungee, zdeżdżał najdłuższą tyrolką na świecie i oglądał AC/DC na żywo. Zawsze się uśmiechał i był wesoły. Był niesamowitym wujem dla mojego syna Reggiego, którego uwielbiał - wspomina Jasmine. - Był najlepszym bratem, o jakiego mogłam kiedykolwiek prosić, i naprawdę będę za nim tęsknić" - dodaje.



Jack uwielbiał swojego siostrzeńca (Archiwum rodzinne)

3. Ile przypadków zakrzepicy w Polsce

Jak wynika ze statystyk NHS ryzyko śmierci z powodu zakrzepu krwi po przyjęciu szczepionki przeciw COVID-19 wynosi w Wielkiej Brytanii ok. jeden na milion. Oznacza to, że na wykonanych 21,2 mln szczepień odnotowano 32 zgony.

Jeśli chodzi o zakrzepy po szczepionce AstraZeneca, to w tej chwili szacuje się, że ryzyko ich występienia wzrosło z 1 na 250 tys. do ok. 1 na 126 600.

Satanowisko Europejskiej Agencji Leków (EMA) w tej kwestii pozostaje niezmienne - korzyści ze szczepienia AstraZenecą są znacznie większe niż ryzyko ewentualnych powikłań.

Z rządowego raportu wynika, że w Polsce również dochodziło do zakrzepicy lub innych schorzeń związanych z przepływem krwi u osób, które przyjęły jedną z dostępnych w naszym kraju szczepionek na COVID-19. Zakrzepica została odnotowana 14 razy, z czego dwa zakończyły się zgonem. W ośmiu przypadkach zakrzepicę zdiagnozowano u kobiet.

https://portal.abczdrowie.pl/byl-mlody-i-zdrowy-27-letni-brytyjczyk-zmarl-3-tygodnie-po-szczepionce-astrazeneca

Koronawirus. Niepokojące doniesienia z Rosji. Wszyscy mogą odczuć skutki
KLAUDIA STAWSKA  02-05-2021 20:31

Według doniesień mediów wszystko wskazuje na to, że Rosja stanie przed obliczem trzeciej fali koronawirusa. Powód? Anonimowi przedstawiciele władz wskazują na poważny kryzys akcji szczepień.


Władimir Putin Źródło: Getty Images

W piątek, 30 kwietnia Kreml przyznał, że w marcu liczba ofiar koronawirusa była niemal dwukrotnie wyższa, niż twierdził do tej pory. Zaledwie kilka dni wcześniej, Bloomberg, powołując się na anonimowe źródła z rządu, informował, że Rosja stoi na skraju trzeciej fali epidemii.

Zdaniem informatorów Bloomberga liczba zachorowań w Rosji cały czas rośnie, co jest spowodowane przede wszystkim niechęcią mieszkańców do szczepienia się. Z zebranych danych wynika, że ledwo ponad 5 proc. społeczeństwa jest w pełni zaszczepione.

Jednocześnie Władimir Putin zapowiada, że przed jesienią, Rosja osiągnie odporność populacyjną. "The Moscow Times" zwraca uwagę, że uodpornienie 70 proc. społeczeństwa za pomocą szczepionki zajęłoby co najmniej jeden kolejny rok, jeśli tempo szczepień utrzyma się na dotychczasowym poziomie.

Rosjanie nie chcą się szczepić

Według informatorów Bloomberga, Rosjanie nie chcą się szczepić, ponieważ rząd zapewnia, że epidemia w Rosji jest "pod kontrolą". I chociaż oficjalne komunikaty mówią, że nie może być mowy o trzeciej fali epidemii, to coraz więcej doniesień z różnych źródeł przeczy rządowej narracji.

Większość raportów wskazuje, w tym obliczenia "the Economist", że Rosja jest w niechlubnej czołówce pod względem śmiertelności. "Nadmiarowa" liczba zgonów może być nawet dwukrotnie większa niż w Polsce.

Z jednej strony Rosjanie otrzymują oficjalne komunikaty, że koronawirus "jest w odwrocie", a z drugiej zaś - od początku epidemii dość niechętnie podchodzili do obostrzeń, w związku z tym rząd zniósł większość z nich już na początku pandemii.

W rozmowie z Business Insider, zauważyła to dr hab. Agnieszka Legucka, analityk w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (PISM), przywołując dane sondażowe, z których wynikało, że ok. 50 proc. Rosjan uważało, że ryzyko zachorowania na COVID-19 ich nie dotyczy.

To z kolei przekłada się na niechęć do szczepień, w efekcie czego COVID-19 zbiera ogromne żniwo w Rosji. Zdaniem ekspertki nie bez znaczenia są też teorie spiskowe głoszone przez Kreml, jak chociażby to, że koronawirus jest efektem wojny biologicznej pomiędzy USA a Chinami.

Bloomberg z kolei zauważa, że do szczepień często zniechęcają sami lekarze, a Legucka dodaje, że Rosjanie generalnie nie ufają władzom. W przypadku szczepionki Sputnik V może to być uzasadniona nieufność, ponieważ została ona dopuszczona do użycia, mimo że nie została poddana niezależnym badaniom.

Zagrożenie nie tylko dla Rosji

Kolejny rozmówca Business Insider, gen. Andrzej Trybusz, były główny inspektor sanitarny zauważa, że pozostawienie epidemii poza kontrolą w jakimkolwiek kraju stwarza poważne zagrożenie dla zdrowia publicznego w skali globalnej.

- Sytuacja epidemiologiczna w jednych rejonach świata ma wpływ na tę w innych, bo pandemia jest sumą epidemii w poszczególnych krajach – tłumaczy specjalista, dodając, że niekontrolowany wirus jest bardziej podatny na mutacje, których skutków nie można przewidzieć.

- Niepowodzenie akcji szczepień w jakimkolwiek miejscu sprawi, że epidemia nie zostanie tam całkowicie wygaszona, a to oznacza ryzyko pojawienia się kolejnych fal zachorowań - dodaje ekspert.

https://tech.wp.pl/koronawirus-niepokojace-doniesienia-z-rosji-wszyscy-moga-odczuc-skutki-6635439056837216a
« Ostatnia zmiana: Maj 03, 2021, 23:18 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #205 dnia: Kwiecień 30, 2021, 23:58 »
Dramatyczna relacja z Indii. "Jak można było do tego dopuścić?"
OPRAC. EWA WALAS 10-05-2021 11:56

- Krematoria pracują do późnej nocy, a codziennie rano, do 10-11, mają już tyle rejestracji, że muszą odmawiać, bo na więcej nie ma miejsca. (...) Ludzie czekają po 10-15 godzin w kolejce i ciała się psują, bo jest już ponad 40 stopni. Ale muszą czekać, bo nie mają innego wyjścia - opowiada Maria Puri, pisarka i tłumaczka języka hindi, która mieszka w Delhi od 40 lat.


Źródło: PAP, Fot: RAJAT GUPTA

Wywiad z Polką mieszkającą w stolicy Indii przeprowadziła Polska Agencja Prasowa.

Maria Puri przyznała, że codzienny widok zatłoczonych ulic w pobliżu szpitali jest przerażający. - Karawany wiozące zwłoki, samochody, autoryksze, najbliżsi odprowadzający zmarłych - wymieniała pisarka.

W krematoriach nie ma miejsc

Polka zdradziła także, że chociaż w hinduizmie nie można kremować zwłok po zachodzie słońca, od kilku tygodni nikt już tych zasad nie przestrzega. Wszystko ze względu na olbrzymią liczbę ciał do spalenia.

- Nie ma jak spalić ciał tego samego dnia i ludzie muszą szukać innych ghat pogrzebowych. Indyjska prasa opisuje, jak ludzie czekają po 10-15 godzin w kolejce i ciała się psują, bo jest już ponad 40 stopni. Ale muszą czekać, bo nie mają innego wyjścia - powiedziała pisarka.

Puri dodała, że obok jednego z krematoriów znajdują się duży park i parking, gdzie ustawiono dodatkowe platformy na stosy pogrzebowe.

- Na cmentarzach, gdzie chowają swoich zmarłych muzułmanie i chrześcijanie, sytuacja jest równie dramatyczna - przyznała.

