Uwagi może i cenne, ale jednostronne, do tego pomijają wiele istotnych aspektów.
Miałem ostatnio przypadek, gdy jedna z redakcji zwróciła mi mój artykuł po poprawkach. Na oko - 90% zdań zostało zmienionych. A sądziłem, że po 20 latach uprawiania zawodu jestem w stanie w miarę poprawnie napisać parę zdań. Okazuje się, że nie - jeden, drugi i trzeci redaktor wie lepiej, w jaki sposób powinienem prowadzić narrację i jak operować językiem polskim. Poprawek naprawdę istotnych stylistycznie - z 10-15% góra, przy czym niemal wszystkie można byłoby w zasadzie odrzucić, ale niech tam... Rozumiem, że pracę redaktora też musi być gdzieś widać.
"Redaktor działu, zastępca naczelnego, sekretarz redakcji, często sam naczelny, potem korekta i adiustacja" - tak niby wygląda przetwarzanie tekstu? Gdzie? W pięciu mediach papierowych na krzyż w całej Polsce? Dość powiedzieć, że redakcja pewnego dość poczytnego miesięcznika popularnonaukowego przez cały zeszły rok składała się z... dwóch osób: rednacz i sekretarz. Plus fotoedytor i człowiek od składu, który wlewa tekst w łamy i ma w nosie wiszące na końcach wierszy przyimki czy przeniesienia między stronami. Do tego dochodząca korekta. Oto polski standard.
Nie zgadzam się również z zaprezentowanym we wpisie poglądem, iż redakcja może modyfikować tekst jak chce, bo to ona odpowiada za jego treść. Kompletne pomylenie pojęć. To JA jestem autorem tekstu, to MÓJ sposób widzenia jest w tekście prezentowany i to JA się podpisuję pod tekstem. Redakcja ma prawo do UZASADNIONYCH zmian stylistycznych - i tyle. Nie odpowiada zawartość tekstu? Nie odpowiada styl? To po diabła, panie redaktorze, kupuje pan MÓJ tekst? (Chodzi o jakiegoś pana w jakiejś redakcji, naturalnie.) Jeśli wie pan lepiej, niech PAN ten tekst napisze, a nie używa MOJEGO nazwiska do prezentowania SWOJEJ wizji rzeczywistości.
Nie podoba mi się także uwaga, iż autor może nie zobaczyć wersji ostatecznej, jeśli poprawki były niemerytoryczne. Zaraz, chwila, jak to? To mój tekst, a mój tekst to nie zbiór faktów, ale także narracja, ogólna konstrukcja. Nie mam ochoty, aby jakiś pan redaktor grzebał mi w tekście, bo pany redaktory z reguły widzą w tekście wyrazy. W najlepszym przypadku zdania. Redaktor, który dostrzega kontekst danego zdania względem 2-3 sąsiednich to już rzadkość. Dostaję więc tekst "poprawiony" - ze szkolnym szykiem wyrazów w zdaniu, z wprowadzonymi powtórzeniami, z nieznacznie zmienionym, ale jednak wypaczonym sensem. Mam to firmować? Mam o tym nie wiedzieć? Bo to "praca zespołowa"?
Jedną z największych bzdur, jakie "opublikowałem", było stwierdzenie, że naukowcy ożywili bakterie sprzed kilkuset milionów lat. Miejsce publikacji: pewien mający o sobie bardzo wysokie zdanie tygodnik, do dziś w czołówce - i zresztą wymieniony we wspomnianym wpisie. Problem w tym, że nic takiego o żadnych bakteriach nie napisałem - pan redaktor przeredagował sobie wszystko jak chciał (a chciał sensacyjniej) i puścił w świat pod moim nazwiskiem. Kto chce, w internecie wygrzebie, zapraszam wtedy do komentowania w tym wątku, bo bubli tam od groma, nie mówiąc o porwanej narracji.
Z przykrością też stwierdzam, że redaktor Miś nie rozumie zakresu praw autorskich. Tekst oddany do redakcji nie jest redakcji. Jest mój. Jeśli w umowie zgadzam się na modyfikowanie dzieła, redakcja ma do tego prawo, mój problem. Problem jednak w tym, że polskie media działają w sposób w zasadzie głęboko sprzeczny z prawem. Autor dostaje zlecenie. Na za tydzień lub na za dwa. Nierzadko na za miesiąc. Pisze tekst. Przesyła redakcji. Ta trzyma ileś tygodni. Przesyła wreszcie poprawki, zatem autor robi korektę - cool, ale nie daj bóg odrzucić jakąś redaktorską zmianę... Potem tekst jest składany, rzecz drukowana, idzie do dystrybucji. Mijają tygodnie. Autor dostaje wycenę. Mając wycenę, może się uśmiechnąć do redakcji z fakturą, przy okazji przekazywania której podpisuje umowę - dwa-trzy miesiące po napisaniu tekstu. W umowie jest napisane, że "redakcja ma prawo modyfikować tekst".
I tak to działa. A raczej nie działa i nie rozumiem, dlaczego pan Miś z patologii robi normę.
PS. Ten tekst, w którym zmieniono 90% moich zdań... Odrzuciłem 90% poprawek redaktorskich, nakłóciłem się swoje, łącznie z rozmowami telefonicznymi - i poszedł w formie mającej coś wspólnego ze mną. Pewnie mnie tam już nie lubią. Nie płaczę. W każdym razie mnie standardy polskich mediów doprowadziły do takiego stanu, że w tej chwili publikuję wyłącznie tam, gdzie ja uznam za stosowne i coraz częściej na warunkach licencji. Tyle że autorów w tak komfortowej sytuacji jak moja za wielu nie ma.