Temat szalenie ciekawy. Moim zdaniem, wbrew marzeniom części dyskutantów [w tym i moim własnym] astronautyka załogowa w najblizszych dekadach raczej nie wyraczkuje poza LEO. Moga być conajwyżej powroty na Księżyc, ale bez jakiejś wielkiej eksploracji, jeśli bazy, to małe krótkie sezonówki coś w stylu pierwszych Skylabów czy Salutów. Byłyby to raczej przedsięwziecia cześciowo polityczne, tak jak misje Apollo, wywołane presją konkurencji miedzynarodowej [obojetnie, kto będzie pierwszy w tej rywalizacji].
Dlaczego? Moim zdaniem istnieje tu analogia do czegoś, co ja nazywam syndromem robot kontra batyskaf w eksploracji głębin morskich. Otóż bodaj 80 czy 90% prac i badań na dużych głębokościach [niedostępnych dla nurków] wykonują zdalnie sterowane ROV. Jest ich mnóstwo, różnej wielkosci, wyposażenia itd. Liczba załogowych pojazdów głębinowych zdolnych do zanurzenia na ponad 1000m nie przekracza chyba ok. 20-30 sztuk, a tych schodzących do 6500m pewnie z 10 lub mniej. Po prostu ROV są tańsze w budowie i eksploatacji, a także bezpieczniejsze. Tam gdzie człowiek nie może bezpośrednio korzystać ze swoich rąk [czyli na poziomie niedostępnym dla nurka w skafandrze] batyskaf nie ma żadnych przewag nad pojazdem bezzałogowym. Ten stan rzeczy wydaje sie trwały od kilku dekad.
Myśle sobie,że ten syndrom dotknie również eksploracji kosmosu. Problem w tym, że wysłanie czlowieka gdziekolwiek poza LEO jest niesłychanie kosztownym i skomplikowanym przedsiewzieciem i 99% generowanych kosztów jest zwiazane z przetransportowaniem i utrzymaniem przy życiu załogi. Koszt obecnych misji bezzałogowych jest o rząd czy dwa wielkości niższy. Pozostaje problem małego uzysku danych i ograniczonej autonomii takich sond. Czy jednak naprawdę? Wynika to moim zdaniem tylko ze wględu na to, że są to urządzenia relatywnie małe, o skrajnie minimalistycznym budżecie zasilania, a tym samym znikomej autonomii i skromnym wyposażeniu. Wynika to tak z ograniczeń transportowych, jak i finansowych. Ale! Wydanie kwot bedacych ułamkiem kosztów hipotetycznego programu załogowego pozwoliłoby na wyslanie na Księżyc czy nawet Marsa zamiast czegoś co waży góra 300- 500kg i ma zasilanie na poziomie laptopa prawdziwego laboratorium na kółkach, które możliwościami badawczymi nie ustępowałoby małemu naziemnemu laboratorium analitycznemu, a miałoby nieograniczoną przez systemy podtrzymywania życia autonomię, potencjalnie większa niż pojazdy załogowe. To tylko kwestia budżetu masowego i energetycznego, nic więcej. Strategiczne decyzje podczas takiej eksploracji i tak podejmuje człowiek, nie musi sie fizycznie znajdowac w pojeździe. Oczywiście w przypadku Marsa konieczna jest większa autonomia decyzyjna w kwestii lokomocji ze względu na opóźnienie informacji, ale ten problem sprowadza sie do unikania wpadania do dziur [co już takie maszyny potrafią] oraz lepszej trakcji by uciec przed groźbą utkniecia np. w piachu, jak MER-y [to też jest w dużym stopniu kwestia gabarytów łazika].
Proponuję taki eksperyment myślowy: zamiast kolejnej misji Apollo wysyłamy Saturnem 5 na Księżyc łazik wielkości sporego samochodu, mogący działać nie tygodnie czy miesiące, ale lata tak jak współczesne MER-y], znacznie od nich szybszy, z porzadnym zestawem narzedzi roboczych [manipulatory, wiertła] oraz sensorów i przyrządów analitycznych. Myslę, że naukowy dorobek selenologiczny takiej misji [poza aspektem rozwoju technologii lotów załogowych] byłby znacznie większy. A przecież jako człowiek ciesze się, że ktoś jednak tam poleciał...
Pozdrawiam
-J.