Oficjalne dane o zgonach zaniżone

Zdaniem Polki, zmarłych na COVID-19 w Delhi jest dwa lub trzy razy więcej, niż wynika z oficjalnych danych. Liczba łóżek w szpitalach jest ograniczona.

- Wiele osób umiera w domach i nie trafiają do statystyk covidowych - dodała.

Puri przyznała także, że w społeczeństwie panuje atmosfera przerażenia. Jednocześnie - jak podkreśliła - mieszkańcy stolicy są wściekli na "system, który zawiódł".

- Chodzi o ludzi, którzy podejmują decyzje, nieważne czy to rząd centralny, czy stanowy. Dzieje się tragedia, jak można było do tego dopuścić? - zapytała Polka.

"Tutaj jest jak w czasie wojny"

Pisarka stwierdziła, że w tym momencie nie ma już także znaczenia, czy dana osoba jest bogata, czy biedna.

- Nawet jeśli ktoś ma wykupione najlepsze ubezpieczenie zdrowotne, to i tak nie dostanie się do szpitala, bo po prostu nie ma wolnych łóżek. Co może zrobić biedniejsza osoba na ulicy? Może tylko tam umrzeć - powiedziała.

Pisarka zilustrowała problem placami przed szpitalami państwowymi, na których ludzie "koczują" podłączeni do butli z tlenem, czekając na miejsce. Bardzo często zdarza się, że nie doczekają łóżka w placówce.

- Podobnie jest w szpitalach prywatnych, jedyna różnica to to, że lepiej sytuowani chorzy zostali przywiezieni pod szpital przez rodzinę własnym samochodem - stwierdziła.

Polka porównała sytuację w Delhi do wojny, na której człowiek jest całkowicie zdany na siebie i nie może liczyć, że ktoś będzie w stanie mu pomóc.

https://wiadomosci.wp.pl/dramatyczna-relacja-z-indii-jak-mozna-bylo-do-tego-dopuscic-6638121373219328a

India reported less than 400,000 COVID-19 cases after 4 days | Coronavirus Pandemic | English News
25 704 wyświetlenia•10 maj 2021


https://www.theguardian.com/world/2021/may/10/india-dozens-of-suspected-covid-victims-wash-up-on-ganges-river-banks
Dozens of suspected Covid victims wash up on Ganges River banks
Agence France-Presse in New Delhi Mon 10 May 2021 15.42 BST

Locals believe bodies were dumped in river because cremation sites are overwhelmed


A family member perform last rites of a Covid-19 victims on the banks of the Ganges. Photograph: Prabhat Kumar Verma/Pacific Press/Rex/Shutterstock

Dozens of bodies believed to be Covid-19 victims have washed up on the banks of the Ganges River in northern India as the pandemic spreads into India’s vast rural hinterland, overwhelming local health facilities as well as crematoriums and cemeteries.

Local official Ashok Kumar said that about 40 corpses washed up in Buxar district near the border between Bihar and Uttar Pradesh, two of India’s poorest states.

“We have directed concerned officials to dispose of all bodies, to either bury or cremate them,” Kumar told AFP.

Some media reports said the number of corpses could be as high as 100. The reports quoted other officials as saying some of the bodies were bloated and partially burned and could have been in the river for several days.

Locals told AFP they believed the bodies had been dumped in the river because cremation sites were overwhelmed or because relatives could not afford wood for funeral pyres.

“It is really shocking for us,” local resident Kameshwar Pandey told AFP.

According to official statistics, about 4,000 people are dying from coronavirus every day in India and the death toll is almost 250,000.

Citing anecdotal evidence from crematoriums, many experts believe the true daily number could be several times higher.

This is particularly the case now that the surge has spread beyond major cities into rural areas where hospitals are few and far between and record-keeping is poor.


https://www.theguardian.com/world/2021/may/10/india-covid-crisis-diaspora
‘Like purgatory’: diaspora in despair as India sinks deeper into Covid crisis
Maanvi Singh Mon 10 May 2021 12.00 BST


A medical worker observes patients who have been infected by Covid-19 inside a makeshift are facility in a sports stadium in New Delhi on 2 May 2021. Photograph: Getty Images

Indian Americans scramble to secure oxygen canisters for family members, desperately work to raise funds and pressure US legislators to lift vaccine patents

Since the pandemic began, Fatima Ahmed has lost 29 of her family members in India and one in the US to Covid-19.

A few days ago, her uncle died in his car as he was driving back home from a hospital in Hyderabad, a city in southern India. “All the hospitals were at capacity, so they couldn’t take him in,” said Ahmed. “He pulled over and he called the rest of the family, the khandan – before he passed.”

Each loss has amplified her anger – at the mass crisis unfolding 8,000 miles away, at the shortages of oxygen and vaccines, at the anti-Muslim attacks stoked by Indian officials who have scapegoated religious minorities as the country. Ahmed, an academic and activist based in New Jersey, has asked the Guardian to use a pseudonym for privacy and safety concerns.

As the US begins to emerge from the depths of the coronavirus crisis, India is sinking. And the 4.8 million members of the diaspora in the US, like Ahmed, have been anxiously monitoring their phones in case of news that an old neighbor, or relative, or close friend has died. The despair has permeated across time zones, as Indian Americans scramble to secure oxygen canisters and hospital beds for family members, desperately work to raise funds, donate resources and pressure US legislators to lift vaccine patents.

“I’ve been feeling hopeless and disconnected and guilty,” said Himanshu Suri, a New York-based rapper. Suri’s father died of Covid-19 at a Long Island nursing home last April, at the height of surge in New York. Instead of flying to India to spread his dad’s ashes this spring, as he’d planned, Suri has watched from afar as the subcontinent is engulfed by the pandemic.

“I thought I’d feel happier after getting the vaccine,” he said – but there’s been no sense of relief. “Instead, I’ve had this feeling, like I’m in purgatory.”

Unable to fly home to help or comfort loved ones, many Indian Americans have leveraged their power and money to pressure political leaders, raise awareness and build up grassroots aid efforts. In recent weeks, Indian American doctors and health workers have joined activists in successfully pressuring the Biden administration to send supplies, and help waive intellectual property protections on coronavirus vaccines to help ramp up production.



Relatives carry the body of a victim who died due to the Covid-19 coronavirus at a cremation ground in New Delhi on 5 May 2021. Photograph: Sajjad Hussain/AFP/Getty Images

Many have also called for a harder-line stance against the Indian prime minister, Narendra Modi, a rightwing Hindu nationalist and US ally who before the surge lifted most coronavirus restrictions and had held massive, in-person political rallies. As reported cases began to rise exponentially, graphing a nearly vertical trend line, his administration has also been accused of hiding the true toll, cracking down on critical social media posts and threatening journalists who question his party line.

Meanwhile, India’s most vulnerable – including the poorest, those on the lowest rungs of the caste system, religious minorities and Indigenous people, have faced the worst effects.

The denialism, refusal to enact lockdown measures and the evasion of responsibility by scapegoating of minorities by officials in Modi’s government have sparked comparisons to the Trump administration, compounding the anger felt by some Indian American families.

“When there’s more anger and backlash from some leaders at the media showing images of cremated bodies, than the fact that so many people are dying, it’s extremely angering,” said Suri. “We saw how badly things played out last year, with our own government – and seeing it all play out similarly over there is extremely frustrating.”

Suri said the crisis had reshaped his daily schedule: he begins each work day by checking in on Indian artists and musicians – asking after their health and contributing to grassroots efforts to raise funds for medical supplies. Each night, before heading to bed, he checks in with family members. For the first time, he’s also begun to discuss politics and philanthropy with cousins, over group chat. “We don’t typically talk about those things,” he said,

The crisis has brought on “a real moment of reckoning within the diaspora”, said Sruti Suryanarayanan, a hate violence researcher at Saalt, a south Asian justice and research organization. “We’re going to have to hold the Indian government, and the American government accountable for what’s happened during this pandemic.”

