Tyle, że pieniądze na ESA wrócą do Polski, a jednocześnie uzyskamy dostęp do programów i projektów, które ESA realizuje.
Taki drobny przykład - satelita ESEO (European Student Earth Orbiter). Siedziałem w tym projekcie od 2006 do 2008 roku, jako studento. Potem projekt był nadzorowany przez jedną włoską firmę i projekt się zakończył na pewnym etapie w 2011 roku.
W tym projekcie uczestniczyło przez kilka lat sporo polskich studentów, z PW oraz PWr. Wielu z nich chciało uczestniczyć w (wreszcie!) ukończeniu tego satelity i "popchnięciu" go na orbitę. O udziale polskich studentów przy ESEO wiele się mówiło, także podczas negocjacji Polski z ESA. Był to taki nasz ładny przykład zaangażowania w projekty satelitarne ESA.
Pod koniec lutego tego roku ESA ogłosiła przetarg na kolejne etapy tego satelity - budowę, testy i pierwsze operacje na orbicie. Było pewne alleluja - Polska mogła w tym uczestniczyć (jako partner, nie jako prime), co samo w sobie jest bardzo rzadko spotykane. Kilka osób z kosmonauty próbowało dotrzeć do prime i przekonać do współpracy z polską firmą. W ten sposób kilka osób, które wcześniej pracowały przy ESEO mogłoby się udzielić przy tym projekcie. Udało się nam zebrać zestaw "asów", które mogłyby przekonać prime.
No, ale się nie udało na czas znaleźć prime. Gdy się dowiedzieliśmy, kto nim jest okazało się, że nie jest w ogóle zainteresowany współpracą z polskimi uniwerkami czy firmami - to co było "asami" u nas akurat oni chcieli dostarczyć. I tak ESEO prawdopodobnie wymsknął się z polskich rączek.
Jeśli Polska była by w ESA, to byśmy mogli sobie powiedzieć "no cóż zdarza się, zaplikujemy tu i tam, i zdobędziemy wcześniej czy później coś ciekawego i rozwojowego". W przypadku ograniczonego dostępu do projektów ESA, każdy stracony projekt jest dramatem po prostu.
True story, bro.
Samemu wielu rzeczy się nie da zrobić - zobaczcie, że projekt BRITE-PL kosztuje około 14 mln złotych, co jest największym polskim jednostkowym takim projektem. To nieco ponad 3 mln euro - w skali ESA pikuś w skali mikro. Jeśli więc mielibyśmy operować tylko własnymi projektami, przy takich mikro pikusiach (od strony finansów!), to daleko nie zajedziemy. Natomiast, gdyby przy czymś większym (budżetowo) mieć polski udział - to już technologiczne możliwości są szersze.
Zatem Trafiony, czy uważasz, że za 3 mln euro zbudujesz łazika planetarnego? A może tylko manipulator albo inny instrument? Na tym polega siła ESA, że właśnie dzięki tej drugiej opcji naprawdę wielkie projekty są możliwe.