Podzielając w pełni argumentację kanarka uważam, że (poza jednym aspektem -mocno futurystycznej dyskusji nt. baz czy eksploracyjnej "kolonizacji" w ogóle) dyskusje o Mars One to bicie piany, bo sam projekt ze względów technicznych to czyste science-fiction, a nie jakiś realny program czy studium rozwojowe.
Sprawa jest prosta: nie mamy armat, czyli sprawdzonych i przetestowanych systemów pozwalających na długotrwała operację załogową bez szybkiego wsparcia serwisowo-zaopatrzeniowego, jaka jest wymagana do lotu na Marsa. Warunki brzegowe w przypadku stacji orbitalnej krążącej wokół Ziemi czy nawet stałej bazy księżycowej są nieporównywalne. Tu można dowieźć części zamienne i materiały, a w razie krytycznej awarii po prostu zabrać ludzi z powrotem do domu.
Po drugie, Mars One stawia wóz przed kobyłą, wychodząc z zupełnie utopijnego założenia: skoro wyprawa w dwie strony na Masa jest kosztowna i relatywnie mało efektywna pod względem eksploracyjnym, to wyślijmy ludzi w jedną stronę, niech tam siedzą. Czyli odpowiedzią na problemy wynikające z poziomu trudności zadania ma być realizacja celu stawiającego jeszcze większe technologiczne wyzwania (kolonizacja, nawet w mikroskali). Czysty obłęd...
To trochę przypomina pierwsze próby zakładania małych kolonii zamorskich w Ameryce, Australii czy w rejonie Pacyfiku) przez Europejczyków -w sposób planowy lub wymuszony (vide grupa z wyprawy Kolumba, która musiała zostać ze względu na utratę części flotylli). Te próby były podejmowane w małych grupach (czasem kilkudziesięcioosobowych) i często kończyły porażką -od finalnej ewakuacji, po śmierć wszystkich uczestników danego projektu. Pomijając przypadek tych wymuszonych okolicznościami, te projekty były z punktu widzenia organizatorów całkiem nieźle przygotowane, koloniści wyruszali wyposażeni we wszystkie niezbędne materiały i narzędzia na okres "rozruchowy", z perspektywą kontaktu z metropolią w cyklu rocznym czy paroletnim (dziwnie zbliżonym do cyklu zaopatrzeniowego bazy marsjańskiej...). Środowisko życia na nowym miejscu tez nie było tak drastycznie odmienne i wrogie od domowego. A jednak czasem te drobne z ludzkiej perspektywy różnice, których nie dało się przewidzieć, skutkowały tym, że koloniści nie byli w stanie zapewnić sobie przetrwania -głównie chodziło o wyżywienie, bo np. jakiś drobny czynnik klimatyczny utrudniał uprawę przywiezionych roślin czy hodowlę zwierząt. A przecież ich możliwości adaptacji były znacznie większe. Ci ludzie nie żyli w zamkniętych kapsułach, uzależnieni od niezawodności skomplikowanej techniki, mogli improwizować w bardzo szerokim zakresie i robili to. Czasem decydowało to o przetrwaniu.
W przypadku kolonii pozaziemskiej ta elastyczność jest o wiele mniejsza -każda niedoróbka w zakresie technologii podtrzymywania życia czy tej służącej do pozyskiwania miejscowych zasobów miałaby tragiczne konsekwencje, bo nie będzie alternatywnych rozwiązań -trzeba je opracować i wdrożyć, a tego nie da się zrobić bez logistycznego zaplecza na miejscu, do tego w skrajnie krótkim czasie. Możliwości improwizacji są ograniczone. Jak papugi na wyspie zeżrą plony, to możesz jeszcze wysłać do lasu wylosowanego "ochotnika", żeby przetestował które z miejscowych korzonków i owoców nadają się do spożycia, a które są trujące. No i przetrwać do następnych zbiorów. Jak nawalą systemy regeneracji atmosfery, to masz mało alternatyw, a środki techniczne którymi dysponujesz do rozwiązania problemu albo okażą się wystarczające, albo nie. Nowych nie stworzysz bez zaplecza przemysłowego, odległego o rok lotu... Przeżyjesz tylko wtedy, jeśli wcześniej z góry przygotowałeś się na daną (i każdą inną) ewentualność. Niewykryty wcześniej problem może być zabójczy, z braku możliwości skutecznego reagowania.
Dlatego podzielam zdanie naszego inżyniera: to, że jakaś technologia doskonale funkcjonuje od dawna na Ziemi, nie znaczy, że można bez testów przenieść ją na Marsa czy do przelotu międzyplanetarnego. Nawet jeśli problemem nie są odmienne warunki fizyczne eksploatacji (drobne detale mogą mieć krytyczne znaczenie, vide wspomniany WC na ISS), to pozostaje kwestia zaplecza logistycznego i inne , wymuszające drastyczny wzrost wymagań co do niezawodności. Mars One to "ja z synowcem na czele i jakoś to będzie". Niestety, nie ma i nie będzie... Na szczęście wiemy, że nikt w ten sposób nie poleci
Pozdrawiam
-J.