Saalt volunteers have been organizing mutual aid efforts, and helping the most vulnerable in India and Nepal find ICU beds and oxygen canisters. The organization has also joined with the Sikh Coalition and other groups campaigning for the Biden administration to direct medical resources to India, and pressure the Modi government to ensure that historically marginalized groups including Dalit, Adivasi, Christian, Muslim, Sikh and Kashmiri communities get equal access to vaccines.

Suryanarayanan said Saalt has been monitoring instances of hate crimes against Indian Americans, amid a surge of scapegoating and hate crimes against Asian Americans in the US. Sikh and Muslim Americans, who were already among the most-targeted, may be especially vulnerable now, they said, as social media posts characterizing Indian Americans as contagious circulate online.



A Covid-19 coronavirus patient breathes with the help of oxygen provided by a Gurdwara, a place of worship for Sikhs on 6 May 2021. Photograph: Prakash Singh/AFP/Getty Images

“With a health crisis of this scale, your physical wellbeing, your mental wellbeing all rely on everybody, around the world being safe,” Suryanarayanan said.

“I’ve just been looking to do anything that will give me some sense of feeling a little less helpless,” said Zain Alam, a New York-based musician and artist. As cases began to rise exponentially in India, Alam’s best friend, Mohit, was one of a crew of first responders in New Delhi filling and refilling oxygen canisters and delivering them to the sick.

“He hadn’t slept for 48 hours when we were finally able to connect with him – it was 4am over there,” said Ajay Madiwale, another New York-based friend who works in humanitarian aid. “It just felt ethically untenable for us over here not to be doing more.”

Alam, Madiwale and their friend Anjali Kumar have organized an effort called Doctors in Diaspora, which connects physicians and healthcare workers in the US with providers and patients in India. “We saw so many Indian doctors responding, on the frontlines of the crisis in the US,” Madiwale said. “And now we have this huge capacity to help people in India.” Nearly 200 doctors have enrolled in the program so far, getting ready to offer advice, insight and emotional support to colleagues on the front line.

Kumar, who helped launch a secure platform for Covid patients at US hospitals and senior care facilities to video call loved ones, has also used the same platform to help doctors connect across oceans. “The south Asian community in New York was disproportionately affected during the first wave in New York, especially when hospitals in Queens were running out of beds,” Mediwale said. “And now, just when we’re getting back to normal, we’re again watching our loved ones suffer from even farther away.”

The Centers for Disease Control and Prevention has advised Americans not to travel to India, and placed restrictions on air travel to the subcontinent. So, the diaspora has been mourning from afar.

For each member of her family that has died, Ahmed has read out one chapter Qu'r’an. “Each family member reads one or two chapters – on their own – and we mark in a Google Doc what we’ve read,” she said. “It’s not the same as us all gathering to recite the Qur’an together – but it helps us feel connected.”
« Ostatnia zmiana: Maj 10, 2021, 21:46 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #206 dnia: Maj 01, 2021, 23:57 »
Życie ze spadkiem po koronawirusie, czyli wojna za wojną
PATRYK SŁOWIK  14-05-2021 11:23

Czas oczekiwania na wizytę u lekarza-specjalisty na zabieg lub operację będzie o wiele większy niż przed pandemią. Nie ma magicznej recepty na uniknięcie tego. Z jednej strony potrzebny będzie dotychczasowy serwis medyczny, z drugiej będzie trzeba spłacać dług zdrowotny, a z trzeciej - będziemy musieli zaopiekować się nieznaną jeszcze liczbą pacjentów z powikłaniami długoterminowymi po COVID-19 - mówi prof. Andrzej M. Fal w rozmowie z Patrykiem Słowikiem.

Patryk Słowik: Rozmrażamy gospodarkę, rząd znosi obostrzenia. Możemy czuć się bezpieczni i wracać do normalnego życia?

Prof. Andrzej M. Fal: Trzecia fala w zasadzie już przeszła, nie ma co do tego wątpliwości. Możliwe są jeszcze wahania, ale sytuacja wydaje się znacznie lepsza niż jeszcze kilka tygodni temu.

Ale nie miejmy też złudzeń, że nie będzie czwartej fali koronawirusa. Będzie.

Nie wiemy jedynie, jak będzie wysoka. Niestety do jesieni, jako Europa, nie nabędziemy jeszcze odporności populacyjnej. Tak więc odpowiadając na pana pytanie najbardziej precyzyjnie, jak się da: nie możemy jeszcze czuć się bezpieczni, natomiast wiele wskazuje na to, że czwarta fala nie będzie tak dotkliwa i nie będzie miała tak dramatycznego przebiegu, jak druga i trzecia.

Co nas czeka w systemie ochrony zdrowia po pandemii?

Pandemia kiedyś się skończy, natomiast problemy zdrowotne pozostaną. Do opinii publicznej coraz częściej docierają dwa pojęcia: zgony nadmiarowe oraz dług zdrowotny.

Zacznijmy od tych pierwszych. Zgony nadmiarowe to liczba rzeczywiście stwierdzonych zgonów powyżej sumy dwóch składników: przeciętnej liczby zgonów z ostatnich pięciu lat i raportowanej liczby zgonów z powodu COVID-19.

Czyli wszystko, co jest ponad tę sumę, to właśnie zgony nadmiarowe. W ciągu roku pandemii liczba ta w Polsce przekroczyła 100 tys. W pierwszym kwartale 2021 r. zaś zgonów nadmiarowych było 26 tys.

Kim były ofiary zgonów nadmiarowych? To ludzie, którzy zachorowali na koronawirusa, tylko nie zostali za życia zdiagnozowani, czy też osoby, które umarły na przykład na zawał serca lub udar mózgu, bo nie trafiły na czas do szpitala?

Zdefiniował pan obydwie subpopulacje. Bez wątpienia część zmarłych to ludzie, u których nie wykonano testu na koronawirusa i tym samym nie stwierdzono u nich infekcji wirusem SARS-CoV-2.

A jednocześnie osoby te zachorowały na COVID-19, często miały jego objawy i wskutek przebiegu choroby zmarły. Szacuje się, że osoby zainfekowanych SARS-CoV-2, które nie zostały zdiagnozowane, to od pięciu do 15 proc. zmarłych zaliczanych do kategorii zgonów nadmiarowych.

Reszta to ci, którzy nie mieli koronawirusa, ale w związku z pandemią nie otrzymali pomocy na czas?

Tak się szacuje. Przyczyną wielu śmierci była sytuacja systemu opieki zdrowotnej, który w ostatnich miesiącach jest na skraju swojej wydolności.

I dla jasności: dotyczy to każdego państwa, a nie tylko Polski.

System opieki zdrowotnej w żadnym państwie nie był przygotowany na to, co się wydarzyło. Ten w Polsce niestety również nie. Chorzy nie uzyskiwali diagnozy lub uzyskiwali ją ze znacznym opóźnieniem, wiele osób nie doczekało się potrzebnego świadczenia medycznego, kłopoty mieli przewlekle chorzy, których leczenie w zasadzie wstrzymano.

Dla części z tych osób paraliż systemu ochrony zdrowia, wywołany walką z pandemią, był niestety śmiertelny.

Ponadto wiele osób bało się iść do lekarza. Widzieli u siebie niepokojące obawy, ale uznawali, że lepiej nie pójść do przychodni, przesiedzieć chorobę w domu, w którym - uznawali - jest bezpieczniej.

Tyle że przesiedzieć w domu można przeziębienie, a nie zawał czy udar.

Analizowałem statystyki we wrześniu 2020 r. Okazało się, że z roku na rok, wystawiono o jedną czwartą mniej kart DiLO, co oznaczało spadek osób ze zdiagnozowanym nowotworem o tę jedną czwartą. Liczba wykrytych zawałów serca rok do roku zmniejszyła się o 35 proc., zaś liczba udarów o jedną trzecią. Zakładam, że przecież ludzie nie przestali chorować.

Oczywiście, że nie przestali. W tych statystykach, które pan przytoczył, ma pan odpowiedź na pytanie, z czego wynikała tak duża liczba nadmiarowych zgonów.

W części przypadków pacjenta ostatecznie udało się uratować. Ale nie trzeba specjalisty, by wiedzieć, że łatwiej utrzymać przy życiu kogoś trzy godziny po udarze, niż kogoś, kto dostał udaru trzy dni wcześniej.

Do tego bilansu oczywiście dochodzi jeszcze pogorszenie związanej z chorobą jakości życia, którego nie mamy uwzględnionego w statystykach, a które jest bardzo istotne.

Ktoś, kto szybko będzie leczony, ma większą szansę być sprawny.

Właśnie. Dotyczy to zresztą nie tylko nagłych przypadków, lecz także chorób przewlekłych.

Z raportu opracowanego przez WHO na bazie danych ze 122 krajów wynika, że w dobie pandemii liczba świadczeń udzielonych na rzecz pacjentów z nadciśnieniem tętniczym spadła o około 60 proc. A tych z astmą oskrzelową - o ponad 40 proc.

To najlepszy dowód na to, jakie szkody pandemia wyrządziła w opiece zdrowotnej na całym świecie. Wiele osób, u których nigdy nie został zdiagnozowany COVID-19, będzie miało kłopoty zdrowotne, których być może udałoby się uniknąć, a których bezpośrednią lub pośrednią przyczyną jest pandemia.

Mówi pan o całym świecie i wskazuje, że problem związany z tzw. ukrytymi ofiarami koronawirusa to kłopot globalny.

Bo to jest kłopot globalny! Proszę zwrócić uwagę na to, że w Europie mamy najlepiej rozwiniętą opiekę zdrowotną. A kraje europejskie też były w pewnych okresach bezradne, niesłychanie boleśnie odczuły skutki pandemii.

Włochy, Hiszpania, Francja czy nawet Polska to na tle światowej średniej państwa doskonale rozwinięte. Narzekamy na nasz system opieki zdrowotnej, często zresztą słusznie, ale naprawdę nie jest on zły.

Tymczasem pierwsza, druga i trzecia fala doświadczyły Europę w dojmujący sposób.

Pamiętamy przecież obrazki choćby z Włoch, gdzie system nie radził sobie zupełnie ze skalą chorych na COVID-19, a co dopiero mówić o leczeniu pozostałych chorych.

Gdy jednak otworzę polską gazetę, przeczytam, że tak źle, jak w Polsce, nie jest nigdzie. Z raportu Bloomberga wynika, że Polska radzi sobie gorzej z koronawirusem niż Indie i Bangladesz. U nas rzeczywiście jest najgorzej?

To skomplikowana kwestia, na którą nie da się prosto odpowiedzieć. Na pewno nasz dzisiejszy system ochrony zdrowia jest lepiej rozwinięty niż systemy wielu państw, które w różnych rankingach są przed nami. Zawsze trzeba wiedzieć, jakie parametry były brane pod uwagę w ocenie, np. w przytoczonym przykładzie istotny był bieżący współczynnik zachorowań… a w Polsce był akurat szczyt trzeciej fali.

Oczywiście, nie da się też uprościć tematu, jak to niekiedy robią niektóre media, że wskutek jednej lepszej bądź gorszej decyzji można by odwrócić wszystko o 180 stopni. Natomiast faktem jest, że w Polsce, na Węgrzech, w Czechach i Słowacji jest więcej nadmiarowych zgonów niż w innych państwach.

Moja robocza hipoteza jest taka, że to efekt stanu zdrowia społeczeństw, które przez dziesięciolecia miały dostęp do kiepskiej socjalistycznej służby zdrowia. Bo nadmiarowe zgony dotyczą głównie tych grup wiekowych, które w PRL-u miały swoje pierwsze 35-40 lat życia. Hipotezę taką potwierdzałby również fakt, że złe statystyki umieralności pandemicznej są też w państwach byłej Jugosławii, przez dekadę dotkniętej wojną bałkańską.

Czyli nasze wieloletnie zapóźnienia zdrowotne, często niedostrzegane przez nas na co dzień, zostały obnażone przez pandemię?

Myślę, że tak właśnie jest. Proszę bowiem zwrócić uwagę, że nadmiarowe zgony dotyczą u nas przede wszystkim osób w wieku co najmniej 65 lat, a może nawet powyżej 70 lat.

To jasno dowodzi, że kłopotem są zaniedbania sprzed 30-40 lat. Wiele przewlekłych chorób powstaje bowiem w dość młodym wieku.

Brak odpowiedniej diagnostyki, brak właściwej opieki potrafi ujawnić się dopiero po wielu latach.

Popatrzmy też w statystykę liczby zgonów na milion osób. Na pierwszym miejscu na świecie są Węgry, na trzecim Czesi. Drugi jest mało miarodajny, bo malutki Gibraltar. Cała czołówka to państwa byłego bloku socjalistycznego i Bałkany.

W 2020 r. oraz 2021 r. płacimy cenę za to, jak było u nas w latach 70. i 80. XX wieku.

Wróćmy do długu zdrowotnego, o którym pan wspomniał. Czym on w ogóle jest?

Wiąże się on z pojęciem nadmiarowych zgonów. Tyle że te zgony mamy już teraz, a dług zdrowotny będziemy mieli przez najbliższe dwa pokolenia.

Część poważnie chorujących na niezakaźne choroby przewlekłe zmarło wskutek niewydolności systemu opieki zdrowotnej. Ale wiele osób przeżyło. Tyle że stan ich zdrowia w porównaniu do tego, który był dwa lata temu, znacząco się pogorszył.

Aby więc tych ludzi doprowadzić znowu do wyższej jakości życia, czyli zatrzymać chorobę albo cofnąć złe rzeczy, które się zadziały ostatnio, potrzebna będzie dużo bardziej intensywna opieka oraz szereg świadczeń medycznych. To ogromne koszty, ale odłożone w czasie.

Zaciągnęliśmy więc pewien dług zdrowotny, który będziemy spłacali.

I będzie to potężne obciążenie dla każdego państwa. Amerykanie oszacowali, że dług zdrowotny całego świata wynikający z pandemii to ok. trzech trylionów dolarów. Oczywiście moglibyśmy się zastanawiać, czy to dwa tryliony, czy cztery, ale mówimy o astronomicznych kwotach.

Jeszcze przed pandemią borykaliśmy się z szeregiem trudności - jak zbyt mała liczba lekarzy i pielęgniarek oraz niedofinansowanie systemu opieki zdrowotnej. Czy Polskę będzie stać - finansowo, organizacyjnie i kadrowo - by spłacać ten dług?

A jakie mamy inne wyjście? Oczywiście jest wiele racji w tym, co pan mówi, ale najzwyczajniej w świecie my musimy spłacać ten dług. Powinniśmy natomiast szukać rozwiązań, które spowodują, że uda nam się to zrobić szybciej oraz że droga będzie możliwie najmniej wyboista dla pacjentów.

Przykładowo wydaje się, że najwyższy czas przebudować strukturę opieki zdrowotnej. Dużą liczbę świadczeń wykonywanych dotychczas w ramach hospitalizacji można by wykonywać w ramach pobytów jednodniowych czy nawet poszerzonych porad ambulatoryjnych. Odciążyłoby to finansowo i personalnie system.

Natomiast nie mam żadnych wątpliwości, że pracownikom ochrony zdrowia oraz całemu systemowi po pandemii wcale nie będzie łatwiej. Zmienią się po prostu wyzwania.

Nałożą się trzy czynniki: z jednej strony potrzebny będzie dotychczasowy serwis medyczny, z drugiej będzie trzeba spłacać dług zdrowotny, a z trzeciej - będziemy musieli zaopiekować się nieznaną nam jeszcze liczbą pacjentów z powikłaniami długoterminowymi po przechorowaniu COVID-19.

W nagłówkach amerykańskich i brytyjskich mediów coraz więcej uwagi poświęca się powikłaniom po COVID-19. Tymczasem w Polsce, mam wrażenie, jedynie cytujemy kolejne spostrzeżenia badaczy z Oxfordu lub Uniwersytetu Columbia. Może politycy i urzędnicy powinni już pracować nad kompleksową strategią walki z powikłaniami, żebyśmy nie zostali w tyle?

Politycy niech lepiej nie dyskutują o chorobach i powikłaniach. Szczerze wierzę w to, że wszystkim nam wyjdzie na lepsze, gdy zostawimy ten temat lekarzom.

Co do strategii - to duże i nadużywane słowo. Ale oczywiście należy pomyśleć o tym, w jaki sposób chcemy budować system, by znalazło się w nim miejsce dla wszystkich z wyżej przeze mnie wskazanych trzech kategorii.

Kłopotem natomiast jest, że dziś nikt na świecie nie wie, ilu pacjentów będzie miało powikłania.

Szacuje się, że te krótkoterminowe, do pół roku, występują u ok. 30 proc. osób, które zachorowały na COVID-19. Większy kłopot jest z oszacowaniem, ile osób będzie miało powikłania długoterminowe – może do 10 procent? Ćwierć procenta, pół, a może procent? To istotne, bo znaczna część tych osób może wymagać intensywnej opieki medycznej.

Zastanawiam się, jak o tych ludzi zadbać. Mam to szczęście, że mieszkam w dużym mieście i jestem co do zasady zdrowy. Chciałbym jednak wyciąć kaszak i słyszę w wojewódzkim szpitalu - gdy jeszcze nie powiedziałem, co konkretnie mi dolega - że najbliższy możliwy termin zapisu do poradni chirurgicznej jest w połowie 2022 r. Ja mogę zaczekać, ale wiele osób ze znacznie poważniejszymi schorzeniami nie ma czasu.

I to jest właśnie ten dług zdrowotny, którego koszt zaczynamy dostrzegać już dzisiaj. Jeśli w Warszawie z jednego wielkiego szpitala na wiele miesięcy zrobiono w zasadzie jednostkę jednoimienną, a w każdym innym szpitalu znaczna część łóżek, personelu i środków była przeznaczona na obsługę pacjentów chorujących na COVID-19 - nie ma cudów.

Spotęgowało to czas oczekiwania na wszelkie inne świadczenia.

Kolejka oczekujących na wycięcie kaszaka jest, przyznaję, mało istotnym problemem. Od tego się nie umiera, dyskomfort na ogół jest do zniesienia, można zaczekać.

Z drugiej jednak strony mówimy o krótkim zabiegu, którego przeprowadzenie trwa łącznie kilkadziesiąt minut. Oczekujący na wycięcie kaszaka nie powinni więc generować zatorów, a wiele wskazuje na to, że też będą.

Ale czy większość tego długu zdrowotnego będziemy w stanie spłacić w ciągu kilku lat, czy też mam przyzwyczaić się do myśli, że czas oczekiwania na świadczenie medyczne w banalnej sprawie wydłuży się do kilkunastu, a być może nawet kilkudziesięciu miesięcy?

Nie miejmy złudzeń. Nie spłacimy tych trzech trylionów w rok. Powinniśmy mówić o wyzwaniu na pół pokolenia, pokolenie, a być może i na dwa pokolenia.

Obawiam się, że zatory w kwalifikowaniu na znaczną część świadczeń medycznych istotnie się wydłużą. Mówiąc wprost: czas oczekiwania na wizytę u lekarza-specjalisty, na zabieg lub na operację będzie o wiele większy niż przed pandemią.

I nie ma magicznej recepty na uniknięcie tego.

Ale od tego, w jak znacznym stopniu uprościmy system i przestawimy go na opiekę ambulatoryjną i jednodniową, zależy, czy będziemy czekali na świadczenie wspomniane kilkanaście, czy też kilkadziesiąt miesięcy.

Dzieci najczęściej przechodzą koronawirusa bezobjawowo lub łagodnie. Ale już powikłania mogą być dla nich dotkliwe. Coraz więcej w światowych mediach mówi się o psychiatrii dziecięcej i tym, jak dużym obciążeniem dla wielu młodych jest pandemia. Polska opieka psychiatryczna od dawna nie należy do wybitnych. Jak spłacić tę część długu zdrowotnego?

Wydaje się, że problem zdrowotny dzieci oraz młodzieży niestety nie jest w ogóle szacowany w długu zdrowotnym. Nie jesteśmy świadomi rozmiaru wyzwania, z którym przecież będziemy musieli się zmierzyć.

Gdy popatrzymy na statystyki amerykańskie, które są najpowszechniej dostępne, w okresie pierwszej fali w USA dzieci stanowiły niecałe trzy proc. osób zapadających na COVID-19. Mówiono zarazem, że dzieci są bezpieczne, a jeśli już chorują to bezobjawowo.

Dziś w USA co piąty zakażony to dziecko. Powinniśmy przyjmować, że w Polsce może być podobnie.

I tak jak nie obawiam się u dzieci ciężkich powikłań kardiologicznych czy neurologicznych, tak mam ogromne obawy o stronę psychiczną najmłodszych.

COVID-19 sieje spustoszenie nie tylko w ciele, lecz w umysłach. Jest ono spotęgowane zupełnie nietypowymi, aspołecznymi, warunkami życia. Z jednej strony konieczność izolacji, z drugiej życie w ciągłym strachu przed chorobą i ogólnie przed przyszłością. Dzieci przecież doskonale odczuwają emocje i nerwy dorosłych.

Szczerze mówiąc, nie wiem, jak się z tym uporamy. Ale jestem głęboko przekonany, że będzie to duży problem.

Niektórzy medycy uważają, że w Polsce popełniono błąd, rzucając wszystkie siły na walkę z COVID-19; że należało lepiej zadbać o pacjentów z nowotworami, udarami, nadciśnieniem i astmą. Inni z kolei twierdzą, że byliśmy na wojnie i twierdzenia tych pierwszych to teoretyzowanie, które ma się nijak do praktyki. Czy popełniono błąd, ustawiając system pod walkę z koronawirusem?

Jest mi zdecydowanie bliżej do poglądu lekarzy twierdzących, że nie było innej możliwości niż te działania, które wdrożono. Dziś fajnie jest mówić, jak należało postępować. Ba, dzisiaj - gdy sytuacja już się ustabilizowała i zapominamy już, że martwiliśmy się o to, czy wystarczy łóżek dla chorych na COVID-19 - tezy o tym, jak trzeba było zadbać o wszystkich innych pacjentów, mogą padać na podatny grunt.

Ale pamiętajmy, że nikt z nas nie ma pojęcia, ile osób by zmarło, gdyby system opieki zdrowotnej nie został przestawiony na walkę z pandemią. Czy ktokolwiek jest w stanie to choćby oszacować?

Dopiero wówczas, gdybyśmy wiedzieli, ile osób udusi się w domach, bo nie miałyby żadnej szansy na przyjęcie do szpitala, można by zastanawiać się, który wariant był lepszy. Bez tego to jedynie teoretyzowanie. Niestety najczęściej przez osoby, które nie miały na co dzień do czynienia z chorymi na COVID-19.

Jeśli więc pan spyta, czy w najgorszym okresie pandemii powinniśmy zadbać o pacjentów bez infekcji SARS-CoV-2, to oczywiście odpowiem, że powinniśmy. Ale jeśli się pan spyta o to, czy były takie możliwości - odpowiem, że nie.

Do tego zaś dochodziła jeszcze niepewność, bo gdy mieliśmy po 30 tys. nowych stwierdzonych zachorowań dziennie, zastanawialiśmy się, czy za dwa tygodnie nie będzie tych zachorowań 60 tys. I gdyby było, co wówczas mówiliby ci wskazujący dzisiaj, że zbyt wiele środków przeznaczono na walkę z pandemią?

Znacznie mniej kontrowersji w środowisku lekarskim budzi za to teza, że pandemia obnażyła niewydolność placówek podstawowej opieki zdrowotnej. Miejsca, które powinny być pierwszym wyborem pacjentów, były często zamknięte na cztery spusty, a lekarze z przychodni nie przyjmowali w obawie przed koronawirusem. Ale może też tylko łatwo krytykować, a rzeczywistość była inna?

To dla mnie trudne pytanie, bo prosi pan tak naprawdę o to, bym ocenił swoich kolegów lekarzy. Z wieloma z nich studiowałem, wielu było moimi studentami. Powiem więc tak: znaczna część lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej wzięła na siebie potężny ciężar i była na pierwszej linii od pierwszego dnia. Ale nie wszyscy, przyznaję. Nie brakowało takich, którzy wystraszyli się pandemii. Pozostawmy to jednak ich sumieniu.

Coraz więcej Polaków zaczyna myśleć o urlopach i wakacjach. Ochrona zdrowia też będzie mogła chociaż przez chwilę odsapnąć?

Pracownicy systemu ochrony zdrowia oczywiście powinni odpocząć. Ale system jako taki nie ma czasu na żadne wakacje. Będziemy musieli płynnie przejść od walki z koronawirusem do walki z tym, co koronawirus nam pozostawił po sobie. Na razie zaś musimy być też przygotowani na możliwe przecież kolejne fale. Czekają nas kolejne bardzo ciężkie miesiące.

Andrzej M. Fal - profesor, lekarz i ekonomista, kierownik Kliniki Alergologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie, prezes zarządu głównego Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego i pomysłodawca i lider inicjatywy "Nauka przeciw pandemii" zrzeszających uznanych ekspertów ze środowiska naukowego i klinicystów, którzy zjednoczyli się na rzecz szerzenia rzetelnej informacji dotyczącej szczepień przeciw COVID-19. W ramach projektu powstały dwie białe księgi. Ostatnia z nich o tytule "Charakterystyka choroby COVID-19, objawy oraz skutki zdrowotne. Rekomendacje i doświadczenia polskich klinicystów" to kompleksowa publikacja dotycząca wieloukładowych objawów, najbardziej powszechnych powikłań i rekomendacji terapeutycznych po zakażeniu wirusem SARS-CoV-2.


https://wiadomosci.wp.pl/zycie-ze-spadkiem-po-koronawirusie-czyli-wojna-za-wojna-6639264505064320a
« Ostatnia zmiana: Maj 14, 2021, 22:56 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #207 dnia: Maj 02, 2021, 23:16 »
https://twitter.com/Astro_Andreas/status/1392282338076266500

Why Did It Take So Long to Accept the Facts About Covid? (1)
May 7, 2021 By Zeynep Tufekci
Dr. Tufekci is a contributing Opinion writer who has extensively examined the Covid-19 pandemic.
This article has been updated.

A few sentences have shaken a century of science.

A week ago, more than a year after the World Health Organization declared that we face a pandemic, a page on its website titled “Coronavirus Disease (Covid-19): How Is It Transmitted?” got a seemingly small update.

The agency’s response to that question had been that “current evidence suggests that the main way the virus spreads is by respiratory droplets” — which are expelled from the mouth and quickly fall to the ground — “among people who are in close contact with each other.”

The revised response still emphasizes transmission in close contact but now says it may be via aerosols — smaller respiratory particles that can float — as well as droplets. It also adds a reason the virus can also be transmitted “in poorly ventilated and/or crowded indoor settings,” saying this is because “aerosols remain suspended in the air or travel farther than 1 meter.”

The change didn’t get a lot of attention. There was no news conference, no big announcement.

Then, on Friday, the Centers for Disease Control and Prevention also updated its guidance on Covid-19, clearly saying that inhalation of these smaller particles is a key way the virus is transmitted, even at close range, and put it on top of its list of how the disease spreads.

There was no news conference by the C.D.C. either.

But these latest shifts challenge key infection control assumptions that go back a century, putting a lot of what went wrong last year in context. They may also signal one of the most important advancements in public health during this pandemic.

If the importance of aerosol transmission had been accepted early, we would have been told from the beginning that it was much safer outdoors, where these small particles disperse more easily, as long as you avoid close, prolonged contact with others. We would have tried to make sure indoor spaces were well ventilated, with air filtered as necessary. Instead of blanket rules on gatherings, we would have targeted conditions that can produce superspreading events: people in poorly ventilated indoor spaces, especially if engaged over time in activities that increase aerosol production, like shouting and singing. We would have started using masks more quickly, and we would have paid more attention to their fit, too. And we would have been less obsessed with cleaning surfaces.

Our mitigations would have been much more effective, sparing us a great deal of suffering and anxiety.

Since the pandemic is far from over, with countries like India facing devastating surges, we need to understand both why this took so long to come about and what it will mean.

*

Initially, SARS-CoV-2 was seen as a disease spread by respiratory droplets, except in rare cases of aerosol transmission during medical procedures like intubation. Countertops, boxes and other possible fomites — contaminated surfaces — were seen as a threat because if we touched them after droplets fell on them, it was believed the virus could make its way to our hands, then our noses, eyes or mouths.

The implications of this were illustrated when I visited New York City in late April — my first trip there in more than a year.

A giant digital billboard greeted me at Times Square, with the message “Protecting yourself and others from Covid-19. Guidance from the World Health Organization.”

First, “Hygiene” flashed, urging me to wash my hands, “practice respiratory hygiene,” avoid touching my face and wear a mask when necessary. Next, “Social distancing” told me to avoid close contact with people (illustrated by people separated by one meter), avoid shaking hands and stay home if unwell. Then “Medical help” advised me to follow local medical protocols.

I was stunned that the final instruction was “Stay informed.”

That billboard neglected the clearest epidemiological pattern of this pandemic: The vast majority of transmission has been indoors, sometimes beyond a range of three or even six feet. The superspreading events that play a major role in driving the pandemic occur overwhelmingly, if not exclusively, indoors.

The billboard had not a word about ventilation, nothing about opening windows or moving activities outdoors, where transmission has been rare and usually only during prolonged and close contact. (Ireland recently reported 0.1 percent of Covid-19 cases were traced to outdoor transmission.)

The omission is not surprising. Throughout the pandemic, the W.H.O. was slow to accept the key role that infectious particles small enough to float could be playing.

Mary-Louise McLaws, an epidemiologist at the University of New South Wales in Sydney, Australia, and a member of the W.H.O. committees that craft infection prevention and control guidance, wanted all this examined but knew the stakes made it harder to overcome the resistance. She told The Times last year, “If we started revisiting airflow, we would have to be prepared to change a lot of what we do.” She said it was a very good idea, but she added, “It will cause an enormous shudder through the infection control society.”

This assumption that these larger droplets that can travel only a few feet are the main way the disease spreads is one of the key reasons the W.H.O. and the C.D.C. didn’t recommend masks at first. Why bother if one can simply stay out of their range? After the C.D.C. recommended masks in April 2020, the W.H.O. shifted last June, but it first suggested ordinary people generally wear masks if physical distancing could not be maintained, and still said health care workers performing screenings in the community did not need to wear masks if they could stay that single meter away from patients. The W.H.O. last updated its mask guidance in December but continued to insist that mask use indoors was not necessary if people could remain separated by that mere meter — this time conceding that if ventilation might not be adequate, masks should be worn indoors, regardless of distancing.

In contrast, if the aerosols had been considered a major form of transmission, in addition to distancing and masks, advice would have centered on ventilation and airflow, as well as time spent indoors. Small particles can accumulate in enclosed spaces, since they can remain suspended in the air and travel along air currents. This means that indoors, three or even six feet, while helpful, is not completely protective, especially over time.

To see this misunderstanding in action, look at what’s still happening throughout the world. In India, where hospitals have run out of supplemental oxygen and people are dying in the streets, money is being spent on fleets of drones to spray anti-coronavirus disinfectant in outdoor spaces. Parks, beaches and outdoor areas keep getting closed around the world. This year and last, organizers canceled outdoor events for the National Cherry Blossom Festival in Washington, D.C.  Cambodian customs officials advised spraying disinfectant outside vehicles imported from India. The examples are many.

Meanwhile, many countries allowed their indoor workplaces to open but with inadequate aerosol protections. There was no attention to ventilation, installing air filters as necessary or even opening windows when possible, more to having people just distancing three or six feet, sometimes not requiring masks beyond that distance, or spending money on hard plastic barriers, which may be useless at best. (Just this week, President Biden visited a school where students were sitting behind plastic shields.)

This occurred throughout the world in the past year. The United States has been a bit better, but the C.D.C. did not really accept aerosol transmission until October, though still relegating it to a secondary role until its change on Friday, which put the risk infection from inhaling these tiny particles first on its list of means of transmission.

*

The scientific wrangling, resistance and controversy that prevented a change in guidance stem from a century of mistaken assumptions whose roots go back to the origins of germ theory of disease in the 19th century.

Until germ theory became established in the 19th century, many people believed that deadly diseases like cholera were caused by miasma — stinking fumes from organic or rotting material. It wasn’t easy to persuade people that creatures so small that they could not be seen in a seemingly innocent glass of water could be claiming so many lives.

This was a high-stakes fight: Getting the transmission mechanisms of a disease wrong can lead to mitigations that not only are ineffective but also make things worse. During the 19th century, fearing miasma, Londoners worked hard to direct their stinky sewers into the nearby Thames River, essentially spreading cholera even more.

But clear evidence doesn’t easily overturn tradition or overcome entrenched feelings and egos. John Snow, often credited as the first scientific epidemiologist, showed that a contaminated well was responsible for a 1854 London cholera epidemic by removing the suspected pump’s handle and documenting how the cases plummeted afterward. Many other scientists and officials wouldn’t believe him for 12 years, when the link to a water source showed up again and became harder to deny. (He died years earlier.)

Similarly, when the Hungarian physician Ignaz Semmelweis realized the importance of washing hands to protect patients, he lost his job and was widely condemned by disbelieving colleagues. He wasn’t always the most tactful communicator, and his colleagues resented his brash implication that they were harming their patients (even though they were). These doctors continued to kill their patients through cross-contamination for decades, despite clear evidence showing how death rates had plummeted in the few wards where midwives and Dr. Semmelweis had succeeded in introducing routine hand hygiene. He ultimately died of an infected wound.

Disentangling causation is difficult, too, because of confusing correlations and conflations. Terrible smells frequently overlap with unsanitary conditions that can contribute to ill health, and in mid-19th-century London, death rates from cholera were higher in parts of the city with poor living conditions.

Along the way to modern public health shaped largely by the fight over germs, a theory of transmission promoted by the influential public health figure Charles Chapin took hold.

Dr. Chapin asserted in the early 1900s that respiratory diseases were most likely spread at close range by people touching bodily fluids or ejecting respiratory droplets, and did not allow for the possibility that such close-range infection could occur by inhaling small floating particles others emitted. He was also concerned that belief in airborne transmission, which he associated with miasma theories, would make people feel helpless and drop their guard against contact transmission. This was a mistake that would haunt infection control for the next century and more.

In modern medical parlance, respiratory transmission routes are divided between the larger droplets, associated with diseases that spread at close distance, and the smaller aerosols (sometimes also called droplet nuclei), associated with diseases like measles that we know can spread at long distance and are usually highly contagious. Indeed, studies showing that respiratory diseases spread more easily in proximity to infected people seemingly confirmed the role of droplets.

It was in this context in early 2020 that the W.H.O. and the C.D.C. asserted that SARS-CoV-2 was transmitted primarily via these heavier, short-range droplets, and provided guidance accordingly.

But from the beginning, the way the disease was spreading around the world did not fit this theory well. In February 2020, after an infected person was found to have boarded the cruise ship Diamond Princess, hundreds of people trapped on board for weeks were infected, including 567 of the 2,666 passengers, who were largely confined to their rooms and delivered food by masked personnel — hard to explain solely with droplet-driven transmission. (Hitoshi Oshitani, a Japanese virologist who played an important role in his country’s response to the epidemic, said it was this ship outbreak that helped convince him this was airborne — and it’s why Japan planned around airborne transmission assumptions from as early as February 2020.)

Then there were the many superspreader events around the world that defied droplet explanations. In March 2020 in Mount Vernon, Wash., 61 pandemic-aware people showed up to a choir practice and sang with some distance between them in a large space, were provided hand sanitizer and left the doors open, reducing the need for people to touch the handles. But 53 of them were confirmed or strongly suspected to have contracted Covid-19 anyway, and two died. Long-distance transmission was being documented as well: One study from China in April 2020, clearly documenting transmission from beyond one meter, had video evidence showing the initially infected person had not come very close to those he infected, and there were no common surfaces touched.

Epidemiological studies and examples kept pouring in, too, all of them showing that Covid-19 was spreading primarily indoors and clusters were concentrated in poorly ventilated spaces. And when outdoor transmission did occur, it was often when people were in prolonged close contact, talking or yelling, as with construction workers on the same site.

The disease was also greatly overdispersed, sometimes being not very contagious and other times dramatically so. Large-scale studies showed that more than 70 percent of infected people did not transmit to any other person, while as few as 5 percent may be responsible for 80 percent of transmissions through superspreading events. Despite databases documenting thousands of indoor superspreader incidents, I’m not aware of a single confirmed outdoor-only case of superspreading.

None of this could be explained easily if the disease were “primarily transmitted between people through respiratory droplets and contact routes,” as the W.H.O. had said, since those larger, heavier particles would behave the same indoors as outdoors, would be largely indifferent to ventilation and would not be conducive to so much superspreading.

Finally, it was clear from early on that people who weren’t yet sick or coughing or sneezing — which produce a lot more droplets — were transmitting and that things correlated with aerosol emissions like talking, yelling and singing were associated with many of the outbreaks.

Amid the growing evidence, in July, hundreds of scientists signed an open letter urging the public health agencies, especially the W.H.O., to address airborne transmission of the coronavirus.

That month, after the open letter, the W.H.O. updated its guidance to say that “short-range aerosol transmission” from infected people in poorly ventilated spaces over time “cannot be ruled out” but went on to say that “the detailed investigations of these clusters suggest that droplet and fomite transmission could also explain human-to-human transmission within these clusters” and that close contact could still be the reason, “especially if hand hygiene was not performed and masks were not used when physical distancing was not maintained.”

Evidence kept accumulating. Transmission was documented in adjacent rooms in a quarantine hotel where people never interacted. Several hospital workers were proved to have been infected despite strict contact and droplet precautions. Viable virus was found in air samples from hospital rooms of Covid-19 patients who hadn’t had aerosol-generating procedures and in an air sample from an infected person’s car. The virus was found in exhaust vents in hospitals, and ferrets in cages connected only via shared air infected each other. And so on.

There were quibbles with each study: Was the sampled virus infective enough? (It is hard to catch the viruses from the air without destroying them.) Could some fomite connection have been missed? Still, it kept getting harder to deny the role of aerosols as a major factor.

Last October, the C.D.C. published updated guidance acknowledging airborne transmission, but as a secondary route under some circumstances, until it acknowledged airborne transmission as crucial on Friday. And the W.H.O. kept inching forward in its public statements, most recently a week ago.


*
« Ostatnia zmiana: Maj 17, 2021, 15:41 wysłana przez Orionid »

Offline Orionid

  • Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 21724
  • Very easy - Harrison Schmitt
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #208 dnia: Maj 03, 2021, 23:19 »
Why Did It Take So Long to Accept the Facts About Covid? (2)

Linsey Marr, a professor of engineering at Virginia Tech who made important contributions to our understanding of airborne virus transmission before the pandemic, pointed to two key scientific errors — rooted in a lot of history — that explain the resistance, and also opened a fascinating sociological window into how science can get it wrong and why.

First, Dr. Marr said, the upper limit for particles to be able to float is actually 100 microns, not five microns, as generally thought. The incorrect five-micron claim may have come about because earlier scientists conflated the size at which respiratory particles could reach the lower respiratory tract (important for studying tuberculosis) with the size at which they remain suspended in the air.

Dr. Marr said that if you inhale a particle from the air, it’s an aerosol. She agreed that droplet transmission by a larger respiratory particle is possible, if it lands on the eye, for example, but biomechanically, she said, nasal transmission faces obstacles, since nostrils point downward and the physics of particles that large makes it difficult for them to move up the nose. And in lab measurements, people emit far more of the easier-to-inhale aerosols than the droplets, she said, and even the smallest particles can be virus laden, sometimes more so than the larger ones, seemingly because of how and where they are produced in the respiratory tract.

Second, she said, proximity is conducive to transmission of aerosols as well because aerosols are more concentrated near the person emitting them. In a twist of history, modern scientists have been acting like those who equated stinky air with disease, by equating close contact, a measure of distance, only with the larger droplets, a mechanism of transmission, without examination.

Since aerosols also infect at close range, measures to prevent droplet transmission — masks and distancing — can help dampen transmission for airborne diseases as well. However, this oversight led medical people to circularly assume that if such measures worked at all, droplets must have played a big role in their transmission.

Other incorrect assumptions thrived. For example, in July, right after the letter by the hundreds of scientists challenging the droplet paradigm, Reuters reported that Dr. John Conly, who chairs a key W.H.O. infection prevention working group, said that there would be many more cases if the virus was airborne and asked, “Would we not be seeing, like, literally billions of cases globally?” He made similar claims last month. And he is not the only member of that group to assert this, a common assumption in the world of infection control well into 2021.

However, Dr. Marr pointed out, there are airborne diseases, like measles, that are highly contagious and others, like tuberculosis, that are not. Moreover, while SARS-CoV-2 is certainly not as infectious as measles on average, it can be highly infectious in the superspreading events driving the pandemic.

Many respiratory viruses carried by aerosols survive better in colder environments and lower relative humidity, Dr. Marr said, again fitting the pattern of outbreaks around the world, for example, in many meatpacking plants. Plus, some activities produce more aerosols — talking, yelling, singing, exercising — also fitting the pattern of outbreaks globally.

Why did it take so long to understand all this?

*

One reason is that our institutions weren’t necessarily set up to deal with what we faced. For example, the W.H.O.’s Infection Prevention and Control (I.P.C.) global unit primarily concentrates on health care facilities. Many of the experts they enlisted to form the Covid-19 I.P.C. Guidance Development Group were hospital-focused, and some of them specialized in antibiotic-resistant bacterial infections that can spread wildly in health care facilities when medical personnel fail to regularly wash their hands. So this focus made sense in a prepandemic world. Hospitals employ trained health care workers and are fairly controlled, well-defined settings, with different considerations from those of a pandemic across many environments in the real world. Further, in some countries like the United States, they tend to have extensive engineering controls to dampen infections, involving aggressive air-exchange standards, almost like being outdoors. This is the opposite of modern office and even residential buildings, which tend to be more sealed for energy efficiency. In such a medical environment, hand hygiene is a more important consideration, since ventilation is taken care of.

Another dynamic we’ve seen is something that is not unheard-of in the history of science: setting a higher standard of proof for theories that challenge conventional wisdom than for those that support it.

As part of its assessment of the virus’s spread, the W.H.O. asked a group of scientists last fall to review the evidence on transmission of the coronavirus. When reviewing airborne transmission, the group focused mostly on studies of air samples, especially if live virus was captured from the air, which, as mentioned above, is extremely hard. By that criterion, airborne transmission of the measles virus, which is undisputed, would not be accepted because no one has cultivated that pathogen from room air. That’s also true of tuberculosis. And while scientists, despite the difficulties, had managed to capture viable SARS-CoV-2 in three studies that I’m aware of, the review noted that the virus was detected only intermittently in general, disputed whether the captured live virus was infective enough and ultimately said it could not reach “firm conclusions over airborne transmission.” The lead author and another senior member of the research group previously said they believed transmission was driven by droplets.

The skepticism about airborne transmission is at odds with the acceptance of droplet transmission. Dr. Marr and Joseph Allen, the director of the Healthy Buildings program and an associate professor at Harvard’s T.H. Chan School of Public Health, told me that droplet transmission has never been directly demonstrated. Since Dr. Chapin, close-distance transmission has been seen as proof of droplets unless disproved through much effort, as was finally done for tuberculosis.

Another key problem is that, understandably, we find it harder to walk things back. It is easier to keep adding exceptions and justifications to a belief than to admit that a challenger has a better explanation.

The ancients believed that all celestial objects revolved around the earth in circular orbits. When it became clear that the observed behavior of the celestial objects did not fit this assumption, those astronomers produced ever-more-complex charts by adding epicycles — intersecting arcs and circles — to fit the heavens to their beliefs.

In a contemporary example of this attitude, the initial public health report on the Mount Vernon choir case said that it may have been caused by people “sitting close to one another, sharing snacks and stacking chairs at the end of the practice,” even though almost 90 percent of the people there developed symptoms of Covid-19. Shelly Miller, an aerosol expert at the University of Colorado Boulder, was so struck by the incident that she initiated a study with a team of scientists, documenting that the space was less full than usual, allowing for increased distance, that nobody reported touching anyone else, that hand sanitizer was used and that only three people who had arrived early arranged the chairs. There was no spatial pattern to the transmission, implicating airflows, and there was nobody within nine feet in front of the first known case, who had mild symptoms.

Galileo is said to have murmured, “And yet it moves,” after he was forced to recant his theory that the earth moved around the sun. Scientists who studied bioaerosols could only say, “And yet it floats.”

*

So much of what we have done throughout the pandemic — the excessive hygiene theater and the failure to integrate ventilation and filters into our basic advice — has greatly hampered our response. Some of it, like the way we underused or even shut down outdoor space, isn’t that different from the 19th-century Londoners who flushed the source of their foul air into the Thames and made the cholera epidemic worse.

Righting this ship cannot be a quiet process — updating a web page here, saying the right thing there. The proclamations that we now know are wrong were so persistent and so loud for so long.

It’s true that as the evidence piled on, there was genuine progress and improvement, especially as of late. Even before the change in language last week, for example, the W.H.O. published helpful guides on ventilation, first in July and updating it in March. Recently, though the organization’s documents have lagged, more of its officials have started giving advice compatible with aerosol transmission, emphasizing things like close mask fit — which matters little for droplet transmission — and ventilation — which matters even less. All this is good, but nowhere near enough to change the regulations and policy bundles that had already been put in place around the world.

And the progress we’ve made might lead to an overhaul in our understanding of many other transmissible respiratory diseases that take a terrible toll around the world each year and could easily cause other pandemics.

So big proclamations require probably even bigger proclamations to correct, or the information void, unnecessary fears and misinformation will persist, damaging the W.H.O. now and in the future.

Scientists have responded. In just the past few weeks, there has been a flood of articles published about airborne transmission in leading medical journals. Dr. Marr and other scientists told me the situation was very difficult until recently, as the droplet dogma reigned. I co-wrote one of those papers, published in The Lancet last month, arguing that aerosols may be the predominant mode of transmission for SARS-CoV-2, a step farther.

I’ve seen our paper used in India to try to reason through aerosol transmission and the necessary mitigations. I’ve heard of people in India closing their windows after hearing that the virus is airborne, likely because they were not being told how to respond. Plus, there are important questions for what this means for higher-risk settings, like medical facilities.

The W.H.O. needs to address these fears and concerns, treating it as a matter of profound change, so other public health agencies and governments, as well as ordinary people, can better adjust.

The past year has revealed how crucial the agency is, despite being hampered by chronic underfunding, lack of independence and attempts to turn it into a political football by big powers. Like other public health organizations, many of its dedicated staff members work tirelessly under difficult conditions to safeguard health around the world. Maintaining its credibility is essential not just for the rest of this terrible pandemic but in the future.

It needs to begin a campaign proportional to the importance of all this, announcing, “We’ve learned more, and here’s what’s changed, and here’s how we can make sure everyone understands how important this is.” That’s what credible leadership looks like. Otherwise, if a web page is updated in the forest without the requisite fanfare, how will it matter?


https://www.nytimes.com/2021/05/07/opinion/coronavirus-airborne-transmission.html?action=click&module=Opinion&pgtype=Homepage
« Ostatnia zmiana: Maj 17, 2021, 15:43 wysłana przez Orionid »

Offline mss

  • Moderator Globalny
  • *****
  • Wiadomości: 9270
  • Space is not only about science, it is a vision,
    • Astronauci i ich loty...
Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #209 dnia: Maj 04, 2021, 10:59 »
Nawet sport narodowy musieli zastopować w Indiach!

https://twitter.com/cnnbrk/status/1389504184173596672
« Ostatnia zmiana: Maj 04, 2021, 12:37 wysłana przez mss »
Intel Core i5-2320 3GHz/8GB RAM/AMD Radeon HD 7700 Series/HD 1 TB/Sony DVD ROM...

Polskie Forum Astronautyczne

Odp: Artykuły z innego świata
« Odpowiedź #209 dnia: Maj 04, 2021, 10:59 »